W domu Aisuluu, czyli jak goszczą Kirgizi

Kirgizka w Waszyngtonie – Kuszajcie, kuszajcie – Australia nas przyjmie – Naród gościnny

Noc w namiocie i brak prysznica, długa jazda dnia poprzedniego nie zostawiły na nas w prawdzie jakichś straszliwych znaków, ale wiadomo, miękkie łóżko i ciepła woda to gólnie rzecz biorąc fajna sprawa. Na szczęście czekała nas gościna u poznanej na couchserfingu Aisuluu. Ruszyliśmy zatem do miasteczka, zjedliśmy śniadanie w tym samym miejscu co obiad dnia poprzedniego. Kierowcy z pobliskiego postoju marszrutek i taksówek znów nas opadli. Jeden nawet był tak zdeterminowany, że wszedł za nami do baru. Ambitny, nie ma co.

wp_20160911_09_04_27_pro
Nad ranem powitały nas wszędobylskie konie. 

Marek zadzwonił do znajomej couchserferki i dzięki wskazówkom w miarę sprawnie (tj. za dziesiątym razem) znaleźliśmy jej dom. Nasza gospodyni na codzień studiuje w Biszkeku, a jej angielski jest perfekcyjny. Spędziła bowiem sporo czasu w Waszyngtonie na stażu. Pogadaliśmy tylko trochę, bo Aisuluu musiała tego samego dnia pojechać do stolicy na ślub. Opowiedziała co i jak, gdzie się wybrać, jak sobie radzić i ogólnie dała nam mnóstwo pożytecznych porad. 

14315804_940878822705721_139251979_o
Wspaniała Aisuluu i dwie łachudry z Polski

Już po chwili zabrała się za nas mama naszej uroczej koleżanki. Uznała wyraźnie, że wyglądamy jak dwójka głodujących dzieci, bo posadziała nas zaraz przy stole i zaczęła karmić. Najpierw każde z nas dostało dwa haszany,czyli pierogi w grubym cieście, napełnione baraniną i cebulą. Do picia pyszną, aromatyczną herbatę. Następnie młode, malutkie kartofelki, barninę gotowaną, miejscowy chleb, a na deser ciastka, borsoki i domowy dżem malinowy. Rozmowa toczyła się miło pomimo naszego wątpliwego rosyjskiego. Każda przerwa w jedzeniu z naszej strony komentowana była przez mamę Aisuluu stwierdzeniem "kuszajcie, kuszajcie", czyli "jedzcie, jedzcie" ( w domyśle zapewne "biedne, głodzone dzieci z Polski" ).

Po takim cudownym lunchu nie pozostało nam nic innego, jak lenić się cały dzień, drzemać, fejzbukować, tworzyć kolejne wpisy i planować dalsze podróże. Internet był dla nas łaskawy, więc załatwiliśmy kilka niecierpiących zwłoki spraw urzędowych, między innymi wizy australijskie. Przyznali nam w 30 sek., więc widać nie jest z nami aż tak źle. Podjeliśmy też decyzję o pominięciu w naszych wojażach Mongolii. Szkoda, ale czasem trzeba z czegoś zrezygnować, a rozsądek i doświadczenia dotychczasowych podróży podpowiadały nam, że tak właśnie postąpić należy. Podobno przymrozki przyszły wcześniej niż zwykle, a do tego zlikwidowano ruch bezwizowy dla Polaków. Bez sensu. Trudno, może następnym razem. Postanowiliśmy jednak włączyć do naszej podróży Makao i być może Szanghaj. 

Aisuluu pożegnała się z nami i ruszyła do Biszkeku, zostawiając nas pod opieką swojej wspaniałej rodziny. Wieczorem Marek chciał udać się do sklepu po jakąś przekąskę na wieczór. Zapytał o kierunek panią domu. Został natychmiast powstrzymany przed tak nierozważnym postępkiem. Pojawił się tata Aisuluu i wszyscy razem znów zostaliśmy zagnani do stołu przez gospodynię. Do już wymienionych przysmaków dołączyły baranie flaki i chyba nadziewane baranie żołądki (moim zdaniem przynajmniej jedna z potraw miała szansę być jądrami – M.), warzywa z ogródka oraz prasowane morele z sadu. Dołączyli do nas brat i bratowa gospodarza z małą córeczką i zrobiło się bardzo wesoło. 

wp_20160911_18_52_36_pro
Wspaniali ludzie, wspaniałe jedzenie i jeszcze Ania na dodatek. Piękny kadr 😉

Pan domu był dużo bardziej rozmowny niż jego żona i wystawił nasze możliwości lingwistyczne na ciężką próbę. Niemniej zdaliśmy egzamin na jakieś 3 z dwoma. Poprosił nas, żebyśmy niczego sobie nie żałowali,że u nich naród gościnny, a goście nie powinni się powstrzymywać od pożarcia wszystkiego łącznie z meblami ;). Jak to przy stole – pogadaliśmy o jedzeniu, o wspaniałych właściwościach koniny, o pierogach (u nich pieróg oznacza po prostu ciasto), o tym, że my też lubimy flaki. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że przy kirgiskim stole je się wszystko na raz. Słodkie przeplata się mięsem, zapija herbatą z mlekiem (dolewają solidne ilości), a borsoki je jako pieczywo do zupy, jak i do dżemu. Państwo Kydyraliewowie wyszli następnie z domu, oznajmiając, że zostawiają nas na straży obejścia. Kiedy wrócili, zaproponowali wspólną herbatę, ale odmówiliśmy tak grzecznie jak się tylko dało, wymawiając się późną porą i ogólnym zmęczeniem.

Spaliśmy jak zabici. Rano w domu nie było już nikogo, rozpoczęło się bowiem Święto Ofiarowania. Dla muzułmanów bardzo ważne, a upamiętniające Abrahama (Ibrahima) i jego niedoszłą ofiarę z Izaaka (Izmaela). Pierwszy z trzech dni świątecznych spędza się w gronie rodziny i sąsiadów (niezależnie od wyznania), wspólnie idąc do meczetu i ucztując. Ponoć tego dnia na konto fundacji charytatywnych wpływają największe dary. Ja też dostałem jeden. Pan domu zostawił mi w prezencie kałpak – tradycyjne, kirgiskie nakrycie głowy. Niestety nie mogliśmy podziękować osobiście, ale przekazaliśmy wyrazy wdzięczności przez brata Aisuluu. Ten skierował nas na drogę w stronę Czołpon-Aty i rozpoczęliśmy swoją pierwszą przygodę z autostopem w Kirgistanie. 

A&M

Jedna myśl nt. „W domu Aisuluu, czyli jak goszczą Kirgizi”

Możliwość komentowania jest wyłączona.