Policjant i Pułaski, czyli autostopem przez Georgię

Przydrożni bandyci – Marines na ratunek – Wyspa Nadziejuchy – Miasto zielonych skwerów

Przyszło nam w końcu pożegnać się z Atlantą, ale nie było to koniec naszej przygody ze stanem Georgia. Tym razem postanowiliśmy jednak zmienić sposób przemieszczania się i do kolejnego celu naszej podróży, Savannah, jechaliśmy, po raz pierwszy w USA, autostopem. Odległość niezbyt duża, nasz ulubiony Megabus nie kursuje na tej trasie, a do tego wzywał nas zew przygody. Na początek musieliśmy się oczywiście wydostać z miasta, ale tu po raz wtóry w sukurs przyszła nam niezawodna Kathy. Wywiozła na autostradę i wysadziła na stacji benzynowej, nieopodal wybranego przez nas wcześniej miejsca. Odczuwała pewien dyskomfort na myśl o naszym autostopowaniu, ale do tego się już przyzwyczailiśmy. To naturalne, że ktoś kto nigdy tego nie próbował i w związku z tym nie orientował się w konkretnych realiach, może uznać to za pomysł…co najmniej trochę postrzelony. Stały fragment gry "Autostop tutaj, u nas? Na pewno macie problemy ze złapaniem okazji, bo ludzie nie chcą wam pomagać, co?". A gucio! Ludzie są dobrzy i chcą pomagać :).


No to jedziem na południe!

Fakt – w Stanach Zjednoczonych autostop nie jest tak popularny jak kiedyś, a na okazję trzeba czekać średnio trochę dłużej niż w innych krajach, które odwiedziliśmy, ale to nie znaczy, że jest gorzej. Jest po prostu inaczej. Do tego dochodzą jeszcze zróżnicowane przepisy stanowe, ale nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość. Stanęliśmy sobie przy rampie wjazdowej na autostradę międzystanową i zaczęliśmy łowić. Raz Ania, raz ja wyciągaliśmy kciuk i szczerzyliśmy się do kierowców aż w końcu…przyjechała policja. Prima aprillis już dawno za nami, ale na wszelki wypadek chcemy zaznaczyć, że historia nie jest zmyślona. Z radiowozu wysiadł wąsaty policjant, przywitał się i zapytał, czy wiemy, że autostopowanie jest tutaj nielegalnie. Uśmiechnęliśmy się promiennie i oświadczyliśmy, że w Georgii to jak najbardziej zgodne z prawem. Chwila ciszy.

Trzeba Wam wiedzieć, że policja w USA jest bardzo czujna, bardzo drażliwa, a do tego mają tygodniowe (a może miesięczne?) normy zatrzymań do wyrobienia. Dlatego grunt to się życzliwie uśmiechać, współpracować i wykazać, że nie jest się zagrożeniem dla społeczeństwa. Wtedy, nawet gdy robi się coś nielegalnego, ale nieszkodliwego, obejdzie się bez aresztowania. Oczywiście my nie robiliśmy niczego takiego i gdy sprawdziliśmy blef stróża prawa, przyznał, że odrobiliśmy pracę domową i poprosi nasze dokumenty do kontroli. Wziął, spisał, a na koniec poprosił o selfie. Oto i ono.


Na władzę nie poradzę!

Dwadzieścia minut później zatrzymała przy nas urocza para, która jechała właśnie na wakacje, na Florydę, ale mogli podrzucić nas na tak zwany rest stop niedaleko Macon. Może niezbyt daleko, ale lokalizacja bardzo dobra, tuż przed rozdrożem dwóch "międzystanówek". Iliyaas i Eloisa nigdy dotąd nie brali autostopowiczów, ale pomyśleli, że czas najwyższy spróbować. Mogli trafić gorzej. Bardzo sympatyczni, roześmiani, na szczęście bez licznego potomstwa (chyba czworo, a może i pięcioro), które pozostało w domu. Pogadaliśmy o podróżach i przekazaliśmy parę rad dla ich najstarszej córki, która bardzo chce jeździć po świecie. Chyba się im udaliśmy. Tak bardzo, że nawet się trochę zagadaliśmy i przejechaliśmy nasz rest stop, ale na szczęście byli tak dobrzy, że zawrócili i wysadzili nas tam gdzie trzeba. 


Nasze pierwsze autostopowe człowieki! 🙂

Na kolejną okazję też czekaliśmy ponad godzinę, ale warto było, oj warto! Większość ludzi jechała na Florydę, jednak w końcu trafił się Terry – emerytowany oficer US Marines. Za młodu zjeździł Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, podróżując właśnie autostopem, a teraz zawsze stara się pomóc podróżnej braci w potrzebie. Zresztą okazało się, że mamy trochę tematów do obgadania, bo Terry studiował historię i geografię. No i okazało się, że bardzo lubimy te same filmy i książki. Jechało się i rozmawiało tak dobrze, że Terry z rozpędu postawił nam obiad w przydrożnej restauracji i zaproponował, żebyśmy zostali u niego w czasie naszej wizyty w Savannah. Obiad był pyszny, ale musieliśmy odmówić gościny, bo mieliśmy już umówione miejsce na couchsurfingu.


Kluchy z kurczakiem w sosie, fasolka i puree – typowa kuchnia amerykańskiego południa.

Terry zdecydował się, że podwiezie nas już do samego końca (choć nie było mu po drodze), ale najpierw zajechaliśmy do niego, żeby sprawdzić w jakim stanie znajduje się domostwo. Otóż dzień wcześniej jego syn skończył 21 lat. Znaczy się – może już pić alkohol. Zgliszcz nie zastaliśmy, ale solenizant był nieco zmęczony. Nie na tyle jednak, by nie zaproponować nam napicia się amerykańskiej whiskey za jego zdrowie. Nie wypadało odmówić. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym Terry zawiózł nas na Isle of Hope, gdzie przekazał nas w ręce Nancy, naszej gospodyni. Nancy, pani po sześdziesiątce to wytrawna podróżniczka, którą na couchsurfing namówiły jej dzieci, również globtroterzy. Bardzo ciepła i gościnna osoba, a do tego bardzo ciekawska, więc już od progu musieliśmy (z przyjemnością rzecz jasna) odpowiadać na grad pytań. W końcu jednak poszliśmy spać, bo następnego dnia czekała na nas prawdziwa perełka, czyli Savannah.


Zdjęcie z naszym ulubionym marine Terrym i Tylerem…nie…Jamesem…też nie…No Terrym Juniorem. 

Savannah to najstarsze miasto i pierwsza stolica stanu Georgia, założona w 1733. Oznacza to, że była jedną ze stolic trzynastu kolonii brytyjskich, które wypowiadając posłuszeństwo królowi, a następnie wygrywając wojnę o niepodległość, utworzyła Stany Zjednoczone Ameryki. Polakom kojarzy się głównie z tym, że w czasie rewolucji amerykańskiej, śmiertelnie ranny został tutaj generał Kazimierz Pułaski. Obecnie miasto to ważne zagłębie przemysłowe, a także najważniejszy port atlantycki w Georgii. Przede wszystkim jest jednak bardzo uroczym miejscem, nisko zabudowanym, pełnym zielonych skwerów i pięknych, historycznych domów. Niestety Nancy mieszkała daleko od centrum miasta, ale podrzuciła nas na przystanek autobusowy.     


Słynna fontanna w słynnym Parku Forsytha i słynni podróżnicy. To ten gościu w czerwonym i jego dziewczyna.

Odwiedziliśmy Forsyth Park i wiele skwerów, na których stoją nie te pomniki co trzeba. Co to oznacza? Że nikt nie stoi na skwerze swojego imienia. Memoriał Pułaskiego stoi na Monterrey Square, Oglethorpe stoi na Chippewa, Mercer na Ellisie, Green na Johnsonie, a na placu orleańskim stoi fontanna ufundowana przez społeczność niemiecką. Może to taka zagrywka, ze strony władz miasta, żeby turyści zobaczyli je wszystkie, szukając jednego. Nam to absolutnie nie przeszkadzało, bo i tak chcieliśmy tam spędzić dużo czasu. Kilkugodzinny spacer był bardzo relaksujący i satysfakcjonujący, bo mogliśmy odnaleźć miejsca z dwóch, bardzo lubianych przez nas filmów. Niestety ławka z "Forresta Gumpa" była tylko rekwizytem i znajduje się obecnie w muzeum, ale miejsce, w którym tytułowy bohater opowiadał swoją historię, zlokalizowaliśmy bez problemu. Podeszliśmy także pod Mercer-Williams house, który był centralnym punktem w ekranizacji książki Johna Berendta "Północ w ogrodzie dobra i zła". Oczywiście w samej książce również, ale jej nie przeczytaliśmy. Bardzo lubimy za to filmową wersję Clinta Eastwooda, którą polecamy wszystkim, którym nie przeszkadza rozwleczona fabuła, a którzy w kinematografii cenią klimatyczny anturaż.


Mercer-Williams house. Coś strasznie dużo nas na tych zdjęciach ostatnio, nie sądzicie?

Wróciliśmy więc do Nancy bardzo z siebie i z Savannah zadowoleni. Nancy też była bardzo zadowolona, bo Ania zrobiła na obiad zapiekankę ziemniaczaną z polską kiełbasą, a dzień zakończyliśmy przechadzką po sąsiedztwie nie mniej uroczym niż miasto. Okolica leży tuż obok śródlądowego szlaku wodnego, prowadzącego z Florydy do Maine, więc mogliśmy przejść się nad wodą i pomóc nieco trawieniu. Pora roku na takie spacery jest idealna, bo w lecie nie da się tu ponoć żyć, a ludzie obstawiają czy szybciej wykończy ich wilgoć czy kohorty komarów. Cały powiat leży bowiem na bagnach, które tworzą bardzo malowniczy ekosystem, obfitujący w wiele gatunków flory i fauny. Natknęliśmy się na przykład na sowę. Ale jakaś taka zahukana była. Głupi żart. No nic. Nazajutrz musieliśmy wstać wcześnie rano, by Nancy mogła znowu podrzucić nas na autobus miejski, którym mieliśmy dojechać do pętli, znajdującej się niedaleko naszego punktu startowego. Autostop z Savannah do Charleston czas zacząć! 


Spacer po Isle of Hope przy pełni księżyca.

Marek