Mała podróż w czasie, czyli Gori i Borjomi

Mylące wskazówki – Nawałnica stulecia – Oddech Stalina – Nie Borjo mi w smak

Wielkomiejskie życie, bankiety, rauty, bale dobroczynne i mecze polo zmęczyły nas tak bardzo, że postanowiliśmy wyskoczyć ze stolicy na prowincję. Pierwszym naszym celem było Gori. Wsiedliśmy tedy w autobus i pojechaliśmy w stronę autostrady złapać okazję, a przy okazji łapania okazji odwiedzić centrum handlowe. Jakiś młody człowiek, zapytany kiedy mamy wysiąść, powiedział, że nam powie. No i powiedział. Musieliśmy potem drałować godzinę na piechotę. Pewnie uznał, że spacer się nam przyda. Sytuacja taka jak ta powtórzyła się już tyle razy, że zaczyna nas zastanawiać, czy Gruzini nie znają swojego kraju, a nawet okolic swojego miasta? Bo ciężko uwierzyć, że naród, który tak chętnie bierze na stopa, próbuje jednocześnie, podstępnie skierować Cię w złą stronę ;).

WP_20160826_15_19_09_Pro
W oczekiwaniu na lepszą aurę…

Kiedy wyszliśmy z Tbilisi Mall i ustawiliśmy się na poboczu, lunął nasz pierwszy, gruziński deszcz. Zwęszyliśmy go trochę wcześniej, więc ekspresowo założyliśmy kurtki, ochraniacze na plecaki i oczywiście natychmiast ktoś się obok nas zatrzymał. Powiedzieliśmy, że na Gori, a kierowca na to, że nie ta droga, że na Gori odbija w lewo. Wycofaliśmy się więc do centrum, żeby się przegrupować i przeczekać najcięższy deszcz. Na skręt na Gori nie mogliśmy tak po prostu wyjść ze względu na wrogie ukształtowanie terenu i zdradziecki układ jezdni, dlatego cofnęliśmy się kilkaset metrów. Okazję złapaliśmy w -10 sekund. Słownie minus dziesięć. Kierowca już wcześniej nas wypatrzył i cofnął się w momencie, w którym położyliśmy plecaki na ziemi. Oczywiście okazało się, że wcześniej staliśmy przy dobrej drodze i nie musieliśmy się cofać. Kurde balans.

WP_20160827_12_18_54_Pro
Zdjęcie oczywiście pozowane, a samochody podstawione przez sponsorów

Tak czy siak zostaliśmy dowiezieni do zjazdu na Gori, skąd momentalnie przechwyciła nas wesoła rodzinka, radośnie paląca papierosy, w radosnym i rodzinnym vanie. Dzięki nam, mogli trochę poćwiczyć angielski. Podwieźli nas prosto pod naszą stancję, a kierowca poprosił, żeby pozdrowić jego zięcia, który tam pracuje. Właściciel nie miał bladego pojęcia, o co mogło chodzić. Dezinformacja, dezinformacja wszędzie! 

WP_20160827_11_11_52_Pro
Połowa miasta Gori. Ta mniejsza 😉

Gori to miasto bardzo stare, a imponująca forteca nad nim górująca była obsadzona aż do XIXw. Ponoć najstarsze archeologiczne ślady w tymi miejscu sięgają pierwszego wieku przed naszą erą.  Niestety nie jest ona jednak główną atrakcją turystyczną, bo miejscowi wolą zarobić na swoim najsłynniejszym obywatelu, czyli Josifie Wissarionowiczu Dżugaszwilim. Na szczęście w mieście nie było czuć oddechu Stalina, ale być może w muzeum… Tak, tak jest tutaj muzeum Stalina. Jak informuje strona internetowa, ekspozycja opowiada o jego życiu, wielkich dokonaniach, pokazuje rzeczy prywatne, przedstawia jego poezję. Nie wiem, nie byliśmy, nie będziemy łożyć na pomnik zbrodniarza. Za to forteca, nie dość, że wielkiej urody, to jeszcze do zwiedzenia za darmo ;). Oprócz murów (ale za to jakich!), wiele z niej nie zostało, ale widoki…Sami zobaczcie.

WP_20160827_11_13_49_Pro
Daleko, daleko na horyzoncie widać majestatyczne skały Kaukazu

Niezłe, nie? Nic dziwnego, że była tak ważnym strategicznie miejscem przez prawie dwa tysiące lat. 

WP_20160827_11_00_40_Pro
Moc-potęga

Następnego dnia czmychnęliśmy do Borjomi. Właściciel hostelu w Gori był tak miły, że podrzucił nas do autostrady. Tam czekała nas już konkurencja i to w przewadze liczebnej. Troje Włochów, którzy tak promiennie się uśmiechali, że ustąpiliśmy pola i nie absorbowaliśmy uwagi kierowców.  W końcu mogliśmy poczekać te 30 sekund dłużej. Nasz kolejny dobrodziej nie jechał w prawdzie do Borjomi, ale zgodził się wysadzić nas po drodze. Poczęstował też gruszkami i wyznał, że z Polaków to najlepsi są Robert Lewandowski i Konstanty Rokossowski. Bardzo egzotyczna para. Trzeba by kiedyś wyrychtować krótki komiks pod tytułem "Lewy i marszałek". Ktoś się podejmie? 😉

Do samego Borjomi dowiózł nas jakiś miejscowy mistrz ceremonii, bo ewidentnie czekał na wjazd do miasteczka, by odpalić na pełny regulator pieśń disco-folkową o Kaukazie, kochanym Kaukazie, najpiękniejszym. Mógłby jednak puszczać Czajkowskiego i Berlioza razem wziętych, a i tak wrażenie pozostałoby to samo. Wspaniałe okoliczności przyrody zbezczeszczone potworami minionego reżimu. Uzdrowisko, kurort górski, a do tego dom jednego z najsłynniejszych produktów gruzińskich – wody Borjomi – wygląda miejscami dość przygnębiająco, czasem wzbudza wspomnienia z wczesnych lat 90', a czasem nie wiadomo w ogóle co o nim myśleć. Swojskiego obrazu dopełnili: pracownik centrum informacji turystycznej, który pokierował nas w złą stronę, pani w sklepie, która gdyby tylko mówiła po Polsku, powiedziała by "jem przecież!" oraz pan w barze, który nawzdychał się i nachrząkał strasznie, bo swoim pojawieniem się, zmusiliśmy go do podejścia za ladę, po czym nic nie zamówiliśmy. 

WP_20160827_16_52_12_Pro
It's fun to stay at the…

Szkoda, że tłoczy się wielkie pieniądze w szklane molochy Batumi, a nie w nadanie Borjomi jakiegoś konkretniejszego i lepszego do strawienia kształtu. Oczywiście de gustibus i tak dalej, ale możemy z całą mocą stwierdzić, że po prostu nam się tam nie podobało. A do tego woda. Piliście kiedyś Borjomi? Smakuje jak sole emskie z dodatkiem rudy metalu. Podobno pomaga na wszystko z wyjątkiem samej siebie. Brrrr. 

WP_20160827_16_07_19_Pro
Stary kwasi-pawilon, w którym częstują Cię cudowną wodą.Można przyjść z własną butlą.

Może wrażenie polepszyła bym nam krótka wyprawa na szlak, ale z przyczyn obiektywnych nie byliśmy w stanie ruszyć się w góry. Za to nadrobiliśmy trochę we wspólnej lekturze. Zbliżamy się do końca "Całej prawdy o planecie Ksi" Janusza Zajdla, a w "Dowództwie na Mauritiusie" Patricka O'Briana, przekroczyliśmy równik. Do tego w końcu doszły nas radosne wieści z couchsurfingu. Znaleźliśmy w końcu kogoś kto nas przyjmie! Następnego dnia, o 7 rano wsiedliśmy więc w pociąg i ruszyliśmy w stronę Rustawi. Ale o tym już innym razem.

WP_20160827_14_59_48_Pro
Sam Czajkowski zdaje się mówić: "O nie, nie, nie. Mi już nie polewajcie".

Marek i Ania