Palcem po mapie, czyli dlaczego warto marzyć na głos

Górska ścieżynka –  Wielkie marzenia – Zalążek planu – Stado pawianów

Wszystko zaczęło się na górskim szlaku, gdzieś pomiędzy Rusinową Polaną, a Polaną pod Wołoszynem. Nie byliśmy jeszcze beztroskim małżeństwem, ani trochę mniej beztroskim narzeczeństwem, lecz średnio zatroskaną o swoją przyszłość parą. W niepowtarzalnych okolicznościach przyrody, wczesnym tatrzańskim rankiem, rozmowa mogła brzmieć następująco:

– Chciałabym kiedyś pojechać w podróż! 
– Ja też 
– Ale taką daleką! 
– Ja też 
– Ale taką, że do przodu, a nie w tył! 
– Ja też 
– Tak jechać, jechać i poznawać ludzi, nowe miejsca, wielkie przestrzenie! 
– Ja też 
– Daleko jeszcze? 
– Ja też…Co? Nie.

na blog
Zdjęcie z Tatr Zachodnich, ale co tam

No i się zaczęło. Dokąd byśmy chcieli pojechać, czym, co zobaczyć, co zjeść, w jakim morzu się wykąpać, jakie pasma górskie przemierzyć. Takie jeżdżenie palcem po mapie, tylko bez mapy i z dwoma palcoma…dwyma palcy…dwami… W dwie osoby. Tak na początku łatwiej, bo można puścić wodze fantazji, zapomnieć o granicach swoich możliwości i pozwolić wyobraźni zrobić swoje. Niepoprawne marzycielstwo oboje mieliśmy we krwi od zarania dziejów, więc pomysł wielkiej podróży rozrósł się do absolutnie kapitalnych rozmiarów. Pół Europy, cała Azja, dwie Oceanie, trzy Ameryki, a wszystko zakończone wielkim piknikiem na Górze Stołowej: tylko my dwoje, miejscowe wino, zachód Słońca i stado pawianów. I wtedy…doszliśmy do głównego szlaku prowadzącego do Morskiego Oka, a jak wiadomo na asfalcie gorzej się myśli.

Kiedy siedliśmy w końcu na naszych ośmiu literach, zaczeliśmy się zastanawiać, co tak naprawdę jest realne. Wiadomo – nie można pojechać wszędzie i zobaczyć wszystkiego. Trzeba było wymyślić, dokąd najbardziej chcielibyśmy zawędrować, jaka trasa byłaby optymalna, która dałaby nam najwięcej radochy.
I tak krok po kroku zaczął się krystalizować plan finalny choć nie ostateczny. Oczywiście kwestie materialne, klimatyczne i terminowe również dały się nam we znaki, dlatego musieliśmy wykreślić z naszej listy kolejne kraje, a ostateczna trasa uformowała się następująco: Gruzja-Kirgistan-Kazachstan-Chiny-Mongolia-Chiny-Hong Kong-Tajwan-Japonia-Australia/Nowa Zelandia-Nowa Zelandia/Australia. 
No i z powrotem, do Warszawy, zapewne przez Londyn. Tak było wczoraj…

A dziś? Dwa plecaki, dobre buty, żeby nogi nie odpadły, trochę ubrań, apteczka, kosmetyczka, trochę elektroniki. To wszystko co mamy. Dziwne, ale i wyzwalające uczucie. Kilka lat przygotowań, oszczędzania, planowania. Ruszamy już za tydzień. Najpierw do Gruzji. Lecimy do Kutaisi przez Kijów. Potem łapiemy stopa i zasuwamy do Batumi. Nie powinno być z tym problemów, bo Gruzini, jak nas powszechnie informowano, są narodem przyjaznym, towarzyskim i maja słabość do Polaków. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie słyszeliśmy kilka, ale dość często pojawiał się w nich termin „Żubrówka” wink. Jak jest, przekonamy się już w krótce. Tymczasem wracamy do ostatnich przygotowań i pożegnań. To chyba najtrudniejsze. Przed wyjazdem spróbujemy jeszcze skrobnąć coś o tym, jak przygotowaliśmy się do naszej podróży. 

A&M

3 myśli nt. „Palcem po mapie, czyli dlaczego warto marzyć na głos”

Możliwość komentowania jest wyłączona.