Powrót do Tbilisi, czyli pożegnanie z Gruzją

Miasto miłości – Hajs musi się zgadzać – Macho nam nie wybaczą – Rocznica – Niebiańskie góry

Z Telawi postanowiliśmy wyskoczyć do Signagi, które jest podobno Paryżem Gruzji. Czyli, że miastem miłości. Pary młode z całego kraju przyjeżdżają tam, żeby wziąć ślub w pięknej scenerii. Miasteczko rzeczywiście jest zadbane, uliczki posiada wąskie i urocze, a panorama gór jest szeroka i monumentalna. Kiedy coś widać, rzecz jasna, bo my mieliśmy trochę pecha w tym względzie. Po kolei jednak. Najpierw musieliśmy tam dojechać. Levan podrzucił nas samochodem na drogę wyjazdową, skąd podjechaliśmy stopem do Gurjani, a potem do samego Signagi. Ostatnią część drogi pokonaliśmy w samochodzie przesympatycznego miejscowego, który podwiózł nas i jeszcze jedną panią do celu, mimo iż jego trasa kończyła się dobre 8 km wcześniej. Droga wijąca się serpentynami w górę, bardzo stroma, raj dla kolarzy amatorów, którzy lubią wyzwania.

wp_20160903_12_44_56_pro
Do widoków Kaukazu nie mieliśmy szczęścia

W Signagi spędziliśmy jeden miły dzionek, zjedliśmy po jednej milutkiej przepiórce (niestety mocno przeciętnej w smaku), a noc spędziliśmy w pokoju otoczonym ścianami, w których kuły jakieś gryzonie. Na pewno bardzo milutkie. Następnego dnia ruszyliśmy do Tbilisi, i udało nam się dotrzeć tam w dwóch odcinkach. Najpierw z rodzinką, której głowa wskazała nam tylne siedzenia z miną, mogącą równie dobrze oznaczać wypowiedzenie wojny, ale za to jego małżonka była przesympatyczna, a synek bardzo roześmiany. Drugi nasz kierowca był wielce milczący, ale może to dlatego, że wiózł w samochodzie trzy świeże ryby, a one jak wiadomo głosu nie mają. Zanim wziął nas do auta przypatrzył mi się uważnie, a pod koniec trasy poczynił wyznanie. Mimo przynajmniej 50tki na karku nie mówił dobrze po rosyjsku i stwierdził, że gdybyśmy byli Rosjanami, nigdzie by nas nie podwiózł. Nie dopytywaliśmy. Może jakaś osobista strata, kto wie… Dobrze, że tego dnia miałem na sobie koszulkę z małą, biało-czerwoną 😉

wp_20160903_13_58_12_pro
Ale nad samym miasteczkiem pogoda wyborna

Wysadził nas przy metrze, podziękowaliśmy gruzińskim "gmatlob!" i pojechaliśmy pociągiem do Maca, żeby połączyć się z internetem i dać znać naszemu gospodarzowi z couchsurfingu, Holendrowi Gijsowi, że jakby co, to już jesteśmy. Gijs, czyli fonetycznie Hajs (szybko ochrzciliśmy go "Kasą"), wyznaczył nam spotkanie na godzinę 19 w Hard Rock Cafe (dla ciekawskich, ceny bardzo podobne do tych w Polsce), więc mogliśmy przejść się do parku, trochę poczytać na Nelsonie (tak nazwaliśmy nasz Kindle) i generalnie wytracić prędkość. W końcu jednak wylądowaliśmy w przytulnym mieszkaniu naszego gospodarza. Gijs, to student prawa, który wpadł nagle na pomysł, że zainteresuje się historią i polityką regionu kaukazkiego, a następnie został przyjęty na staż do ambasady holenderskiej w Tbilisi. Był kiedyś w Polsce i zachwycił się Lublinem. Równy chłop! 

wp_20160904_11_24_39_pro
Wymarsz z twierdzy Signagi. Prowadzi plutonowa Malanowska.

Pogadaliśmy, napiliśmy się, zjedliśmy potrawkę z warzyw, a Gijs podzielił się z nami wieloma spostrzeżeniami na temat Gruzji i Gruzinów. W dużej części pokrywały się, chociaż Holender będzie mieć na pewno inny punkt siedzenia niż Polak. Niestety wspólnie ponarzekaliśmy na to, że serce nam się kraje, gdy widzimy jak ten piękny kraj jest zaśmiecony, jak często samochód ważniejszy jest od porządnego mieszkania czy domu dla potomstwa i, co się z tym wiąże, jak ciężki z naszej perspektywy jest los Gruzinki.

wp_20160906_14_20_02_pro
Gruzja w dwóch słowach. Palą tutaj prawie wszyscy i prawie wszędzie.

I teraz krótki wtręt natury ogólnej. Otóż słyszeliśmy już z kilku niezależnych od siebie źródeł, że zwłaszcza na prowincji, ale często i w większych miastach mamy do czynienia z klasycznymi podwójnymi standardami. Na dodatek nie mających zbyt wiele do czynienia z wszechobecną i ostentacyjną religijnością. Przykład – ponoć dość powszechnym zjawiskiem jest wczesna inicjacja seksualna u chłopców, nie tyle z własnej chęci, ile z inicjatywy starszych członków rodziny. Chłopak ma wiedzieć co robić już na starcie dojrzewania, by wyrosnąć na macho. Dziewczyny wręcz przeciwnie, cnotliwe aż do ślubu, bo inaczej wielka hańba dla rodziny, wioski czy miasteczka. Na tym jednak nie koniec. Chłopak może folgować swoim chuciom, ale że z Gruzinką nie może, to powszechne jest nagabywanie turystek. Jeśli do czegoś dojdzie, chłopak specjalnie się z tym nie kryje, a jego partnerka/przyszła żona musi pogodzić się z jego postępowaniem. Ani co prawda nikt nie zaczepiał, bo obrączka to dla nich świętość, ale gdy raz w Kutaisi poszedłem z koleżanką do sklepu, a ona została na papierosie (dosłownie 15 sekund bez mojego towarzystwa), już przypałętało się dwóch jurnych Gruzinów, których trzeba było spławiać. Ehhhh.

Pogaducha z Gijsem trwała sobie w najlepsze, ale nas zaczął morzyć sen, więc powiedzieliśmy sobie dobranoc i dalejże w kimono! Kolejny dzień musieliśmy zacząć wcześnie, ponieważ "Kasa" wychodził do pracy, a my musieliśmy opuścić lokum wraz z nim. Celem wędrówki ustanowiliśmy ogród botaniczny. Myślę, że dobrych parę kilometrów zrobiliśmy najpierw docierając do niego, a potem drepcząc wśród wielu gatunków roślin, które praktycznie w ogóle nie były opisane. Nie mówiąc już o piekielnej oranżerii, której szukaliśmy piekielnie dużo czasu, a którą minęliśmy chyba miliard razy, bo w ogóle nie wyglądała jak oranżeria ani nie była w żaden sposób onaczona. Niemniej ogród jest miejscem bardzo ładnym, cichym i położonym w szalenie malowniczym miejscu. Leży u stóp wzgórza fortecznego, a sam wspina się na sąsiednie wzniesienia, tworząc botaniczną nieckę.

wp_20160905_13_21_48_pro
Zielono nam

Wracając w stronę mieszkania, wpadliśmy w sam środek zgrupowania austriackich kibiców, tłumnie paradujących po starym mieście przed meczem eliminacyjnym MŚ. Śpiewali i bawili się świetnie, a i nam trochę tej wesołości się udzieliło. Nie koniec na tym. Tuż przy Placu Wolności trafiliśmy na bar "Warszawa". Nie będziemy się rozpisywać, sami zobaczcie 🙂

wp_20160905_15_55_47_pro
Tutaj szczęście można znaleźć, tutaj serce można zgubić 😉

Nie tylko dlatego ten dzień był dla nas szczególny. Obchodziliśmy bowiem pierwszą rocznicę ślubu i wieczorem wyskoczyliśmy do knajpki, znajdującej się niedaleko Gijsowego mieszkania. Sam Gijs udał się na stadion narodowy, żeby dopingować Gruzję (przegrali 1:2), a my zjedliśmy na spółkę pyszne, jagnięce kotleciki mielone oraz kurczaka z warzywami podanego z pysznym puree ziemniaczanym. Miodzio!

wp_20160905_19_48_31_pro
Wino dobre, a jedzenie jeszcze lepsze. Takie smaczne, że aż zdjęć brak.

Kolejny, czyli ostatni gruziński dzionek, spędziliśmy na praniu, sprzątaniu, pakowaniu oraz wyprawie po namiot. W trakcie ganiania między sklepem na peryferiach miasta, a najbliższym kantorem mignął mi pewien człowiek z torbą.

wp_20160906_13_50_59_pro
Nasi tu byli!

Niestety nie miałem czasu, żeby podbiec i zagadać, więc pomachaliśmy sobie tylko przez ulicę.


Na pożegnanie z Gijsem Ania zrobiła placki po zbójnicku. Na bigos i pierogi ruskie nie było czasu 😉

wp_20160906_19_19_24_pro
Dla nas porcja była za duża,ale Gijs dokończył bez mrugnięcia okiem 🙂

Pożegnaliśmy naszego Holendra i wsiedliśmy w autobus na lotnisko. Bardzo lubię ten moment. Wszystko co masz, spakowane w plecak, jedziesz przed siebie, w kolejne nieznane miejsce, gdzie czeka…Nie wiadomo co. Na lotnisku w Tbilisi kontrola praktycznie w drzwiach hali, a potem oczekiwanie na odprawę. Krótka drzemka przed wejściem na pokład, start, pyszna kanapka z serem, chrzanem i szynką, a o piątej lądowanie w Moskwie. Wschodzące Słońce nad Szermietiewem – w jego stronę będziemy się kierować. Senność trochę ustępuje, tuż obok ktoś odmawia szacharit. Nutka mistycyzmu w zamkniętej przestrzeni terminalu. Kolejny lot już dłuższy, ze śniadaniem. Pod nami spalone słońcem stepy Kazachstanu, które nagle zmieniają się w pola uprawne, swojsko kolorowe. Lądowanie, kontrola graniczna, odbiór bagażu, wymiana pieniędzy, karta sim, marszrutka do miasta. Robimy to wszystko automatycznie, oganiając się od natrętnych taksówkarzy, którzy biorą za przejazd 10-20 razy więcej niż ci z busików. Siedzimy za kierowcą, a na horyzoncie piętrzą się chmury. Przecieram okulary. To nie chmury, to Tienszan. Jesteśmy 🙂

Marek