Muzea, pomniki i bliny z serem, czyli Waszyngton D.C.

Resting w Reston – Muzeum lotnictwa KJM! – Waszyngton monumentalny – Waszyngton słowiański

Dotarliśmy tedy do Fairfax skąd odebrała nas pani Ewa, czyli koleżanka mojego Taty ze szkolnej ławy. Znamy się od lat i to właśnie u niej w, nomen omen, Reston mieliśmy odpocząć trochę przed ostatnim etapem naszej amerykańskiej podróży. W towarzystwie samej pani Ewy, uroczego zwierzyńca składającego się z czterech psów (Bill, Millie, Chubby i Angelo) oraz dwóch kotów (Isis i Ginger), a na ostatnie dwa dni dołączył do nas mąż pani Ewy, wracający z wielkanocnej wyprawy do Londynu, pan Etienne.


Ania i Ginger. Miłość.

Atmosfera rodzinna, warunki do regeneracji idealne, okolica zaciszna, a w domu naszych gospodarzy bardzo przytulnie. Głównym naszym zajęciem było więc pisanie, wstawianie zdjęć, wpisów, co jakiś czas przerywane krótkimi wyprawami, które dzięki pani Ewie mogliśmy odbyć po okolicy bliższej i dalszej. Zaczęliśmy od muzeum lotnictwa, w którym zgromadzono wiele autentycznych samolotów wojskowych, pasażerskich i jeszcze inszych. Nie, że modele. Czasem repliki zmontowane z poznajdywanych na całym świecie części, ale teoretycznie nadające się do latania. Dla każdego fana awioniki to miejsce jest niczym Eden. Tylko trochę bardziej zatłoczone. 


A jak będą chcieli, żeby zabrać ich do muzeum lotnictwa…

Kolejna wyprawa odbyła się już do Waszyngtonu, gdzie mogliśmy wysłuchać koncertu jazzmana Grega Hatzy z Baltimore. Zażyliśmy zatem trochę sztuki, a przy okazji zobaczyliśmy Waszyngton po zmroku. Oczywiście zdjęcia nocne kompletnie nie wyszły, ale podświetlone budynki i pomniki na the Mall, wyglądały bardzo pięknie, dając nam przedsmak naszej przyszłej wizyty w stolicy.


Nie przepadam za nadużywaniem organów w muzyce jazzowej, ale trzeba przyznać, że nieźle podawali.

Było trochę technologii, było trochę kultury, przyszedł więc czas na naturę. Pojechaliśmy do Great Falls, by przejść się po niewielkim, ale bardzo malowniczym parku narodowym nad brzegiem Potomacu. Na koniec trochę szermierki (a jakże!) – odwiedziliśmy Maryland i klub szermierczy, w którym pracuje dwóch polskich trenerów, a w którym trenowała kiedyś córka pani Ewy, Liwia. Wracając, zahaczyliśmy jeszcze o świątynię mormońską, znajdującą się w okolicy, a która ma bardzo…specyficzną bryłę. Sami zobaczcie:


Ta zielona poświata…

Dosyć niepokojący budynek. Spaliśmy jednak bardzo dobrze i następnego dnia wczesnym rankiem mogliśmy wyruszyć do Waszyngtonu. U naszych pierwszych gospodardzy – Nikołaja i Ashley, musieliśmy się zameldować przed dziewiątą, żeby zrzucić plecaki, a potem ruszyć na zwiedzanie. Komunikacja waszyngtońska prawie nas pokonała i dotarliśmy na ostatnią chwilę. Odsapnęliśmy kapkę i poszliśmy na miasto. Lepsze zapoznanie się z gospodarzami musiało trochę poczekać. 


Pana profesora fechmistrza zabraknąć w klubie nie mogło :).

Waszyngton. Miasto zaprojektowane po to, żeby być stolicą. W centrum roi się od budynków administracyjnych, muzeów, sądów. Wszystko w monumentalnym stylu, bez zbędnych ozdób. Budynki mówią ci : "Jesteś w stolicy wielkiego kraju, jesteś w stolicy wielkiego narodu." Trzeba przyznać, że robią wrażenie. Zwiedzanie zaczęliśmy od Muzeum Historii Amerykańskiej, bo akurat było pod ręką. Ekspozycja bardzo sprawnie zorganizowana, pokazująca historię społeczeństwa, historię wojen, historię przemysłu, transportu w sposób bardzo przystępny, interaktywny (słowo klucz!) i nie bardzo męczący. Wśród eksponatów znajdują się prawdziwe artefakty historii USA, jak kapelusz Abrahama Lincolna czy flaga z fortu McHenry w Baltimore. To ta z hymnu narodowego USA, "Star Sprangled Banner". W czasie wojny z Wielką Brytanią w 1812 roku, powiewała nad wspomnianym fortem, bombardowanym przez Royal Navy. Taką zobaczył ją Francis Scott Key, co zainspirowało go do napisania poematu. Pod słowa podłożono następnie popularną, brytyjską (sic!) melodię. Parędziesiąt lat później pieśń stała się hymnem US Navy, ale status hymnu narodowego uzyskała prawnie dopiero w 1931 roku.


Wśród artefaktów narodowych można również podziwiać rękawice Muhammada Alego

Gdy już poszwędaliśmy się dobre kilka godzin po wnętrzu, zapragnęliśmy złapać nieco świeżego powietrza i wyruszyliśmy obejrzeć pomniki. Memoriał Waszyngtona, Lincolna, Wojny Koreańskiej, Wojny Wietnamskiej, Drugiej Wojny Światowej.  Wszystkie robią wielkie wrażenie i skłaniają do refleksji. Może dlatego poczuliśmy się trochę bardziej zmęczeni niż powinniśmy, a do tego okazało się, że zaczyna nas chwytać jakaś infekcja. Zanim jednak porządnie schwyciła, my spotkaliśmy się z Nikołajem na obiad. Powiedział, że zna świetne miejsce z happy hours – za dwa dolary piwo, a do piwa dwa spore tacos. Nie można było przegapić takiej okazji.


Kapitol, obelisk Washingtona, sadzawka, w której ściskali się Forrest i Jenny, a za plecami siedzi niewidoczny na zdjęciu Abraham Lincoln.

Sam Nikołaj to raczej typ introwertyka, więc nie wiemy o nim wiele, poza tym, że to szczodry gospodarz. Rosjanin z Kaliningradu, któremu uprzykrzyło się życie nad pięknym bałtykiem, więc wyruszył na Florydę, potem do Teksasu, a obecnie rezyduje w Waszyngtonie wraz ze swoją żoną, Ashley, trochę bardziej rozgadaną dziewczyną z Luizjany. Niestety przyjechaliśmy do nich w tygodniu i nie mieliśmy wiele czasu by się integrować, a do tego jeden dzień przeleżeliśmy plackiem, bo przeziębienie rozłożyło nas na łopatki. Zanim do tego doszło odbyliśmy kolejną rundkę po muzeach (wszystkie muzea smithsoniańskie są darmowe), zaczynając od archiwów narodowych, gdzie mogliśmy zobaczyć oryginały delkaracji niepodległości i konstytucji. Zajęcia z paleografii miałem dawno temu i trudno było coś odczytać, więc nie musicie się zamartwiać, że nie mogliśmy tam zrobić zdjęć ;). Trochę fotek wyszło nam w National Gallery, gdzie mogliśmy podziwiać piękną sztukę z naszymi ulubionymi impresjonistami i realistami na czele. Na koniec wpadliśmy na chwilę do Muzeum Indian Amerykańskich i, powiedzmy sobie szczerze, porządnie się zawiedliśmy. Oczekiwania nie były wielkie, a do tego weszliśmy tam, żeby wytracić trochę czasu przed powrotem Nikołaja i Ashley do domu. Pamiętam, że w czasie poprzedniej mojej wizyty muzeum oceniłem jako przeciętne, ale teraz było jeszcze gorzej. Po prostu kiepskie. To wszystko co mam na ten temat do powiedzenia.


Niezła sztuka…

Wspomniana choroba skonsumowała nam następny dzień, a kolejnego czekała nas przeprowadzka do innej couchsurferki, więc chciał-nie chciał, musieliśmy się zwlec. Oczywiście potem znowu odpoczywaliśmy, żeby jak najszybciej zregenerować nadwątlone siły. Od Nikołaja i Ashley trafiliśmy do Sashy. Do Stanów przyjechała z Ukrainy, gdy miała cztery lata, więc zupełnie nie słychać po niej akcentu, ale bliny z białym serem zrobiła jak trzeba ;).


Pycha!

Pełna energii i bardzo wesoła, zdecydowanie przyczyniła się do poprawy naszego stanu zdrowia. W końcu, jak pisał Kornel Makuszyński, "Nie ma ponad śmiech lekarstwo". Nie wiemy jak w innych, ale w tym przypadku zadziałało. Zapiekanka ziemniaczana, którą Ania upichciła na kolację, też dołożyła swoje, a przy samej kolacji czekała nas niespodzianka, choć właściwie, nie powinna nas w ogóle dziwić biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia. Otóż Sasha przyprowadziła z randki Petera lub po prostu Piotrka. Polak wychowany w Stanach, ale urodzony jeszcze w Warszawie, na Mokotowie. Trafianie na Warszawiaków nigdy nas nie znudzi. Posiedzieliśmy, pojedliśmy, popiliśmy i naprawdę znakomicie się bawiliśmy. Jak tu nie zdrowieć?


Abraham Lincoln zgadza się z powyśzym akapitem.

W lepszych humorach i w lepszej kondycji wstaliśmy kolejnego ranka, bo udało nam się zarezerwować wizytę w Kapitolu, gdzie mogliśmy zwiedzić historyczną część amerykańskiego parlamentu. Zwiedzanie jest darmowe, ale terminy trzeba rezerwować z paromiesięcznym wyprzedzeniem, bo chętnych jest od metra (jak Bodzianowiczów). Wycieczka trwa godzinę, licząc z filmem wprowadzającym – nie jest szczególnie ekscytująca, ale też nie umiera się z nudów. Z Kapitolu wróciliśmy do domu spakować się, pożegnać z kochaną Sashą i podrałować na autobus do Filadelfii. Niestety przez dwa dni choroby nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy zobaczyć. Biały Dom, Memoriał Jeffersona, Memoriał FDR, Muzeum Historii Naturalnej, cmentarz Arlington i Pentagon zostawiliśmy więc za plecami. Nauczyliśmy się w drodze nie płakać nad rozlanymi atrakcjami turystycznymi, ale nie powiem, trochę żalu odczywaliśmy. Zwłaszcza, że pech nie opuszczał nas także w Filadelfii. Ale o tym już w następnym odcinku.


Jak się czujemy? Kapitolnie!

Marek

Jedna myśl nt. „Muzea, pomniki i bliny z serem, czyli Waszyngton D.C.”

Możliwość komentowania jest wyłączona.