Król Karol i kolonia Karolina, czyli wizyta w Charleston

Musztarda po śniadaniu – Wsparcie wojskowe – Shawndała nam klucze – U źródeł wielkiej tragedii

Savannah, zgodnie z przewidywaniami, okazała się bardzo pięknym miastem, co przestało mnie już nawet zaskakiwać. Oczywiście miasta w Stanach mają również klasyczne blokowiska, ale starówki są obszerne i bardzo malownicze. Przyznaję, że architektura USA bardzo mi przypada do gustu. Jest w niej pewna doza spektakularności, która mówi: "Patrzcie, oto stać nas na wybudowanie takiego pięknego gmachu", ale z drugiej strony nie jest przesadzona czy paskudnie kiczowata.


Ulubiony dom Ani w Charleston

Takie są właśnie domy w kolejnym mieście, które odwiedziliśmy – Charleston. Widać, że ich właściciele są zamożni. Nie zamierzają tego ukrywać, ale również nie walą tym po oczach. Domy nie są przesadnie zdobne, czy na siłę robione na zabytkowe. Są czym są – dostanią i wygodną siedzibą. Niektóre starsze, niektóre młodsze, ale większość utrzymana w podobnej estetyce. Z pewnością dają poczucie, że to budynek, w którym w wygodzie i dostatku mogą mieszakać kolejne pokolenia. 


Kolejny ulubiony dom Ani w Charleston

Z resztą cała wizyta w Charleston bardzo nam się udała. Wiedząc, że to perełka architektury i miejsce bardzo historyczne postanowiliśmy przeznaczyć na nie aż trzy dni. Ale po kolei – najpierw czekał nas krótki autostop Svannah-Charleston. Odbył się doprawdy bezproblemowo. Stanęliśmy na wylocie z miasta i najpierw wziął nas do samochodu bardzo sympatyczny latynos, Denis, który akurat jechał do pracy, ale było mu po drodze. Zanim podrzucił nas do kolojnego dogodnego miejsca do łapania okazji upewnił się, że jedliśmy śniadanie i nie jesteśmy głodni. Następnie pojawił się kolejny bardzo sympatyczny latynos, Joe, który jechał akurat do pracy, ale było mu po drodze. I wiecie co? Zanim podrzucił nas do kolejnego dogodnego punktu do łapania okazji upewnił się, że jedliśmy śniadanie i nie jesteśmy głodni. Na nieszczęście jedliśmy już śniadanie ;). 


Ostatnia prosta – Ania łapie czwartą podwózkę.

Karolina Południowa przywitała nas bardzo przychylnie. Kolejna okazja, którą złapaliśmy była najszybciej złapaną w USA – czekaliśmy niewiele ponad pięć minut. Były wojskowy, a obecnie kierowca w Uberze akurat wracał do domu po kursie. Do tej pory jechaliśmy drogami lokalnymi, a ów bezimienny szeregowy wywiózł nas na autostradę międzystanową, na ostatnią prostą do Charleston. Tam z kolei podrzucił nas kolejny wojskowy, Robert, mechanik helikopterów wojskowych. Hiperaktywny typ i straszna gaduła, wyznał, że po prostu potrzebował towarzystwa. Miodzio. W związku z taką wspaniałą serią, dojechaliśmy do Charleston w porze lunchowej.


Rzeka Ashley

Właściwie to bardzo się cieszyliśmy, że tak szybko idzie, bo nasza gospodyni podpytywał dnia poprzedniego czy dalibyśmy radę zawitać trochę wcześniej niż się umówliśmy i wyczuliśmy, że bardzo jej na tym zależy. Nie, żeby jakoś naciskała, ale widać było, że wolałaby nas u siebie zakwaterować raczej wcześniej niż później. Zagadka tego pośpiechu wyjaśniła się już po spotkaniu. Shawnda jest równie urocza co roztrzepana. Coś jej się pomyliło z datami i planami i wyszło na to, że musi jeszcze dziś, najlepiej jak najszybciej wyjechać. I to na cały tydzień! Postanowiła jednak nie odwoływać naszej wizyty.


W okolicy, w której mieszkaliśmy takie ciasne, ale własne domki.

Dała nam klucze do swojego przytulnego mieszkanka, pokazała gdzie można zrobić pranie, zarządziła, że możemy się częstować wszystkim z lodówki, uściskała nas, przeprosiła i niestety, ku naszej rozpaczy – porzuciła. Przez tą, zdecydowanie za krótką godzinę, którą spedziliśmy razem powiedziała, że zanim postanowiła pozostawić mieszkanie obcym ludziom, sprawdziła nas dokładnie, dzwoniąc do naszego gospodarza z San Antonio – Tylera. Ten przynał, że nie tylko nie zdemolowaliśmy mu mieszkania, ale jeszcze posprzątaliśmy i zrobiliśmy śniadanie. Dzięki tym rekomendancjom mieliśmy dla siebie mieszkanie na całe 3 dni! Było to oczywiście bardzo wygodne, co nie zmienia faktu, że żałowaliśmy tak krótkiej znajomości z Shawndą.


Historyczna chwila – Ania po raz pierwszy będzie korzystać z pralni na monety.

Na pocieszenie zostaliśmy jednak wysłani przez Shawndę, do pubu, gdzie spotykają się miejscowi couchsurfingowcy i dostaliśmy po używanej książce. Południowy zwyczaj. Nie no, żartuję, akurat w pubie można było wymienić książkę na piwo. Wieczór spędziliśmy zatem przy darmowej zupie chmielowej i w sympatycznym gronie. Poznaliśmy przywódce całego ruchu CS w tym rejonie – Jamesa, który okazał się nie tylko dobrym kompanem, ale i pomocnym organizatorem. Za jego rekomendacją dołączyliśmy do grup internetowych, dzięki którym wzrosła nasza szansa na dobre kontakty ze społecznościami w Waszyngtonie, czy Nowym Jorku. Sweeet :D.


Hue hue hue. Żart sytuacyjny.

Następnego dnia wyruszyliśmy do miasta. Zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie. Super! Obejrzeliśmy wspomniane już piękne domy, a potem przeszliśmy do najbardziej historycznej części miasta. Założone w 1670 roku u zbiegu rzek Ashley i Cooper jako Charles Town (na cześć agielskiego króla, Karola II Stuarta) jest najstarszym miastem w Karolinie Południowej. Było pierwszą stolicą stanową, ale w związku z epidemiami żółtej febry i malarii, przeniesiono obrady parlamentu do Columbii, która pozostała stołecznym miastem po dziś dzień. W czasie amerykańskiej wojny o niepodległość Charleston zostało zdobyte przez Brytyjczyków i stanowiło jeden z ostatnich ich przyczułków na terenie kolonii. 78 lat później Karolina Południowa była pierwszym stanem, który ogłosił secesję z Unii. Oficjalny początek konfrontacji zbrojnej nastąpił właśnie w Charleston. Strzegący miasta od strony morza Fort Sumter poddał się wojskom konfederackim po wielogodzinnym bombardowaniu z brzegu i tak zaczęła się pierwsza, wielka wojna w historii USA. 


Pomnik upamiętniający konfederackich obrońców Charleston.

W telegraficznym skrócie i sporym uproszczeniu… Podstawą ekonomii stanów południowych było rolnictwo. Wielkie plantacje bawełny, tytoniu, sady owocowe etc. Zwycięzca wyborów prezydenckich w 1860 roku, Abraham Lincoln zapowiadał zniesienie niewolnictwa w kraju, co dla właścicieli ziemskich było nie do przyjęcia z powodów ideologicznych, ekonomicznych i prawnych. Wkrótce po wyborze Lincolna Karolina Południowa krzyknęła "pobite gary!" i wystąpiła z Unii. W ślad za nią podążyło najpierw kolejne sześć, a potem jeszcze cztery inne stany południowe. Rozpętana w ten sposób wojna domowa trwała cztery lata i pochłonęła życie prawie miliona Amerykanów, czyli więcej niż obydwie wojny światowe razem wzięte.

Staliśmy więc na nabrzeżu, patrząc na ten mały skrawek ziemii przy ujściu dwóch rzek do morza i trudno nam było nie zadumać się przez dłuższą chwilę. 


Na tej małej wysepce , prawie na środku zdjęcia mieści się Fort Sumter.

Ruszyliśmy jednak dalej, a Charleston jak piękne było, tak piękne pozostało. Czy to miejscowe French Quarters, czy ścisłe centrum, czy nawet trochę oddalone od niego dzielnice, gdzie budynki może nieco zaniedbane, ale bardzo malownicze i, tak jak Savannah, stworzone do spacerów. Umęczeni wycieczką i sporym gorącem, wróciliśmy do mieszkania Shawndy i kolejny dzień postanowiliśmy poświęcić relaksowi oraz sprawom organizacyjnym. Czekała nas droga autostopem do Columbii i jak się miało okazać, była to bardzo męcząca przeprawa.


Więcej Charleston pokażemy w galerii na Fb, a na koniec fotka z nowszej części miasta.

Ania i Marek trochę też 😉

Policjant i Pułaski, czyli autostopem przez Georgię

Przydrożni bandyci – Marines na ratunek – Wyspa Nadziejuchy – Miasto zielonych skwerów

Przyszło nam w końcu pożegnać się z Atlantą, ale nie było to koniec naszej przygody ze stanem Georgia. Tym razem postanowiliśmy jednak zmienić sposób przemieszczania się i do kolejnego celu naszej podróży, Savannah, jechaliśmy, po raz pierwszy w USA, autostopem. Odległość niezbyt duża, nasz ulubiony Megabus nie kursuje na tej trasie, a do tego wzywał nas zew przygody. Na początek musieliśmy się oczywiście wydostać z miasta, ale tu po raz wtóry w sukurs przyszła nam niezawodna Kathy. Wywiozła na autostradę i wysadziła na stacji benzynowej, nieopodal wybranego przez nas wcześniej miejsca. Odczuwała pewien dyskomfort na myśl o naszym autostopowaniu, ale do tego się już przyzwyczailiśmy. To naturalne, że ktoś kto nigdy tego nie próbował i w związku z tym nie orientował się w konkretnych realiach, może uznać to za pomysł…co najmniej trochę postrzelony. Stały fragment gry "Autostop tutaj, u nas? Na pewno macie problemy ze złapaniem okazji, bo ludzie nie chcą wam pomagać, co?". A gucio! Ludzie są dobrzy i chcą pomagać :).


No to jedziem na południe!

Fakt – w Stanach Zjednoczonych autostop nie jest tak popularny jak kiedyś, a na okazję trzeba czekać średnio trochę dłużej niż w innych krajach, które odwiedziliśmy, ale to nie znaczy, że jest gorzej. Jest po prostu inaczej. Do tego dochodzą jeszcze zróżnicowane przepisy stanowe, ale nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość. Stanęliśmy sobie przy rampie wjazdowej na autostradę międzystanową i zaczęliśmy łowić. Raz Ania, raz ja wyciągaliśmy kciuk i szczerzyliśmy się do kierowców aż w końcu…przyjechała policja. Prima aprillis już dawno za nami, ale na wszelki wypadek chcemy zaznaczyć, że historia nie jest zmyślona. Z radiowozu wysiadł wąsaty policjant, przywitał się i zapytał, czy wiemy, że autostopowanie jest tutaj nielegalnie. Uśmiechnęliśmy się promiennie i oświadczyliśmy, że w Georgii to jak najbardziej zgodne z prawem. Chwila ciszy.

Trzeba Wam wiedzieć, że policja w USA jest bardzo czujna, bardzo drażliwa, a do tego mają tygodniowe (a może miesięczne?) normy zatrzymań do wyrobienia. Dlatego grunt to się życzliwie uśmiechać, współpracować i wykazać, że nie jest się zagrożeniem dla społeczeństwa. Wtedy, nawet gdy robi się coś nielegalnego, ale nieszkodliwego, obejdzie się bez aresztowania. Oczywiście my nie robiliśmy niczego takiego i gdy sprawdziliśmy blef stróża prawa, przyznał, że odrobiliśmy pracę domową i poprosi nasze dokumenty do kontroli. Wziął, spisał, a na koniec poprosił o selfie. Oto i ono.


Na władzę nie poradzę!

Dwadzieścia minut później zatrzymała przy nas urocza para, która jechała właśnie na wakacje, na Florydę, ale mogli podrzucić nas na tak zwany rest stop niedaleko Macon. Może niezbyt daleko, ale lokalizacja bardzo dobra, tuż przed rozdrożem dwóch "międzystanówek". Iliyaas i Eloisa nigdy dotąd nie brali autostopowiczów, ale pomyśleli, że czas najwyższy spróbować. Mogli trafić gorzej. Bardzo sympatyczni, roześmiani, na szczęście bez licznego potomstwa (chyba czworo, a może i pięcioro), które pozostało w domu. Pogadaliśmy o podróżach i przekazaliśmy parę rad dla ich najstarszej córki, która bardzo chce jeździć po świecie. Chyba się im udaliśmy. Tak bardzo, że nawet się trochę zagadaliśmy i przejechaliśmy nasz rest stop, ale na szczęście byli tak dobrzy, że zawrócili i wysadzili nas tam gdzie trzeba. 


Nasze pierwsze autostopowe człowieki! 🙂

Na kolejną okazję też czekaliśmy ponad godzinę, ale warto było, oj warto! Większość ludzi jechała na Florydę, jednak w końcu trafił się Terry – emerytowany oficer US Marines. Za młodu zjeździł Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, podróżując właśnie autostopem, a teraz zawsze stara się pomóc podróżnej braci w potrzebie. Zresztą okazało się, że mamy trochę tematów do obgadania, bo Terry studiował historię i geografię. No i okazało się, że bardzo lubimy te same filmy i książki. Jechało się i rozmawiało tak dobrze, że Terry z rozpędu postawił nam obiad w przydrożnej restauracji i zaproponował, żebyśmy zostali u niego w czasie naszej wizyty w Savannah. Obiad był pyszny, ale musieliśmy odmówić gościny, bo mieliśmy już umówione miejsce na couchsurfingu.


Kluchy z kurczakiem w sosie, fasolka i puree – typowa kuchnia amerykańskiego południa.

Terry zdecydował się, że podwiezie nas już do samego końca (choć nie było mu po drodze), ale najpierw zajechaliśmy do niego, żeby sprawdzić w jakim stanie znajduje się domostwo. Otóż dzień wcześniej jego syn skończył 21 lat. Znaczy się – może już pić alkohol. Zgliszcz nie zastaliśmy, ale solenizant był nieco zmęczony. Nie na tyle jednak, by nie zaproponować nam napicia się amerykańskiej whiskey za jego zdrowie. Nie wypadało odmówić. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym Terry zawiózł nas na Isle of Hope, gdzie przekazał nas w ręce Nancy, naszej gospodyni. Nancy, pani po sześdziesiątce to wytrawna podróżniczka, którą na couchsurfing namówiły jej dzieci, również globtroterzy. Bardzo ciepła i gościnna osoba, a do tego bardzo ciekawska, więc już od progu musieliśmy (z przyjemnością rzecz jasna) odpowiadać na grad pytań. W końcu jednak poszliśmy spać, bo następnego dnia czekała na nas prawdziwa perełka, czyli Savannah.


Zdjęcie z naszym ulubionym marine Terrym i Tylerem…nie…Jamesem…też nie…No Terrym Juniorem. 

Savannah to najstarsze miasto i pierwsza stolica stanu Georgia, założona w 1733. Oznacza to, że była jedną ze stolic trzynastu kolonii brytyjskich, które wypowiadając posłuszeństwo królowi, a następnie wygrywając wojnę o niepodległość, utworzyła Stany Zjednoczone Ameryki. Polakom kojarzy się głównie z tym, że w czasie rewolucji amerykańskiej, śmiertelnie ranny został tutaj generał Kazimierz Pułaski. Obecnie miasto to ważne zagłębie przemysłowe, a także najważniejszy port atlantycki w Georgii. Przede wszystkim jest jednak bardzo uroczym miejscem, nisko zabudowanym, pełnym zielonych skwerów i pięknych, historycznych domów. Niestety Nancy mieszkała daleko od centrum miasta, ale podrzuciła nas na przystanek autobusowy.     


Słynna fontanna w słynnym Parku Forsytha i słynni podróżnicy. To ten gościu w czerwonym i jego dziewczyna.

Odwiedziliśmy Forsyth Park i wiele skwerów, na których stoją nie te pomniki co trzeba. Co to oznacza? Że nikt nie stoi na skwerze swojego imienia. Memoriał Pułaskiego stoi na Monterrey Square, Oglethorpe stoi na Chippewa, Mercer na Ellisie, Green na Johnsonie, a na placu orleańskim stoi fontanna ufundowana przez społeczność niemiecką. Może to taka zagrywka, ze strony władz miasta, żeby turyści zobaczyli je wszystkie, szukając jednego. Nam to absolutnie nie przeszkadzało, bo i tak chcieliśmy tam spędzić dużo czasu. Kilkugodzinny spacer był bardzo relaksujący i satysfakcjonujący, bo mogliśmy odnaleźć miejsca z dwóch, bardzo lubianych przez nas filmów. Niestety ławka z "Forresta Gumpa" była tylko rekwizytem i znajduje się obecnie w muzeum, ale miejsce, w którym tytułowy bohater opowiadał swoją historię, zlokalizowaliśmy bez problemu. Podeszliśmy także pod Mercer-Williams house, który był centralnym punktem w ekranizacji książki Johna Berendta "Północ w ogrodzie dobra i zła". Oczywiście w samej książce również, ale jej nie przeczytaliśmy. Bardzo lubimy za to filmową wersję Clinta Eastwooda, którą polecamy wszystkim, którym nie przeszkadza rozwleczona fabuła, a którzy w kinematografii cenią klimatyczny anturaż.


Mercer-Williams house. Coś strasznie dużo nas na tych zdjęciach ostatnio, nie sądzicie?

Wróciliśmy więc do Nancy bardzo z siebie i z Savannah zadowoleni. Nancy też była bardzo zadowolona, bo Ania zrobiła na obiad zapiekankę ziemniaczaną z polską kiełbasą, a dzień zakończyliśmy przechadzką po sąsiedztwie nie mniej uroczym niż miasto. Okolica leży tuż obok śródlądowego szlaku wodnego, prowadzącego z Florydy do Maine, więc mogliśmy przejść się nad wodą i pomóc nieco trawieniu. Pora roku na takie spacery jest idealna, bo w lecie nie da się tu ponoć żyć, a ludzie obstawiają czy szybciej wykończy ich wilgoć czy kohorty komarów. Cały powiat leży bowiem na bagnach, które tworzą bardzo malowniczy ekosystem, obfitujący w wiele gatunków flory i fauny. Natknęliśmy się na przykład na sowę. Ale jakaś taka zahukana była. Głupi żart. No nic. Nazajutrz musieliśmy wstać wcześnie rano, by Nancy mogła znowu podrzucić nas na autobus miejski, którym mieliśmy dojechać do pętli, znajdującej się niedaleko naszego punktu startowego. Autostop z Savannah do Charleston czas zacząć! 


Spacer po Isle of Hope przy pełni księżyca.

Marek

Alabama i Król, czyli z Mobile do Atlanty

Troskliwe Misie – Pieszy jest gorszego sortu – Wolność kocham i rozumiem – Piłka ręczna i zombie

Oczarowana Nowym Orleanem opuszczałam miasto z lekkim smuteczkiem. Chociaż przynać trzeba, że kolejne dni u Charlesa mogłyby poskutkować zwiększeniem ilości kilogramów do noszenia, czyli innymi słowy – nadmiarem ciała w okolicach pasa. No jakoś nie chcą nigdy te kilogramy iść w biust, nie rozumiem doprawdy dlaczego.

W każdym razie wydawało się, że teraz to już znowu wrócimy do wody i i marchewki, a przynajmnej do rozsądnych porcji pokarmu. Niestety ku naszej wielkiej radości kolejny gospodarz również postanowił karmić "biednych podróżników". W Mobile przygarnął nas bowiem bardzo gościnny i sympatyczny Michael. Gościł u niego jeszcze jeden couchsurfer, Serb Veljko, w którego towarzystwie również świetnie się bawiliśmy. 


Sweet home in Alabama, czyli dream team amerykańsko-polsko-serbski.

Michael od razu wyciągnął nas do knajpki podającej kraftowe piwo, również regionalne. Trzeba przynać, że bardzo smaczne. Obiadem też nakarmili. Aż nam było trochę głupio, bo co, tak, że nawet placków ziemniaczanych nie zrobimy? Ani bigosiku? Ale nie, Michael powiedział, że już on dobrze wie, że jak tak podróżujemy, to musimy być zmęczeni, więc chce, żebyśmy u niego po prostu odpoczęli. No jak każą, to co mamy robić?


Jest bateria.

Nie, nie, no bez przesady, nie leniliśmy się. Wyszliśmy zwiedzać Mobile, bo w końcu to nasz jedyny przystanek w Alabamie, chociaż początkowo miasto stanowiło stolicę francuskiej Luizjany w początkach XIX wieku. To właśnie wpływ francuski powoduje, że nazwę miasta wymawia się w nietypowy dla języka angielskiego sposób. Instynkt podpowiada, by mówić "Mobajl", tymaczasem prawidłowa wymowa to właśnie "Mołbil".


Zabudowa typowa dla amerykańskiego południa. Zieleń też bardzo dla niego typowa.

Jak wiele miejsc w południowej części Stanów Zjednoczonych, Mobile podlegało wpływom różnych kultur, narodowości i grup etnicznych, a także religii. Widać to wyraźnie w zabudowie miasta. Co ciekawe, to właśnie w Mobile odbywa się najstarsza w USA impreza z okazji Mardi Gras – ostatniego dnia karnawału. Charakterystyczne koraliki widzieliśmy więc również i tu. Nowy Orlean nie ma monopolu na dobrą zabawę.


Centrum nie jest tutaj duże, a na drodze do niego jest dosyć nastrojowo.

Chcieliśmy również odwiedzić USS Alabamę – pancernik z czasów II Wojny Światowej, obecnie zamieniony na muzeum. Niestety natknęliśmy się na kolejną przeszkodę typu "dyskryminacja pieszych". Bo w Ameryce to się jeździ samochodem – koniec, kropka. Przykładowo, by dostać się do USS Alabama nie wystarczy dobra wola i silne nogi, o nie! Przez most, który prowadzi na wybrzeże można przejechać jedynie samochodem. Autobusy nie kursują w te rejony.


Zresztą architektura w samym mieście też bardzo przyjemna dla oka.

Silnie zmotoryzowane społeczeństwo amerykańskie jest z pewnością wynikiem wielu czynników, z których na przód wysuwa się duża powierzchnia kraju. W niektórych miastach można skorzystać z komunikacji publicznej, ale ta również jest, w porównaniu np. z europejską, raczej niskiej jakości. Rowery miejskie to tutaj nowinka dla hipsterów, droższa niż bilet autobusowy. Sygnalizacja świetlna również faworyzuje zmotoryzowanych, a mieszkanie na przedmieściach bez samochodu to fanaberia, jeśli nie szaleństwo. Aglomeracje amerykańskie są bardzo rozległe, a dojazd z domu do centrum to czasem kilkadziesiąt kilometrów. Taki stan rzeczy jest źródłem wielu problemów, z których chyba jednym z ważniejszych jest znaczna ilość spalin samochodowych emitownych do środowiska. Z pewnością nie sprzyja również zachęcaniu społeczeństwa do ruchu fizycznego. W końcu nawet ten spacerek do autobusu, czy metra, to zawsze jakaś forma ruchu, co bardzo przydałoby się Amerykanom, którzy wciąż walczą z plagą otyłości. Plaga ta nie jest żadnym amerykańskim stereotypem – uderza w oczy na każdym kroku i, co najsmutniejsze, często dotyka osoby młode – kilku, czy kilkunastoletnie. 


Fauna w Mobile dobrze odżywiona

Pozbawieni możliwości dotarcia do USS Alabamy postanowiliśmy powrócić w gościnne progi, do czego zachęcała nas temperatura i wilgotność powietrza. Klimatyzacja w tych rejonach to na prawdę przydatna sprawa. Michael uraczył nas wspaniałym obiadem i zgotował rozrywkę w postaci wieczoru filmowego. Obejrzeliśmy film pt. "Opiekun" (ang. "The fundametals of caring") – bardzo polecam.


Meatloaf, tłuczone ziemniaki i słodka bułka. Bardzo południowa kuchnia.

Następnego dnia czekała nas kolejna wyprawa – tym razem do Atlanty – stolicy stanu Georgia. Ostatni nasi gospodarze podnieśli poprzeczkę tak wysoko, rozpuścili nas i tak rozbestwili, że kolejny, chociaż miły i uczynny wydawał się jakiś taki oziębły i w ogóle…no dobra, koleś był trochę dziwny. Niby nic nie robił złego, ale dziwny był i już (e tam, po prostu mówił bardzo powoli i bardzo długo, na bardzo nieistotne tematy – M.). W sumie dużo czasu razem nie spędziliśmy. Ruszyliśmy w miasto, gdzie odwiedziliśmy zrówno miejsce narodzin, jak i spoczynku Martina Lutera Kinga Jr. – doktora filozofii, pastora, działacza ruchu na rzecz równouprawnienia afroamerykanów, laureata pokojowej Nagrody Nobla…no i jeszcze by tu można sporo rzeczy napisać.


Miejsce spoczynku pastora Kinga i jego żony.

Najważniejsze chyba jest jednak to, że swoją postawą i propozycją pokojowej walki, rowiązywania konfliktów i problemów nie poprzez siłę, a poprzez dialog doktor King natchnął wielu ludzi i stanowi wzór dla przyszłych pokoleń. Szczególnie ważny przekaz, który zostaje w głowie po odwiedzeniu memoriału Kinga, to chyba ten, że hasła o wolności i równości nigdy nie przestają być aktualne. Praca nad tym, by zarówno prawo, jak i społeczeństwo nie dyskryminowały nikogo ze względu na kolor skóry, płeć, wyznanie, czy jakikolwiek inny tego typu czynnik jest procesem stałym.


Jeden z przełomowych momentów w historii praw obywatelskich w USA.

Poczucie, że walka już się zakończyła, jest w mojej osobistej opinii prawdziwą bolączką naszej rzeczywistości. Wielu wydaje się, że już "wywalczono", że "ustanowiono", "podpisano", że nasze pokolenie jest "spadkobiercą wolności", którą zdobyli dla nas inni. To złudzenie. W muzeum M.L.Kinga w Atlancie przy samym wejściu można przeczytać sentencję autorstwa Coretty Scott King, żony noblisty, również działaczki społecznej: "Wolności nie da się zdobyć raz na zawsze. Zasłużyć na nią i wywalczyć ją musi każde kolejne pokolenie. To jest coś, czego nie nauczyliśmy jeszcze młodych. Starszych z resztą też nie." Patrząc na świat w dniu dzisiejszym, trudno się nie zgodzić.

Jakoś nam dobrze było w tej Atlancie. Miasto w prawdzie nie jest bardzo ładnie zabudowane, ale bardzo zielone. Może trochę kojarzyło nam się w związku z tym z Warszawą, za którą już przecież tęsknimy…Przeszliśmy się po kilku ładnych skwerach, obejrzeliśmy znicz olimpijski z igrzysk w 1996 roku, rzuciliśmy okiem na kapitol stanowy. Następnego dnia czekało nas natomiast przemiłe spotkanie z dwiema piłkarkami ręcznymi – Kathy i Sarą. Poznaliśmy się jeszcze w Polsce, gdy dziewczyny przyjechały siedem lat temu, by grać dla AZS AWF Warszawa. Zjedliśmy razem lunch, a Kathy przygarnęła nas do swojego pokoju w hotelu. Następnego dnia leciała do rodziny w Massachusetts, więc wynajęła pokój w hotelu nieopodal lotniska, a, że był kilkuosobowy, to przez pół dnia mogliśmy się pławić w luksusach. Kochana dziewczyna. 


Kathy (prawe rozegranie), nasza dwójka i Sarah (obrotowa). Spotkanie po latach :).

Podczas lunchu poznaliśmy siostrę i przyszłego szwagra Kathy. Jak się okazało, pracuje on w branży filmowej, zajmuje się  scenografią i współpracuje przy największych produkcjach holwoodzkich. Rozmowa była więc bardzo ciekawa. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że Atlanta to osatatnio miejsce w którym kręci się znaczną ilość filmów i seriali. Jednym z czynników jest prawo podatkowe, korzystne dla tego typu przedsięwzięć. Wiedzieliśmy o tym, że pierwsze sezony jednego z naszych ulubionych seriali "The Walkig Dead", rozgrywają się właśnie w Atlancie i okolicach. Plakat promocyjny serialu pokazuje głównego bohatera wjeżdżającego do miasta na koniu po opustoszałej w wyniku zarazy autostradzie. Musieliśmy zatem koniecznie udać się właśnie w to miejsce, z którego zrobiono zdjęcie do plakatu. Nieco go przekłamali, ale ujęcie podobne, nie sądzicie? 🙂


Wersja nasza, trochę za bardzo na lewo.


Wersja filmowa. Trochę za bardzo na prawo 😉

Ania

Big Easy, czyli Nowy Orlean

Bagienne wyziewy – Karol Sybaryta – Kraby i cały ten jazz – Wielkie żarcie i mogiła  

Przed nami Luizjana – gorące, wilgotne powietrze, bagna, rzeki, niezwykła mieszanka kulturowa i etniczna, sławne na cały świat jedzenie i… co jeszcze? Kto wie. Jest coś tajemniczego i niezwykłego w tym upalnym, tropikalnym stanie. Rozległe bagna i rozłożyste drzewa porośnięte charakterystycznym mchem hiszpańskim, przywiezione na te tereny wraz z niewolnikami wierzenia voodoo, a co za tym idzie historie o zombie i duchach z pewnością się do tego przyczyniają. Krajobraz jest rzeczywiście bardzo filmowy i faktycznie, tereny te w wielu filmach grały ważne role.


Architektura urzekająca, a do tego bardzo ładnie wpasowuje się w miejscową florę.

Ale po kolei. Do Nowego Orleanu dojechaliśmy bladym świtem. Położone w delcie rzeki Missisipi miasto przywitało nas ciężkim, wilgotnym powietrzem. Z przystanku ruszyliśmy jednak żwawym krokiem do domu naszego gospodarza Charlesa, który sam zaproponował nam gościnę. Nie mieliśmy do Nowego Orleanu szczęścia i trudności ze znalezieniem lokum postanowiliśmy rozwiązać za pomocą tzw. public trip, czyli wrzuceniu informacji na ogólne forum couchsurfingu, że poszukujemy gościny w takich, a takich dniach, w takim, a takim miejscu. Sukces! Charles spostrzegł nasze ogłoszenie, stwierdził, że zarówno ja, jak i mój małżonek wyglądamy bardzo przyzwoicie i zaprosił nas do swojego domu w samym centrum nowoorleańskiej starówki!


To nie jest dom Charlesa, ale też fajny ;).

Poranek niedzielny w Nowym Orleanie – wielu osób na ulicach nie uświadczysz, a te, które widać ewidentnie spędziły poprzednią noc, a może i jeszcze kilka wcześniejszych na imprezowaniu. Do rzucenia się w wir zabawy Nowy Orlean jest wprost stworzony.


Za to na tym zdjęciu widzimy już naszego wspaniałego gospodarza, jego psinę i jego całkiem niezłych gości.

Zanim jednak przekonaliśmy się o tym fakcie gospodarz powitał nas wspaniałym omletem z pieczarkami i szpinakiem oraz aromatyczną herbata i kawą. Anioł! Trzeba przynać, że trafienie na Charlesa było balsamem na nasze dusze, żołądki i co tu dużo kryć, poprawiło stan naszego portfela. Trochę ponad piędziesięcioletni, mocno korpulenty Charles to nowoorleański sybaryta pełną gębą. Pracuje jako PR-owiec dla jednej z knajp serwujących tradycyjne dania tutejszej kuchni. Jedzenie to jego pasja; uwielbia jeść, pisać o jedzeniu, mówić o jedzeniu, karmić innych i słuchać jak wychwalają pod niebiosa jedzenie, które bądź im przyrządził, bądź podsunął. Skąd ja to znam? 😉


Takie tam śniadanko na powitanie…

Chwila odświeżającej drzemki i uczynny gospodarz wziął nas do samochodu, by objechać okolicę i pokazać nam co i gdzie warto zobaczyć. Podjechaliśmy następnie prosto do Louis Armstrong Park, gdzie akurat odbywał się festiwal krabowo-jazzowy (a to zaskoczenie 😉 ). Z resztą w Nowym Orleanie festwial jazzowy odbywa się właściwie codziennie, ten po prostu był w formie zorganizowanej. Miasto jest uważane za miejsce narodzin jazzu. Poszliśmy posłuchać. Trochę. Eh, ta moja niezdolność do artystycznych uniesień nad pewnymi rzeczami. Musze bowiem przynać, że nigdy, ale to nigdy jazz do mnie nie trafiał. Cóż czynić? Takie upośledzenie. Muzyka klasyczna potrafi sprawić, że się wzruszę do łez, rock, że będę szalała, hip-hop i R&B, że same biodra zaczną się ruszać, a jazz…no cóż, że albo zasnę, albo zacznę coś z nudów jeść. Nie chcę oczywiście w niczym uwłaczać jazzowi i jego słuchaczom, ale czy to się nie wydaje Wam znaczące, że miasto z którego pochodzi ten gatunek muzyczny to jednocześnie miasto sławne ze swojej kuchni? Taki ich biedaków zamulała ta muza, że ciągle wymyślali co by tu zjeść w trakcie jej słuchania! (Papiery rozwodowe w drodze! – M.)


Ania rehabilituje się za wypowiedź o jazzie, stając na baczność przy rzeźbie w Parku Armstronga.

No dobra, dobra, już przestaję (Ok, papiery rozwodowe nie są w drodze – M.). Zwłaszcza, że jest coś rzeczywiście wspaniałego w spacerowaniu po mieście, w którym na prawie każdym rogu gra inna orkiestra, czy solista. Gitary, trąbki, bębny, saksofony, flety…albo takie instrumenty, których nigdy na oczy nie widziałam i nie znam ich nazw, są tu wszędzie. Starówka Nowego Orleanu śpiewa i gra 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku. 


Pogoda jak widzicie nie najlepsza, ale nikogo to nie obchodzi.


Nieźle zasuwają. Filmiki opublikujemy razem z resztą, kiedy już dobijemy do jakiegoś większego portu.


Orkiestry szkolne mają gdzie się wprawiać.

Przespacerowaliśmy się po ulicach, między pięknymi, starymi domami. Byliśmy jednak trochę zmęczeni. Stan coraz częstszy, niestety. Prawda jest taka, że podróżujemy już ponad 7 miesięcy i zaczynamy odczuwać przejechane kilometry. Stany Zjedoczone to ostatni mocny akord w tej podróży. Cieszymy się, że możemy go zrealizować, ale trzeba zwalniać tempo od czasu do czasu. Przed nami jeszcze przecież tyle pięknych miejsc.


Dekoracje po Mardi Gras znikają tutaj niczym choinki po Świętach.

Na szczęście nasz gospodarz rozwiązał dylemat – chodzić, czy nie chodzić. Napisał, że wpada właśnie niedługo jego przyjaciel i przynosi ze sobą wielkie ilości jedzenia, które zostały jego restauracji po Mardi Gras – nowoorleańskim karnawale. Sławna na cały świat zabawa w ostatni dzień przed Wielkim Postem przyciąga olbrzymie ilości turystów. My przyjechaliśmy na szczęście już po wszelkich paradach i najazdach dzikich tłumów, ale podczas spaceru mogliśmy zobaczyć wszędzie na ulicach, drzwiach i balkonach pozostałości karnawałowe – charakterystyczne kolorowe koraliki. 


Ozdobdy karnawałowe wiszą wszędzie, nawet na drzewach.

W każdym razie jedzenie skusiło nas wielece. Zakupiliśmy zatem wino do obiadu i ruszyliśmy spowrotem w gościnne progi, gdzie Charles i jego kumpel Randy już upichcili wielki gar mięsa z warzywami i ziemniakami. Pyyyyychota. Objedliśmy się tak, że ledwo mogliśmy chodzić. Zalegliśmy więc na kanapie, a pies Charlesa – Ollie wybrał mnie łaskawie na osobę, która będzie go miała zaszczyt głaskać za uszami. Błogość.


Ania i Ollie. I kieliszek czerwonego.

Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Nowy Orlean zwany jest przecież Big Easy, trzeba się było dostosować. Śniadanie po wyżerce dnia poprzedniego nie przyszło nam nawet do głowy. Obiecaliśmy sobie jednak, że w Nowym Orleanie wybierzemy się do knajpy i spróbujemy tradycyjnego, miejscowego jedzenia. Kuchnia kreolska…Może kilka słów o co tu chodzi. Znaczenie słowa Kreol zmieniało się wiele razy przez wieki. Początkowo oznaczało urodzonych na południu Ameryki Północne lub w Ameryce Łacińskiej potomków białych osadników francuskich, hiszpańskich bądź portugalskich. Później nazwa rozciągnęła się na inne kolory skóry i zaczęła obejmować także potomków par mieszanych. W końcu przyjęło się nazywać w ten sposób mieszkańców niektórych regionów świata np. wysp karajbskich, Alaski, a także Luizjany. Kuchnia tutejsza, choć należy do sławnej kuchni kreolskiej jest w jej obrębie unikalna. Nowy Orlean natomiast to jej jeszcze miniejszy, jeszcze bardziej unikalny podtyp jeśli chodzi o przygotowanie jedzenia.


Sałatka z owoców morza. Dlaczego? Czytajcie dalej.

Jedno jest wspólne dla kuchni kreolskiej – to mieszanina smaków z różnych stron świata, czasem wielce zaskakująca. Podstawą posiłku jest zazwyczaj ryż, owoce morza i ryby oraz aromatyczne przyprawy. Charles zaproponował, że zabierze nas do restauracji Mother's, której promocją się zajmuje. Za jedynie cenę napiwku mogliśmy spróbować…no wsumie to wszystkiego mogliśmy spróbować. Szczęście nasze nie znało granic. Upiekliśmy aż trzy pieczenie na jednym ogniu: Charles mógł zrobić nam zdjęcia jak ze smakiem wsuwamy wszystkie cudowności przyrządzane przez kucharzy Mother's i wykorzystać je w promocji knajpy na fb. Kelnerki dostały napiwek. A my…Tego się nie da chyba opisać jak bardzo byliśmy szczęśliwi. Mimo to spróbować trzeba.


Ania trzyma suma, krewetki i ostrygi, a ja krem rakowy i jambalayę. Ślina usunięta cyfrowo.

Zatem najpierw na stół wjechało tradycyjne nowoorleańskie gumbo – potrawa na bazie mocno doprawionego bulionu. Jej zawartość może być różnoraka, a odmian gumbo jest pewnie tyle co i naszego bigosu. Tradycja Nowego Orleanu, jako jedyna zakłada możliwość łączenia w potrawie owoców morza i mięsa (często kiełbasy). W innych regionach łączenie tych dwóch smaków jest nie do pomyślenia. Jednak w Mother's, zgodnie z nowoorleńską tradycją bulion gotuje się na mięsie kraba, co trwa kilka dni, by aromat skorupiaka był silnie wyczuwalny. Następnie do bulionu dodawany jest zagęszczacz, co nadaje mu konsystęcję sosu, a potem albo kiełbasa, albo krewetki i ostrygi. Obydwu odmian spróbowaliśmy, obydwie są na prawdę pyszne.


Gumbo podano nam bez ryżu, żeby nas nie zapychać (bardzo śmieszne). Po lewej gumbo z ostrygami i krewetkami, a po prawej z kurczakiem i kiełbasą. 

Mother's słynie ze swojego gumbo. Kolejka do restauracji, która nas nie objęła, bo wchodziliśmy z Charlesem ciągnęła się przez pół ulicy. Mother's to też kuchnia z tradycją – powstała w 1938 roku i była biznesem rodzinnym państwa Landrych, których aż pięcioro dzieci służyło w korpusie US Marines. Knajpa stała się więc naturalnym miejscem spotkań marines, aż w końcu sława jej dotarła do wyższych szczebli i restaurację zaczęli odwiedzać najwyżsi oficerowie. Ich portrety zdobią jedną ze ścian. Druga poświęcona jest licznym gwiazdom kina, teatru i muzyki, które również chętnie w czasie odwiedzin Nowego Orleanu, właśnie tu się stołują.


Janice, czyli współsprawczyni naszego wielkiego szczęścia. To ona donosiła nam kąski na stół :).

Charles pokazywał nam kolejne zdjęcia i podtykał pod nos kolejne frykasy, które przynosiła bardzo sympatyczna kelnerka. Tak więc spróbowaliśmy kolejno smażonych w głębokim tłuszczu krewetek i ostryg, a także suma – najczęściej jadanej tu ryby. Jambalayę dopchnęliśmy pyszną kanapką z mięsem wołowym, popularną Po' Boy. Ledwo dysząc spróbowaliśmy potem sałatki z krewetkami i ostrygami, sałatki ziemniaczanej puree, dipu-sosu z mięsem raków, zielonej fasolki w sosie pomidorowym i…padło bardzo straszliwe pytanie czy mamy ochotę na deser. Nie mieliśmy. Mimo to dostaliśmy deser i pachniał tak pięknie, no tak pięknie, że po prostu nie dało się nie spróbować. Zjedliśmy więc po małej łyżce pudingu chlebowego. Nie było innego wyjścia! Smakował wspaniale! Aaaaaa!


Po' Boy debris. Wygląda niepozornie, ale smakuje wspaniale.


Do półmisku owoców morza należało nam się warzywo. Fasolka z pomidorami i czosnkiem. 


Puding chlebowy. Gwóźdź do naszej trumny, ale dla takich gwoździ warto zostać fakirem.

Po czymś takimi mogliśmy zrobić tylko jedno – poszliśmy na cmentarz. Serio, cmentatrze nowoorleańskie warte są zwiedzenia. Na najsławniejszym za nich – St. Luis No.1, gdzie zgodnie z legendą miejską spoczywa Królowa Voodoo wstęp jest płatny, ale i inne godne są obejrzenia, a za to darmowe. Spacer był nam bardzo potrzebny, więc wybraliśmy się na cmentarz Lafayette. Nagrobki w Nowym Orleanie są bogato zdobione, a ich cechą charakterystyczną jest dość znaczna wysokość. Położone w delcie Missisipi, poniżej poziomu morza miasto zagrożone było od początku istnienia powodziami. Trzeba więc było chować zmarłych wysoko, by zabezpieczyć zwłoki przed wymyciem z ziemi.


Po sowitym posiłku musieliśmy spocząć. 

Spacer się przydał, gdy dotoczyliśy się spowrotem do mieszkania naszego gospodarza byliśmy już na tyle głodni, by zmusić się do zrobienia kolacji, a konkretnie placków ziemniaczanych, które Charlesowi bardzo smakowały. Później złapaliśmy po dużym plastikowym kubku (można pić alkohol na ulicy, ale tylko z plastiku), wypełniliśmy je winem i ruszyliśmy na spacer nocą. Był to poniedziałek, żadne święto, żaden festyn, właściwie najgorszy czas na zabawę, bo w końcu post…Nowemu Orleanowi to jednak ani trochę nie przeszkadza. Bo po ulicach tego miasta po prostu się nie idzie. Nie wypada. Tam trzeba zatańczyć.


Charles zakochał się w tych plackach, a ja zakochałem się w cieście wiśniowym z lodami o smaku serka kremowego. Ania spasowała, a ja zapomniałem zrobić zdjęcie. 

Ania

Houston, mamy problem, czyli najbardziej oczywisty tytuł w historii.

Lekarzu wylecz się w Houston! – Nasza NASA – Bohaterowie dzieciństwa – Uśpiony gigant

W Houston pozwoliliśmy sobie na pewną ekstrawagancję, a mianowicie – wysłaliśmy wiadomość na couchsurfingu do Polaka. Zdecydowaliśmy, że skoro powód naszej wizyty w mieście jest jeden, odwiedziny w NASA, to nie musimy koniecznie zostawać z tubylcem, a ciekawym doświadczeniem będzie poznać doświadczenia i punkt widzenia przyjezdnego. Radek, chłopak z Wrocławia, absolwent SGH, przez kilka lat mieszkający w Minesocie, a obecnie wykładowca na University of Houston, zgodził się nas gościć i ugościł nas wspaniale. Najpierw odebrał ze stacji Megabus w centrum miasta, potem zaprosił na pizzę, podlaną teksańskim piwem, a następnego dnia podwiózł rano do NASA, by w sobotę, późnym wieczorem, dostarczyć nas na daleki przystanek autobusu jadącego do Nowego Orleanu. Malinowo!


Centrum Houston widziane z okna mega-autobusu.

Jako się rzekło, naszym priorytetem były odwiedziny w NASA. Samo Houston nie jest wielce turystyczne. Czwarte co do wielkości w całych Stanach Zjednoczonych i największe w Teksasie. Pamiętacie Samuela Houstona, który pogonił kota Santa Annie w bitwie pod San Jacinto? Wybrano go potem na prezydenta Republiki Teksasu, a po inkorporacji do USA, został gubernatorem stanu Teksas. To właśnie jego imieniem zostało nazwane miasto założone w 1836, tuż po zakończeniu wojny. Obecnie znane jest jako największe zagłębie medyczne na świecie, skupiające uczelnie, laboratoria badawcze, specjalistyczne kliniki. To stąd na świat wychodzą ratujące życie technologie. 


Mega-autobus widziany z centrum Houston.

Nas do tego miasta również ściągnął temat postępu technologicznego, jednak w w innej dziedzinie. Podróżnicy, pionierzy i ich przygody zawsze stanowiły dla nas wielką inspirację. Nowe technologie i przekraczanie kolejnych granic ludzkich możliwości rozpalało wyobraźnię. Zaczytywaliśmy się od dziecka książkami z gatunku sciece-fiction, fascynowaliśmy się momentami, gdy fikcja fikcją być przestawała. Z wypiekami na twarzy oglądaliśmy film "Apollo 13". Dla mnie astronauci programów "Merkury", "Gemini" i "Apollo" byli bohaterami dzieciństwa. Dokumenty o nich mogłem oglądać bez końca, a wymienienie załóg wszystkich kolejnych lotów przychodziło mi bez trudu. Nadszedł czas, by wszystko sobie odświeżyć i dowiedzieć się miliona nowych rzeczy. Byliśmy podekscytowani jakbyśmy sami mieli polecieć w kosmos. No dobrze, przesadzam, ale byliśmy naprawdę bardzo podekscytowani.


Piękna. Z taką to można i na księżyc. No i oczywiście replika lądownika lunarnego.

Oprócz centrum kontroli lotów w kompleksie imienia Lyndona B. Johnsona znajdują się obiekty treningowe, laboratoria naukowe i wiele innych. W czasach pierwszego programu kosmicznego lotów załogowych, czyli programu "Merkury", centrum kontroli lotów znajdowało się na Florydzie, ale przy kolejnym etapie podróży kosmicznych, pojawiło się zapotrzebowanie na większy i bardziej kompleksowy ośrodek. Wiceprezydent Johnson, teksańczyk, dołożył wszelkich starań by ze wszystkich miejsc branych pod uwagę, ostatecznie wybrane zostało Houston.


W filmie cytat zmieniono, żeby brzmiał jeszcze bardziej dramatycznie.

Tak się oczywiście stało, konstrukcję zakończono w 1963 roku i wszystkie loty kosmiczne NASA, począwszy od programu "Gemini" aż po wahadłowce, były nadzorowane właśnie stamtąd. Obecnie wszyscy niecierpliwie czekają na kolejny krok. Niecałe trzy lata temu doszło do pierwszego lotu próbnego poza niską orbitę okołoziemską statku kosmicznego "Orion". Na 2021 rok zaplanowana jest pierwsza misja załogowa. Rozpocznie ona nowy rozdział w dziejach podboju kosmosu, który ma zakończyć się pierwszym lądowaniem człowieka na Marsie. 


Jeśli lecieć na Marsa, to tylko ze wszelkimi wygodami. Tak wygląda toaleta na międzynarodowej stacji kosmicznej. 

Zejdźmy jednak na ziemię. W naszej podróży zwykliśmy skupiać się na darmowych lub bardzo tanich atrakcjach, ale prawda jest taka, że tak jak szarpnęliśmy się na armię z terrakoty, tak zdecydowaliśmy, że centrum NASA jest miejscem zbyt dla nas ważnym i doniosłym dla ludzkości, żeby je pominąć. Radek podrzucił nas na miejsce, tłumacząc, że ostatni couchsurferzy, którzy chcieli dojechać na własną rękę, czekali na autobus dwie godziny. Dotarliśmy więc niedługo po otwarciu i minęliśmy bardzo długą kolejkę ludzi, którzy bilety chcieli kupić w kasie, a także tych, którzy mieli je już wydrukowane, ale myśleli, że to kolejka do wejścia. Centrum z pozoru nie jest duże, ale jeśli chce się obejrzeć wszystkie filmy, przejechać się na wycieczkę do starego budynku kontroli lotów czy centrum treningowego astronautów, trzeba spędzić tam przynajmniej pięć godzin.


Ania i moduł dowodzenia z misji Apollo 17 – ostatniej, która zawitała na Księżycu.

Na zwiedzanie repliki promu "Independence", a także na objazdówki po atrakcjach oddalonych od budynku głównego najlepiej zaklepać bilety na określoną godzinę. Nic nie kosztują, a pozwalają ominąć kolejki złożone z trochę gorzej zorientowanych gości. Od takiej wycieczki zaczęliśmy nasze zwiedzanie. Zawieziono nas do starego budynku kontroli lotów i po schodach wprowadzono do sali, w której swojego czasu zasiadali wielcy tego świata, rodziny astronautów, przedstawiciele mediów – słowem wszyscy, którzy śledzili lot na żywo. Za szybą sala ze starymi monitorami, komputerami, wszystko jak w filmach. Miejsce, które znaliśmy dosyć dobrze, a które w końcu zobaczyliśmy na żywo. Uczucie naprawdę niesamowite.


Ci z tyłu to klienci VIP, którzy zapłacili więcej i mogli wejść do sali głównej. Za to my mamy ładniejsze okulary.

Nie mogliśmy jednak długo kontemplować, bo zabrano nas dalej, a ostatnim punktem ponad godzinnej wycieczki był hangar, w którym znajduje się rakieta Saturn V. To właśnie ten olbrzym wynosił astronautów programu Apollo w kosmos. Do dzisiaj pozostaje największą i najpotężniejszą (największy popęd siły) rakietą w historii lotów kosmicznych. I znowu – widzieliśy ją przecież wiele razy na ekranie, ale nawet rozczłonkowana i położona horyzontalnie robi tak wielkie wrażenie, że gdy weszliśmy do hangaru oboje stanęliśmy jak wryci i przez parę dobrych sekund nie wiedzieliśmy co powiedzieć. 


Saturn V…

Reszta ekspozycji przeznaczonej dla zwiedzających nie była oczywiście tak imponująca, ale nie codziennie można dotknąć skały z księżyca, czy zobaczyć wnętrze promu kosmicznego (nawet jeśli to tylko replika). Krótkometrażowe filmy pokazywane w dwóch salach kinowych, znajdujących się na terenie centrum, również zrobiły na nas duże wrażenie. W jednym z nich tematem przewodnim jest przyszłość lotów w kosmos i jakie technologie pozwolą nam dolecieć tam, gdzie jeszcze żaden statek załogowy nie doleciał. Nie myśli się o tym na codzień (chociaż może niektórzy z Was i owszem), ale kiedy jedna z astronautek opowiada, że kto wie – może będzie jej dane zetrzeć pył marsjański z łazika "Curiosity" już za dwadzieścia lat, aż ciarki człowieka przechodzą na samą myśl. Czasem wraca się do filmów z przed pięciu czy dziesięciu lat i widzi technologie, które wtedy uchodziły za sciece-fiction, a teraz są rzeczą zupełnie normalną – na porządku dziennym. Przyjemna jest myśl, że za niedługi czas będziemy ze wzruszeniem oglądać, jak pierwszy człowiek staje na Czerwonej Planecie. Ania powie wtedy: "A pamiętasz, co powiedziała ta astronautka w NASA?", a ja jej na to "Nie zmieniaj tematu. Przecież widzę, że wyżerasz ostatni ząbek czosnku ze spaghetti!".

Marek

W San Antonio bez ostróg, czyli Teksas a la mo

U zarania początków genezy – Teksańskie Westerplatte – Teksańska gościnność – W ogóle wszystko teksańskie

Może i Dallas jest teksańskie od zarania dziejów, ale jeśli chcemy szukać kolebki teksańskiej tożsamości, musimy zajrzeć do San Antonio. Drugie co do wielkości miasto w stanie, a siódme w całym USA, początki swoje bierze w kolonizacji hiszpańskiej. Jak to często w takich przypadkach bywało, zaczęło się od misji franciszkańskiej, San Antonio de Valero, zwanej później Alamo. Do niej jeszcze wrócimy. Miasto wyrosło na największe hiszpańskie, a później meksykańskie osiedle w Teksasie, czy też, jak to mówią po hiszpańsku, w Tejas.


"La Antorcha de la Amistad" czyli Znicz Przyjaźni. Dar rządu meksykańskiego dla San Antonio stoi w centrum miasta od 15 lat.

Po rewolucji w Meksyku i uzyskaniu niepodległości, rozpoczęły się w tym kraju silne spory wewnętrzne. Różne frakcje miały różne pomysły na urządzenie kraju i państwo zaczęła toczyć dobrze znana, postrewolucyjna choroba. Meksyk został zorganizowany administracyjnie na wzór USA, z położeniem nacisku na prawa stanowe, ale po jakimś czasie do głosu doszli ludzie, którzy mieli bardziej scentralizowane pomysły na zarządzanie krajem. 


River Walk w Stan Antonio dostarcza bardzo przyjemnych wrażeń estetycznych.

Na ich czele stał generał Antonio Lopez de Santa Anna. Wybrany na prezydenta w 1835 roku musiał uporać się z silną reakcją władz lokalnych, w tym tych teksańskich. Santa Anna objął osobistą komendę nad ekspedycją karną, przeciwko której Teksańczycy formowali w pośpiechu ochotniczą armię. Do niej zaś chętnie zgłaszali się mężczyźni ze Stanów Zjednoczonych. Hasła o walce z tyranią trafiały w tym przypadku na podatny grunt. W końcu zaledwie pół wieku temu wywalczyli własną niepodległość, a amerykańskie osadnictwo w Teksasie trwało w najlepsze od wielu lat.

Teksańczycy wyparli Meksykanów z San Antonio, a następnie ufortyfikowali misję Alamo i tam zastał ich generał Santa Anna. Dowódca obrony, William B. Travis z Karoliny Południowej, wysłał pośpiesznie gońców po posiłki zanim oblężenie się zaczęło i przez kolejne dwa tygodnie Teksańczycy (około dwustu ochotników) odpierali ataki armii meksykańskiej, ale w końcu obrona padła. Cztery dni po proklamowaniu Republiki Teksasu. 


Misja Alamo czyli symbol nie tylko miasta San Antonio, ale i całego Teksasu.

Obrońcy, którzy nie padli w walce zostali wymordowani po bitwie, a ich ciała spalono, nie pozwalając na pochówek. Wśród poległych znalazły się takie legendy amerykańskiego pogranicza jak traper David Crockett i James Bowie, którego noże, produkowane po dziś dzień są symbolami Dzikiego Zachodu. Wojna nie potrwała wiele dłużej. W czasie gdy Alamo dzielnie broniło się przed siłami Santa Anny, Samuel Houston, weteran walk z Brytyjczykami, były gubernator Tennessee stanął na czele teksańskiej armii, by trochę ponad miesiąc później,  w bitwie pod San Jacinto rozgromić Meksykanów. Sam Sam (huehue) stracił tylko dziewięciu żołnierzy. Santa Anna dostał się do niewoli i w zamian za swoje życie, uznał niepodległość Republiki Teksasu. W czasie bitwy okrzykiem bojowym Teksańczyków było "Pamiętajcie o Alamo!". 


Panowie zarzekali się, że oblężenie Alamo pamiętają jak dziś.

Niecałe dziesięć lat później Teksas został włączony do Stanów Zjednoczonych jako kolejny stan, co doprowadziło do wojny amerykańsko-meksykańskiej, o której wspominaliśmy już w naszych wpisach z Kalifornii. Prawie 170 lat później do San Antonio zawitali Malanowscy i wtedy dopiero się zaczęło… Zwiedzanie znaczy się. Autobus dojechał późno w nocy i nie było już transportu miejskiego, który mógłby nas zabrać do naszego gospodarza, Tylera. Zostaliśmy, po raz pierwszy w naszym życiu, skazani na Uber. Jako, że miała być to nasz premierowy kurs, przysługiwała nam zniżka, więc zapłacilibyśmy nawet mniej niż za autobus. Niestety Uber nie chciał zaakceptować mojej karty, ale Tyler nie tylko zamówił samochód za nas, ale kategorycznie odmówił przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy. Znajomość rozpoczęła się dobrze :).


Opis amputacji kończyn był bardzo fachowy, a narzędzia odpowiednio nie zdezynfekowane.

Tyler nie musiał iść rano do pracy, więc mogliśmy spokojnie sobie pospać, a przed południem pojechać do centrum. Pierwsze zetknięcie z miejską rzeczywistością nie było może najlepsze, bo na przystanku autobusowym rozkładał się uporczywie jakiś martwy zwierz, ale o mieście nie możemy powiedzieć złego słowa. Bardzo przyjemne wizualnie, z uroczym deptakiem nad kanałem River Walk, obfitującym w knajpki i oferującym rejsy płaskodenną łajbą.


Królowała tam głównie kuchnia meksykańska i tex-mex. No i oczywiście kapele grające meksykańską muzykę. 

Gdy tak spacerowaliśmy spokojnie po deptaku, zaczepił nas człowiek w wielkim kapeluszu i z wielkimi ubytkami w uzębieniu. Najwidoczniej zwrócił uwagę na naszą rozmowę, bo od razu zapytał skąd jesteśmy, przywitał nas w Teksasie i zaczął, cały czas potrząsając moją ręką, pytać, jak nam się podoba i czy nie uważamy, że jest tu zupełnie inaczej. Przedstawił nas, siedzącej nieopodal żonie, która nie wykazywała podobnego entuzjazmu, a gdy już się rozstaliśmy, słyszeliśmy jeszcze jego donośny głos z moncym akcentem, którym huczał do swojej żony "They caaame from Poooland!". Miło wprowadzić trochę ożywienia w dzień bliźniego, nawet mimochodem.


Katedra Świętego Ferdynanda

Nie był to zresztą pierwszy przypadek, gdy zostaliśmy przyjacielsko zaczepieni na ulicy. Już w Dallas, widząc nas maszerujących z plecakami, ludzie pytali się czy wiemy dokąd idziemy, czy może podwieźć, czy jesteśmy rodzeństwem, czy podoba nam się tutaj i czy już jedliśmy mięso. Zacne dusze. Wracając jednak do San Antonio – od River Walk, ulicą Crocketta, przeszliśmy do pępka miasta, czyli samego Alamo. Zwiedzać można za darmo, a wśród zabudowań czają się rekonstruktorzy, którzy opowiadają o tym jak wytwarza się kule muszkietowe, amputuje kończyny et cetera. Wyświetlane są też filmy dokumentalne, a oddzielny budynek poświęcony jest Jamesowi Bowiemu i jego słynnym nożom. Całość robi naprawdę dobre wrażenie i San Antonio odwiedzić jest warto choćby po to, by przyjrzeć się z bliska symbolowi Teksasu. 


Pomnik bohaterów obrony Alamo. Dwie wyróżnione postacie do William Travis i David Crockett.

Przespacerowaliśmy się jeszcze trochę po centrum, zrobiliśmy zakupy na obiad i wróciliśmy do kotów Tylera. Samego gospodarza nie było w domu, bo pracuje popołudniami, więc zjedliśmy w towarzystwie futrzaków, wypiliśmy za pamięć Travisów i Crockettów, a kiedy dołączył do nas Ty, pogawędziliśmy chwilę, obejrzeliśmy kilka odcinków South Parku i zasnęliśmy błogo na kanapie. Autobus do Houston mieliśmy dopiero koło południa, a Tyler zaoferował nam podwózkę, więc nie musieliśmy zrywać się bladym świtem. Spakowaliśmy się, zabraliśmy cieplejsze ciuchy do podręcznego, bo klimatyzacja w niektórych autobusach jest zabójcza, pożegnaliśmy koty i ruszyliśmy na stację. Stamtąd Megabus miał nas zawieźć do naszego ostatniego przystanku w Teksasie – Houston. I wiecie co? Zawiózł!
Tyler i jego futrzaki. Gospodarz z tych na luzie i "róbta co chceta, tylko mi dziury w ścianie nie wybijta".

Marek

Howdy y’all, czyli teksańska masakra mięsem wędzonym

El Przeprawa – Wielka wsypa! – Śmierć prezydenta – Wielkie ilości mięsa

Do autobusu, który miał nas zawieźć z Tucson do El Paso mieliśmy ponad godzinę marszu, więc mogliśmy jeszcze raz przespacerować się przez kampus uniwersytecki i porządnie pożegnać się z miastem. Trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście, w ogóle docierając na czas w odpowiednie miejsce. Gdy kupowaliśmy bilety, byliśmy jeszcze w Kalifornii, a tymczasem linia Greyhound zmieniła miejsce swojego przystanku w Tucson, nie informując o tym mailowo pasażerów. My dowiedzieliśmy się tylko dlatego, że w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się jechać autobusem z Phoenix do Tucson i wysiedliśmy właśnie na nowej stacji. Gdyby nie ten fakt, w dniu wyjazdu do El Paso poszlibyśmy radośnie w zupełnie inne miejsce i znowu musielibyśmy gnać na złamanie karku.


Nie wiem czy dobrze widać, ale na horyzoncie szaleje burza piaskowa. Taka maleńka, ale jednak.

El Paso…Miasto leżące na granicy z Meksykiem, a więc również na brzegu Rio Grande. Co ciekawe, jego najstarsza część nie leży w Stanach Zjednoczonych, ani nie nazywa się już El Paso lecz Juarez. Stara nazwa osady założonej w XVII wieku, na południowym brzegu rzeki przez hiszpańskich odkrywców, oznacza tyle co przejście czy przeprawa. Logiczne. Po przeprawieniu się przez rzekę Hiszpane rozpoczęli kolonizację terenów obecnego Nowego Meksyku i Teksasu. Po wojnie amerykańsko-meksykańskiej granica została wyznaczona na Rio Grande, co przy panującym tam klimacie i wiążącymi się z nim zmianami biegu rzeki, było zarzewiem wielu konfliktów granicznych. Tradycyjnie gorąca atmosfera nadgranicznego miasta, była więc jeszcze gorętsza. Obecnie znajduje się tu największe przejście graniczne, a wysoki stalowy płot ciągnie się stąd aż po horyzont. 


Widok na El Paso i Ciudad Juarez. To wielkie, czerwone "X" symbolizuje przejście graniczne i znajduje się już po meksykańskiej stronie. Obok widać część uregulowanego koryta Rio Grande.

Ze stacji autobusowej odebrał nas nasz gospodarz, Alan. Pracownik socjalny, doskonale znający nadgraniczne realia i historię regionu, ale wykazującą, jak na couchsurfera zaskakującą niechęć do podróży. Jego filozofię w tym względzie możnaby ująć, parafrazując klasyka: "Podobają mi się miejsca, które już raz odwiedziłem". Niemniej jest osobą bardzo gościnną. Od razu powiedział, że możemy korzystać z kuchennych zasobów, a po kolacji zawiózł nas na świetny punkt widokowy, żebyśmy mogli zobaczyć El Paso, Juarez i granicę z wysokości. Było to dla nas tym cenniejsze, że zatrzymaliśmy się tu tylko na jedną noc i bez pomocy Alana zobaczylibyśmy dużo mniej. 


Niebo nad Teksasem wielokolorowe i dobrze strzeżone. Pod linią horyzontu baza wojskowa.

W dzień wyjazdu zdecydowaliśmy się przespacerować do Chamizal National Memorial. Mieszczący się nad samą granicą park i zabudowania muzealne jest symbolem amerykańsko-meksykańskiego pojednania i zakończenia dysput granicznych na dobre. Przynajmniej jeżeli chodzi o kwestie terrytorialne. Działania podjęte za prezydentury Johna Fitzgeralda Kennedy'ego zostały zwieńczone przez Lyndona Johnsona i prezydenta Meksyku Gustavo Diaz Ordaza podpisaniem porozumienia, a następnie uregulowania Rio Grande. Rzekę wpuszczono w betonowy kanał i siły natury miały nie doprowadzać już do sporów terytorialnych. Obecnie spory natury politycznej powoduje żywioł ludzki. Imigracja meksykańska nadal jest bardzo duża, a odpowiedzią ze strony USA jest umacnianie granicznego ogrodzenia oraz zwiększanie liczby patroli straży. Sami byliśmy świadkami pościgu za człowiekiem, który granicę pokonał "na dziko", ale został ujęty przez strażników. 


Mural przyjaźni amerykańsko-meksykańskiej na ścianie muzeum w Chamizal Park. 

Co zresztą, stało się i naszym udziałem. Otóż kiedy pożegnaliśmy się już z Alanem i wsiedliśmy do autobusu jadącego do Dallas, w drodze zostaliśmy zatrzymani w punkcie kontrolnym straży granicznej. Pomyśleliśmy sobie – standardowa procedura, w końcu granica niedaleko, autobusy trzeba sprawdzać. Strażnik wylegitymował wszystkich pasażerów, a w tym czasie specjalnie przeszkolony pies obwąchiwał bagaże w luku. Po pewnym czasie na pokład wszedł drugi strażnik i poprosił, żeby właściciel kwitku bagażowego o wskazanym numerze wstał i wysiadł razem z nim autobusu. Numer sprawdziłem właściwie dla zasady, ale zaraz oblał mnie zimny pot. Przecież to mój! Trochę się wahałem, ale wstałem powoli i podszedłem do strażnika, od razu tłumacząc, że to chyba jakaś pomyłka, że może pies wyniuchał jedzenie, ale on spojrzał na mnie twardo i jeszcze raz powtórzył, żebym wysiadł z autobusu. Ania oczywiście w wielkich nerwach, zaczęła się dopytywać o co chodzi, ale drugi strażnik kazał się jej uspokoić i zostać na miejscu. Wyszedłem z autobusu i zobaczyłem, że przy luku bagażowym stoi kolejny strażnik, trzyma w ręku pokaźną torbę z marihuaną, pies skacze w okół niego jak szalony. "Ktoś podłożył mi towar!", pomyślałem i prawdę mówiąc, odebrało mi trochę mowę, kiedy jeden z funkcjonariuszy zapytał czy to mój bagaż. Kiedy ponowił pytanie, a jego kolega stojący obok mnie zaczął wyciągać kajdanki, oprzytomniałem i spojrzałem w końcu na torbę, która ni cholery nie przypominała mojego plecaka.
– To nie mój bagaż – krzyknąłem nieco za głośno, odzyskując oddech.
– A czyj?
– Nie wiem, ale na pewno nie mój, to jakaś pomyłka.
– Daj mi swój kwit!Podałem. Strażnik spojrzał na numer, a potem na mnie, jakbym był jakimś imbecylem, po czym powiedział, że chętnie aresztowałby mnie pomylenie dziewiątki z ósemką, ale prawo stanowe na to nie pozwala. Roześmiałem się nerwowo, ale im nie było do śmiechu, więc kazali mi zabierać się do autobusu, gdzie, cicho jak trusia, siedział właściciel torby, którego w końcu znaleźli i wyprowadzili. Nie wiem kiedy ostatni raz byłem tak bardzo zestresowany, nie mówiąc o biednej Ani, która odchodziła od zmysłów, a którą strażnik musiał usadzać z pięć razy, żeby nie wysiadła za mną. Uspokoiliśmy się po jakiejś godzinie i łyku burbonu, który zaoferowała nam starsza pani siedząca przed nami. Ale jazda…

Nad ranem, już uspokojeni przez nocną podróż i sąsiadkę-staruszkę oraz jej burbon, dojechaliśmy do Dallas. To dziewiąte co do wielkości miasto w USA, a czwarte jeśli liczyć populację całej metropolii. Bardzo dobry wynik, zważywszy na to, że osada została założona dopiero po wojnie o niepodległość Teksasu, w połowie XIX wieku. Nie jest więc starą kolonią hiszpańską ani miastem meksykańskim, a że powstała przed inkorporacją Teksasu do USA, można powiedzieć, że trudno o bardziej teksańskie miejsce na ziemii. Dobra nasza, pomyśleliśmy sobie, trzeba spróbować trochę miejscowych specjałów.


Dallas z oddalli!

Na całe szczęście zatrzymaliśmy się u ludzi, którzy zostali stworzeni do goszczenia przyjezdnych. Nichole, z pochodzenia Greczynka, ale urodzona w Teksasie oraz Travis, pochodzący z Iowy, to ludzie nieco introwertyczni, ale bardzo wyluzowani i lubiący towarzystwo. Oboje uwielbiają gotować i jeść, mają na tyłach domu niewielką, elektryczną wędzarnię i trafiliśmy akurat na dwa dni wielkiego teksańskiego barbeque. Osz w mordę.


Od lewej: Ania, Nichole, Travis, Wielkie Ilości MIęsa, Millie i Mitch.

Nażarliśmy się więc po wręby. Bardzo dobrze, że żołądki mamy skurczone, bo zjedlibyśmy jeszcze więcej i nastąpiłby nasz koniec. Wędzona wieprzowina, żeberka, sałatki, sosy do BBQ własnej produkcji, a wszystkiego tyle, że po naszym wyjeździe zostało jeszcze na tydzień. Albo dwa. Ania zrobiła do tego wielką porcję sałatki ziemniaczanej, więc jedno jest pewne – z domu Nichole i Travisa, lżejsi nie wyjechaliśmy. Domostwo było bardzo wesołe, co i rusz wpadali jacyś znajomi, żeby coś podjeść albo pograć w zielone, a pierwszego wieczoru załapaliśmy się na cotygodniowy seans najnowszego odcinka The Walking Dead. W końcu na ekranie większym, niż nasz tablet! Oprócz gospodarzy i przyjaciół domowe stadko tworzyły jeszcze cztery pieski rasy chihuahua. Strasznie jazgotliwe, ale wyjątkowo urocze.


Ania i jej ulubieniec – Ruppert. Zwany przez nią Rufusem. Przeze mnie zwany Szczurkiem.

Mieliśmy co jeść, gdzie spać i kogo pogłaskać, więc spokojnie mogliśmy się wypuścić na zwiedzanie miasta. Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia, ale zawsze to duże miasto, w którym nas jeszcze nie było, a poza tym mogliśmy obejrzeć miejsce jednego z najgłośniejszych zabójstw XX wieku. Abstrahując od wszelkich nieścisłości w śledztwie, dziwnych trajektorii lotu i innych teorii spiskowych, jedno pozostaje faktem – to właśnie w Dallas, 22 listopada 1963 roku, na Elm Street śmiertelnie postrzelono prezydenta Kennedy'ego. W amerykańskiej historii nie była to rzecz bez precedensu, a Kennedy był czwartym prezydentem, który zmarł w wyniku zamachu. Napięta sytuacja polityczna, społeczna oraz fakt, że ostatni zamordowany prezydent zmarł ponad 60 lat przed JFK (ludzie się odzwyczaili), sprawiły, odcisnęły wielkie piętno na narodzie. Kontrowersje dotyczącego zamachu i śledztwa sprawiają, że tylko co piąty obywatel wierzy w oficjalną wersję wydarzeń.


Cztery metry na prawo ode mnie prezydenta Kennedy'ego trafiła druga kula. Według oficjalnej wersji wystrzelony z budynku po lewej. Drugie okno od góry, pierwszy rząd od prawej. 

Poszliśmy więc zobaczyć memoriał prezydenta, a potem miejsce w którym został postrzelony. Nieopodal spotkaliśmy pierwszych Polaków od wyjazdu z Kalifornii. Pochodzące z Małopolski małżeństwo i dwójka dzieci urodzonych już w Chicago. Pogawędziliśmy chwilkę i musieliśmy pędzić dalej. Kupiliśmy bilet upoważniający nas do nieograniczonej liczby przejazdów w przeciągu pięciu godzin i chcieliśmy wrócić do domu zanim wygaśnie. Poszwędaliśmy się jeszcze trochę po centrum, przejechaliśmy się darmowym, zabytkowym tramwajem "Betty" i wróciliśmy do domu. Muszę przyznać, że pośród wielkich budynków Dallas czuliśmy się bardzo raźno. Już dawno nie byliśmy w centrum dużego miasta i nieco przyśpieszone tempo metropolii wyczuwalne w powietrzu, przypomniało nam Warszawę. 


Centrum miasta pokaźnych rozmiarów, ale absolutnie nie zatłoczone. 

Kolejnego dnia mieliśmy się przejechać do White Rock Lake, ale kiepska pogoda i kilka rzeczy do zorganizowania przez internet, zmieniły nasze plany. Zostaliśmy z psami, pilnując obejścia. Niestety Nichole musiała lecieć wcześnie rano do Montrealu, a Travis nie zdążył wrócić z pracy przed naszym wyjściem, także żegnały nas tylko smutne spojrzenia psiarni. I tony zimnej wieprzowiny w lodówce. Wzięliśmy trochę na drogę, żeby nie było jej smutno. Wsiedliśmy w autobus miejski, który zawiózł nas na stację Megabus, który od tej pory miał nam towarzyszyć prawie nieprzerwanie do końca naszych amerykańskich wojaży. Przejazd z Dallas do San Antonio kosztował nas dwa dolary. Dwa. Daaaaaaaaaauuuuuuuuuuuumnnnnnnn. 


Pokój z charakterem. Nasze miejsce w obejściu Nichole i Travisa. 

Marek