Król Karol i kolonia Karolina, czyli wizyta w Charleston

Musztarda po śniadaniu – Wsparcie wojskowe – Shawndała nam klucze – U źródeł wielkiej tragedii

Savannah, zgodnie z przewidywaniami, okazała się bardzo pięknym miastem, co przestało mnie już nawet zaskakiwać. Oczywiście miasta w Stanach mają również klasyczne blokowiska, ale starówki są obszerne i bardzo malownicze. Przyznaję, że architektura USA bardzo mi przypada do gustu. Jest w niej pewna doza spektakularności, która mówi: "Patrzcie, oto stać nas na wybudowanie takiego pięknego gmachu", ale z drugiej strony nie jest przesadzona czy paskudnie kiczowata.


Ulubiony dom Ani w Charleston

Takie są właśnie domy w kolejnym mieście, które odwiedziliśmy – Charleston. Widać, że ich właściciele są zamożni. Nie zamierzają tego ukrywać, ale również nie walą tym po oczach. Domy nie są przesadnie zdobne, czy na siłę robione na zabytkowe. Są czym są – dostanią i wygodną siedzibą. Niektóre starsze, niektóre młodsze, ale większość utrzymana w podobnej estetyce. Z pewnością dają poczucie, że to budynek, w którym w wygodzie i dostatku mogą mieszakać kolejne pokolenia. 


Kolejny ulubiony dom Ani w Charleston

Z resztą cała wizyta w Charleston bardzo nam się udała. Wiedząc, że to perełka architektury i miejsce bardzo historyczne postanowiliśmy przeznaczyć na nie aż trzy dni. Ale po kolei – najpierw czekał nas krótki autostop Svannah-Charleston. Odbył się doprawdy bezproblemowo. Stanęliśmy na wylocie z miasta i najpierw wziął nas do samochodu bardzo sympatyczny latynos, Denis, który akurat jechał do pracy, ale było mu po drodze. Zanim podrzucił nas do kolojnego dogodnego miejsca do łapania okazji upewnił się, że jedliśmy śniadanie i nie jesteśmy głodni. Następnie pojawił się kolejny bardzo sympatyczny latynos, Joe, który jechał akurat do pracy, ale było mu po drodze. I wiecie co? Zanim podrzucił nas do kolejnego dogodnego punktu do łapania okazji upewnił się, że jedliśmy śniadanie i nie jesteśmy głodni. Na nieszczęście jedliśmy już śniadanie ;). 


Ostatnia prosta – Ania łapie czwartą podwózkę.

Karolina Południowa przywitała nas bardzo przychylnie. Kolejna okazja, którą złapaliśmy była najszybciej złapaną w USA – czekaliśmy niewiele ponad pięć minut. Były wojskowy, a obecnie kierowca w Uberze akurat wracał do domu po kursie. Do tej pory jechaliśmy drogami lokalnymi, a ów bezimienny szeregowy wywiózł nas na autostradę międzystanową, na ostatnią prostą do Charleston. Tam z kolei podrzucił nas kolejny wojskowy, Robert, mechanik helikopterów wojskowych. Hiperaktywny typ i straszna gaduła, wyznał, że po prostu potrzebował towarzystwa. Miodzio. W związku z taką wspaniałą serią, dojechaliśmy do Charleston w porze lunchowej.


Rzeka Ashley

Właściwie to bardzo się cieszyliśmy, że tak szybko idzie, bo nasza gospodyni podpytywał dnia poprzedniego czy dalibyśmy radę zawitać trochę wcześniej niż się umówliśmy i wyczuliśmy, że bardzo jej na tym zależy. Nie, żeby jakoś naciskała, ale widać było, że wolałaby nas u siebie zakwaterować raczej wcześniej niż później. Zagadka tego pośpiechu wyjaśniła się już po spotkaniu. Shawnda jest równie urocza co roztrzepana. Coś jej się pomyliło z datami i planami i wyszło na to, że musi jeszcze dziś, najlepiej jak najszybciej wyjechać. I to na cały tydzień! Postanowiła jednak nie odwoływać naszej wizyty.


W okolicy, w której mieszkaliśmy takie ciasne, ale własne domki.

Dała nam klucze do swojego przytulnego mieszkanka, pokazała gdzie można zrobić pranie, zarządziła, że możemy się częstować wszystkim z lodówki, uściskała nas, przeprosiła i niestety, ku naszej rozpaczy – porzuciła. Przez tą, zdecydowanie za krótką godzinę, którą spedziliśmy razem powiedziała, że zanim postanowiła pozostawić mieszkanie obcym ludziom, sprawdziła nas dokładnie, dzwoniąc do naszego gospodarza z San Antonio – Tylera. Ten przynał, że nie tylko nie zdemolowaliśmy mu mieszkania, ale jeszcze posprzątaliśmy i zrobiliśmy śniadanie. Dzięki tym rekomendancjom mieliśmy dla siebie mieszkanie na całe 3 dni! Było to oczywiście bardzo wygodne, co nie zmienia faktu, że żałowaliśmy tak krótkiej znajomości z Shawndą.


Historyczna chwila – Ania po raz pierwszy będzie korzystać z pralni na monety.

Na pocieszenie zostaliśmy jednak wysłani przez Shawndę, do pubu, gdzie spotykają się miejscowi couchsurfingowcy i dostaliśmy po używanej książce. Południowy zwyczaj. Nie no, żartuję, akurat w pubie można było wymienić książkę na piwo. Wieczór spędziliśmy zatem przy darmowej zupie chmielowej i w sympatycznym gronie. Poznaliśmy przywódce całego ruchu CS w tym rejonie – Jamesa, który okazał się nie tylko dobrym kompanem, ale i pomocnym organizatorem. Za jego rekomendacją dołączyliśmy do grup internetowych, dzięki którym wzrosła nasza szansa na dobre kontakty ze społecznościami w Waszyngtonie, czy Nowym Jorku. Sweeet :D.


Hue hue hue. Żart sytuacyjny.

Następnego dnia wyruszyliśmy do miasta. Zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie. Super! Obejrzeliśmy wspomniane już piękne domy, a potem przeszliśmy do najbardziej historycznej części miasta. Założone w 1670 roku u zbiegu rzek Ashley i Cooper jako Charles Town (na cześć agielskiego króla, Karola II Stuarta) jest najstarszym miastem w Karolinie Południowej. Było pierwszą stolicą stanową, ale w związku z epidemiami żółtej febry i malarii, przeniesiono obrady parlamentu do Columbii, która pozostała stołecznym miastem po dziś dzień. W czasie amerykańskiej wojny o niepodległość Charleston zostało zdobyte przez Brytyjczyków i stanowiło jeden z ostatnich ich przyczułków na terenie kolonii. 78 lat później Karolina Południowa była pierwszym stanem, który ogłosił secesję z Unii. Oficjalny początek konfrontacji zbrojnej nastąpił właśnie w Charleston. Strzegący miasta od strony morza Fort Sumter poddał się wojskom konfederackim po wielogodzinnym bombardowaniu z brzegu i tak zaczęła się pierwsza, wielka wojna w historii USA. 


Pomnik upamiętniający konfederackich obrońców Charleston.

W telegraficznym skrócie i sporym uproszczeniu… Podstawą ekonomii stanów południowych było rolnictwo. Wielkie plantacje bawełny, tytoniu, sady owocowe etc. Zwycięzca wyborów prezydenckich w 1860 roku, Abraham Lincoln zapowiadał zniesienie niewolnictwa w kraju, co dla właścicieli ziemskich było nie do przyjęcia z powodów ideologicznych, ekonomicznych i prawnych. Wkrótce po wyborze Lincolna Karolina Południowa krzyknęła "pobite gary!" i wystąpiła z Unii. W ślad za nią podążyło najpierw kolejne sześć, a potem jeszcze cztery inne stany południowe. Rozpętana w ten sposób wojna domowa trwała cztery lata i pochłonęła życie prawie miliona Amerykanów, czyli więcej niż obydwie wojny światowe razem wzięte.

Staliśmy więc na nabrzeżu, patrząc na ten mały skrawek ziemii przy ujściu dwóch rzek do morza i trudno nam było nie zadumać się przez dłuższą chwilę. 


Na tej małej wysepce , prawie na środku zdjęcia mieści się Fort Sumter.

Ruszyliśmy jednak dalej, a Charleston jak piękne było, tak piękne pozostało. Czy to miejscowe French Quarters, czy ścisłe centrum, czy nawet trochę oddalone od niego dzielnice, gdzie budynki może nieco zaniedbane, ale bardzo malownicze i, tak jak Savannah, stworzone do spacerów. Umęczeni wycieczką i sporym gorącem, wróciliśmy do mieszkania Shawndy i kolejny dzień postanowiliśmy poświęcić relaksowi oraz sprawom organizacyjnym. Czekała nas droga autostopem do Columbii i jak się miało okazać, była to bardzo męcząca przeprawa.


Więcej Charleston pokażemy w galerii na Fb, a na koniec fotka z nowszej części miasta.

Ania i Marek trochę też 😉