Alabama i Król, czyli z Mobile do Atlanty

Troskliwe Misie – Pieszy jest gorszego sortu – Wolność kocham i rozumiem – Piłka ręczna i zombie

Oczarowana Nowym Orleanem opuszczałam miasto z lekkim smuteczkiem. Chociaż przynać trzeba, że kolejne dni u Charlesa mogłyby poskutkować zwiększeniem ilości kilogramów do noszenia, czyli innymi słowy – nadmiarem ciała w okolicach pasa. No jakoś nie chcą nigdy te kilogramy iść w biust, nie rozumiem doprawdy dlaczego.

W każdym razie wydawało się, że teraz to już znowu wrócimy do wody i i marchewki, a przynajmnej do rozsądnych porcji pokarmu. Niestety ku naszej wielkiej radości kolejny gospodarz również postanowił karmić "biednych podróżników". W Mobile przygarnął nas bowiem bardzo gościnny i sympatyczny Michael. Gościł u niego jeszcze jeden couchsurfer, Serb Veljko, w którego towarzystwie również świetnie się bawiliśmy. 


Sweet home in Alabama, czyli dream team amerykańsko-polsko-serbski.

Michael od razu wyciągnął nas do knajpki podającej kraftowe piwo, również regionalne. Trzeba przynać, że bardzo smaczne. Obiadem też nakarmili. Aż nam było trochę głupio, bo co, tak, że nawet placków ziemniaczanych nie zrobimy? Ani bigosiku? Ale nie, Michael powiedział, że już on dobrze wie, że jak tak podróżujemy, to musimy być zmęczeni, więc chce, żebyśmy u niego po prostu odpoczęli. No jak każą, to co mamy robić?


Jest bateria.

Nie, nie, no bez przesady, nie leniliśmy się. Wyszliśmy zwiedzać Mobile, bo w końcu to nasz jedyny przystanek w Alabamie, chociaż początkowo miasto stanowiło stolicę francuskiej Luizjany w początkach XIX wieku. To właśnie wpływ francuski powoduje, że nazwę miasta wymawia się w nietypowy dla języka angielskiego sposób. Instynkt podpowiada, by mówić "Mobajl", tymaczasem prawidłowa wymowa to właśnie "Mołbil".


Zabudowa typowa dla amerykańskiego południa. Zieleń też bardzo dla niego typowa.

Jak wiele miejsc w południowej części Stanów Zjednoczonych, Mobile podlegało wpływom różnych kultur, narodowości i grup etnicznych, a także religii. Widać to wyraźnie w zabudowie miasta. Co ciekawe, to właśnie w Mobile odbywa się najstarsza w USA impreza z okazji Mardi Gras – ostatniego dnia karnawału. Charakterystyczne koraliki widzieliśmy więc również i tu. Nowy Orlean nie ma monopolu na dobrą zabawę.


Centrum nie jest tutaj duże, a na drodze do niego jest dosyć nastrojowo.

Chcieliśmy również odwiedzić USS Alabamę – pancernik z czasów II Wojny Światowej, obecnie zamieniony na muzeum. Niestety natknęliśmy się na kolejną przeszkodę typu "dyskryminacja pieszych". Bo w Ameryce to się jeździ samochodem – koniec, kropka. Przykładowo, by dostać się do USS Alabama nie wystarczy dobra wola i silne nogi, o nie! Przez most, który prowadzi na wybrzeże można przejechać jedynie samochodem. Autobusy nie kursują w te rejony.


Zresztą architektura w samym mieście też bardzo przyjemna dla oka.

Silnie zmotoryzowane społeczeństwo amerykańskie jest z pewnością wynikiem wielu czynników, z których na przód wysuwa się duża powierzchnia kraju. W niektórych miastach można skorzystać z komunikacji publicznej, ale ta również jest, w porównaniu np. z europejską, raczej niskiej jakości. Rowery miejskie to tutaj nowinka dla hipsterów, droższa niż bilet autobusowy. Sygnalizacja świetlna również faworyzuje zmotoryzowanych, a mieszkanie na przedmieściach bez samochodu to fanaberia, jeśli nie szaleństwo. Aglomeracje amerykańskie są bardzo rozległe, a dojazd z domu do centrum to czasem kilkadziesiąt kilometrów. Taki stan rzeczy jest źródłem wielu problemów, z których chyba jednym z ważniejszych jest znaczna ilość spalin samochodowych emitownych do środowiska. Z pewnością nie sprzyja również zachęcaniu społeczeństwa do ruchu fizycznego. W końcu nawet ten spacerek do autobusu, czy metra, to zawsze jakaś forma ruchu, co bardzo przydałoby się Amerykanom, którzy wciąż walczą z plagą otyłości. Plaga ta nie jest żadnym amerykańskim stereotypem – uderza w oczy na każdym kroku i, co najsmutniejsze, często dotyka osoby młode – kilku, czy kilkunastoletnie. 


Fauna w Mobile dobrze odżywiona

Pozbawieni możliwości dotarcia do USS Alabamy postanowiliśmy powrócić w gościnne progi, do czego zachęcała nas temperatura i wilgotność powietrza. Klimatyzacja w tych rejonach to na prawdę przydatna sprawa. Michael uraczył nas wspaniałym obiadem i zgotował rozrywkę w postaci wieczoru filmowego. Obejrzeliśmy film pt. "Opiekun" (ang. "The fundametals of caring") – bardzo polecam.


Meatloaf, tłuczone ziemniaki i słodka bułka. Bardzo południowa kuchnia.

Następnego dnia czekała nas kolejna wyprawa – tym razem do Atlanty – stolicy stanu Georgia. Ostatni nasi gospodarze podnieśli poprzeczkę tak wysoko, rozpuścili nas i tak rozbestwili, że kolejny, chociaż miły i uczynny wydawał się jakiś taki oziębły i w ogóle…no dobra, koleś był trochę dziwny. Niby nic nie robił złego, ale dziwny był i już (e tam, po prostu mówił bardzo powoli i bardzo długo, na bardzo nieistotne tematy – M.). W sumie dużo czasu razem nie spędziliśmy. Ruszyliśmy w miasto, gdzie odwiedziliśmy zrówno miejsce narodzin, jak i spoczynku Martina Lutera Kinga Jr. – doktora filozofii, pastora, działacza ruchu na rzecz równouprawnienia afroamerykanów, laureata pokojowej Nagrody Nobla…no i jeszcze by tu można sporo rzeczy napisać.


Miejsce spoczynku pastora Kinga i jego żony.

Najważniejsze chyba jest jednak to, że swoją postawą i propozycją pokojowej walki, rowiązywania konfliktów i problemów nie poprzez siłę, a poprzez dialog doktor King natchnął wielu ludzi i stanowi wzór dla przyszłych pokoleń. Szczególnie ważny przekaz, który zostaje w głowie po odwiedzeniu memoriału Kinga, to chyba ten, że hasła o wolności i równości nigdy nie przestają być aktualne. Praca nad tym, by zarówno prawo, jak i społeczeństwo nie dyskryminowały nikogo ze względu na kolor skóry, płeć, wyznanie, czy jakikolwiek inny tego typu czynnik jest procesem stałym.


Jeden z przełomowych momentów w historii praw obywatelskich w USA.

Poczucie, że walka już się zakończyła, jest w mojej osobistej opinii prawdziwą bolączką naszej rzeczywistości. Wielu wydaje się, że już "wywalczono", że "ustanowiono", "podpisano", że nasze pokolenie jest "spadkobiercą wolności", którą zdobyli dla nas inni. To złudzenie. W muzeum M.L.Kinga w Atlancie przy samym wejściu można przeczytać sentencję autorstwa Coretty Scott King, żony noblisty, również działaczki społecznej: "Wolności nie da się zdobyć raz na zawsze. Zasłużyć na nią i wywalczyć ją musi każde kolejne pokolenie. To jest coś, czego nie nauczyliśmy jeszcze młodych. Starszych z resztą też nie." Patrząc na świat w dniu dzisiejszym, trudno się nie zgodzić.

Jakoś nam dobrze było w tej Atlancie. Miasto w prawdzie nie jest bardzo ładnie zabudowane, ale bardzo zielone. Może trochę kojarzyło nam się w związku z tym z Warszawą, za którą już przecież tęsknimy…Przeszliśmy się po kilku ładnych skwerach, obejrzeliśmy znicz olimpijski z igrzysk w 1996 roku, rzuciliśmy okiem na kapitol stanowy. Następnego dnia czekało nas natomiast przemiłe spotkanie z dwiema piłkarkami ręcznymi – Kathy i Sarą. Poznaliśmy się jeszcze w Polsce, gdy dziewczyny przyjechały siedem lat temu, by grać dla AZS AWF Warszawa. Zjedliśmy razem lunch, a Kathy przygarnęła nas do swojego pokoju w hotelu. Następnego dnia leciała do rodziny w Massachusetts, więc wynajęła pokój w hotelu nieopodal lotniska, a, że był kilkuosobowy, to przez pół dnia mogliśmy się pławić w luksusach. Kochana dziewczyna. 


Kathy (prawe rozegranie), nasza dwójka i Sarah (obrotowa). Spotkanie po latach :).

Podczas lunchu poznaliśmy siostrę i przyszłego szwagra Kathy. Jak się okazało, pracuje on w branży filmowej, zajmuje się  scenografią i współpracuje przy największych produkcjach holwoodzkich. Rozmowa była więc bardzo ciekawa. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że Atlanta to osatatnio miejsce w którym kręci się znaczną ilość filmów i seriali. Jednym z czynników jest prawo podatkowe, korzystne dla tego typu przedsięwzięć. Wiedzieliśmy o tym, że pierwsze sezony jednego z naszych ulubionych seriali "The Walkig Dead", rozgrywają się właśnie w Atlancie i okolicach. Plakat promocyjny serialu pokazuje głównego bohatera wjeżdżającego do miasta na koniu po opustoszałej w wyniku zarazy autostradzie. Musieliśmy zatem koniecznie udać się właśnie w to miejsce, z którego zrobiono zdjęcie do plakatu. Nieco go przekłamali, ale ujęcie podobne, nie sądzicie? 🙂


Wersja nasza, trochę za bardzo na lewo.


Wersja filmowa. Trochę za bardzo na prawo 😉

Ania

Jedna myśl nt. „Alabama i Król, czyli z Mobile do Atlanty”

Możliwość komentowania jest wyłączona.