Feniks, bigos i pustynia, czyli Arizona dream

Nie ma boczku w kostkę na pustyni – Miłość od pierwszego wejrzenia – Góry i kaktusy – Kentucky wódeczka

Letnia wycieczka do Phoenix – stolicy Arizony –  to nie najlepszy pomysł. Nasłonecznienie tego stanu jest generalnie bardzo wysokie, a Phoenix graniczy z pustynią Sonora i 1/3 miasta to również tereny pustynne. Dobrze zatem, że przyjechaliśmy w marcu. Mimo to odczuliśmy na własnej skórze gorący podmuch – nazwa miasta jak najbardziej na miejscu. Osada została założona kilka lat po wojnie secesyjnej, prawa miejskie uzyskała w 1881 roku, a wraz z utworzeniem stanu Arizona (1912), Phoenix stało się stanową stolicą.


W drodzę na Camelback Mountain. Za tło robi Phoenix we własnych osobach.

Ze stacji autobusowej odebrał nas couchsurfer David. Przyjechaliśmy do domu, gdzie poznaliśmy resztę jego czarującej rodziny – żonę Jennifer, syna Luke'a, córeczkę Claire oraz dwa przemiłe psiaki – Stevy'ego i Monte. Trzeba przynać, że w domu Davida i Jenn bawiliśmy się znakomicie. Gospodarze dbali o nas, karmili, zabawiali, a jednego wieczora wyciągneli nawet "Cards against humanity", w którą, jak może pamiętacie, graliśmy już w Australii z Tonym. Zatem znów miałam okazję pośmiać się tak bardzo, że mnie brzuch rozbolał. Jeszcze raz – grę polecam, jest fantastyczna i przekomiczna.


Niestety bez Davida, który poszedł już do pracy. Jennifer, dzieciaki i psiaki.

Przez pierwsze dwa wieczory Jenn częstowała nas przepysznym kurczakiem – trzeba było się zatem zrewanżować. Zaproponowaliśmy bigos, a propozycja została przyjęta z entuzjazmem. David zna polską kuchnię, bo odwiedził nasz kraj, gdy kilka lat temu mieszkał przez jakiś czas w Europie. Jenn też sporo podróżowała. Jeszcze zanim poznała męża zdecydowała się na podróż jachtstopem i przez dwa lata pływała po morzach i oceanach. Odważna – szacuneczek. W każdym razie obydwoje chętnie próbują nowych smaków, więc uwarzyłam bigos. Jenn miała naprawdę świetną kapustę kiszoną (sami ukisili), co bardzo ułatwiło mi zadanie. Jedyne, czego nie udało się dorwać to boczku do pokrojenia w kostkę. Prawie cały boczek w Stanach jest bowiem przerabiany na cienkie plasterki. Boczek w kawałku!? Takie diabelstwo to trzeba u rzeźnika zmówić z wyprzedzeniem. Podobnie niestety jak słoninę – tu takich cudów się nie jada, więc drugiego marzenie Davida – smalecu ze skwarkami nie udało się niestety spełnić. Za to bigos wyszedł pierwsza kalsa, zjedliśmy go radośnie i ze smakiem.


Pomimo skwaru za oknem bigos bardzo dobrze wszystkim podszedł.

Przy okazji David opowiedział nam przezabawną historię jak to się z Jenny poznawali. Otóż jest to jeden z tych związków, który można określić jako "miłość od pierwszego wejrzenia". Poznali się na kursie z autoprezentacji, strasznie zakochali, a że byli już po trzydziestce i obydwoje chcieli jak najprędzej założyć rodzinę, to trafili na siebie w idealnym momencie. Zdecydowali się postarać o potomka jak najszybciej i David poznawał rodzinców Jennifer, kiedy ta była już w pierwszych tygodniach ciąży.

– Wyobraźcie zatem sobie – opowiadał David – że spotykamy się z rodzicami Jennifer na Święto Dziękczynienia i tu następuje kaskada "dobrych wieści". Najpierw wszyscy radośni, że Jenn w końcu po szlajaniu się po świecie przez tyle lat postanowiła się ustatkować i przyprowadza chłopaka. Potem ja się czaję na ojca i mu mówię, że jestem taki trochę "starej daty", więc chciałbym go poprosić o rękę jego córki. Po czym w okolicach deseru informujemy wszystkich, że Jennifer jest w ciąży. W tym momencie w radiu zaczyna się jakaś sentymentalna piosenka country o miłości. Siedzimy przy tym stole, po chwili milczenia jej ojciec zaczyna płakać, potem zaczyna płakać Jennifer, a ja tylko myślę "Cholera, wszyscy płaczą, to chyba nie zrobiłem najlepszego wrażenia".


Dalszy ciąg wspinaczki na wielbłądzi garb. Niestety temperatura zgoniła nas na dół.

Okazało się jednak, że wrażenie było jak najlepsze, a David i Jennifer są na prawdę dobraną i czarującą parą, a trzeba przyznać, że i trzyletni Luke, i roczna Claire podbili nasze serca. Z ich domu wyruszyliśmy na dwie wycieczki do pobliskich rezerwatów. W końcu byliśmy w Arizonie i trzeba się było rozejrzeć trochę jak ta pustynia północnoamerykańska wygląda. W Phoniex można to zrobić z łatwością. Rezerwaty znajdują się bowiem w rejonie miasta. Pierwszego dnia wybraliśmy się zatem do Echo Canyon, gdzie powspinaliśmy się trochę, ale z podejścia do najwyższego szczytu – Camelback Mountain zgoniła nas temperetura. Po prostu trochę za późno wyszliśmy z domu. A trafiliśmy na najgorętszy dzień zimy – 35 stopni C. Podobno i na wiosnę rzadko się zdarza taka temperatura i lepiej wtedy nie szaleć na szlakach. Wszędzie można z resztą znaleźć tablice ostrzegające przed takimi wybrykami. Dodatkowo trzeba koniecznie pamiętać o piciu dużej ilości wody, gdzyż suche pustynne powietrze oraz palące słońce wyciągają ją z człowieka w niesamowitym wprost tempie. Ja po prostu czułam jak ze mnie paruje. W jednej chwili masz mgięłkę potu na skórze – sekundę później już jej tam nie ma. I mówiąc "sekundę", nie przesadzam. 


Łatwo nie było…

Drugą wycieczkę odbyliśmy na rowerach do South Mountain Park. Niestety wybór rowerów okazał się wielce niefortunny. Rozbolał mnie bark, jakoś się nie mogłam do roweru dopasować, zaczęliśmy się wlec i tak zanim dojechaliśmy do parku nastała godzina 11. Zrobiliśmy szybką rundkę po okolicy, ale na żaden bardziej wymagający szlak nie starczyło już czasu. Ale co tam – pustynia była? Była. Kaktusy były? Były. Piękne widoki były – no jaha! Nie ma co marudzić. Jazdę w drugą stronę poddaliśmy, dojechaliśmy do przystanku autobusu, który podrzucił nas z powrotem w gościnne progi naszych gospodarzy. 


Kompletnie nie mam pomysłu na podpis pod tym zdjęciem.

Rano pożegnaliśmy Davida, który ruszył do pracy. Pani domu nakarmiła nas natomiast pysznym śniadaniem i wyprawiła w dalszą drogę. Wypatatajaliśmy młodzież na kolanach, wygłaskaliśmy domagające się pieszczot psy i musieliśmy ruszać. Szkoda nam było opuszczać to miłe domostwo, ale trzeba jechać, żeby zdążyć do Bostonu na samolot.


Jestę kaktusę! 

Miasto Tuscon też już niecierpliwie na nas czekało, a chciaż z naszych badań internetowych wyszło, że nie ma tam zbyt wiele do oglądania, to po pierwsze – my sobie zawsze coś znajdziemy, a po drugie – gdzieś się przecież zatrzymać trzeba. Na około są zresztą parki narodowe i stanowe. Niestety nie udało się do nich dotrzeć. Za daleko na piechotę, brak autobusów miejskich jeżdżących poza centrum, a podwózki też nie udało się zdobyć. W Tuscon zagościliśmy u Erica, sympatycznego nauczyciela/aktora. Jego teatr właśnie podjął się wystawienia "Makbeta", jednak Eric znalazł i dla nas trochę czasu między próbami i pracą. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, obejrzeliśmy razem ulubione odcinki South Parku i wypiliśmy trochę drinków z chyba najbardziej paskudną wódką, jaką kiedykolwiek smakowaliśmy. Wytworzono to-to w Kentucky. Erick ostrzegał, że będzie niedobra, ale, że Polacy przyjechali, to wódeczkę wyjął ;). Z resztą jak się jej wlało bardzo niewiele do szklanki i zalało dużą ilością soku, to jakoś poszło. Zdrowie gospodarza!

W Tuscon obejrzeliśmy przede wszystkim kampus Uniwersytetu Arizony – bardzo sympatyczne miejsce. Poszlajaliśmy się trochę to tu, to tam, zajrzeliśmy do Studia Kreatywnej Fotografii, co mogę spokojnie polecić, bo zdjęcia były naprawdę ciekawe. Jednak fakt pozostaje faktem – Tuscon dla podróżnika budżetowego za wiele atrakcji nie posiada. Mimo to byliśmy z wizyty w nim zadowoleni – miłe towarzystwo Ericka, podłapana przez przypadek próba chóru uniwersyteckiego, ciepła pogoda, piękne widoki pobliskich gór – czego chcieć więcej? Darmowego wejścia do Muzeum Stanu Arizona albo na mecz Arizona Wildcats. Ale poza tym już nic ;).


Chocholi taniec chóru z Arizony.

Ania

W drogę już czas najwyższy, czyli wyjazd z bazy

Kumple z San Jose – Grand Prix na plaży – Dom nieobecnych – Wielka wtopa

Pozostały czas jaki spędziliśmy u wujostwa, zleciał nam na dalszym planowaniu i całe szczęście, bo kraj duży, do zobaczenia masa rzeczy, a tylko dwa miesiące na przejazd z wybrzeża na wybrzeże. Warunki w Hollister mieliśmy więcej niż idealne, więc mogliśmy wszystko na spokojnie przemyśleć, naładować baterie i cieszyć się rodzinną atmosferą. Przyszedł jednak dzień, gdy trzeba było ruszyć na północ, by potem móc pojechać na południe. Wujek i ciocia musieli wyjechać z domu na kilka dni, więc podrzucili nas do San Jose, gdzie dwie noce mieliśmy zostać u couchsurferów, a ostatnią u Doroty, córki wujka Mariana, która już w naszych wpisach zagościła. 


Mistrz przy robocie, czyli wujek Marian przygotowuje stejki ;).

Najpierw jednak przyszło nam poznać Erin i spółkę. Poznajcie ich więc i Wy. Erin to z wykształcenia historyczka teatru, z zawodu bibliotekarka, podróżniczka i pisarka z zamiłowania. Trochę już ją po świecie nosiło, ale największa wyprawa jeszcze przed nią. Mogliśmy pogadać sobie o Gruzji, bo Erin pracowała tam przez ponad pół roku jako nauczycielka angielskiego. Bobby, urodzony w Bułgarii, pełni funkcję domowego wesołka i rzeczywiście trudno złapać go w momencie, w którym się nie uśmiecha. Roześmiany, wyluzowany, lubi sobie zajarać. Jest poetą i pisarzem, ale szara rzeczywistość rzuciła go chwilowo w świat finansów i tabel excelowych. Pierre to inżynier w Apple'u. Z zasady nie mówi o swojej pracy, z pozoru wycofany, ale kiedy już z nami zagadał, okazał się świetnym rozmówcą, ze świetnym poczuciem humoru. Tika to dziewczyna Bobby'ego. Poznaliśmy się z nią najmniej, bo najrzadziej była w domu, ale chyba nie muszę dodawać, że jest bardzo sympatyczna. W takiej gromadzie nie uchowałby się żaden mruk. 


Erin to wielka fanka Gwiezdnych Wojen. W samochodzie Hula Wan Kenobi.

Zwłaszcza, że stawiają na ludzi towarzyskich, choćby w minimalnym stopniu. Gdy zjawiliśmy się w ich obejściu, akurat szukali piątego sublokatora, bo jeden ze starych wyjadaczy, informatyk pracujący dla NASA, niedawno się wyprowadził. Poznaliśmy więc trochę ich zasad, wśród których stoi jasno: Przynajmniej trzy razy (jeśli dobrze pamiętam) w tygodniu każdy musi zameldować się na wspólnej kolacji. Znaczy się, nie możesz być cieniem, który tylko płaci swoje i żyje obok współlokatorów. Trzeba żebyś był członkiem społeczeństwa. Wygląda na to, że zdaje to egzamin. 


A oto maszyna do robienia drinków skonstruowana przez Pierra w czasie wolnym od pracy.

Gromada jest więc naprawdę zgrana i wesoła, a uzupełnia ją pięć kur. To nie żadna metafora, mają pięć kur w ogródku z tyłu domu. Kury są dorodne, bardzo towarzyskie i znoszą jajka. Całkiem znośne. Jedna z nich, czarna, z białym paskiem na głowie, została nazwana Rogue, na cześć jednej z bohaterek marvelowskich komiksów. W takim oto towarzystwie spędziliśmy dwa dni i trzeba powiedzieć, że dodało nam to energii. Przy wspólnych kolacjach i dobrym, kalifornijskim piwie czas leciał beztrosko. Nie mówiąc już o wieczorku filmowym, podczas którego obejrzeliśmy "Jurassic Park", jeden z ulubionych filmów Erin, a potem japońską animację "Gantz: 0". A może "Gantz: o"? W każdym razie pokręcony, pełen potworów, wielkich robotów i bijatyk. Śmiechu było co nie miara. 


Niestety Rogue nie chciała wyjść do zdjęcia, ale reszta chętnie wyleciała z ukrycia. Myślały, że mam jedzenie.

Do wesołej kompanii z San Jose dwukrotnie dołączyło dwoje ich przyjaciół i, oczywiście, jedną z tych osób była Polka. Ania. Z Mokotowa. Jej brat trenował szermierkę w IKS Warszawa. No naprawdę! Skoro już jesteśmy przy zbiegach okoliczności, to wróćmy na chwilę do Tokio. Pamiętacie Emmę? No to teraz już pamiętacie, to ta wspaniała Francuzka, która dwukrotnie przechowała nas w stolicy Japonii. Kiedy byliśmy u niej opowiadała nam o jakimś bardzo fajnym inżynierze, pracującym dla Apple'a, który zatrzymał się u niej na jakiś czas i okazał wspaniałym gościem. Już widzicie dokąd to zmierza? Otóż to-to był Pierre. Nasz współgospodarz Pierre. Wszystko okazało się już po naszym wyjeździe z San Jose, więc nie mogliśmy się pośmiać z tego wszyscy razem. 


Od lewej: Ania z Mokotowa, Ania z Ursynowa, Chris (lepiej odkarmiony Jon Snow), Marek, Bobby the Bobster, Erin, Pierre the Apple Guy.

Posiedziałoby się jeszcze u tej wesołej bandy, ale komu w drogę temu czas. Na ostatnią noc przed wyjazdem przenieśliśmy się do Doroty, która podjęła nas kolacją i dobrym winem. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a nad ranem, Dorota, zaopatrzywszy na drogę w polskie wędliny i kabanosy, odwiozła nas na przystanek Megabusu, gdzie musieliśmy się z kochaną kuzynką pożegnać. Wsiedliśmy w autobus do Anaheim i pognaliśmy na południe. Droga zleciała bardzo przyjemnie, a standard był naprawdę bardzo dobry. Cena jak w Polskim Busie, ale dużo więcej miejsca na nogi. No, nie dają jeszcze wysuszonych bułek, ale obeszliśmy się jakoś bez nich.


Droga do Anaheim.

Wysiedliśmy w Anaheim, z autobusu miejskiego pomachaliśmy z daleka pierwszemu w historii Disneylandowi i ruszyliśmy dalej, do Long Beach, na Grand Prix. Fanów sportów motoryzacyjnych muszę tutaj zawieść. Nie chodzi o Grand Prix IndyCar Series, tylko o turniej z cyklu pucharu świata we florecie. Trzeba było pokibicować trochę koledze i koleżankom z planszy. Znowu ;). Co się tak patrzycie? To zwykła koincydencja. Nie ma takiego prawa, które zakazuje bona fide wędrowcom wstąpić na turniejsz szermierczy, który akurat rozgrywany jest po drodze. Albo dwa turnieje. Przypadek i tyle!


Jakoś nie wyszło nam, żeby zrobić sobie zdjęcie z całą kadrą, ale złapaliśmy przynajmniej dwie.

Jeżeli ktoś naprawdę jest zainteresowany aspektem sportowym tej wizyty, zapraszam na www.mat-fencing.com. 

Większość czasu spędziliśmy w sali, ale udało nam się przynajmniej trochę pointegrować z naszymi gospodarzami z couchsurfingu. Kyle, syn oficera US Navy, pochodzi z Rhode Island, ale w związku z zawodem ojca całą rodzinę rzucało z kąta w kąt. Obecnie rezyduje w Long Beach i uwikłał się w produkcję teatralną, a także aktorstwo. Również w związku z tym nie widzieliśmy się prawie wcale, bo akurat grał w szekspirowskiej "Miarka za miarkę". Jego dziewczyna Lacey, bywała w domu częściej, ale niestety męczył ją tak fatalny kaszel i chrypa, że z trudem mówiła, więc postanowiliśmy jej nie zamęczać. Przez ich mieszkanie przewinęła się w tym samym czasie jeszcze jedna para couchsurferów, ale tych to nawet na oczy nie zobaczyliśmy. 


Gospodarze, ze względu na suchy klimat Kalifornii, mieli parę istotnych zasad dotyczących używania łazienki. Posiedli również całkiem milusią kolekcję stolczyków. Gdybyśmy tylko wiedzieli…

 Dzisiaj rano (bo piszę te słowa w drodze do Phoenix) wyszliśmy bardzo wcześnie żeby pojechać do Los Angeles i złapać autobus do Phoenix. Było jeszcze ciemno, nastroje dopisywały, po raz kolejny lubiany przez nas moment, w którym zakładamy plecaki i idziemy tam gdzie nas jeszcze nie było. Niestety nie obeszło się bez straszliwego momentu konsternacji, kiedy okazało się, że jesteśmy na złej stacji autobusowej. Stało się. Przez siedem miesięcy ani jednego pudła, wszystko dobrze obliczone i sprawdzone. Widmo spóźnienia ani razu nie zajrzało nam w oczy, aż do dzisiaj. Na domiar złego, w nerwach wpisałem w nawigacji 70th street zamiast 7th street i pokazało mi, że jak weźmiemy taksówkę, to zdążymy właściwie w ostatniej chwili. Okazało się, że stacja nie była tak daleko i możliwe, że wcale nie trzeba było brać taksówki. Podwójna wtopa. Najważniejsze jednak, że jedziemy już do Arizony i możemy słuchać w autobusie jak młodzież dyskutuje o tym, że ci z Titanica to jacyś debile, bo przecież mogli popłynąć na około tej góry  lodowej albo zupełnie się zatrzymać. Znaczy nie jest jeszcze ze mną tak źle. 


Jedziemy na pustynię, więc krajobraz zaczyna się już zmieniać.

Marek

Clint, Forest i wszyscy święci, czyli na kalifornijskim wybrzeżu

Krewetki to owoce morza – 17 mil i miasto bez szpil – Amerykańsko-polskie świętowanie – Miasto osobliwych przechodniów

Trochę oglądania, trochę odpoczynku, kilka filmów, jedna niegroźna, ale jednak upierdliwa infekcja nosa – dzięki rodzinnej gościnności mogliśmy pozwolić sobie na to wszystko. Już za kilka dni ruszamy w długą podróż po USA. Mamy czas do 15 maja, żeby obejrzeć jak najwięcej z Nowego Świata, zanim wrócimy na Stary Kontynent. Trzeba ten czas wykorzystać w stu procentach, więc planujemy zawzięcie: autobusy, couchsurfing, co zobaczyć, gdzie pojechać – szukamy, zaglądamy w różne zakątki internetu, liczymy na co nas stać (i siłowo, i finansowo), a z czego będzie trzeba zrezygnować.


Jeden z wielu starych zakładów produkcyjnych, w którym wytwarzano konserwy. Oczywiście na Canning Street. Po naszemu na ul. Puszkina.

W międzyczasie ruszyliśmy w towarzystwie wujka na wycieczkę wzdłuż wybrzeża. Pierwszym przystankiem było Monterey, miasteczko nadmorskie – kurort i baza dla rybaków, dawna stolica Górnej Kalifornii. Przyjechaliśmy poza sezonem, więc ominęły nas tłumy, co było bardzo miłe. Z drugiej strony w sezonie letnim jest szansa by posłuchać muzyki na świeżym powietrzu – odbywający się od lat 60-tych festiwal rockowy przyciąga wielu artystów i oczywiście turystów. 


Marina w Monterey świeci pustkami, bo jeszcze zima.

Zabudowa miasta nadal przypomina o czasach, gdy na nabrzeżach Monterey funkcjonowały rozliczne przetwórnie rybne. Widać jednak wyraźnie, że w tej chwili więcej wagi przykłada się do turystyki – plaża i możliwość wybrania się na wycieczkę w górzyste tereny, czy na podglądanie wielorybów to idealne warunki do budowania takiego biznesu. W Monterey otwierają się knajpki, klimatyczne puby i tu znajduje się pierwsza na świecie restauracja sieci Bubba Gump Shrimp Company.


My momma always told me: "Nie jedźcie w tę podróż, zabiją was węże i porwą terroryści!" – podrowienia dla kochanej KasiŚ 😉

W 1995 roku Paramount Pictures wpadło na nie głupi pomysł. Skoro film "Forest Gump" nie tylko zgarnął rozliczne nagrody filmowe, ale i urzekł publiczność do tego stopnia, że cyctaty z niego są powszechnie znane, to można jeszcze kilka kuponów od sukcesu odciąć. UWAGA SPOILERY DO FILMU "FOREST GUMP"! KTO NIE OGLĄDAŁ, NIECH NIECH IDZIE DO NASTĘPNEGO AKAPITU! Stworzono więc na licencji studia sieć restauracji, które nawiązują do obsesji jednego z bohaterów filmów – Bubby, który marzył o własnym, krewetkowym biznesie. Marzenia, jak zapewne pamiętacie, nigdy nie spełnił, gdyż zginął na wojnie w Wietnamie. Główny bohater – Forest postanawia zrealizować plan nieżyjącego przyjaciela i odnosi w łowieniu krewetek olbrzymi sukces. Sukces odniosła też sieć restauracji, w których wszystko obwieszone jest tabliczkami z cytatami z filmu i rekwizytami przypominającymi kultowe sceny. Sukces odnieśliśmy także i my, bo wujek Marian zaprosił nas tam na lunch. Zdjęcia kadrów jako tapety i kelnerzy, którzy zabawiają gości zagdakami z filmu, a do tego na prawdę pyszne krewetki na milion sposobów – dla fanów "Foresta Gumpa" (czyli dla nas) to prawdziwa gratka – polecam.


Zrobiliśmy też zdjęcia całym porcjom, ale nie wiedzieć czemu te sympatyczne zdjęcia, po prostu zniknęły.

Z Monterey ruszyliśmy na przejażdżkę po przepięknej 17-Mile Drive. Przez dużą część 17 milowej drogi można oglądać sławną Pebbel Beach i wybrzeże Pacyfiku, o którego ostre skały rozbijają się spienione fale. Wśród lasów cyprysowych stoją jedne z najdroższych i najpiękniejszych domów w Kaliforni. We wspaniałej scenerii masz możliwość zagrać niezwykle kosztowną partię golfa. Gorycz związaną z wydaniem mnóstwa "zielonych" może osłodzić świadomość, że gra się na terenie współnależącym do Clinta Eastwooda, który w pobliżu ma również dom. Za przywilej powiedzenia "grałem w golfa na polu golfowym Clinta", trzeba zapłacić coś koło 500 "baksów". Zdecydowanie tańsza jest możliwość spotkania gwiazdora w jednej z miejscowych restauracji. 


Nigdy nie grałem w golfa i nie wiem czy w takich okolicznościach przyrody mógłbym skupić się na grze.

My zadowoliliśmy się faktem, że na 17-Mile Drive pierwszy raz w życiu widzieliśmy lwy morskie w ich naturalnym środowiski. Mogliśmy także podziwiać Bird Rock – piękne przybrzeżne skały, na których odpoczywały liczne gatunki ptaków morskich. Na koniec jedna z największych atrakcji i symbol Pebble Beach, czyli ponad 250 – letni Samotny Cyprys. Drzewo jest nie tylko stare, ale w dodatku rośnie na cyplu, czepiając sie korzeniami skał z prawdziwą uporczywością. Także chociaż nasz "Bartek" starszy, to jednak trzeba przynać, że Samotny Cyprys ma znacznie trudniejsze warunki bytowania – uznajemy remis ;).


Kalifornijskie słońce grzeje z wysoka, ocean mieni się refleksami, a cyprys jak stoi, tak stał. To znaczy jak stał, tak stoi.

Z 17-Mile Drive ruszyliśmy do miasteczka Carmel-by-the-Sea, zwanego najczęściej po prostu Carmel, w którym burmistrzem był Clint Eastwood (oczywiście), i w którym prawo zakazuje noszenia butów o obcasach wyższych niż dwa cale (trochę ponad 5 cm) bez specjalnego zezwolenia władz. Zbudowane na precedensach prawo amerykańskie często zawiera takie ciekawostki. W latach dwudziestych mądre, prawnicze głowy z Carmel postanowiły, że zabezpieczą w ten sposób miasto przed pozwami modniś, które mogły by się na wysokich obcasach wykopyrtnąć ze względu na nierówności chodnika. Rosnące w mieście cyprysy z prawdziwą lubością przegryzają się bowiem korzeniami przez wszelką skałę, a co za tym idzie chodnik nie jest dla nich żadnym wyzwaniem. Obecnie przepis jest oczywiście martwy, a policjanci nie będą za nikim biegać z linijką. Jeśli jednak ktoś chce być straszliwie praworządny, to w ratuszu wydają za darmo pozwolenia na ekstrawaganckie buty. 


Kościół w mijsi frańciszkańskiej w Carmel. Niestety w San Francisco misji karmelitańskiej nie było. Badum tssss.

W Carmel znajduje się także kolejna na drodze El Camino Real misja franciszkańska i kościół – The Basilica of Mission San Carlos Borromeo Del Rio Carmelo, czyli w prostych niehiszpańskojęzycznych słowach – misja w Carmel. Założona została przez franciszkanina – Junipero Serrę, którego w 1985 beatyfikował Jan Paweł II, a niedawno kanonizował papież Franciszek. Część budynków XVIII-wiecznej misji musiano oczywiście odbudować, by obecnie można było je pokazywać jako muzeum. Ciekawe jest jednak, że zachowała się tu, jako jedyna w Kalifornii, orginalna dzwonnica misji – tak charakterystyczna dla budynków meksykańskich z tego okresu. Dla poszukiwaczy śladów papieża-Polaka, jest kolekcja zdjęć z Janem Pawłem II, który odwiedził to miejsce w 1987 roku. Mnie osobiście urzekł dziedziniec z malowniczym ogrodem i piękną fontanną.


Krynica mądrości i oaza intelektu. No i oczywiście pozująca Ania.

W weekend po wycieczce wybraliśmy się w odwiedziny do Santa Cruz, gdzie zapuściła korzenie nasza koleżanka z Polski, Wiktoria. Nie możemy jej jednak za bardzo winić, bo jak się wychodzi za mąż za Amerykanina, to ktoś do kogoś się musi przeprowadzić, no i wyszło na to, że Wiktoria z Luisem zamieszkali w Santa Cruz. Bardzo sympatyczni i gościnni, przygarneli nas do siebie, a że rodzina im się w krótce powiększy, to trzeba było wypić wino za zdrowie potomka i przyszłej mamy (w sensie my i Luis, bo przyszła mama raczyła się herbatą). Problem polegał na tym, że Luis po kilku kieliszkach wina postanowił nas poczęstować prawdziwą i na prawdę jedyną, najlepszą na świecie tequilą. Nie mogliśmy powiedzieć nie, bo po pierwsze nie powiemy nie, jak ktoś pije za zdrowie potomka, a po drugie Luis ma korzenie meksykańskie, więc "co, ze mną się Tequli nie napijesz!?". Założyliśmy nasze sombrera i salud!


Dobry wieczór 🙂

Poranek nie należał do najpiękniejszych na świecie (dotyczy tylko autorki tekstu – M.), ale za to wieczorem wybraliśmy się do kina i na spacer po wybrzeżu. Piękne plaże Santa Cruz są znane w całym kraju, jak również znajdujący się tu najstarszy w Kalifornii lunapark – Santa Cruz Beach Boardwalk. A jak wesołe miasteczko, to kolejki górskie, a jak kolejki górskie, to Ania musi wleźć i pojeździć. Ziiiiiuuuuu! Fajnie było. Ja chcę jeszcze raaaaz! 


No niech se dziewczyna poszaleje, skoro kolacji później nie dostanie ;).

Po szalonej jeździe można było już spokojnie wybrać się na obiad, więc Wiktoria i Luis postanowili nas zaznajomić z Five Guys – strasznie fajną, tanią i na prawdę pyszną sieciową burgerownią. Następnego dnia wybraliśmy się na kolejny spacer po pięknych klifach i plażach, poobserwowaliśmy foki kalifornijskie i lwy morskie, a na koniec odwiedziliśmy cmentarz Evergeen. Obecnie amerykańskie cmentarze są bardzo proste – niewielkie płyty, wszystkie takie same, jedne obok drugich tabliczki z imieniem, nazwiskiem, datami urodzin i śmierci. Evergreen ma już jednak ponad 150 lat, jest bardzo eklektyczny stylowo i wielonarodowy.


Brama na Evergreen upamiętniająca kalifornijskich Chińczyków

Pokazuje jak wielokulturową mieszanką od wieków jest Kalifornia. Santa Cruz stanowi tego wizytówkę, jest też postrzegane jako centrum ruchów feministycznych, dążących do legalizacji marihuany (zapach trawki wszędzię cię tu dogoni), ekologicznych i antykapitalistycznych. Na ulicach można spotkać osobliwych przechodniów, którzy przyciągają uwagę fryzurą, strojem, czy też faktem, że mówią "do tłumu", albo grają na jakimś instrumencie…albo bez instrumentu. I dobrze – prawdziwemu artyście nie jest potrzebny! 😉

Ania

Trochę historii i jeszcze więcej chodzenia, czyli zobaczyć San Francisco, okuleć i trafić na Stanford

Prowadził kulawy kulawego – Rozgorączkowani pionierzy – Tęczowa dzielnica – Geniusze Stanfordu

Obejrzeliśmy więc sobie Presidio, a przynajmniej jego część, w tym skromną ekspozycję w muzeum pionierów. Wstęp akurat był darmowy, więc zajrzeliśmy na kilka minut. Wystawa skromna, ale przypominająca o tym skąd w ogóle tyle ludzi w tej amerykańskiej Kalifornii. Jest to najludniejszy amerykański stan, który dołączył do Unii 167 lat temu. Amerykańskie osadnictwo trwało w najlepsze jeszcze za czasów, gdy kalifornijską ziemią władał Meksyk, przybrało na sile, gdy okoliczna ludność zbuntowała się przeciwko suwerenowi i utworzona została Republika Kalifornii, a prawdziwy bum przeżyło na dwa lata przed dołączeniem do Stanów Zjednoczonych. Wtedy to (1848) wybuchła tutaj sławetna gorączka złota, trwająca do 1855 roku. Historycy szacują, że populacja zwiększyła się wtedy o ok 200 tysięcy. Liczba mieszkańców takiego np. San Francisco wzrosła dwudziestopięciokrotnie. Cały proces jednak pociągnął za sobą drastyczy spadek populacji natywnej – wybitej, lub wypartej z tych terenów na północ. 


Budynki administracyjno-muzealne w Presidio.

Pamiętacie jeszcze rodzinę Breenów, której majątek odwiedziliśmy w San Juan Bautista? Przyjechali rok przed gorączką złota. Ich grupa, tak zwana Grupa Donnera, wyruszyła na zachód z Illinois i po dziesięciu miesiącach morderczej przeprawy przez terytoria zachodnie dotarła do miejsca przeznaczenia. Po drodze napotkali wielkie trudności, w tym największą – konieczność zimowania w górach Sierra Nevada. Z 87 osadników i osadniczek, do Kalifornii dotarło 48. Zimę przeżyli również dzięki kanibalizmowi, tym bardziej angielska nazwa grupy – Donner Party – brzmi dosyć niesmacznie. Wybaczcie czarny humor. 


Niezbędnik pioniera

Z Presidio podążyliśmy już w stronę mieszkania naszych gospodarzy z couchsurfingu. Szliśmy trochę wolniej, bo przemierzaliśmy naprawdę urocze okolice, a poza tym od forsownego marszu po górkach San Francisco, nogi zaczęły przypominać nam o swoim istnieniu. Anię zaczęły boleć łydki, mnie podeszwa i tak kuśtykaliśmy przez ulice Divisadero i Castro, na zmianę marudząc i zachwycając się architekturą. W końcu dotarliśmy do The Castro.


Po drodze mogliśmy podziwiać takie perełki.

Dystrykt nazwany tak na cześć meksykańskiego gubernatora Alta California, który był synem Jose Castro, którego majątek zwiedzaliśmy w San Juan Bautista, a który z kolei sprzedał swoje obejście rodzinie Breenów, przybyłej do Kalifornii razem z Donner Party. Widzicie jak narracja układa się w chaotyczną, ale logiczną całość? 😉


Castro welcome to.

Ale, ale. The Castro. Historia tego miejsca jest dosyć pokręcona. Otóż – rzadko się o tym wspomina, ale oprócz Hiszpanów, poważnymi (serioznymi?) kolonizatorami na zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej byli Rosjanie. I nie chodzi tylko o Alaskę, ale również o Kalifornię i Hawaje. Rosyjskie osiedla nie były liczne, a liczba osadników wielka, ale odegrali oni pewną rolę w miejscowej historii. Przez pewien czas na przykład, byli głównym dostawcą lodu dla San Francisco. W tym czasie gubernatorem carskim w terytoriach amerykańskich był Fin, Johan Hampus Furuhjelm, a spora część załóg jego floty składała się również z Finów. W czasie gorączki złota i po zakupie Alaski przez USA (1867), społeczność fińska na zachodnim wybrzeżu zwiększyła liczebność, a fińskie osiedla w San Francisco powstawały właśnie w okolicach Castro, w latach późniejszych przyciągając również Skandynawów.


Castro Theatre – zbudowany w 1922 roku. Dziś gości wiele imprez tematycznych i festiwali filmowych. 

Jeszcze przed wojną dołączyły do tego nordyckiego misz-maszu mniejszości włoskie i irlandzkie, a Castro stało się dzielnicą robotniczą, by w latach 60', na fali ruchów hipisowskich rozpocząć ewolucję w stronę dzisiejszej formy – centrum kulturowego i symbolu dla aktywistów LGBT w USA i na całym świecie. Jako żywo, w momencie wejścia do dzielnicy od razu zauważa się wielką, tęczową flagę powiewającą na maszcie, wszędzie pełno plakatów wzywających na zebrania przeróżnych komitetów aktywistycznych, a i na przejściu dla pieszych zebra jest tęczowa. Niestety byliśmy już wtedy w fazie "byle do celu" i nie szwędaliśmy się nigdzie, a raczej przekuśtykaliśmy dystrykt na wskroś. Na szczęście do naszych gospodarzy nie mieliśmy bardzo daleko, bo już nawet piękne domy i rezydencje, nie robiły na nas tak wielkiego wrażenia jak na początku.


Oscara nie mogło zabraknąć. Niestety nie nosimy w plecakach swoich portretów, które przejęły nasze kontuzje.

Jako, że akurat wypadał tłusty czwartek, postanowiliśmy zaszaleć i kupić twinkies. Pokrzepiły nas trochę na ciele i duchu, dzięki czemu dowlekliśmy się w końcu do skrzyżowania 28th and Sanchez, gdzie przywitali nas Ken i Vin. Jeden z Iowa, drugi z Kanady, pobrali się w Kalifornii. Bardzo uśmiechnięci, otwarci i wyluzowani. Niestety nie mieli dla nas zbyt dużo czasu, więc w ciągu dwóch dnich pogadaliśmy z nimi może ze trzy razy. Na więcej pewnie i tak nie mielibyśmy siły, bo, trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie – przedobrzyliśmy. Ponad dwadzieścia kilometrów po wzgórzach San Francisco po prostu nas zabiło. Kiedy następnego dnia rano wyszliśmy do sklepu, zacząłem kuleć już po trzech krokach. Było to dla nas jasnym sygnałem, że trzeba dać sobie na wstrzymanie i dzień spędzić w łóżku. 


Twinkies na tłusty czwartek.

Odpoczęliśmy, nogi jako tako się zregenerowały i w dzień wyjazdu z miasta mogliśmy jeszcze co nieco pozwiedzać. Przeszliśmy wzdłuż Valencia Street, potem Market Street, rzuciliśmy okiem na imponujący ratusz miejski, na stare tramwaje z Mason Street, wymieniliśmy w końcu dolary nowozelandzkie na amerykańskie i mogliśmy udać się na pociąg do San Jose. Kolejne dziesięć kilometrów w nogach. Jak zwykle nie zobaczyliśmy wszystkiego, co mogliśmy zobaczyć, ale do swoich ograniczeń i do niedosytu zdążyliśmy się już przyzwyczaić. San Francisco zrobiło na nas bardzo duże wrażenie i wymęczyło nas porządnie. I dobrze.


Ratusz miejski.

Pociągiem dojechaliśmy do San Jose, z San Jose złapaliśmy autobus do Gilroy, a tam zgarnął nas wujek Marian. Daliśmy odpocząć umęczonym kończynom, ale nie za długo, bo trzeba było odpowiedzieć na akademicki zew i zwiedzić uniwersytet w Stanford. Założona w 1885 roku uczelnia jest jedną z najbardziej prestiżowych na świecie. Ufundowana została przez Lelanda i Jane Stanfordów, magnatów kolejowych. Kiedy ich nastoletni syn zmarł na tyfus, postanowili, że swój majątek i ziemie, przeznaczą na szczytny cel i inwestycję dla całego narodu, a także, z perspektywy czasu można to śmiało powiedzieć, ludzkości.


Ot taki tam kampusik. Z palmami, wieżami i bramami i wszystkim.

Stanford jest prawdziwą fabryką ludzi sukcesu. Oprócz całego zastępu wielkich naukowców, noblistów, zdobywców nagród Turinga, pionierów technologii, takich jak David Packard i William Hewlett (dzwonią dzwony? 😉 ), na Stanfordzie studiowali wielcy świata polityki (prezydent Herbert Hoover), sportu (Tiger Woods) oraz sceny i ekranu (Sigourney Weaver, Jack Palance). No i w końcu pojawiliśmy się tam my!


Krużganek uniwersytecki. Tutaj każdy nosi w plecaku nagrodę Nobla.

Posnuliśmy się trochę po kampusie, wjechaliśmy na szczyt instytutu Hoovera i zwiedziliśmy małe muzeum poświęcone właśnie 31 prezydentowi USA oraz jego żonie. Trzeba przyznać, że po wizycie w Stanford od razu poczuliśmy się mądrzejsi, ale za to zrobiliśmy się też głodni. Znakomicie się złożyło, ponieważ zostaliśmy zaproszeni na lunch do Doroty, córki wujka Mariana, mieszkającej w San Jose. Zgodnie ze starą, polską tradycją, nakarmiono nas po wręby. Pokrzepieni pysznym jadłem i jeszcze pyszniejszą, rodzinną atmosferą, sturlaliśmy się do samochodu i wróciliśmy do Hollister. 


Pyszny stejk prosto z wujowego grilla, czyli najlepszy sposób na odbudowę biologiczną i moralną ;).

Marek