Bogata historia w Richmond, czyli u zarania dziejów USA

Ad fontes! – FL, filantropi ludziom – Niezłe jaja – Podwózka jakubowa

Richmond, Wirginia. Jeżeli gdzieś na ziemii amerykańskiej można wyznaczyć początek procesu, który doprowadził do powstania Stanów Zjednoczonych, to będzie to właśnie Wirginia. To tutaj, ponad czterysta lat temu założono pierwszą stałą, angielską kolonię na kontynencie amerykańskim – Jamestown. Również na terenie tego stanu rozegrała się bitwa pod Yorktown, która ostatecznie przeważyła szalę zwycięstwa w rewolucji amerykańskiej na stronę kolonistów. Z pierwszych czterech prezydentów kraju, trzech pochodziło z Wirginii. Waszyngton czyli ostrze rewolucji, Jefferson czyli pióro rewolucji (autor deklaracji niepodległości) oraz Maddison, który jest głównym autorem konstytucji amerykańskiej. Sami widzicie, że znaleźliśmy się więc w kolebce narodu.


Washington i spółka, czyli ojcowie założyciele pochodzący ze stanu Wirginia.

Po wegańskim śniadaniu wielkanocnym Mac i Lea zawieźli nas do centrum, przy okazji demonstrując bardzo typowy dla miejscowych zwyczaj, a mianowicie paradę wielkanocną. Parada polega na tym, że jakaś spora ulica jest zamykana i ludzie mogą sobie paradować w dowolnych kierunkach, każdy sobie lub w większych grupach. Przebrani, nie przebrani, wszystko jedno. Ludzie zakładają fikuśne kapelusze i spacerują między budkami z napitkami oraz żarciem. Trochę się to różni od parad w europejskim, a nawet jankeskim wydaniu i być może dlatego nie za bardzo przypadło nam do gustu. Cyknęliśmy kilka fotek i poszliśmy zwiedzać. 


Nie zabawiliśmy tam zbyt długo, bo nie chcieliśmy wchodzić tym wszystkim ludziom w paradę.

Na pierwszy ogień poszły Maymont Park i Maymont Mansion. Posiadłość Jamesa i Sallie Dooley, która po ich śmierci, zgodnie z ich wolą została przekształcona w park publiczny i muzeum. Syn irlandzkich imigrantów oraz córa starych, wirgińskich rodzin doszli do wielkiej fortuny między innymi dzięki inwestowaniu na rynku kolejowym, a gdy już się dorobili, nie gnieździli się na złocie jak jakieś smoki. Wspierali szkoły, szpitale, biblioteki i kościoły, a w spadku zostawili na cele charytatywne ponad milion dolarów. W latach dwudziestych była to sumka nie lada. 


Przynajmniej M4…

Dom zwiedziliśmy z bardzo sympatyczną przewodniczką z Anglii, która oprowadziła nas po przepysznych pokojach, salonach, łazienkach, opowiadając nie tylko historię rodu, ale także służby i wiele razy ukazując szersze spektrum historyczne. Trzeba przyznać, że dom prezentuje się imponująco, a jego wnętrze to uczta dla oczu. 


Voila! Sypialenka jak marzenie.

Po tym wszystkim przeszliśmy się trochę po ogrodzie rzymskim, ogrodzie japońskim, zobaczyliśmy miejscowe bizony (pierwszy raz w życiu widzieliśmy żywego bizona!), ale nie były zbyt rozmowne, więc wróciliśmy do centrum, zakupić zapasy tuńczyka i makaronu. Co prawda nasi gospodarze zabraniają swoim gościom przyrządzanie mięsa w swojej kuchni, ale zgodzili się, że ugotowanie makaronu, usmażenie czosnku, a potem dopiero dodanie do tego tuńczyka, nie będzie pogwałceniem ich zasad. Zwłaszcza, że humory mieli dobre, a zajadając każdy swoje, oglądaliśmy z nimi i jeszcze jedną koleżanką, wspomnianą w poprzednim artykule "Czekoladę". Smakowity wieczór :).


To oczywiście nie duży pokój naszych gospodarzy, tylko salon w Maymont Mansion. Herbaty?

Następny dzień rozpoczął się równie smakowicie, a to z okazji naszej szóstej rocznicy. Tak, tak, udało się aż tyle ze sobą wytrzymać. Mamy taki zwyczaj, że naprzemiennie (raz ja raz Ania) wybieramy na rocznicową kolację knajpkę, w której jeszcze nie byliśmy, najlepiej o konkretnym profilu kulinarnym. Do tej pory wychodziło nam to głównie fatalnie, bo co strzał to pudło. Wyjątkiem była nasza pierwsza rocznica i restauracja "Mały Belgrad" na Belgradzkiej, a tym razem, żeby przełamać złą tradycję, postanowiliśmy wybrać się na rocznicowe śniadanie. Klasyczne, amerykańskie, wielkie, bardzo kaloryczne, pozbawiające człowieka ochoty na lunch śniadanie. Naleśniki, bekon, jajecznica, kiełbasa (czyli dla nich zmielone mięso z przyprawami), smażone ziemniaki, coś na kształt kaszki manny i czarna lura, którą nazywają kawą, a której dolewają w nieograniczonych ilościach. Prawie udało nam się zjeść większość ;).


Cornerstones of American breakfast!

Słusznie wnioskujecie ze zdjęcia, że do muzeum historycznego raczej się dotoczyliśmy, niż doszliśmy. Samo muzeum ma skromną, ale dobrze zaprezentowaną ekspozycję, ale główną atrakcją był portier. Starszy pan, który był zachwycony, że ktoś wyraża więcej niż powierzchowne zainteresowanie jego rodzinnym krajem, i z którym pogawędziliśmy sobie o historii, a także o naszym wspólnym idolu literackim jakim okazał się Edgar Allan Poe. Jeden z moich ulubionych autorów amerykańskich kojarzony jest bardzo mocno z Baltimore, gdzie zmarł tajemniczą śmiercią, ale wychował się właśnie w Richmond, gdzie pochowana jest jego matka. Portier, dla ułatwienia nazwijmy go Richard, bo tak właśnie miał na imię, rozgadał się w pewnym momencie do tego stopnia, że zaproponował nam wieczorny objazd Richmond i wiele ciekawych opowieści. Podziękowaliśmy bardzo uprzejmie i wyjaśniliśmy, że przy naszym trybie zwiedzania do wieczora zupełnie opadniemy z sił. 


No to jak to było z tą kolonizacją Hameryk?

Z jednego muzeum przeszliśmy do drugiego. Otóż w muzeum sztuki, być może w związku z Wielkanocą, eksponowano jaja carskie. Nie, nie jesteśmy obrzydliwi. Chodzi oczywiście o tzw kolekcję Faberge. Wiele o nich słyszeliśmy, wiele widzieliśmy filmów, w których genialni przestępcy wykradają je z kolekcji i nie wiadomo dlaczego widz powinien im kibicować. W końcu przyszło nam zobaczyć te dzieła sztuki i kunsztu rzemieślniczego osobiście i zostaliśmy olśnieni.


Prawdziwe piękno i dzieło sztuki. A na pierwszym planie jajo Faberge autorstwa Michaiła Pierchina.

Historię pewnie znacie, ale gwoli przypomnienia… Car Aleksander III Romanow postanowił zrobić swojej żonie prezent wielkanocny i rozkazał wykonać złotnikom petersburskiej pracowni Petera Carla Faberge złote jajko. Efekt tak przypadł wszystkim do gustu, że zamawianie takich klejnotów stało się coroczną tradycją na carskim dworze. Spójrzcie no jeszcze raz.

Odchamieni już do reszty poszliśmy w stronę ścisłego centrum by zajrzeć do lobby "Jeffersona", najbardziej ekskluzywnego hotelu w stanach południowych, a potem udać się do stanowego kapitolu, zaprojektowanego przez samego Thomasa Jeffersona (był człowiekiem wielu talentów). Mogliśmy za darmo zwiedzić nowoczesną oraz historyczną część tego pięknego budynku. Skupiliśmy się na tej starszej, bo w nowej była akurat lekcja WOSu. Kapitol został wybudowany już po wojnie ze Zjednocznonym Królestwem, jako pierwszy ze wzniesionych już po wywalczeniu niepodległości. Stał się tym samym wzorem architektonicznym dla dalszych tego typu konstrukcji. Wielki, monumentalny, ale nie przesadnie ozdobny, jego odbicie rzeczywiście widać w wielu amerykańskich stolicach stanowych. 


Kapitalna sprawa

Niestrudzeni pognaliśmy jeszcze w dół, ku rzece, by przejść się nad kanałami miejskimi, których pomysłodawcą był George Washington, a potem przeszliśmy się do jednego z najsłynniejszych kościołów w USA. Otóż na skraju Rewolucji Amerykańskiej społeczeństwo nie było jednoznacznie przekonane, co do konieczności wojny z królem, a żarliwe dyskusje toczyły się na zgromadzeniach stanowych we wszystkich trzynastu koloniach. Ponoć na takim zgromadzeniu, w kościele św. Jana w Richmond, Patrick Henry, znany ze swych zdolności oratorskich, wygłosił płomienną mowę, którą zakończył słynnym "Give me liberty, or give me death!". Niestety kościół był już zamknięty, a inscenizacja słynnej przemowy odbywa się tylko w określonych dniach miesiąca. Za to miejscowy przewodnik, będący już po fajrancie, wskazał nam miejsce pochówki matki Edgara Allana Poe. Czyli jednak warto się nachodzić. 


Kościół św. Jana.

A jeśli o tym już mowa, to strasznie byliśmy umęczeni, więc postanowiliśmy wrócić do domu autobusem. Przy wrzucaniu drobnych do puszki w autobusie okazało się, że brakuje nam dziesięciu centów, ale kierowca kazał wsiadać, więc wsiedliśmy. Strasznie uczynni ci wszyscy richmondczycy, chociaż i tak nikt z nich nie jest w stanie pobić tego co wydarzyło się następnego dnia.


Obecnie grób jest już oznaczony, chociaż przez dekady nieliczni wiedzieli kto w nim leży.

Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, bo Mac obiecał, że zawiezie nas na dobre miejsce do rozpoczęcia autostopu. Pogoda była lekko deszczowa, ale dzielnie stanęliśmy na poboczu przy rampie wjazdowej na autostradę i rozpoczęliśmy łapanie okazji. Wydawać by się mogło, że na trasie Richmond-Waszyngton nie będzie z tym najmniejszego problemu, ale przyszło nam sporo poczekać, a do tego jakiś uczynny kierowca postanowił zapewnić nam towarzystwo w postaci policji. A jakże – ktoś doniósł, że dwójka autostopowiczów stoi na drodze. Na drodze! Pan policjant szybko zweryfikował, że to wierutna bzdura, pożyczył nam dobrego dnia i odjechał w siną dal. W końcu jednak nadjechał nasz rycerz na białym rumaku. Jacob, mechanik samochodowy z okolic Seattle, dwudziestotrzylatek, ojciec trojga, który przeniósł się do Wirginii za pracą. Jechał właśnie do hotelu niedaleko miejsca, w którym staliśmy i postanowił podrzucić nas kawałek.


Nasz bohater Jacob

Kiedy piszę kawałek, mam na myśli całą drogę. Serio. Gościu nie miał kompletnie nic do roboty tam, dokąd zmierzaliśmy, a przy tym umówione spotkanie, ale i tak najpierw zaoferował, że podrzuci nas do Fredericksburga, a potem, czemu nie, do Fairfax, czyli naszego miejsca docelowego. Dlaczego? Bo lubi pomagać ludziom i lubi przejażdżki samochodem. Proste. Chwała Jacobowi!

Marek