Pij wino albo giń, czyli urodziny w Tbilisi

Każdy w swoim mieście – Różne zastosowania winorośli – Okiem Matki – Smakosze

Na samym wstępie muszę zaznaczyć, że to jest nasz pierwszy wpis o stolicy Gruzji, ponieważ jeszcze do niej wracamy na początku września. Zaczynamy zatem – Tbilisi po raz pierwszy!

Przyznam szczerze, że poczucia bycia w wielkim mieście i stolicy trochę mi już brakowało (ja się odżegnuję! 😉 – M.).  Tbilisi już na wstępie zapunktowało zatem w moich oczach. Jednak zmęcznie całodzienną jazdą dało się trochę we znaki. Krótki spacerek do Wendy's,którego w Polszy nie ma oraz zakupy w supermarkecie, to jedyne na co było nas stać po przyjeździe. Kolejny dzień spędziliśmy jednak aktywnie. Urodzin poza krajem jeszcze nigdy nie świętowałam, trzeba więc było pobiegać po fajnych miejscach i zakończyć dzień w jakiejś miłej knajpce. Plan może nie brzmi bardzo ambitnie, ale przy obecnym stanie pogodowym w Gruzji jest jedynym sensownym rozwiązaniem.

WP_20160825_13_45_17_Pro
Widok na drugą stroną rzeki. I trochę na pierwszą, ale głównie na drugą.

Free Walking Tour znaliśmy już z domu. Nasza przyjaciółka Patrycja oprowadza wycieczki po Warszawie i bardzo polecała zadzieżgnięcie znajomości z tą inicjatywą. Cóż, uznaliśmy, że jeśli mamy szanse spotkać w Tbilisi kogoś choć w połowie tak czarującego jak Pati, to trzeba spróbować. Nie zawiedliśmy się :). Gdyby ktoś z naszych czytelników jeszcze nie wiedział, przybliżę w skrócie o co chodzi z Free Walking Tour. W wielu miastach na świecie, zwłaszcza tych powszechnie uważanych za turystyczne, pojawiła się koncepcja wprowadzenia darmowych wycieczek. O oznaczonej godzinie i w określonym miejscu pojawia się przewodnik oraz zainteresowani tematem ludzie i bestie. Odbywają razem podróż po mieście, a osoba prowadząca nie otrzymuje za poświęcony czas zapłaty "z góry". W dobrym tonie jest zatem wręczyć przewodnikowi napiwek, zwłaszcza, jeśli zacnie wywiązał się ze swojego zadania. 

My szczęśliwie trafiliśmy na Annę, Ukrainkę, która przyjechała do Gruzji i miała nawet bilet powrotny, ale zakochała się w tym kraju tak bardzo, że osiadła tu na stałe. Została i zabrała nas na wycieczkę po swoim Tbilisi. Od razu zaznaczyła, że przez spędzone razem 3 godziny może nam jedynie dać poczuć klimat miasta. Zachęciła, żebyśmy wybrane aspekty zbadali sami i znaleźli swoje własne Tbilisi. Podejście Anny bardzo przypadło nam do gustu, więc z radością ruszyliśmy jej śladem wraz ze sporą grupą Polaków (wiela ich tu, wiela), a także mieszanką przedstawicieli różnych innych narodów.

Tak więc, miasto bażantów…Tak, tak, symbolem Tbilisi jest bażant. Otóż dawno, dawno temu król Vachtan Gorgasala (wcale nie zmyśliliśmy tego imienia) polował w okolicy ze swoim ulubionym sokołem. Królowie lubią polować w okolicach przyszłych stolic, to taka ich prerogatywa. Polował więc i polował, aż upolował bażanta. Zależnie od wersji legendy on albo jego sokół. To znaczy, istnieje jeszcze wersja z jeleniem. I nie, że jeleń upolował bażanta ani sokół jelenia – w tej wersji jelenia na pewno ustrzelił Vachtan. W każdym razie cokolwiek by nie zginęło spadło do gorącego źródła i od razu się ugotowało. Bażant brzmi nieco wiarygodniej, prawda? Poza tym jelenie nie latają.

WP_20160825_14_41_29_Pro
Bażant w stanie surowym

Ciekawą rzecz, którą już zauważyliśmy, a którą potwierdził nasz FWT, to fakt spokojnej i przyjacielskiej koegzystencji licznych religii na terenie tego pięknego, górzystego kraju. W Tibilisi jest wiele świątyń różnych wyznań i, jak dowiedzieliśmy się od Anny, odnoszą się one do siebie z symaptią, a nawet wykazują wsparcie. Przykładowo w świątyni katolickiej systematycznie goszczą baptyści oraz koptowie, a w meczecie można spotkać zarówno szyitów jak i sunnitów. Jest też synagoga i, oczywiście, pełno kościołów prawosławnych. 

WP_20160825_15_03_22_Pro
Kościół, meczet i łaźnia. Coś dla ducha, coś dla ciała

Jak zapewne łatwo się domyślić jednym z ukochanych świętych w Gruzji jest św. Jerzy. Jego wizerunki i pomniki zdobią wiele placów, i śwątyń. Giorgi to najczęściej nadawane chłopcom imię. Dziewczynki najchętniej chrzci się imieniem Nino (czyli nasza Nina). Św. Nino jest patronką Gruzji i zgodnie z tradycją uznaje się, że to za jej sprawą kraj przyjął chrześcijaństwo, jako drugi na świecie (po Armenii). Legenda głosi, że Nino pierwszy krzyż wykonała z gałęzi wszechobecnych na tym terenie winorośli,które splotła pasmem swoich włosów. To właśnie z uwagi na użycie pnączy wina ramiona krzyża św. Nino lekko opadają ku dołowi.

WP_20160825_12_42_16_Pro
Po lewej święta Nino i krzyż jej własnego pomysłu 🙂

Ale nie samą religią Gruzini żyją. To naród lubiący dobrze zjeść i wypić. Tradycja wielkich biesiad nie jest już może tak silna, jak kiedyś, jednak nadal żyje, zwłaszcza, że wieczory po upalnym dniu są stworzone do zabawy. Podczas klasycznej gruzińskiej uczty centralną osobą jest Tamada. To on wygłasza toasty, często długie, a nawet wierszowane. Jego zadaniem jest podnosić nastrój i zachęcać biesiadników do wspólnej zabawy. Tamada musi mieć zatem autorytet wśród zebranych, poczucie humoru i oczywiście najmocniejszą głowę. W Tbilisi na jednym ze skwerów można znaleźć pomnik Tamady, który trzyma w dłoni czarę wina.

WP_20160825_13_07_07_Pro
Urocza Anna i trochę mniej uroczy pomnik tamady

Wino dla przyjaciół ma również największy posąg w mieście – Kartwlis Deda, czyli Matka Gruzinów, nazywana zazwyczaj Matką Gruzją. Nasza przewodniczka Anna zwróciła nam uwagę na wyjątkowy charakter tego właśnie pomnika poprzez zabawne porównanie. Matka Rosja we Wołgogradzie trzyma wzniesiony w górę miecz, jej postawa jest ewidentnie dominująca. Matka Ukraina w Kijowie dzierży miecz i tarczę, kojarzy się z obroną. Z kolei Matka Armenia kieruje swą twarz w stronę Turcji, a miecz trzyma przed sobą w geście "spóbuj no tylko!". Matka Gruzja ma miecz i wino. Jak podsumowała żartobliwie Anna: "pij wino albo giń!" ;).

WP_20160825_19_14_22_Pro
Na degustację próbują wciągnąć człowieka do każdego sklepu z winem. Udaje im się.

Na wzgórze Sololaki, gdzie stoi Kartwlis Deda wjechaliśmy kolejką linową, co szczerze polecam każdemu, kto odwiedza Tbilisi. Z góry rozciąga się przepiękny widok na miasto. Można też spojrzeć na ogród botaniczny i wspiąć się na ruiny starej twierdzy, która niegdyś górowała nad Szlakiem Jedwabnym, a której najstarsze kamienie pamiętają IV w.n.e. Po zejściu ze wzgórza udaliśmy się  w okolice sławnych łaźni siarkowych i skorzystaliśmy z okazji (Ania), by schłodzić się pod wodospadem, który jest obiektem pielgrzymek nowożeńców. Ponoć uwielbiają sobie robić zdjęcia na jego tle. Ciekawa sprawa – panna młoda ubiera się w nowoczesną, białą suknię ślubną, a pan młody zwykle przyodziewa tradycyjny czarny strój, wyszywany srebrem, a nierzadko ma również szablę przy boku (a jak ja chciałem, to mi nie pozwolili! – M.).

WP_20160825_14_54_25_Pro
Szczęście

Annę pożegnaliśmy w szampańskim nastroju, który utrzymał się przez cały wieczór. Skoczyliśmy do knajpki, żeby po zadbaniu o dusze, zadbać wreszcie o ciało. Czerwone wino, bakłażany z orzechami, pyszna potrawka z wołowiny, ziemników, kolendry i całej masy wspaniałych gruzińskich przypraw pozwoliła cieszyć się do końca tym wspaniałym, urodzinowym dniem.

Ania (i trochę ja! – M.)

2 myśli nt. „Pij wino albo giń, czyli urodziny w Tbilisi”

  1. Dlaczego nie pozwolili Markowi na tę szablę. I kto nie pozwolił? Zdecydowanie należało pozwolić!

     

Możliwość komentowania jest wyłączona.