On the streets of Philadelphia czyli dzwońce wolności

W grodzie Benjamina – Całowanie klamek – Bycza buła – New York, NewYork

Dojechaliśmy do Filadelfii po południu i zostaliśmy powitani przez wietrzystą pogodę, pylenie wszystkiego co może pylić, a także brud. Aż do końca naszej podróży Filadelfia będzie mieć status najbrudniejszego miasta jakie odwiedziliśmy. Może to tylko tymczasowa niedyspozycja, ale nigdzie indziej aż tak nie biło to po oczach. A skoro już to ustaliliśmy, przejdźmy się do naszych gospodarzy. W domku szeregowym, w zachodniej Filadelfii mieszkali razem Kamela (wnuczka polskich imigrantów), wybitnie introwertyczny muzyk Jeremy i jego dziewczyna Kennedy, lalkarka. Mieszkało się u nich bardzo dobrze, nie wchodziliśmy sobie zwykle w drogę. Raz oni coś ugotowali, raz my, Kamela kazała nam zużywać jej zapasy, których zawsze kupowała za dużo. Mieszkaliśmy w pokoju, w którym stała kuweta dla kotów, więc czworonogi musiały okazywać nam względy, bo inaczej nie mogłyby sikać w ulubionym piaseczku. Na kilka dni staliśmy się więc integralną częścią domostwa i mieliśmy komfortowe warunki do zwiedzania miasta. Niestety aura i kwestie losowe tym razem nam nie sprzyjały, więc nie zobacczyliśmy wiele. A jest tam co oglądać. Czym jest bowiem Filadelfia?


Chyba mój ulubiony ratusz miejski z tych widzianych w Stanach.

Tak jak Wirginia jest pierwszym amerykańskim stanem, tak Filadelfia, założona przez pierwszego gubernatora kolonii Pennsylvania, Williama Penna, jest administracyjną kolebką kraju. To tutaj zebrał się pierwszy Kongres Kontynentalny, to tutaj ratyfikowano Deklarację niepodległości i konstytucję, to w końcu tutaj ustanowiono pierwszą stolicę młodego kraju, do czasu aż nie powstanie miasto Waszyngton. Tutaj również żył i tworzył jeden z najznamienitszych obywateli w historii USA, wynalazca, polityk, dyplomata, filozof,  człowiek z bardzo pożądaną twarzą, znajdującą się na banknocie studolarowym – Benjamin Franklin. Chociaż urodził się i wychował w Bostonie, to właśnie w Filadelfii dokonał najważniejszych czynów, którymi zasłużył na miano "Pierwszego Amerykanina". W stolicy Pennsylvanii jest wszechobecny, będąc obok Independence Hall i Dzwonu Wolności, jej największym symbolem. W mieście można obejrzeć jego dom, urząd pocztowy, którego był kierownikiem, drukarnię, w której drukował swoją gazetę, a także grób. Oczywiście jeśli są otwarte…


Naczelnik Tadeusz stoi na przeciwko polskiej flagi przez czysty pzypadek, ale była to miła niespodzianka na 2 maja :).

A nie były! No niech nas. Ale po kolei. Niestety dzień zaczął się od ograniczenia czasowego, bo gospodarzom gdzieś zapodział się drugi klucz i dopóki nie dorobili następnego, trzeba było zgrać grafiki. Oznaczało to, że musimy wrócić do domu na 17 i nie mogliśmy zwiedzić tego dnia Independence Hall (tam ratyfikowano Deklarację niepodległości), bo ostatnie bilety (zresztą darmowe), były dostępne dopiero na 16. Na początek zresztą nadłożyliśmy drogi, by wdrapać się na słynne schody przed galerią sztuki i zatańczyć na nich niczym Rocky Balboa. Niestety nie zebrano jeszcze sprzętu po uroczystości draftu do ligi NFL,więc wstęp został zablokowany. Potem okazało się, że prawie wszystko związane z Benjaminem Franklinem, było zamknięte, więc poszliśmy na grób, żartując, że pewnie przenieśli go do Waszyngtonu. Nie do końca. Ale sam grób był akurat w renowacji. Cud, że udało się zobaczyć cokolwiek, w tym Dzwon Wolności oraz starą siedzibę gildii stolarzy, w której zebrał się pierwszy w historii Kongres Kontynentalny.


Dla Amerykanów to bardzo ważny symbol. Bił na wiwat 4 lipca 1776 roku i zyskał sobie status świętości. W dobie Wielkiego Kryzysu obwożono go po USA, by podnieś morale społeczeństwa, a dzieci pisały do dzwonu listy niczym do świętego Mikołaja.

Mimo iż nie zobaczyliśmy zbyt wiele, zgłodnieliśmy bardzo, a jak w Filadelfii jest się głodnym i nie jest się wegetarianinem, odpowiedź jest jedna – cheesesteak! Stworzona w latach 30' przez braci Olivieri kanapka z siekanym, zesmażonym na blasze stekiem wołowym i cebulą jest tutaj prawdziwym hitem. Przez lata wyewoluowała i można ją zamówić pod wieloma postaciami, ale najpopularniejszą jest długa bułka z wołowiną, cebulą i serem żółtym, najchętniej provolone. Zaszaleliśmy i poszliśmy do baru, mijając wcześniej wiele wózków z tańszymi wersjami. Niektórzy (w tym my), mogą powiedzieć że to marnowanie dobrego steku rib eye, ale inni niektórzy (w tym my) mogą odpowiedzieć, że to najlepszy sposób na takie marnotrastwo. Kanapka była pyszna.


Prawdziwa  uczta. Aż zrobiłem się głodny,. Chyba zjem rosół.

Nabraliśmy sił na pieszy powrót do domu, a następnego dnia zrobiliśmy sobie przerwę, która na złe nam wyszła, ponieważ w dniach kolejnych pogoda zupełnie się popsuła i więcej już Filadelfii nie zobaczyliśmy, wyjeżdżając do Nowego Jorku w strugach ulewnego deszczu. Kolejny niedosyt, ale co robić? Postanowiliśmy, że Nowemu Jorkowi nie odpuścimy i będziemy zwiedzać do upadłego. A warunki, przynajmniej na początku, mieliśmy do tego bardzo dobre. Jechaliśmy do "Dużego Jabłka" nie mając zapewnionych wszystkich noclegów, ale pierwsze trzy udało się zaklepać w pierwszorzędnej lokalizacji, na Manhattanie. Nasz gospodarz, Anders przyjechał tam na początku roku z Danii wraz ze swoim mężem i chociaż nie zdążyli się jeszcze dobrze urządzić, zdarza im się przyjmować couchsurferów. Szanowny małżonek był akurat w rozjazdach, ale Anders z radością i entuzjazmem (czasem może nawet zbyt wielkim, ale o tym później) zaopiekował się nami i włączył w nasze zwiedzanie. 


Benjammin Franklin z cheesesteakiem, czyli najbardziej filadelfijskie zdjęcie z możliwych. 

Nowy Jork…To moja druga wizyta w tym mieście, więc, żeby oddać mu pełną sprawiedliwość, przekazuję teraz klawiaturę Ani, bo ten pierwszy raz liczy się tutaj jeszcze bardziej niż gdziekolwiek indziej. 

Reżyser Woody Allen chyba najlepiej ujął temat twierdząc, że Nowy Jork to nie tyle miasto, co stan umysłu. Jest faktycznie coś niezywkłego w tej metropolii. Nieuchwytne znaki, że bez względu na to kim jesteś i skąd pochodzisz, gdzieś tu jest też miejsce dla ciebie i twoich marzeń. Spektakularne centrum miasta na Manhattanie robi wielkie wrażenie. Płaskie, więc wzrokiem sięgasz daleko. Wzdłuż szerokich i długich ulic ciągną się drapacze chmur, muzea, domy, świątynie wszelakich wyznań, a architektura jest tak urozmaicona, że szkoda przemieszczać się inaczej niż na piechotę.

Mieliśmy tym razem szczęście do pogody – deszcz zostawiliśmy w Filadelfii. Central Park krzyczał zielenią, słońce przyświecało, humory poprawiła nam gorąca kawa, ale jednocześnie wzrosła moja tęsknota za herbatą. Czyżby to Anglia już mnie wołała? Ah, z pewnością można w Nowym Jorku znaleźć również wspaniałą herbatę. Stolica kulinarna, stolica mody, stolica biznesu, stolica artystów z wielkim zielonym parkiem w samym centrum (chociaż moim zdaniem Łazienki nadal ładniejsze). Wspominaliśmy już o zmęczeniu materiału w tej podróży, ale Nowy Jork miał siłę, żeby nas poderwać, energię, żeby rozpędzić nas jeszcze i jeszcze raz. Prawda jest taka, że w tym mieście bardzo łatwo się zakochać. Tym, którym się to przytrafiło wcale się nie dziwię. Ruszyliśmy zatem w miasto. Może się nie zakochałam, ale napewno Nowy Jork, to dobry kumpel, którego chciałabym jeszcze kiedyś odwiedzić.

Tyle od Ani. Dodam jeszcze, że w miasto ruszyliśmy wspaniale wyspani i choć nie byliśmy jeszcze pewni gospodarza na ostatnie dwie noce, nastroje mieliśmy błękitne jak niebo nad nami.

Marek i Ania