W szponach wampira, czyli jak zrobić 100 km w milion godzin

Z punktu C do punktu C – Fałszywa muza – Sprzedawca widelców – Wegańska Wielkanoc

Jako się rzekło droga z Charleston do Columbii była męcząca. Nie wyczerpała nas fizycznie, nie musieliśmy cierpieć w niepogodzie czy uciekać przed policją. Po prostu wyssała z nas dobry humor. Zaczęło się całkiem nieźle. Wsiedliśmy w autobus miejski i podjechaliśmy do całkiem niezłego miejsca przy wjeździe na autostradę. Do Columbii nie było daleko, więc liczyliśmy, że koło 16-17 będziemy na miejscu i tak napisaliśmy naszemu gospodarzowi, Danielowi. Po drobnej korekcie ustawienia przy drodze, kierowcy zatrzymywali się z podejrzaną regularnością – raz na dwadzieścia minut.  Niestety nikt nie jechał dalej niż kilkanaście kilometrów w naszą stronę, więc nie było sensu się ruszać. Miejsce wydawało się naprawdę bardzo dobre.


No co, nie zatrzymalibyście się? ;). Swoją drogą plecaki zyskały niedawno imiona – Gryzelda i Jeremi.

Słońce grzało, ale chmury przynosiły momenty wytchnienia, a ci, którzy się zatrzymywali, dodawali nam otuchy. W końcu po niecałych dwóch godzinach zatrzymała się Jennifer. Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy jak ma na imię ani w ogóle dokąd jedzie, ale od razu powiedziała, żebyśmy wsiadali. Powiedziałem jak najuprzejmiej mogłem, że właściwie to najpierw chcielibyśmy się dowiedzieć czy zmierza w naszą stronę i, że jedziemy do Columbii. Zamyśliła się chwilę i powiedziała, że to po drodze, więc możemy wsiadać. No to wsiedliśmy, przywitaliśmy się z jej pieskiem i ucieszeni, że suma sumarum łatwo poszło, nawiązaliśmy rozmowę.

Jennifer…Cóż, jest chyba prawdziwym wampirem energetycznym. Różnie to bywało w naszych kontaktach z kierowcami, czasami nie odzywaliśmy się przez dziesiątki kilometrów i wszystkim było z tym dobrze, ale ona należała do tych, którzy gardzą ciszą i wolą mówić cokolwiek. Zasypywała nas więc szczegółami z życia osobistego jej, jej córki, jej psa, opowiadała o tym co stan Karolina Południowa sadzi przy drogach i w ogóle jak się ma miejscowa fauna i flora. Są ludzie, którzy o takich rzeczach potrafiliby opowiadać ze swadą, ale Jennifer robiła to tak chaotycznie, tak skakała z tematu na temat, że trudno było się zainteresować czy choćby podjąć rozmowę. Bywały momenty kiedy myśleliśmy, że oto przed nami szansa, żeby wtrącić trzy grosze i porozmawiać o czymś przez dłuższy moment, ale po kilku zdaniach złożonych z naszej strony, Jennifer zmieniała temat. Zwykle na jej ulubiony park rozrywki w Karolinie Północnej – Carowinds.

Myślicie, że musiałem sprawdzić tę nazwę w internecie? Nieeeeee, będzie mi się śnić po nocach jeszcze przez najbliższy miesiąc. No dobrze, przesadzam z tym budowaniem obrazu nędzy i rozpaczy, ale nie powiedziałem jeszcze najważniejszego. Otóż jakiś czas po tym jak rozpoczęliśmy drogę do Columbii, Jennifer powiedziała nam, że po drodze będziemy musieli zatrzymać się na lunch, na który umówiła się ze swoim internetowym znajomym, z którym nigdy nie widziała się na żywo. Łoj. Nie byliśmy szczególnie entuzjastycznie nastawieni do świadkowania temu historycznemu momentowi, ale przecież okazalibyśmy się niewdzięcznikami, gdybyśmy zaczęli grymasić. Zwłaszcza, że Jennifer powiedziała, że stawia nam lunch, że jak dojedzie do Carowinds, to dostanie darmowe posiłki, bo jest stałym klientem, więc nie będzie stratna. Carowinds…


Restauracja do której zabrała nas Jennifer, była tą samą, do której zabrał nas swojego czasu Terry. W sensie, że z tej samej sieci restauracji. Klasyczna, południowa kuchnia.

Niestety miejscowość, w której się umówiła była nieco z drogi, a do tego Tobby, jej przyjaciel spóźnił się ponad dwie godziny. Byliśmy w stałym kontakcie z Danielem, więc mogliśmy mu napisać, że będziemy później niż nam się wydawało. Jennifer mogła więc opowiedzieć o swoim życiu miłosnym, które obecnie jest w idealnym stanie emocjonalnym, choć nie zawsze tak było. Kojarzycie książkę "Pamiętnik"? Na jej podstawie nakręcono wyciskacz łez o tym samym tytule. Zresztą ekranizacji powieści Nicholasa Sparksa jest więcej, ale nie o nie tutaj się rozchodzi. Jennifer poinformowała nas, że główna postać kobieca w powieści Sparksa "Dear John" została stworzona na obraz i podobieństwo…Jennifer. Miłosny trójkąt, ukochany na misji w Afganistanie, konkurent na miejscu. Co prawda  znaczyłoby to, że jest tylko kilka lat starsza od nas i w związku z tym łże jak najęta, ale nie będziemy się czepiać.


Apropos czepiania się, tutaj mamy jaszczurkę, która się czepiła. 

Tak czy siak, Tobby w końcu dojechał na wyznaczone miejsce, chociaż najpierw błądził pół godziny po parkingu bo nie mógł znaleźć knajpy. Milczkiem zjedliśmy lunch, bo nie chcieliśmy przeszkadzać w pierwszym spotkaniu i po jakimś czasie mogliśmy w końcu ruszyć w dalszą drogę. Jennifer żegnając się z Tobbym powiedziała, że może nie odpowiadać przez jakiś czas na wiadomości, bo jedzie do Carowinds, najlepszego parku rozrywki w Karolinach. Carowinds!


Moja pierwsza w życiu kanapka Reubena. Palce lizać!

Przepraszam, ale tak rzadko mamy okazję ponarzekać tu na blogu, że czasem trzeba. Oczywiście za podwózkę jesteśmy Jennifer wielce wdzięczni, ale wysiadaliśmy z jej samochodu wyczerpani. Zwłaszcza, że przez ostatnie dwadzieścia minut drogi musiałem co kilkanaście sekund utwierdzać ją, że jedziemy w dobrym kierunku i, że to nie jest ten zjazd, że jeszcze kilka dobrych mil i, że numer zjazdu to 148 B. Daniel był chyba nieco zaskoczony naszym wymizerowanym wyglądem, ale szybko usadził nas przy stole, podał pysznego kurczaka z ryżem i ugościł bardzo grzecznym, białym winem. Zmęczenie wyparowało raz dwa, a Daniel okazał się być wesołkiem i gawędziarzem (większość życia sprzedawał sztućce, więc musi mieć gadane) z bardzo strawnym poczuciem humoru. Rozczulił nas też bardzo, bo chciał nam postawić bilety do miejscowego zoo, ale zapewniliśmy go, że nie będziemy mieć czasu na zwiedzanie, bo czeka nas długa droga na piechotę do przystanku Megabus.


Ania pozostała przy kurczaku w panierce. Co prawda sama robi sto razy lepszego, ale ten też nadawał się do jedzenia.

Nad ranem, jak to bywa, zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z Danielem, który musiał iść do pracy. Zostawił nam klucz i powiedział, gdzie mamy go schować po zamknięciu drzwi. Mieliśmy więc jakieś dwie godziny na trawienie, a potem ruszyliśmy w drogę. Nic ciekawego przez kolejne 45 minut się nie wydarzyło, a i przejazd do Richmond odbył się bez wielkich sensacji, chociaż trwał prawie 9 godzin. Dojechaliśmy po zmroku, ale na szczęście nie powtórzyła się sytuacja z San Antonio, bo autobusy w Richmond chodzą do późna w nocy. Do domu Maca i Lei dotarliśmy pięć minut przed północą. Oni już spali, ale otworzyła nam ich mama/teściowa i wkrótce spaliśmy już smacznie. Śniło mi się Carowinds. Niech to szlag.


Wesoła gromadka w Columbii.

Niedzielę wielkanocną zaczęliśmy od poznania naszych gospodarzy, którzy należeli raczej do tych nie za bardzo integrujących się. Bardzo mili i gościnni, ale raczej żyjący w swoim świecie. Są weganami, a więc poczęstowali nas rodzajem tofu, które przypominało jajko, a także ziemniakami i sosem mięsnym, który zamiast mięsa zawierał skoncentrowany gluten. Dało się zjeść. Pogawędziliśmy dosłownie krótką chwilę, ustaliliśmy, że zabierzemy się z nimi do centrum i, jakimś cudem, udało się w nich wzbudzić instynkt społeczny. Mianowicie na playliście Maca zagościł utwór ze ścieżki dźwiękowej z filmu "Czekolada". Kiedy go rozpoznałem okazało się, że Leah w życiu go nie widziała, a Mac zapałał wielką potrzebą doedukowania żony kinematograficznie. Dzień zapowiadał się więc całkiem interesująco.

Marek