Big Easy, czyli Nowy Orlean

Bagienne wyziewy – Karol Sybaryta – Kraby i cały ten jazz – Wielkie żarcie i mogiła  

Przed nami Luizjana – gorące, wilgotne powietrze, bagna, rzeki, niezwykła mieszanka kulturowa i etniczna, sławne na cały świat jedzenie i… co jeszcze? Kto wie. Jest coś tajemniczego i niezwykłego w tym upalnym, tropikalnym stanie. Rozległe bagna i rozłożyste drzewa porośnięte charakterystycznym mchem hiszpańskim, przywiezione na te tereny wraz z niewolnikami wierzenia voodoo, a co za tym idzie historie o zombie i duchach z pewnością się do tego przyczyniają. Krajobraz jest rzeczywiście bardzo filmowy i faktycznie, tereny te w wielu filmach grały ważne role.


Architektura urzekająca, a do tego bardzo ładnie wpasowuje się w miejscową florę.

Ale po kolei. Do Nowego Orleanu dojechaliśmy bladym świtem. Położone w delcie rzeki Missisipi miasto przywitało nas ciężkim, wilgotnym powietrzem. Z przystanku ruszyliśmy jednak żwawym krokiem do domu naszego gospodarza Charlesa, który sam zaproponował nam gościnę. Nie mieliśmy do Nowego Orleanu szczęścia i trudności ze znalezieniem lokum postanowiliśmy rozwiązać za pomocą tzw. public trip, czyli wrzuceniu informacji na ogólne forum couchsurfingu, że poszukujemy gościny w takich, a takich dniach, w takim, a takim miejscu. Sukces! Charles spostrzegł nasze ogłoszenie, stwierdził, że zarówno ja, jak i mój małżonek wyglądamy bardzo przyzwoicie i zaprosił nas do swojego domu w samym centrum nowoorleańskiej starówki!


To nie jest dom Charlesa, ale też fajny ;).

Poranek niedzielny w Nowym Orleanie – wielu osób na ulicach nie uświadczysz, a te, które widać ewidentnie spędziły poprzednią noc, a może i jeszcze kilka wcześniejszych na imprezowaniu. Do rzucenia się w wir zabawy Nowy Orlean jest wprost stworzony.


Za to na tym zdjęciu widzimy już naszego wspaniałego gospodarza, jego psinę i jego całkiem niezłych gości.

Zanim jednak przekonaliśmy się o tym fakcie gospodarz powitał nas wspaniałym omletem z pieczarkami i szpinakiem oraz aromatyczną herbata i kawą. Anioł! Trzeba przynać, że trafienie na Charlesa było balsamem na nasze dusze, żołądki i co tu dużo kryć, poprawiło stan naszego portfela. Trochę ponad piędziesięcioletni, mocno korpulenty Charles to nowoorleański sybaryta pełną gębą. Pracuje jako PR-owiec dla jednej z knajp serwujących tradycyjne dania tutejszej kuchni. Jedzenie to jego pasja; uwielbia jeść, pisać o jedzeniu, mówić o jedzeniu, karmić innych i słuchać jak wychwalają pod niebiosa jedzenie, które bądź im przyrządził, bądź podsunął. Skąd ja to znam? 😉


Takie tam śniadanko na powitanie…

Chwila odświeżającej drzemki i uczynny gospodarz wziął nas do samochodu, by objechać okolicę i pokazać nam co i gdzie warto zobaczyć. Podjechaliśmy następnie prosto do Louis Armstrong Park, gdzie akurat odbywał się festiwal krabowo-jazzowy (a to zaskoczenie 😉 ). Z resztą w Nowym Orleanie festwial jazzowy odbywa się właściwie codziennie, ten po prostu był w formie zorganizowanej. Miasto jest uważane za miejsce narodzin jazzu. Poszliśmy posłuchać. Trochę. Eh, ta moja niezdolność do artystycznych uniesień nad pewnymi rzeczami. Musze bowiem przynać, że nigdy, ale to nigdy jazz do mnie nie trafiał. Cóż czynić? Takie upośledzenie. Muzyka klasyczna potrafi sprawić, że się wzruszę do łez, rock, że będę szalała, hip-hop i R&B, że same biodra zaczną się ruszać, a jazz…no cóż, że albo zasnę, albo zacznę coś z nudów jeść. Nie chcę oczywiście w niczym uwłaczać jazzowi i jego słuchaczom, ale czy to się nie wydaje Wam znaczące, że miasto z którego pochodzi ten gatunek muzyczny to jednocześnie miasto sławne ze swojej kuchni? Taki ich biedaków zamulała ta muza, że ciągle wymyślali co by tu zjeść w trakcie jej słuchania! (Papiery rozwodowe w drodze! – M.)


Ania rehabilituje się za wypowiedź o jazzie, stając na baczność przy rzeźbie w Parku Armstronga.

No dobra, dobra, już przestaję (Ok, papiery rozwodowe nie są w drodze – M.). Zwłaszcza, że jest coś rzeczywiście wspaniałego w spacerowaniu po mieście, w którym na prawie każdym rogu gra inna orkiestra, czy solista. Gitary, trąbki, bębny, saksofony, flety…albo takie instrumenty, których nigdy na oczy nie widziałam i nie znam ich nazw, są tu wszędzie. Starówka Nowego Orleanu śpiewa i gra 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku. 


Pogoda jak widzicie nie najlepsza, ale nikogo to nie obchodzi.


Nieźle zasuwają. Filmiki opublikujemy razem z resztą, kiedy już dobijemy do jakiegoś większego portu.


Orkiestry szkolne mają gdzie się wprawiać.

Przespacerowaliśmy się po ulicach, między pięknymi, starymi domami. Byliśmy jednak trochę zmęczeni. Stan coraz częstszy, niestety. Prawda jest taka, że podróżujemy już ponad 7 miesięcy i zaczynamy odczuwać przejechane kilometry. Stany Zjedoczone to ostatni mocny akord w tej podróży. Cieszymy się, że możemy go zrealizować, ale trzeba zwalniać tempo od czasu do czasu. Przed nami jeszcze przecież tyle pięknych miejsc.


Dekoracje po Mardi Gras znikają tutaj niczym choinki po Świętach.

Na szczęście nasz gospodarz rozwiązał dylemat – chodzić, czy nie chodzić. Napisał, że wpada właśnie niedługo jego przyjaciel i przynosi ze sobą wielkie ilości jedzenia, które zostały jego restauracji po Mardi Gras – nowoorleańskim karnawale. Sławna na cały świat zabawa w ostatni dzień przed Wielkim Postem przyciąga olbrzymie ilości turystów. My przyjechaliśmy na szczęście już po wszelkich paradach i najazdach dzikich tłumów, ale podczas spaceru mogliśmy zobaczyć wszędzie na ulicach, drzwiach i balkonach pozostałości karnawałowe – charakterystyczne kolorowe koraliki. 


Ozdobdy karnawałowe wiszą wszędzie, nawet na drzewach.

W każdym razie jedzenie skusiło nas wielece. Zakupiliśmy zatem wino do obiadu i ruszyliśmy spowrotem w gościnne progi, gdzie Charles i jego kumpel Randy już upichcili wielki gar mięsa z warzywami i ziemniakami. Pyyyyychota. Objedliśmy się tak, że ledwo mogliśmy chodzić. Zalegliśmy więc na kanapie, a pies Charlesa – Ollie wybrał mnie łaskawie na osobę, która będzie go miała zaszczyt głaskać za uszami. Błogość.


Ania i Ollie. I kieliszek czerwonego.

Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Nowy Orlean zwany jest przecież Big Easy, trzeba się było dostosować. Śniadanie po wyżerce dnia poprzedniego nie przyszło nam nawet do głowy. Obiecaliśmy sobie jednak, że w Nowym Orleanie wybierzemy się do knajpy i spróbujemy tradycyjnego, miejscowego jedzenia. Kuchnia kreolska…Może kilka słów o co tu chodzi. Znaczenie słowa Kreol zmieniało się wiele razy przez wieki. Początkowo oznaczało urodzonych na południu Ameryki Północne lub w Ameryce Łacińskiej potomków białych osadników francuskich, hiszpańskich bądź portugalskich. Później nazwa rozciągnęła się na inne kolory skóry i zaczęła obejmować także potomków par mieszanych. W końcu przyjęło się nazywać w ten sposób mieszkańców niektórych regionów świata np. wysp karajbskich, Alaski, a także Luizjany. Kuchnia tutejsza, choć należy do sławnej kuchni kreolskiej jest w jej obrębie unikalna. Nowy Orlean natomiast to jej jeszcze miniejszy, jeszcze bardziej unikalny podtyp jeśli chodzi o przygotowanie jedzenia.


Sałatka z owoców morza. Dlaczego? Czytajcie dalej.

Jedno jest wspólne dla kuchni kreolskiej – to mieszanina smaków z różnych stron świata, czasem wielce zaskakująca. Podstawą posiłku jest zazwyczaj ryż, owoce morza i ryby oraz aromatyczne przyprawy. Charles zaproponował, że zabierze nas do restauracji Mother's, której promocją się zajmuje. Za jedynie cenę napiwku mogliśmy spróbować…no wsumie to wszystkiego mogliśmy spróbować. Szczęście nasze nie znało granic. Upiekliśmy aż trzy pieczenie na jednym ogniu: Charles mógł zrobić nam zdjęcia jak ze smakiem wsuwamy wszystkie cudowności przyrządzane przez kucharzy Mother's i wykorzystać je w promocji knajpy na fb. Kelnerki dostały napiwek. A my…Tego się nie da chyba opisać jak bardzo byliśmy szczęśliwi. Mimo to spróbować trzeba.


Ania trzyma suma, krewetki i ostrygi, a ja krem rakowy i jambalayę. Ślina usunięta cyfrowo.

Zatem najpierw na stół wjechało tradycyjne nowoorleańskie gumbo – potrawa na bazie mocno doprawionego bulionu. Jej zawartość może być różnoraka, a odmian gumbo jest pewnie tyle co i naszego bigosu. Tradycja Nowego Orleanu, jako jedyna zakłada możliwość łączenia w potrawie owoców morza i mięsa (często kiełbasy). W innych regionach łączenie tych dwóch smaków jest nie do pomyślenia. Jednak w Mother's, zgodnie z nowoorleńską tradycją bulion gotuje się na mięsie kraba, co trwa kilka dni, by aromat skorupiaka był silnie wyczuwalny. Następnie do bulionu dodawany jest zagęszczacz, co nadaje mu konsystęcję sosu, a potem albo kiełbasa, albo krewetki i ostrygi. Obydwu odmian spróbowaliśmy, obydwie są na prawdę pyszne.


Gumbo podano nam bez ryżu, żeby nas nie zapychać (bardzo śmieszne). Po lewej gumbo z ostrygami i krewetkami, a po prawej z kurczakiem i kiełbasą. 

Mother's słynie ze swojego gumbo. Kolejka do restauracji, która nas nie objęła, bo wchodziliśmy z Charlesem ciągnęła się przez pół ulicy. Mother's to też kuchnia z tradycją – powstała w 1938 roku i była biznesem rodzinnym państwa Landrych, których aż pięcioro dzieci służyło w korpusie US Marines. Knajpa stała się więc naturalnym miejscem spotkań marines, aż w końcu sława jej dotarła do wyższych szczebli i restaurację zaczęli odwiedzać najwyżsi oficerowie. Ich portrety zdobią jedną ze ścian. Druga poświęcona jest licznym gwiazdom kina, teatru i muzyki, które również chętnie w czasie odwiedzin Nowego Orleanu, właśnie tu się stołują.


Janice, czyli współsprawczyni naszego wielkiego szczęścia. To ona donosiła nam kąski na stół :).

Charles pokazywał nam kolejne zdjęcia i podtykał pod nos kolejne frykasy, które przynosiła bardzo sympatyczna kelnerka. Tak więc spróbowaliśmy kolejno smażonych w głębokim tłuszczu krewetek i ostryg, a także suma – najczęściej jadanej tu ryby. Jambalayę dopchnęliśmy pyszną kanapką z mięsem wołowym, popularną Po' Boy. Ledwo dysząc spróbowaliśmy potem sałatki z krewetkami i ostrygami, sałatki ziemniaczanej puree, dipu-sosu z mięsem raków, zielonej fasolki w sosie pomidorowym i…padło bardzo straszliwe pytanie czy mamy ochotę na deser. Nie mieliśmy. Mimo to dostaliśmy deser i pachniał tak pięknie, no tak pięknie, że po prostu nie dało się nie spróbować. Zjedliśmy więc po małej łyżce pudingu chlebowego. Nie było innego wyjścia! Smakował wspaniale! Aaaaaa!


Po' Boy debris. Wygląda niepozornie, ale smakuje wspaniale.


Do półmisku owoców morza należało nam się warzywo. Fasolka z pomidorami i czosnkiem. 


Puding chlebowy. Gwóźdź do naszej trumny, ale dla takich gwoździ warto zostać fakirem.

Po czymś takimi mogliśmy zrobić tylko jedno – poszliśmy na cmentarz. Serio, cmentatrze nowoorleańskie warte są zwiedzenia. Na najsławniejszym za nich – St. Luis No.1, gdzie zgodnie z legendą miejską spoczywa Królowa Voodoo wstęp jest płatny, ale i inne godne są obejrzenia, a za to darmowe. Spacer był nam bardzo potrzebny, więc wybraliśmy się na cmentarz Lafayette. Nagrobki w Nowym Orleanie są bogato zdobione, a ich cechą charakterystyczną jest dość znaczna wysokość. Położone w delcie Missisipi, poniżej poziomu morza miasto zagrożone było od początku istnienia powodziami. Trzeba więc było chować zmarłych wysoko, by zabezpieczyć zwłoki przed wymyciem z ziemi.


Po sowitym posiłku musieliśmy spocząć. 

Spacer się przydał, gdy dotoczyliśy się spowrotem do mieszkania naszego gospodarza byliśmy już na tyle głodni, by zmusić się do zrobienia kolacji, a konkretnie placków ziemniaczanych, które Charlesowi bardzo smakowały. Później złapaliśmy po dużym plastikowym kubku (można pić alkohol na ulicy, ale tylko z plastiku), wypełniliśmy je winem i ruszyliśmy na spacer nocą. Był to poniedziałek, żadne święto, żaden festyn, właściwie najgorszy czas na zabawę, bo w końcu post…Nowemu Orleanowi to jednak ani trochę nie przeszkadza. Bo po ulicach tego miasta po prostu się nie idzie. Nie wypada. Tam trzeba zatańczyć.


Charles zakochał się w tych plackach, a ja zakochałem się w cieście wiśniowym z lodami o smaku serka kremowego. Ania spasowała, a ja zapomniałem zrobić zdjęcie. 

Ania

2 myśli nt. „Big Easy, czyli Nowy Orlean”

  1. Wprost nie mogę uwierzyć, że Ania pochłonęła całą zawartość talerza (sum, krewetki, ostrygi). Podoba mi się Nowy Orlean, muzyka, zabawa i dużo jedzenia.

     

Możliwość komentowania jest wyłączona.