Muzea, pomniki i bliny z serem, czyli Waszyngton D.C.

Resting w Reston – Muzeum lotnictwa KJM! – Waszyngton monumentalny – Waszyngton słowiański

Dotarliśmy tedy do Fairfax skąd odebrała nas pani Ewa, czyli koleżanka mojego Taty ze szkolnej ławy. Znamy się od lat i to właśnie u niej w, nomen omen, Reston mieliśmy odpocząć trochę przed ostatnim etapem naszej amerykańskiej podróży. W towarzystwie samej pani Ewy, uroczego zwierzyńca składającego się z czterech psów (Bill, Millie, Chubby i Angelo) oraz dwóch kotów (Isis i Ginger), a na ostatnie dwa dni dołączył do nas mąż pani Ewy, wracający z wielkanocnej wyprawy do Londynu, pan Etienne.


Ania i Ginger. Miłość.

Atmosfera rodzinna, warunki do regeneracji idealne, okolica zaciszna, a w domu naszych gospodarzy bardzo przytulnie. Głównym naszym zajęciem było więc pisanie, wstawianie zdjęć, wpisów, co jakiś czas przerywane krótkimi wyprawami, które dzięki pani Ewie mogliśmy odbyć po okolicy bliższej i dalszej. Zaczęliśmy od muzeum lotnictwa, w którym zgromadzono wiele autentycznych samolotów wojskowych, pasażerskich i jeszcze inszych. Nie, że modele. Czasem repliki zmontowane z poznajdywanych na całym świecie części, ale teoretycznie nadające się do latania. Dla każdego fana awioniki to miejsce jest niczym Eden. Tylko trochę bardziej zatłoczone. 


A jak będą chcieli, żeby zabrać ich do muzeum lotnictwa…

Kolejna wyprawa odbyła się już do Waszyngtonu, gdzie mogliśmy wysłuchać koncertu jazzmana Grega Hatzy z Baltimore. Zażyliśmy zatem trochę sztuki, a przy okazji zobaczyliśmy Waszyngton po zmroku. Oczywiście zdjęcia nocne kompletnie nie wyszły, ale podświetlone budynki i pomniki na the Mall, wyglądały bardzo pięknie, dając nam przedsmak naszej przyszłej wizyty w stolicy.


Nie przepadam za nadużywaniem organów w muzyce jazzowej, ale trzeba przyznać, że nieźle podawali.

Było trochę technologii, było trochę kultury, przyszedł więc czas na naturę. Pojechaliśmy do Great Falls, by przejść się po niewielkim, ale bardzo malowniczym parku narodowym nad brzegiem Potomacu. Na koniec trochę szermierki (a jakże!) – odwiedziliśmy Maryland i klub szermierczy, w którym pracuje dwóch polskich trenerów, a w którym trenowała kiedyś córka pani Ewy, Liwia. Wracając, zahaczyliśmy jeszcze o świątynię mormońską, znajdującą się w okolicy, a która ma bardzo…specyficzną bryłę. Sami zobaczcie:


Ta zielona poświata…

Dosyć niepokojący budynek. Spaliśmy jednak bardzo dobrze i następnego dnia wczesnym rankiem mogliśmy wyruszyć do Waszyngtonu. U naszych pierwszych gospodardzy – Nikołaja i Ashley, musieliśmy się zameldować przed dziewiątą, żeby zrzucić plecaki, a potem ruszyć na zwiedzanie. Komunikacja waszyngtońska prawie nas pokonała i dotarliśmy na ostatnią chwilę. Odsapnęliśmy kapkę i poszliśmy na miasto. Lepsze zapoznanie się z gospodarzami musiało trochę poczekać. 


Pana profesora fechmistrza zabraknąć w klubie nie mogło :).

Waszyngton. Miasto zaprojektowane po to, żeby być stolicą. W centrum roi się od budynków administracyjnych, muzeów, sądów. Wszystko w monumentalnym stylu, bez zbędnych ozdób. Budynki mówią ci : "Jesteś w stolicy wielkiego kraju, jesteś w stolicy wielkiego narodu." Trzeba przyznać, że robią wrażenie. Zwiedzanie zaczęliśmy od Muzeum Historii Amerykańskiej, bo akurat było pod ręką. Ekspozycja bardzo sprawnie zorganizowana, pokazująca historię społeczeństwa, historię wojen, historię przemysłu, transportu w sposób bardzo przystępny, interaktywny (słowo klucz!) i nie bardzo męczący. Wśród eksponatów znajdują się prawdziwe artefakty historii USA, jak kapelusz Abrahama Lincolna czy flaga z fortu McHenry w Baltimore. To ta z hymnu narodowego USA, "Star Sprangled Banner". W czasie wojny z Wielką Brytanią w 1812 roku, powiewała nad wspomnianym fortem, bombardowanym przez Royal Navy. Taką zobaczył ją Francis Scott Key, co zainspirowało go do napisania poematu. Pod słowa podłożono następnie popularną, brytyjską (sic!) melodię. Parędziesiąt lat później pieśń stała się hymnem US Navy, ale status hymnu narodowego uzyskała prawnie dopiero w 1931 roku.


Wśród artefaktów narodowych można również podziwiać rękawice Muhammada Alego

Gdy już poszwędaliśmy się dobre kilka godzin po wnętrzu, zapragnęliśmy złapać nieco świeżego powietrza i wyruszyliśmy obejrzeć pomniki. Memoriał Waszyngtona, Lincolna, Wojny Koreańskiej, Wojny Wietnamskiej, Drugiej Wojny Światowej.  Wszystkie robią wielkie wrażenie i skłaniają do refleksji. Może dlatego poczuliśmy się trochę bardziej zmęczeni niż powinniśmy, a do tego okazało się, że zaczyna nas chwytać jakaś infekcja. Zanim jednak porządnie schwyciła, my spotkaliśmy się z Nikołajem na obiad. Powiedział, że zna świetne miejsce z happy hours – za dwa dolary piwo, a do piwa dwa spore tacos. Nie można było przegapić takiej okazji.


Kapitol, obelisk Washingtona, sadzawka, w której ściskali się Forrest i Jenny, a za plecami siedzi niewidoczny na zdjęciu Abraham Lincoln.

Sam Nikołaj to raczej typ introwertyka, więc nie wiemy o nim wiele, poza tym, że to szczodry gospodarz. Rosjanin z Kaliningradu, któremu uprzykrzyło się życie nad pięknym bałtykiem, więc wyruszył na Florydę, potem do Teksasu, a obecnie rezyduje w Waszyngtonie wraz ze swoją żoną, Ashley, trochę bardziej rozgadaną dziewczyną z Luizjany. Niestety przyjechaliśmy do nich w tygodniu i nie mieliśmy wiele czasu by się integrować, a do tego jeden dzień przeleżeliśmy plackiem, bo przeziębienie rozłożyło nas na łopatki. Zanim do tego doszło odbyliśmy kolejną rundkę po muzeach (wszystkie muzea smithsoniańskie są darmowe), zaczynając od archiwów narodowych, gdzie mogliśmy zobaczyć oryginały delkaracji niepodległości i konstytucji. Zajęcia z paleografii miałem dawno temu i trudno było coś odczytać, więc nie musicie się zamartwiać, że nie mogliśmy tam zrobić zdjęć ;). Trochę fotek wyszło nam w National Gallery, gdzie mogliśmy podziwiać piękną sztukę z naszymi ulubionymi impresjonistami i realistami na czele. Na koniec wpadliśmy na chwilę do Muzeum Indian Amerykańskich i, powiedzmy sobie szczerze, porządnie się zawiedliśmy. Oczekiwania nie były wielkie, a do tego weszliśmy tam, żeby wytracić trochę czasu przed powrotem Nikołaja i Ashley do domu. Pamiętam, że w czasie poprzedniej mojej wizyty muzeum oceniłem jako przeciętne, ale teraz było jeszcze gorzej. Po prostu kiepskie. To wszystko co mam na ten temat do powiedzenia.


Niezła sztuka…

Wspomniana choroba skonsumowała nam następny dzień, a kolejnego czekała nas przeprowadzka do innej couchsurferki, więc chciał-nie chciał, musieliśmy się zwlec. Oczywiście potem znowu odpoczywaliśmy, żeby jak najszybciej zregenerować nadwątlone siły. Od Nikołaja i Ashley trafiliśmy do Sashy. Do Stanów przyjechała z Ukrainy, gdy miała cztery lata, więc zupełnie nie słychać po niej akcentu, ale bliny z białym serem zrobiła jak trzeba ;).


Pycha!

Pełna energii i bardzo wesoła, zdecydowanie przyczyniła się do poprawy naszego stanu zdrowia. W końcu, jak pisał Kornel Makuszyński, "Nie ma ponad śmiech lekarstwo". Nie wiemy jak w innych, ale w tym przypadku zadziałało. Zapiekanka ziemniaczana, którą Ania upichciła na kolację, też dołożyła swoje, a przy samej kolacji czekała nas niespodzianka, choć właściwie, nie powinna nas w ogóle dziwić biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia. Otóż Sasha przyprowadziła z randki Petera lub po prostu Piotrka. Polak wychowany w Stanach, ale urodzony jeszcze w Warszawie, na Mokotowie. Trafianie na Warszawiaków nigdy nas nie znudzi. Posiedzieliśmy, pojedliśmy, popiliśmy i naprawdę znakomicie się bawiliśmy. Jak tu nie zdrowieć?


Abraham Lincoln zgadza się z powyśzym akapitem.

W lepszych humorach i w lepszej kondycji wstaliśmy kolejnego ranka, bo udało nam się zarezerwować wizytę w Kapitolu, gdzie mogliśmy zwiedzić historyczną część amerykańskiego parlamentu. Zwiedzanie jest darmowe, ale terminy trzeba rezerwować z paromiesięcznym wyprzedzeniem, bo chętnych jest od metra (jak Bodzianowiczów). Wycieczka trwa godzinę, licząc z filmem wprowadzającym – nie jest szczególnie ekscytująca, ale też nie umiera się z nudów. Z Kapitolu wróciliśmy do domu spakować się, pożegnać z kochaną Sashą i podrałować na autobus do Filadelfii. Niestety przez dwa dni choroby nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy zobaczyć. Biały Dom, Memoriał Jeffersona, Memoriał FDR, Muzeum Historii Naturalnej, cmentarz Arlington i Pentagon zostawiliśmy więc za plecami. Nauczyliśmy się w drodze nie płakać nad rozlanymi atrakcjami turystycznymi, ale nie powiem, trochę żalu odczywaliśmy. Zwłaszcza, że pech nie opuszczał nas także w Filadelfii. Ale o tym już w następnym odcinku.


Jak się czujemy? Kapitolnie!

Marek

Bogata historia w Richmond, czyli u zarania dziejów USA

Ad fontes! – FL, filantropi ludziom – Niezłe jaja – Podwózka jakubowa

Richmond, Wirginia. Jeżeli gdzieś na ziemii amerykańskiej można wyznaczyć początek procesu, który doprowadził do powstania Stanów Zjednoczonych, to będzie to właśnie Wirginia. To tutaj, ponad czterysta lat temu założono pierwszą stałą, angielską kolonię na kontynencie amerykańskim – Jamestown. Również na terenie tego stanu rozegrała się bitwa pod Yorktown, która ostatecznie przeważyła szalę zwycięstwa w rewolucji amerykańskiej na stronę kolonistów. Z pierwszych czterech prezydentów kraju, trzech pochodziło z Wirginii. Waszyngton czyli ostrze rewolucji, Jefferson czyli pióro rewolucji (autor deklaracji niepodległości) oraz Maddison, który jest głównym autorem konstytucji amerykańskiej. Sami widzicie, że znaleźliśmy się więc w kolebce narodu.


Washington i spółka, czyli ojcowie założyciele pochodzący ze stanu Wirginia.

Po wegańskim śniadaniu wielkanocnym Mac i Lea zawieźli nas do centrum, przy okazji demonstrując bardzo typowy dla miejscowych zwyczaj, a mianowicie paradę wielkanocną. Parada polega na tym, że jakaś spora ulica jest zamykana i ludzie mogą sobie paradować w dowolnych kierunkach, każdy sobie lub w większych grupach. Przebrani, nie przebrani, wszystko jedno. Ludzie zakładają fikuśne kapelusze i spacerują między budkami z napitkami oraz żarciem. Trochę się to różni od parad w europejskim, a nawet jankeskim wydaniu i być może dlatego nie za bardzo przypadło nam do gustu. Cyknęliśmy kilka fotek i poszliśmy zwiedzać. 


Nie zabawiliśmy tam zbyt długo, bo nie chcieliśmy wchodzić tym wszystkim ludziom w paradę.

Na pierwszy ogień poszły Maymont Park i Maymont Mansion. Posiadłość Jamesa i Sallie Dooley, która po ich śmierci, zgodnie z ich wolą została przekształcona w park publiczny i muzeum. Syn irlandzkich imigrantów oraz córa starych, wirgińskich rodzin doszli do wielkiej fortuny między innymi dzięki inwestowaniu na rynku kolejowym, a gdy już się dorobili, nie gnieździli się na złocie jak jakieś smoki. Wspierali szkoły, szpitale, biblioteki i kościoły, a w spadku zostawili na cele charytatywne ponad milion dolarów. W latach dwudziestych była to sumka nie lada. 


Przynajmniej M4…

Dom zwiedziliśmy z bardzo sympatyczną przewodniczką z Anglii, która oprowadziła nas po przepysznych pokojach, salonach, łazienkach, opowiadając nie tylko historię rodu, ale także służby i wiele razy ukazując szersze spektrum historyczne. Trzeba przyznać, że dom prezentuje się imponująco, a jego wnętrze to uczta dla oczu. 


Voila! Sypialenka jak marzenie.

Po tym wszystkim przeszliśmy się trochę po ogrodzie rzymskim, ogrodzie japońskim, zobaczyliśmy miejscowe bizony (pierwszy raz w życiu widzieliśmy żywego bizona!), ale nie były zbyt rozmowne, więc wróciliśmy do centrum, zakupić zapasy tuńczyka i makaronu. Co prawda nasi gospodarze zabraniają swoim gościom przyrządzanie mięsa w swojej kuchni, ale zgodzili się, że ugotowanie makaronu, usmażenie czosnku, a potem dopiero dodanie do tego tuńczyka, nie będzie pogwałceniem ich zasad. Zwłaszcza, że humory mieli dobre, a zajadając każdy swoje, oglądaliśmy z nimi i jeszcze jedną koleżanką, wspomnianą w poprzednim artykule "Czekoladę". Smakowity wieczór :).


To oczywiście nie duży pokój naszych gospodarzy, tylko salon w Maymont Mansion. Herbaty?

Następny dzień rozpoczął się równie smakowicie, a to z okazji naszej szóstej rocznicy. Tak, tak, udało się aż tyle ze sobą wytrzymać. Mamy taki zwyczaj, że naprzemiennie (raz ja raz Ania) wybieramy na rocznicową kolację knajpkę, w której jeszcze nie byliśmy, najlepiej o konkretnym profilu kulinarnym. Do tej pory wychodziło nam to głównie fatalnie, bo co strzał to pudło. Wyjątkiem była nasza pierwsza rocznica i restauracja "Mały Belgrad" na Belgradzkiej, a tym razem, żeby przełamać złą tradycję, postanowiliśmy wybrać się na rocznicowe śniadanie. Klasyczne, amerykańskie, wielkie, bardzo kaloryczne, pozbawiające człowieka ochoty na lunch śniadanie. Naleśniki, bekon, jajecznica, kiełbasa (czyli dla nich zmielone mięso z przyprawami), smażone ziemniaki, coś na kształt kaszki manny i czarna lura, którą nazywają kawą, a której dolewają w nieograniczonych ilościach. Prawie udało nam się zjeść większość ;).


Cornerstones of American breakfast!

Słusznie wnioskujecie ze zdjęcia, że do muzeum historycznego raczej się dotoczyliśmy, niż doszliśmy. Samo muzeum ma skromną, ale dobrze zaprezentowaną ekspozycję, ale główną atrakcją był portier. Starszy pan, który był zachwycony, że ktoś wyraża więcej niż powierzchowne zainteresowanie jego rodzinnym krajem, i z którym pogawędziliśmy sobie o historii, a także o naszym wspólnym idolu literackim jakim okazał się Edgar Allan Poe. Jeden z moich ulubionych autorów amerykańskich kojarzony jest bardzo mocno z Baltimore, gdzie zmarł tajemniczą śmiercią, ale wychował się właśnie w Richmond, gdzie pochowana jest jego matka. Portier, dla ułatwienia nazwijmy go Richard, bo tak właśnie miał na imię, rozgadał się w pewnym momencie do tego stopnia, że zaproponował nam wieczorny objazd Richmond i wiele ciekawych opowieści. Podziękowaliśmy bardzo uprzejmie i wyjaśniliśmy, że przy naszym trybie zwiedzania do wieczora zupełnie opadniemy z sił. 


No to jak to było z tą kolonizacją Hameryk?

Z jednego muzeum przeszliśmy do drugiego. Otóż w muzeum sztuki, być może w związku z Wielkanocą, eksponowano jaja carskie. Nie, nie jesteśmy obrzydliwi. Chodzi oczywiście o tzw kolekcję Faberge. Wiele o nich słyszeliśmy, wiele widzieliśmy filmów, w których genialni przestępcy wykradają je z kolekcji i nie wiadomo dlaczego widz powinien im kibicować. W końcu przyszło nam zobaczyć te dzieła sztuki i kunsztu rzemieślniczego osobiście i zostaliśmy olśnieni.


Prawdziwe piękno i dzieło sztuki. A na pierwszym planie jajo Faberge autorstwa Michaiła Pierchina.

Historię pewnie znacie, ale gwoli przypomnienia… Car Aleksander III Romanow postanowił zrobić swojej żonie prezent wielkanocny i rozkazał wykonać złotnikom petersburskiej pracowni Petera Carla Faberge złote jajko. Efekt tak przypadł wszystkim do gustu, że zamawianie takich klejnotów stało się coroczną tradycją na carskim dworze. Spójrzcie no jeszcze raz.

Odchamieni już do reszty poszliśmy w stronę ścisłego centrum by zajrzeć do lobby "Jeffersona", najbardziej ekskluzywnego hotelu w stanach południowych, a potem udać się do stanowego kapitolu, zaprojektowanego przez samego Thomasa Jeffersona (był człowiekiem wielu talentów). Mogliśmy za darmo zwiedzić nowoczesną oraz historyczną część tego pięknego budynku. Skupiliśmy się na tej starszej, bo w nowej była akurat lekcja WOSu. Kapitol został wybudowany już po wojnie ze Zjednocznonym Królestwem, jako pierwszy ze wzniesionych już po wywalczeniu niepodległości. Stał się tym samym wzorem architektonicznym dla dalszych tego typu konstrukcji. Wielki, monumentalny, ale nie przesadnie ozdobny, jego odbicie rzeczywiście widać w wielu amerykańskich stolicach stanowych. 


Kapitalna sprawa

Niestrudzeni pognaliśmy jeszcze w dół, ku rzece, by przejść się nad kanałami miejskimi, których pomysłodawcą był George Washington, a potem przeszliśmy się do jednego z najsłynniejszych kościołów w USA. Otóż na skraju Rewolucji Amerykańskiej społeczeństwo nie było jednoznacznie przekonane, co do konieczności wojny z królem, a żarliwe dyskusje toczyły się na zgromadzeniach stanowych we wszystkich trzynastu koloniach. Ponoć na takim zgromadzeniu, w kościele św. Jana w Richmond, Patrick Henry, znany ze swych zdolności oratorskich, wygłosił płomienną mowę, którą zakończył słynnym "Give me liberty, or give me death!". Niestety kościół był już zamknięty, a inscenizacja słynnej przemowy odbywa się tylko w określonych dniach miesiąca. Za to miejscowy przewodnik, będący już po fajrancie, wskazał nam miejsce pochówki matki Edgara Allana Poe. Czyli jednak warto się nachodzić. 


Kościół św. Jana.

A jeśli o tym już mowa, to strasznie byliśmy umęczeni, więc postanowiliśmy wrócić do domu autobusem. Przy wrzucaniu drobnych do puszki w autobusie okazało się, że brakuje nam dziesięciu centów, ale kierowca kazał wsiadać, więc wsiedliśmy. Strasznie uczynni ci wszyscy richmondczycy, chociaż i tak nikt z nich nie jest w stanie pobić tego co wydarzyło się następnego dnia.


Obecnie grób jest już oznaczony, chociaż przez dekady nieliczni wiedzieli kto w nim leży.

Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, bo Mac obiecał, że zawiezie nas na dobre miejsce do rozpoczęcia autostopu. Pogoda była lekko deszczowa, ale dzielnie stanęliśmy na poboczu przy rampie wjazdowej na autostradę i rozpoczęliśmy łapanie okazji. Wydawać by się mogło, że na trasie Richmond-Waszyngton nie będzie z tym najmniejszego problemu, ale przyszło nam sporo poczekać, a do tego jakiś uczynny kierowca postanowił zapewnić nam towarzystwo w postaci policji. A jakże – ktoś doniósł, że dwójka autostopowiczów stoi na drodze. Na drodze! Pan policjant szybko zweryfikował, że to wierutna bzdura, pożyczył nam dobrego dnia i odjechał w siną dal. W końcu jednak nadjechał nasz rycerz na białym rumaku. Jacob, mechanik samochodowy z okolic Seattle, dwudziestotrzylatek, ojciec trojga, który przeniósł się do Wirginii za pracą. Jechał właśnie do hotelu niedaleko miejsca, w którym staliśmy i postanowił podrzucić nas kawałek.


Nasz bohater Jacob

Kiedy piszę kawałek, mam na myśli całą drogę. Serio. Gościu nie miał kompletnie nic do roboty tam, dokąd zmierzaliśmy, a przy tym umówione spotkanie, ale i tak najpierw zaoferował, że podrzuci nas do Fredericksburga, a potem, czemu nie, do Fairfax, czyli naszego miejsca docelowego. Dlaczego? Bo lubi pomagać ludziom i lubi przejażdżki samochodem. Proste. Chwała Jacobowi!

Marek

W szponach wampira, czyli jak zrobić 100 km w milion godzin

Z punktu C do punktu C – Fałszywa muza – Sprzedawca widelców – Wegańska Wielkanoc

Jako się rzekło droga z Charleston do Columbii była męcząca. Nie wyczerpała nas fizycznie, nie musieliśmy cierpieć w niepogodzie czy uciekać przed policją. Po prostu wyssała z nas dobry humor. Zaczęło się całkiem nieźle. Wsiedliśmy w autobus miejski i podjechaliśmy do całkiem niezłego miejsca przy wjeździe na autostradę. Do Columbii nie było daleko, więc liczyliśmy, że koło 16-17 będziemy na miejscu i tak napisaliśmy naszemu gospodarzowi, Danielowi. Po drobnej korekcie ustawienia przy drodze, kierowcy zatrzymywali się z podejrzaną regularnością – raz na dwadzieścia minut.  Niestety nikt nie jechał dalej niż kilkanaście kilometrów w naszą stronę, więc nie było sensu się ruszać. Miejsce wydawało się naprawdę bardzo dobre.


No co, nie zatrzymalibyście się? ;). Swoją drogą plecaki zyskały niedawno imiona – Gryzelda i Jeremi.

Słońce grzało, ale chmury przynosiły momenty wytchnienia, a ci, którzy się zatrzymywali, dodawali nam otuchy. W końcu po niecałych dwóch godzinach zatrzymała się Jennifer. Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy jak ma na imię ani w ogóle dokąd jedzie, ale od razu powiedziała, żebyśmy wsiadali. Powiedziałem jak najuprzejmiej mogłem, że właściwie to najpierw chcielibyśmy się dowiedzieć czy zmierza w naszą stronę i, że jedziemy do Columbii. Zamyśliła się chwilę i powiedziała, że to po drodze, więc możemy wsiadać. No to wsiedliśmy, przywitaliśmy się z jej pieskiem i ucieszeni, że suma sumarum łatwo poszło, nawiązaliśmy rozmowę.

Jennifer…Cóż, jest chyba prawdziwym wampirem energetycznym. Różnie to bywało w naszych kontaktach z kierowcami, czasami nie odzywaliśmy się przez dziesiątki kilometrów i wszystkim było z tym dobrze, ale ona należała do tych, którzy gardzą ciszą i wolą mówić cokolwiek. Zasypywała nas więc szczegółami z życia osobistego jej, jej córki, jej psa, opowiadała o tym co stan Karolina Południowa sadzi przy drogach i w ogóle jak się ma miejscowa fauna i flora. Są ludzie, którzy o takich rzeczach potrafiliby opowiadać ze swadą, ale Jennifer robiła to tak chaotycznie, tak skakała z tematu na temat, że trudno było się zainteresować czy choćby podjąć rozmowę. Bywały momenty kiedy myśleliśmy, że oto przed nami szansa, żeby wtrącić trzy grosze i porozmawiać o czymś przez dłuższy moment, ale po kilku zdaniach złożonych z naszej strony, Jennifer zmieniała temat. Zwykle na jej ulubiony park rozrywki w Karolinie Północnej – Carowinds.

Myślicie, że musiałem sprawdzić tę nazwę w internecie? Nieeeeee, będzie mi się śnić po nocach jeszcze przez najbliższy miesiąc. No dobrze, przesadzam z tym budowaniem obrazu nędzy i rozpaczy, ale nie powiedziałem jeszcze najważniejszego. Otóż jakiś czas po tym jak rozpoczęliśmy drogę do Columbii, Jennifer powiedziała nam, że po drodze będziemy musieli zatrzymać się na lunch, na który umówiła się ze swoim internetowym znajomym, z którym nigdy nie widziała się na żywo. Łoj. Nie byliśmy szczególnie entuzjastycznie nastawieni do świadkowania temu historycznemu momentowi, ale przecież okazalibyśmy się niewdzięcznikami, gdybyśmy zaczęli grymasić. Zwłaszcza, że Jennifer powiedziała, że stawia nam lunch, że jak dojedzie do Carowinds, to dostanie darmowe posiłki, bo jest stałym klientem, więc nie będzie stratna. Carowinds…


Restauracja do której zabrała nas Jennifer, była tą samą, do której zabrał nas swojego czasu Terry. W sensie, że z tej samej sieci restauracji. Klasyczna, południowa kuchnia.

Niestety miejscowość, w której się umówiła była nieco z drogi, a do tego Tobby, jej przyjaciel spóźnił się ponad dwie godziny. Byliśmy w stałym kontakcie z Danielem, więc mogliśmy mu napisać, że będziemy później niż nam się wydawało. Jennifer mogła więc opowiedzieć o swoim życiu miłosnym, które obecnie jest w idealnym stanie emocjonalnym, choć nie zawsze tak było. Kojarzycie książkę "Pamiętnik"? Na jej podstawie nakręcono wyciskacz łez o tym samym tytule. Zresztą ekranizacji powieści Nicholasa Sparksa jest więcej, ale nie o nie tutaj się rozchodzi. Jennifer poinformowała nas, że główna postać kobieca w powieści Sparksa "Dear John" została stworzona na obraz i podobieństwo…Jennifer. Miłosny trójkąt, ukochany na misji w Afganistanie, konkurent na miejscu. Co prawda  znaczyłoby to, że jest tylko kilka lat starsza od nas i w związku z tym łże jak najęta, ale nie będziemy się czepiać.


Apropos czepiania się, tutaj mamy jaszczurkę, która się czepiła. 

Tak czy siak, Tobby w końcu dojechał na wyznaczone miejsce, chociaż najpierw błądził pół godziny po parkingu bo nie mógł znaleźć knajpy. Milczkiem zjedliśmy lunch, bo nie chcieliśmy przeszkadzać w pierwszym spotkaniu i po jakimś czasie mogliśmy w końcu ruszyć w dalszą drogę. Jennifer żegnając się z Tobbym powiedziała, że może nie odpowiadać przez jakiś czas na wiadomości, bo jedzie do Carowinds, najlepszego parku rozrywki w Karolinach. Carowinds!


Moja pierwsza w życiu kanapka Reubena. Palce lizać!

Przepraszam, ale tak rzadko mamy okazję ponarzekać tu na blogu, że czasem trzeba. Oczywiście za podwózkę jesteśmy Jennifer wielce wdzięczni, ale wysiadaliśmy z jej samochodu wyczerpani. Zwłaszcza, że przez ostatnie dwadzieścia minut drogi musiałem co kilkanaście sekund utwierdzać ją, że jedziemy w dobrym kierunku i, że to nie jest ten zjazd, że jeszcze kilka dobrych mil i, że numer zjazdu to 148 B. Daniel był chyba nieco zaskoczony naszym wymizerowanym wyglądem, ale szybko usadził nas przy stole, podał pysznego kurczaka z ryżem i ugościł bardzo grzecznym, białym winem. Zmęczenie wyparowało raz dwa, a Daniel okazał się być wesołkiem i gawędziarzem (większość życia sprzedawał sztućce, więc musi mieć gadane) z bardzo strawnym poczuciem humoru. Rozczulił nas też bardzo, bo chciał nam postawić bilety do miejscowego zoo, ale zapewniliśmy go, że nie będziemy mieć czasu na zwiedzanie, bo czeka nas długa droga na piechotę do przystanku Megabus.


Ania pozostała przy kurczaku w panierce. Co prawda sama robi sto razy lepszego, ale ten też nadawał się do jedzenia.

Nad ranem, jak to bywa, zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z Danielem, który musiał iść do pracy. Zostawił nam klucz i powiedział, gdzie mamy go schować po zamknięciu drzwi. Mieliśmy więc jakieś dwie godziny na trawienie, a potem ruszyliśmy w drogę. Nic ciekawego przez kolejne 45 minut się nie wydarzyło, a i przejazd do Richmond odbył się bez wielkich sensacji, chociaż trwał prawie 9 godzin. Dojechaliśmy po zmroku, ale na szczęście nie powtórzyła się sytuacja z San Antonio, bo autobusy w Richmond chodzą do późna w nocy. Do domu Maca i Lei dotarliśmy pięć minut przed północą. Oni już spali, ale otworzyła nam ich mama/teściowa i wkrótce spaliśmy już smacznie. Śniło mi się Carowinds. Niech to szlag.


Wesoła gromadka w Columbii.

Niedzielę wielkanocną zaczęliśmy od poznania naszych gospodarzy, którzy należeli raczej do tych nie za bardzo integrujących się. Bardzo mili i gościnni, ale raczej żyjący w swoim świecie. Są weganami, a więc poczęstowali nas rodzajem tofu, które przypominało jajko, a także ziemniakami i sosem mięsnym, który zamiast mięsa zawierał skoncentrowany gluten. Dało się zjeść. Pogawędziliśmy dosłownie krótką chwilę, ustaliliśmy, że zabierzemy się z nimi do centrum i, jakimś cudem, udało się w nich wzbudzić instynkt społeczny. Mianowicie na playliście Maca zagościł utwór ze ścieżki dźwiękowej z filmu "Czekolada". Kiedy go rozpoznałem okazało się, że Leah w życiu go nie widziała, a Mac zapałał wielką potrzebą doedukowania żony kinematograficznie. Dzień zapowiadał się więc całkiem interesująco.

Marek