Nie ufać kwiaciarzom, czyli jak po Biszkeku błądziliśmy

Biszkek da się lubić – Fantastyczny splot wydarzeń – Kwiaciarz, ale człowiek Plamy — Z ziemi kirgiskiej do Polski

Przygodę w Biszkeku zaczęliśmy od tego, że trochę się zgubiliśmy. Ale tylko trochę. Po prostu o raz za dużo zapytaliśmy o drogę. Nic to jednak, bo schodziliśmy ładny kawałek miasta. Czuliśmy się…Swojsko. Oczywiście otoczenie zupełnie inne, a ludzie z powierzchowności egzotyczni, ale czuliśmy się dużo bardziej na miejscu niż w Gruzji. Ludzie nie gapili się natrętnie, a raczej patrzyli z życzliwym zainteresowaniem. Dużo więcej niż Gruzini uśmiechali się, a zwłaszcza dziewczyny. Gruzinki są piękne, ale przynajmniej z pozoru wydają się wyniosłe i naburmuszone. Kirgizki są prześliczne, a do tego przepięknie się uśmiechają. Ruch uliczny jest spokojniejszy i chociaż pieszy również tu musi twardo dochodzić swoich praw (w końcu to pieszy), to jednak Kirgizi jeżdżą wolniej, zwykle trzymając się przepisów. Czasem nawet przepuszczą na pasach. Chodniki nie prowadzą do nikąd, a jeśli nagle się urywają, to zebra czeka na człowieka tuż obok.

wp_20160909_14_36_33_pro
Manas, czyli tytułowy bohater eposu narodowego, liczącego sobie ok. 500 000 wersów.

A jak my zadebiutowaliśmy w kirgiskiej stolicy? Wysiadając z marszrutki, zapytaliśmy kierowcy o drogę na ulicę Oszską, ale ten nie wiedział, że taka istneje. Owszem Bazar Oszski, bardzo proszę, jest tam, ale ulica? Pierwsze słyszał. Po chwili sam zaproponował, że zadzwoni do naszego hostelu. Narysował nam mapkę, która może nie była sztabowym majstersztykiem, ale wydawała się być wystarczająco przejrzysta. Idziemy, idziemy i w pewnym momencie postanowiłem zapytać się dwóch sympatycznych dziewczyn czy na pewno dobrze. Całe szczęście nie musieliśmy długo czekać, bo już po chwili dwie ewidentnie sympatyczne dziewczyny wyszły zza rogu, idąc w naszą stronę. Wymieniłem nazwę dwóch ulic, które podał kierowca. Powiedziały, że to dwa kompletnie różne kierunki. Pięknie. Zapytały dokąd idziemy, a ja na to że na Oszską. Nie wiedziały, że taka istnieje, ale jeśli chcemy na bazar Oszski, to bardzo proszę, jest tam. Podziękowaliśmy (rahmat!) i ruszyliśmy w jedną z tras, które nam wskazały. 

wp_20160907_17_36_05_pro
Siedziba parlamentu. Z państw Azji Centralnej Kirgistan uchodzi za najbardziej demokratyczny.

Maszerujemy sobie przepisowo, aż tu nagle z mijanej kawiarni zagaduje do nas po angielsku pewien jegomość, wyglądem przypominający połączenie Włóczykija z Tomem Bobadilem. Zasugerował, że tutaj wypijemy najlepszą kawę w okolicy. Cały obrazek trafił do nas dopiero kilkanaście metrów po fakcie, a Ania słusznie zauważyła, że jeżeli on gada po angielsku i wie gdzie kawa jest najlepsza, to może nam pomoże. Niestety nie wiedział gdzie jest ulica Oszska (co innego bazar…), ale za to po chwili okazało się, że to Polak. Jeździ po Azji i kręci materiał dla TV Polonia, a jak nie jeździ i nie kręci, to studiuje montaż w Łodzi, ale jest z Warszawy. My na to, że tak jak my i pytamy skąd dokładnie.
– Z Ursynowa
– No popatrz, my też.
– Może mi jeszcze powiecie, że z Kabat?
– Nie inaczej!
Imaginujcie sobie. Parę tysięcy kilometrów od domu. On jedzie ze wschodu, my z zachodu. On znajduje miejsce z najlepszą kawą, my gubimy się, pytamy, wybieramy jedną z możliwych dróg, po czym znajdujemy sąsiada. W środku azjatyckiej stolicy. Więcej – okazuje się, że mamy wspólnych znajomych i to nie "jakichśtam", tylko z naszego najbliższego kręgu. Tu nawet nie chodzi o to, że świat jest mały, tylko, że…No kurde balans! 😀

wp_20160907_18_41_47_pro
Marcin i jego kapelusz. Napis głosi: Życie w drodze

Nie było siły, musieliśmy usiąść, pogadać i wypić kawę. Rzeczywiście znakomita! Lepszą dają tylko u Malanowskich w Józefowie. Cały czas nie mogąc uwierzyć w cały ten zbieg okoliczności, przegadaliśmy  dobrą godzinę, ale przecież mieliśmy dotrzeć do naszej gospody. Marcin (tak mu bowiem na imię), wskazał nam naszą pozycję na mapie i zdawało się, że sytuacja jest pod kontrolą. Jednak kiedy chcieliśmy się upewnić, że idziemy dobrym szlakiem, trafiliśmy na kwiaciarza z piekła rodem. Był niezwykle pewny swego i zdawał się wręcz topograficznym arcykapłanem. Okazało się, że jego złośliwe wskazówki sprowadziły nas na manowce. No dobrze, trochę przesadzamy, bo na pewno bardzo chciała nam pomóc, ale byliśmy już tak zmęczeni (kilkanaście godzin w podróży, nie tak dużo snu), że wydawało nam się, że wszystko jest przeciwko nam. Rzuciliśmy ręcznik na ring i postanowiliśmy skorzystać z taksówki. 

wp_20160909_15_55_05_pro
Tan pyszny, kupiliśmy całą butlę. To różowe bardzo niedobre 😉

Akurat przechodziła koło nas jakaś ciocia-babcia, więc poprosiłem o pomoc. Zapytała dokąd chcemy dotrzeć. Powiedziałem, że na Oszską, a ona, że nie zna takiej ulicy i czy na pewno nie chodzi nam o bazar. Oglądaliście kiedyś western "Wielki Jack"? Następna osoba, która zada mi to pytanie…Nie ważne zresztą. Zamówiła nam taksówkę, poczekała aż ta przyjedzie, odprowadziła nas pod sam bagażnik i poprosiła na koniec, żebyśmy do niej zadzwonili kiedy będziemy na miejscu, bo inaczej będzie niespokojna. Gdybym nie był pewien czy wypada, to bym kobietę uściskał. Taksówkarz wiedział gdzie jest Oszska i zawiózł nas tam bez pudła. Przyśliśmy, zadzwoniliśmy do cioci-babci, umyliśmy się, padliśmy na nasze zmęczone ryjki i zachrapaliśmy smacznie. 

wp_20160909_15_11_56_pro
Pomnik Zwycięstwa. Nie jakiegoś tam zwycięstwa, tylko tego Zwycięstwa. Pary młode chętnie robią sobie tam zdjęcia. Optymiści…

Kiedy już odzyskaliśmy siły i uporaliśmy się z drobnymi niedyspozycjami, ruszyliśmy na spotkanie z Aiszą. Kirgizka maturzystka, która niestety nie mogła nas gościć w ramach couchsurfingu, ale powiedziała, że chętnie się z nami spotka i oprowadzi nas trochę po mieście. Parogodzinny spacer zdecydowanie należał do udanych. Aisza była dobrym przewodnikiem i starała się cały czas podtrzymywać konwersację. Okazało się, że marzy jej się studiowanie anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim, więc tak jak my do niej, tak i ona do nas miała wiele pytań. Bardzo przyjacielska duszyczka. Zafundowała nam degustację kirgiskich napojów, z których  zdecydowanie możemy polecić tan ( podobne do zsiadłego mleka), a na koniec wręczyła paczkę M&M's. Powiedziała, że chciała nam kupić tradycyjne borsoki (słodkie bułeczki z ciasta, przypominającego donutowe), ale nie zdążyła kupić. Odpowiedzieliśmy, że nic nie szkodzi, bo przecież myśmy nigdy kirgiskich M&M's nie jedli. Pożegnaliśmy Aishę, wsunęliśmy na obiad pyszne kotlety baranie i jęliśmy się gotować do wyjazdu z Biszkeku. Następny przystanek – Bałykczy nad jeziorem Issyk Kul!

Marek