W krainie srebrnej paproci, czyli piękna wyspa i pa

Vis-a-vis konsula – Państwo Geografowie – Falowanie i spadanie – Wielka woda i mała woda

Jeszcze na farmie Tracy i Dereka podjęliśmy decyzję, że zanim znów zawitamy na Stary Kontynet, odwiedzimy Stany Zjednoczone. Zawsze chciałam zobaczyć USA. Marek już trochę zobaczył, ale jemu nigdy nie dość. Wszak studentem jeszcze będąc, to właśnie w historii tego kraju zapragnął się specjalizować. Plus, Stany przecież duże, można zwiedzać i zwiedzać. Plus mamy tam i rodzinę, i kilku przyjaciół, których zawsze miło odwiedzić. Plus, dzięki temu zabiegowi uczynimy pełną pętlę wokół Ziemi i naszą podróż będzie można oficjalnie zakwalifikować do grupy "dookoła świata". No same plusy! Jednak by cel ten osiągnąć musiałam zdobyć najpierw wizę do USA. Ponieważ Australii mówiliśy już "do widzenia", postanowiłam moją radkę z konsulem umówić już na Nowej Zelandii – naszym następnym przystanku. Jednym z tych wymarzonych.


Widok z okna naszych gospodarzy. W oddali widać centrum Auckland.

Jak postanowiłam, tak też uczyniłam. Marek wizę już ma, farciarz, więc tylko ja musiałam przejść przez wypełnianie bardzo szczegółowej ankiety wizowej. Tak, tak, proces zdobywania pozwolenia na wjazd do Stanów to nie przelewki. Musisz przynać otwarcie i szczerze, że nie zamierzasz się tam zajmować terroryzmem, handlem ludźmi i narkotykami. Ale to nie wszystko! Nie mogłeś się tymi rzeczami również zajmować w przeszłości. A i twoi rodzice, lub najbliżsi krewni też nie. Potem już z górki: jakie jest Twoje ulubione ciasto, czy kiedykolwiek śpiewałeś w chórze i którą nogą zazwyczaj wstajesz z łóżka. Żarty, żarciki, ale na prawdę, pytają o mnóstwo rzeczy. Potem już tylko skromna opłata (aaaaa!) i wizyta w konsulacie w Auckland, gdzie czekała mnie ostateczna rozmowa.

Nowa Zelandia też rzeczy nie ułatwiła. Obywatel Polski może w prawdzie bez wizy wjechać do Nowej Zelandii na trzy miesiące, ale musi mieć wykupiony bilet na wyjazd. Ponieważ my jeszcze nie wiedzieliśmy czy wiza amerykańska zostanie mi w Auckland przynana, więc zakupiliśmy bilet spowrotem do Australii, z możliwością refundacji. Na prawdę nie rozumiem niektórych tych obostrzeń wjazdowo – wizowych. Czy władze Nowej Zelandii myślą, że jeśli ktoś na prawdę chce tu przebywać nielegalnie, to czy powstrzyma go od tego konieczność zakupu biletu, który można przecież za niewielką opłatą następnie zwrócić?


Widoki pyszne, ale wieje na tej wyspie niemożebnie.

Nic to, trzeba, to trzeba. W każdym razie uzbrojeni we wszelkie bilety i formularze wkroczyliśmy na pokład samolotu, który z Melbourne zabrał nas do Auckland. Tam na lotnisku czekał już Pan Jacek, przyjaciel Taty Marka. Panowie poznali się, studiując na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych UW, a i zdarzyło się im wspólnie brać udział w ekspedycji na Spitsbergen. Tak się złożyło, że Pan Jacek, razem ze swoją żoną Moniką, również absolwentką geografii, prawie 30 lat temu dotarli na Nową Zelandię. Przyjechali z wyprawą geograficzną…i tak już zostali. Tu urządzili sobie życie, tu urodziły się ich dzieci.  Niezwykle sympatyczni i gościnni, przygarnęli nas, rodaków i tułaczy.


Przypływ, więc trzeba się ewakuować po schodach. Nieco u góry widać pozostałości stanowiska dla żołnierzy rozpoznania baterii nabrzeżnych z czasów II WŚ.

Mogliśmy więc trochę odpocząć po ciężkiej pracy na farmie i załatwić formalności wizowe, co zajmuje kilka dni. Rozmowa w konsulacie mało mnie do zawału nie doprowadził, ale to pewnie dlatego, że akurta dwie osoby tuż przede mną odprawili bez wizy. Trzecia musiała przysłać wyciąg z banku. Mnie jednak wizę dali bez problemów. Jeśli nie liczyć konieczności zrobienia nowego zdjęcia, bo to, które miałam jakoś im nie pasowało. Cud! Teraz to już na prawdę nie jestem terrorystą.

W międzyczasie nasi gospodarze zabierali nas na wycieczki po okolicy. Najpierw razem z Panią Moniką podeszliśmy na wzgórze, gdzie kiedyś znajdowały się maoryskie fortyfikacje wojenne – pa. Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, mianem pa określali wioskę lub osiedle, ale też umocnienia z drewnianych pali, często budowane na wzgórzach i usiane przemyślnymi pułapkami. Mieli znaczną wprawę w prowadzeniu walk na swojej ziemii, znakomicie znali ukształtowanie terenu, możliwości zdobywania pożywienia, czy wody na danym terytorium. Często zdarzało się, że Brytyjczycy przez długi czas próbowali zdobić jakieś pa, atakując zawzięcie i tracąc wiele sił, a kiedy już wdarli się do środka, okazywało się, że nikogo tam nie ma, bo całe plemię ewakuowało się ukrytym wyjściem.


Pozostałości po palisadzie pa.

Tak się Maorysi Brytyjczykom dali we znaki, że ci ostatni postanowili wystąpić z propozycją traktatu pokojowego, który podpisało wielu maoryskich wodzów. Traktat Waitangi uznawant jest przez wielu historyków za początek Nowej Zelandii. Nadawał on Maorysom prawa do własności prywatnej i ziemi, a także uznawał ich za obywateli brytyjskich. Jak wiadomo europejscy koloniści mieli oczywiście problemy z dotrzymywaniem takich umów, ale to już zupełnie inna historia. Może Marek Wam przy okazji coś opowie, w końcu kto tu jest historykiem? 😉

Z Panią Moniką skoczyliśmy także na pobliską plażę. Nareszcie mam z kim popływać! Fale były wspaniałe i skakanie w nich sprawiło mi prawdziwą radość. Już myślałam, że jeszcze lepiej być nie może, ale następnego dnia wybraliśmy się na Bethells Beach, która znajduje się kilka km od Auckland. Wiatr wiał solidny, akurat trwał przypływ, a fale duże – nawet się przez chwilę zawahałam. Byli jednak ratownicy, którzy instruowali jak sobie z takimi wyzwaniami poradzić i obserwowali kąpiących się z brzegu, by w razie czego śpieszyć z pomocą. Wejść pozwolili – dobra nasza.


Wskoczyć, czy nie wskoczyć?

Pani Monika to zawojowany pływak, a jak ona stwierdziała, że wchodzi, to i ja nie mogłam sie oprzeć. Dwie drobne, jakby nie patrzeć, kobitki wskoczyły zatem do wody, w której już pływało czterech potężnych Maorysów. Poczułam się jak prawdziwy twardziel. Marek i Pan Jacek przezornie zostali na plaży. Jak to później stwierdził Pan Jacek – "ktoś musiał zostać, żeby w razie czego poinformować rodzinę". Kąpiel w takich falach jest oczywiście przeżyciem nie do opisania. Trzeba wleźć samemu i się przekonać. Dobrym pływakom – polecam. Tym, którzy czują się niepewnie – odradzam. W każdym razie było cudownie i tyle :).


Wskoczyć!

A, właśnie, jeśli jeszcze nie wspominałam, że Nowa Zelandia jest bajecznie piękna, to teraz czas na to najwyższy. Nie widzieliśmy jeszcze zbyt wiele, ale wcale wiele nie trzeba, by oczarowała człowieka wszechobecna (tak, nawet w mieście) zieleń, soczyste kolory, niezwykła różnorodność krajobrazu, a nawet zmienność pogody. Jest tu takie powiedzenie – jeśli nie podoba Ci się pogoda w Auckland – poczekaj dwie godziny, będzie wtedy taka jak chcesz. Faktycznie, zmiany potrafią być  bardzo niespodziewane. Słońce, trzy minuty deszczu, słońce…ale jak tu się złościć, kiedy te trzy minuty deszczu rozepną Ci nad głową przepiękną tęczę?


A jeszcze dziesięć minut temu prażyło słońce. Za piętnaście kolejnych znowu będzie żarówa. Lato w Nowej Zelandii.

Tak właśnie stało się nad jeziorem Wainamu, dokąd wyruszyliśmy prosto z Bethell Beach. Leży ono w niewielkiej dolinie i jest niezwykle malownicze. Wycieczkę rozpoczyna się od spaceru przez czarne wydmy, które wyglądają, jakby je ktoś wyjął prosto z filmu o obcej planecie. Nagle wydmy się urywają i przed oczami roztacza się obraz łagodności i sielskości – złoto-zielone pagórki oraz spokojna tafla jeziora. 


Jezioro Wainamu widziane ze szczytu czarnej wydmy. 

Ruszyliśmy ścieżką prowadzącą dookoła, po drodze mijaliśmy kolejne czarujące i malownicze zakątki. Poznaliśmy się także z nowozeladzką paprocią drzewiastą (w języku maori – ponga) – endemicznym gatunkiem, który może osiągnąć ponad 20 metrów wysokości i ma srebrne liście od spodu. Cyathea dealbata, czyli tzw. srebrna paproć to jeden z symboli Nowej Zelandii. Występuje w godle kraju, Nowozelandzkiego Komitetu Olimpijskiego i reprezentacji sportowych. W czasie dyskusji o zmianie flagi kraju wszelkie projekty również odnosiły się do srebrnego liścia. 


Jako żywo – z wierzchu zielona, a rewers…Mówią, że to srebrny. Niech im będzie ;).

Po godzinie maszerowania doszliśmy nad wodospad, którym woda spływała do jeziora. Miejsce to jest bardzo istotne dla kultury maoryskiej – dawniej w tych wodach odbywały się przygotowania młodych pływaków przed wysłaniem ich na połów w oceanie. Na wodospad spogląda figurka pou – maoryski totem. Powstała by upamiętnić Kowhatukiteuru – wielkiego budowniczego pa. Została odsłonięta w 2014 roku i znajdują się na niej charakterystyczne dla maoryskiej kultury zdobienia. 


Totem potem!

Do domu wróciłam oczarowana. Jezioro i jego okolice to stosunkowo niewielki fragment terenu, ale niezywkły i bardzo różnorodny. Pani Monika przynała, że choć mieszka już na Nowej Zelandii od wielu lat, to nadal zachwyca się nad jej pięknem. A podobno jezioro Wainamu to ot, takie sobie, nie, że jakieś najpiękniejsze. Jeżeli to było przeciętne, to nie mogę się już doczekać na te ładniejsze!


Zielsko rozrasta się sielsko. Wiele odcieni zieleni.

Ania

W jak Wiktoria, W jak winnica, czyli jak sadziliśmy oliwki

Na Melbourne – Kucharka i lotnik – Milczenie owiec – Karmienie kóz – Kopanie rowów

Niezależnie od tego jak dobrze nam było w Sydney, musieliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Kolejnym przystankiem miało być Lauriston, nieopodal Kyneton, które z kolei znajduje się jakieś 70 kilometrów na północ od Melbourne. Tam czekali na nas Tracey i Derek, właściciele farmy, na której mieliśmy pracować w ramach Helpx. Na tymże portalu internetowym ludzie potrzebujący rąk do pracy mogą znaleźć pracowników. I vice versa ;). Standardowa umowa jest taka, że za dach nad głową i wyżywienie, pracuje się cztery godziny dziennie. Bardzo dobry sposób, by poznać przy okazji okolicę, miejscowych, no i zaoszczędzić trochę grosza. Najpierw jednak musieliśmy przeautostopować 900 kilometrów. 


No to w drogę

Wyruszyliśmy nieco później niż zwykle, ale przynajmniej nie musieliśmy się martwić o dotarcie do stacji serwisowej, ani o pierwszą podwózkę. Koleżanka Veronici podwiozła nas daleko za Sydney i tam nadszedł czas na ostatnie pożegnanie. Ehhhh…Co było nam czynić? Zjedliśmy lunch i zaczęliśmy łapać okazję. Tego dnia nie mieliśmy najmniejszych problemów. Najpierw jedna podwózka przez 80 kilometrów, a potem druga prosto do Melbourne. Długa droga, z ośmiu naszych liter każda solidnie rozbolała, ale grunt, że dojechaliśmy. Niestety godzina była już zbyt późna, by jechać pociągiem do Kyneton, ale w ostatniej chwili udało nam się znaleźć nocleg na couchsurfingu. Wietnamska Australijka, która ma polskiego chłopaka. Wiele, żeśmy się nie pointegrowali, bo wieczór był późny, a następnego dnia wyruszyliśmy wczesnym rankiem. 


Towarzysz Żukow też się chciał przejechać

Dystans do Kyneton nie był wielki, ale zdecydowaliśmy się zaoszczędzić na czasie i nie autostopować, tylko szybko i sprawnie zameldować się na stacji kolejowej, gdzie czekała na nas Tracey. Może zanim opiszę miejsce, w którym przyszło nam spędzić kolejne dwa tygodnie, przybliżę nieco sylwetki naszych gospodarzy, bo są to bardzo ciekawi ludzie. Parę lat temu siedzieli sobie kiedyś na swoim śródziemnomorskim jachcie, gdzieś u wybrzeży Corfu i zastanawiali się, co by tu zrobić, by nie zanudzić się na śmierć. Zdecydowali, że jeśli kupią farmę i zajmą się hodowlą zwierząt oraz roślin, będą mieć co robić do końca życia. Jak jednak doszło do tego, że jacht, że nuda i że farma? Historie ich są zgoła inne.


W Wiktorii pogoda raczej słoneczna, ale bardzo szybko potrafi się zmenić. Zawiewa, leje jak z cebra, a potem znowu patelnia.

Tracey – urodzona w bardzo małym miasteczku w Queensland, zdecydowała się w końcu wyrwać na świat szeroki, a uczyniła to dzięki nieprzeciętnemu talentowi kulinarnemu. Rozpoczynała karierę kucharską lokalnie, po czym wygrywała kolejne konkursy gotowania, pracowała w coraz lepszych restauracjach, zdobywała kolejne nagrody, po czym wyjechała do Wielkiej Brytanii. Tam święciła triumfy jako organizatorka, kucharka, menadżerka w różnych restauracjach, a nawet pałacach (Hampton Court na ten przykład). Gotowała dla księżnej Anny, gotowała dla nas. Kariera kompletna!


Po prawej widać winnicę numer 1, a na wprost The Dam. Staw, nad którym lubią leniuchować węże, i w którym nasi gospodarze zawzięcie łowili raki.

Derek – nigdy nie powiedział skąd konkretnie pochodzi, ale na pewno nie ma queenslandzkiego akcentu. Inżynier, który konstruował maszyny, systemy ostrzegania przed powodzią, instalcje elektroniczne na statkach, w samolotach, jak i same statki. Zapalony żeglarz, licencjonowany pilot i entuzjasta awiacji jako takiej. Rok temu, razem z Tracey rozbił się Jakiem-3 na jakimś trzęsawisku. W młodości ujeżdżał konie. Podobno świetnie tańczy i całkiem nieźle strzela. 


Winnica numer 2, najwięcej pracy wykonaliśmy właśnie tutaj. 

Tacy to właśnie ludzie kupili sobie ponad sto akrów ziemii w stanie Wiktoria i od niecałego roku gospodarzą tam zawzięcie. Oprócz nich na farmie żyje dziesięć owiec, dziesięć kóz angorskich, dwie kozy nieangorskie (Laurie i Lilly) oraz pies pasterski Lexi, jeszcze szczeniak, ale już kawał psiny. No i przez dwa tygodnie dołączyliśmy do tej gromadki my. Chyba nie trzeba przedstawiać. Zamieszkaliśmy w jednym z pokojów osiemdziesięcioletniego domu, który został już w dużej części odnowiony, a i my mieliśmy dołożyć swoją cegiełkę do jego renowacji. I tu dochodzimy, do  tego jakie właściwie były nasze obowiązki. 


Kuchnia, czyli królestwo Tracey.

Na farmie wstajesz wcześnie. Nie dlatego, że trzeba nakarmić kozy (choć trzeba). Wstajesz, bo słońce nie grzeje jeszcze jak wściekłe i im szybciej zaczniesz pracę, tym więcej zrobisz w temperaturze poniżej 30 stopni. Pierwsza zmiana do południa, a potem od czwartej/piątej. Dlatego zwlekasz się z łózka przed szóstą, a skoro już jesteś na nogach, karmisz kozy, bo one wiedzą, że już wstałeś. Siedzą u siebie w szopie, ale z chwilą gdy wchodzisz do kuchni, wyczuwają nadchodzące mleko. Tedy zanim zjesz śniadanie, bierzesz karton mleka, nalewasz do dwóch litrowych butelek, dopełniasz wodą, nakładasz smoczki i wychodzisz z domu.


Laurie i Lilly to bardzo urocze stworzenia. Lubią karesy, ale jeszcze bardziej lubią mleko.

Kozy meczą już potężnym głosem, a pies jest tak szczęśliwy, że cię widzi, że musisz go natychmiast uwiązać, by nie podrapał cię z radości do krwi. No i żeby nie przeszkadzał kozom kiedy piją mleko. Lexi, jako pies pasterski, miała bowiem we krwi potrzebę podporządkowania sobie każdego stworzenia w promieniu kilometra, a że jeszcze nie przeszła treningu, więc toczyliśmy z nią ciągłe boje, by nie podgryzała kozom nóg. Tresurę psa pracującego zaczyna się podobno w wieku ok. 8 miesięcy, bo dopiero wtedy zaczyna coś zapamiętywać. Tak przynajmnej powiedział Derek. Trzymamy kciuki, bo Lexi, choć bardzo ładna, była też strasznie męcząca.


Lexi we własnej, psiej osobie. Nie dajcie się zwieść pozorom, to diabeł wcielony 😉

Kiedy zwierzęta są już nakarmione, trzeba w końcu coś zjeść samemu, a potem pozmywać naczynia, które piętrzą się w zlewie od wczoraj. Nie z niedbalstwa, po prostu masz ograniczoną ilość ciepłej wody, dlatego zmywasz jak już się uzbiera. Potem możesz posmarować się kremem, ubrać stosowie do aury i wyjść do pracy w polu. Zależnie od własnego widzimisię lub priorytetów jakie mają gospodarze, może to być:
– kopanie rowów na instalację irygacyjną dla winorośli
– zasypywanie rowów na instalację irygacyjną dla winorośli
– nawożenie winorośli i obkładanie grządek słomą
– zakładanie drutu, który będzie w przyszłości pomagał winorośli rosnąć prosto
– sadzenie drzew oliwnych
– zakopywanie instalacji nawadniającej dla drzew oliwnych
– nawożenie drzew oliwnych i obkładanie ich słomą
– sadzenie róż na końcach grządek winnych
– koszenie trawy
– piaskowanie ścian domu przed malowaniem
– odłupywanie starego kitu z okien
– nakładanie nowego kitu
– malowanie domu
– obcinanie kozom paznokci (praca zespołowa)
– mycie samochodów i traktora (od zewnątrz i od środka)
– malowanie domu i okolicznych zabudowań


Ubranie jeszcze na poranny chłód. Kawał rowu wykopany, zaraz kabel wyląduje w środku, a potem się zasypie.

I tak dzień w dzień. Po jakimś czasie przyzwyczajasz się do tego, że bolą cię mięśnie, których wcześniej nie używałeś, do pęcherzy na dłoniach (ja tam pęcherzy nie miałam – A 😉 ). Nawet się cieszysz, bo i tak właśnie potrzebowałeś nowej skóry. Jedyne do czego nie możesz się przyzwyczaić to cholerne muchy. Wlatują do uszu, nosa, oczu, do ust. Pająki? Węże? A gdzie tam! To muchy są w Australii najgorsze. Nienawidzimy ich ssssskarbie! Ale o czym to ja? Aha. Śniadanie, praca, lunch, dłuższa przerwa, praca, kolacja, spać.  Cztery godziny roboty za wikt i opierunek, a kolejne za…wsparcie moralne i materiał do przemyślenia. Wink, wink, nudge, nudge 😉


Ania maluje sławojkę. Tak na wszelki, gdyby minister na kontrolę przyjechał 😉

Kilka dni przed wyjazdem mieliśmy jeszcze okazję pomagać przy organizacji siedemdziesiątych urodzin Dereka. Impreza na trzydzieści osób, wiele jadła i napitków, namiot, wielku mur z siana, a na dodatek jagnię z rożna. Osobiście nadziewałem, nie jest to łatwa robota. Impreza bardzo się udała. Ania sprawowała pieczę nad platerami przekąsek, a ja pilnowałem, żeby w wannie z lodem i w barku niczego nie zabrakło. Impreza trwała do trzeciej nad ranem, kiedy to córka Tracey ostatecznie zarzuciła pomysł nauczenia się polskiej deklinacji i poszła spać. To co miałem sam przy ogniu siedzieć i patrzeć w gwiazdy?


Pierwsze z wielu. Ania pogłębia rów, by umieścić w nim sadzonkę drzewa oliwnego. Can you dig it?

No dobrze, trochę posiedziałem. Gwiazdy mają tu zupełnie inne (już chyba wspominaliśmy), a tym czym dla nas jest Wielki Wóz, tym dla nich jest Wielki Rondel. Chociaż dla mnie wygląda to raczej jak Wielki Kanister. W każdym razie jest to konstelacja gwiazd Oriona. Orion ma pas oraz miecz, co razem daje rondel.


Impreza się rozkręca. Siedemdziesiątka Dereka rozpoczęta!

Kolejny dzień siłą rzeczy był nieco leniwszy, a dwa ostatnie spędziliśmy głównie na winnicy. Upały zaczęły osiągać już 38 stopni w cieniu, więc czasem nawet późnym popołudniem było zbyt gorąco i zbyt słonecznie na robotę. W końcu nadszedł czas, by pożegnać się z Lauriston i naszymi gospodarzami. Tracey i Derek podwieźli nas na lotnisko, obiecawszy, że za trzy lata dadzą nam znać czy wino wyszło dobre i wyślą zdjęcia drzew oliwnych, które posadziliśmy. Oliwki to rośliny długowieczne, więc jak wszystko dobrze pójdzie owoce naszej pracy będą spożywane długo po tym, jak my już przestaniemy pracować na tym łez padole. Siedząc w hali odlotów i czekając na samolot do Auckland, byliśmy mocno zmęczeni, ale odczuwaliśmy sporą satysfakcję z naszych dokonań. Jak na parszywych mieszczuchów całkiem nieźle się spisaliśmy.


Panie kochany ja nie architekt. Słomę kładę. Każą kłaść to kładę, nie każą – nie kładę.

Marek

Krewetki z bigosem i prawdziwe sztuczne ognie, czyli ostatnie dni w Sydney

Nawiedzone domostwo – Miliony pierogów – Niebiańskie eksplozje – No i znowu w drogę

Chata tylko dla nas okazała się wielce zaniedbanym miejscem z zapuszczonym psem na dodatek, ale przecież nie mamy w zwyczaju wybrzydzać. Jedyną rzeczą, na którą mogliśmy naprawdę narzekać, był brak porządnego snu. Owszem, mogliśmy się wylegiwać do późna, ale chyba nie czuliśmy się w tym domu najlepiej, bo sny mieliśmy męczące i często budziliśmy się w środku nocy. To z kolei przełożyło się na nasze ogólne zmulenie i brak energii. Na szczęście mieliśmy trochę do roboty, więc nie popadliśmy w marazm, a do tego nadeszły w końcu Święta. Jak już napisała Ania, wigilię spędzić mieliśmy w polskim gronie, więc postanowiliśmy zrobić pierogi. Może nie te najbardziej świąteczne, ale liczą się chęci, prawda?

WP_20161224_13_01_12_Pro
Połowa farszu znikła tajemniczo w trakcie lepienia, a i tak pierogów mieliśmy od metra.

Trzeba jednak przyznać, że choć farsz mięsny nie przypominał niczego, co dotąd jadałem w pierogach, to ruskie wyszły nam całkiem nieźle jak na pierwszy raz. Oczywiście zrobiliśmy ich dużo za dużo (podobno powszechny błąd debiutantów), ale wiedzieliśmy, co zrobić z nadwyżką. Wigilia miała pierwotnie odbyć się nie plaży, ale po niecałej godzinie nadchodząca burza zagnała nas do naszego lokum w dzielnicy Glebe, gdzie razem z polonusami żarliśmy pierogi, piliśmy wino i rozprawialiśmy o wielu sprawach. Na przykład o tym, że podróżujemy autostopem i nie, nie widzieliśmy jeszcze "Woolf Creek".

WP_20161224_13_07_17_Pro
Same się nie ulepią

Następnego dnia rano wybraliśmy się na West Pennant Hills, by w dobrze nam znanym i lubianym domu Tony'ego i spółki świętować Boże Narodzenie po australijsku. Co to oznacza? Duży lunch na zimno. Tradycyjnie podaje się nań szynkę, krewetki, sałatkę ziemniaczaną i insze przekąski. Trochę egzotyki wniosła na stół Ania, przygotowując bigos, ale przy trzydziestu stopniach na zewnątrz nie cieszył się wielkim powodzeniem. No nic, próbowaliśmy.

WP_20161225_13_31_22_Pro
Sianka pod obrusem nie uświadczysz.

Na deser podano naleśniki i dom z piernika, który został skonstruowany, a potem wyburzony pod konsumpcję przez Tony'ego i Ali. W końcu to para inżynierów. Tym się parają. Po słodkim część gości wróciła do siebie, a my zostaliśmy przedstawieni niezawodnemu sposobowi na natychmiastowe spalenie świątecznych kalorii. Zagraliśmy mianowicie w grę karcianą "Cards Against Humanity" i prawie zdechliśmy ze śmiechu. Kto zna ten wie, kto nie zna niech spróbuje. Ostrzegamy tylko, że humor uzyskiwany w trakcie rozrywki może być wielce absurdalny, wisielczy lub obrzydliwy. Przynajmniej dla niektórych ;).

WP_20161225_17_09_34_Pro
Ale za to była chatka z piernika, słodkości i innych różności.

Wieczorem wróciliśmy do Glebe, czy też jak mawialiśmy – na glebę, i przez kilka dni nie robiliśmy nic pożytecznego poza pisaniem artykułów i zajadaniem pierogów. Raz wybraliśmy się też z Anią na Bondi Beach, plażę niezwykle popularną wśród surferów, a innym razem skoczyliśmy do kina na "Rogue One". Bilety kosztowały tylko trochę więcej, niż wynosił nasz dzienny budżet, a że mieliśmy jeszcze pierogi w lodówce…

WP_20161224_13_27_06_Pro
Pierogi jedliśmy przez cztery dni i cztery noce.

Ostatni dzień starego roku zaczęliśmy od pożegnalnej kawy z Anią, która wyjeżdżała na Sylwestra do Sunshine Coast. I znowu lata rozłąki. No, może krócej, ale lekkie wzruszenie i tak było. Za to bez większych emocji pożegnaliśmy dom i psinę, by znów wyruszyć na spotkanie z naszą australijską rodziną numer jeden. Tony i Ali postanowili nas bowiem zabrać na piknik w Clarkes Point, skąd mieliśmy mieć wspaniały widok na sztuczne ognie. Jak było naprawdę? Pozwólcie, że zacznę od początku.

WP_20161231_17_38_36_Pro
Na Clarkes Point humory dopisywały na długo przed północą.

Kiedy miałem sześć lat rodzice zabrali mnie i moją siostrę na wakacje do Francji, gdzie podziwiać mogliśmy wspaniałe fajerwerki z okazji 14 lipca. Myślałem wtedy, że nic efektowniejszego w życiu nie zobaczę. Siedemnaście lat później miałem okazję oglądać pokaz sztucznych ogni nad Waszyngtonem, w Dzień Niepodległości. Pomyślałem sobie, że zdecydowanie nic efektowniejszego w życiu nie zobaczę. Trzy tygodnie temu witaliśmy nowy rok, oglądając wspaniały show fajerwerkowy w Sydney i wiecie co? Nie sądzę, żebym w życiu zobaczył coś efektowniejszego ;).

WP_20170101_00_00_46_Pro
Most sydneyski pali się, pali się, pali się…

Wróciliśmy do domu, przespaliśmy się i jeszcze przed południem pochłonęliśmy naleśniki z syropem klonowym na śniadanie. Po tej słodkiej chwili nadszedł czas na pożegnanie z Ali. Napisałbym, że gorzko płakaliśmy, ale Ania już wyjaśniła, że Ali jest najsłodszą osobą na tej planecie i nawet w tak smutnych okolicznościach nie sposób było się nie uśmiechać. W uszczuplonym gronie ruszyliśmy na jedną z podmiejskich plaż, gdzie Ania znowu mogła sobie popływać, a ja posiedziałem na brzegu. Hura. Nie mogę być jednak do końca sarkastyczny, bo poszliśmy jeszcze z Tonym i Jess na krajoznawczy spacer, a potem zjedliśmy wyborny obiad. Może nie byłem w najlepszym humorze, bo wiedziałem, że następnego dnia opuścimy naszą przyszywaną rodzinę.

WP_20170101_15_35_53_Pro
Trochę popadało, ale można było się popluskać.

Co prawda traf chciał, że Veronica jechała z koleżanką w stronę Melbourne i mogła nas wywieźć dwieście kilometrów za Sydney, ale nawet ta dogodność nie umiliła nam perspektywy rozstania. Bardzo nam było markotno, bo w żadnym innym miejscu nie czuliśmy się tak "u siebie". Tony i Jess byli dla nas niczym rodzeństwo, Ali jako szwagierka, a Veronica matkowała nam po prostu wspaniale. Niech no tylko przyjadą do Polski, a ugościmy ich tak, że im bokiem wyjdzie!

WP_20170102_09_35_23_Pro
Rodzinka.au-pl

Marek

Relaks przedświąteczny, czyli Tony jako niegłupi kaowiec

Bez odpowiedzialności – Buszmeni – Łatwopalne wzniesienia – Niech żyje naaaaam!

Kolejne dni w Sydney spędziliśmy z Tonym i jego rodziną. Mama – Veronica oraz siostra Jess zadbały o nas tak, że zachodzi podejrzenie, iż znów przytyliśmy. Karmiono nas, zabawiano grami planszowymi, obwożono to tu, to tam, prowadzono na wycieczki.  Anthony po prostu zdjął z nas ciężar myślenia o tym, co będziemy robić następnego dnia. Poznaliśmy również szalenie czarującą dziewczynę Tony'ego – Ali. Czarująca to zresztą mało powiedziane – w encyklopedii pod hasłem "najsłodszy człowiek na świecie" powinno widnieć jej zdjęcie. W tym, jakże doborowym, towarzystwie spędzaliśmy błogo kolejne dni, na przemian leniąc się i zażywając odpowiedniej dawki ruchu.

WP_20161219_14_38_41_Pro
Wyprawa w busz.

Ponieważ Tony mieszka tuż obok parku narodowego, wybraliśmy się więc we czwórkę na wycieczkę po australijskim buszu. Teren bardzo ładny i malowniczy, nie przedstawiał wielkich trudności, choć w pewnym momencie trzeba było śmignąć przez pień i konary powalonego drzewa. Po drugiej stronie parku Veronica odebrała nas samochodem. Byśmy się broń Boże nie przemęczyli.

WP_20161219_15_23_24_Pro
Klub AAA – Ania, Ali i Anthony. Przeprawili się przez drzewo i cieszą japy.

Na następną wycieczkę Tony zawiózł nas na kilka punktów widokowych, z których mogliśmy podziwiać Góry Błękitne. Jak sama nazwa wskazuje pasmo górskie, oglądane z pewnej odległości rzeczywiście wygląda na niebieskie. Wzniesienia pokryte są bowiem gęsto drzewami eukaliptusowymi. Parujący z roślin olejek daje błękitną mgiełkę o niezwykle aromatycznym zapachu. Jest również, jako substanacja łatwopalna, jedną z przyczyn licznych pożarów w Australii. Wystarczy jedna iskierka i cały las stoi w płomieniach. Co ciekawe pożary, które dla ludzi, jak również dla wielu zwierząt są dramatyczne w skutkach, dla roślin są konieczne. Jak powiedział nam Anthony, wiele gatunków roślin australijskich potrzebuje pożaru, aby się rozmnażać. Jak widać nawet samosiejki lubią tu sporty ekstremalne.

WP_20161221_12_09_05_Pro
Góry Błękitne, a konkretnie formacja skalna zwana Trzema Siostrami.

A propos spraw ekstremalnych – w prawdzie nie spotkaliśmy żadnych jadowitych paskudników, ale za to u Tony'ego naszą sypialnię odwiedziła wielgachna mrówka z takimi szczypcami, że słabo się robiło na sam widok (szczypce jak szczypce, czego się pietrać – M.). Podobno jak dziabnie, to boli pieruńsko. Została jednak złowiona, zanim dobrała się nam do skóry. Przy suficie zaczaił się także pająk z gatunku spachaczów. Jadowite to to nie jest, ale mnie w popłoch wprawiają nawet małe pająki w Polsce, więc przeżycie było mocne. Z resztą tu strach jest racjonalny, bo mimo, że jadowity nie jest, to jak dziabnie, to podobno bardzo boli. Na szczęście również został schwytany, zanim wpadł na pomysł zbliżenia się do mnie, ale przez jakiś czas dreptałam do kibelka schowana za Markiem, bo ta dziadyga czatowała w korytarzu. Oczywiście pająk, a nie Marek. 

WP_20161218_21_43_56_Pro
A oto Antonina. Antonina to zdecydowanie największa mrówka jaką widzieliśmy. Spójrzcie no na szczypce Antoniny.

Wieczorem udaliśmy się na wieczór quizowy – popularną w Australii rozrywkę rodzinną. Wygląda to mniej więcej tak: organizujesz ze znajomkami drużynę, idziecie do klubu, gdzie odpowiadacie drużynowo na pytania. Kategorie mogą być bardzo różne. Przy okazji można wypić piwo i zjeść oraz wygrać jakąś nieszczególnie zatrważającą ilość mamony, czyli kilkadziesiąt dolarów. Jak przyznał sam Anthony, przychodzą tam z rodziną tylko dla pieniędzy ;). Dzień zakończyliśmy wypadem na punkt widokowy, z którego można było podziwiać pięknie podświetlony budynek sławetnej opery.

WP_20161220_22_35_21_Pro
Opera, Most Milenijny, Sydney by night.

Kolejny wieczór, który zorganizował Tony jeszcze bardziej podniósł nasze i tak już radosne nastroje. Typowa domowa imprezka, gdzie pojadaliśmy kiełbaski, popijaliśmy piwo i poznaliśmy bardzo sympatycznych znajomych naszego gospodarza. Była też niespodzianka dla Marka, który dostał tort urodzinowy, taki prawdziwy, ze świeczkami. Wszyscy też odśpiewali mu "Happy Birthday!", a także tradycyjną piosenkę z krainy Oz. W Australii jest tradycją, że solenizant po wysłuchaniu pieśni na jego cześć i zdmuchnięciu świeczek powinien duszkiem wypić trzymany w ręku napitek. Reszta kibicuje. Markowi nie trzeba było dwa razy powtarzać :).

WP_20161222_21_08_07_Pro
Przed śpiewami i piciem na hejnał musiałem wygłosić spontaniczną mowę. Dobrze, że przed, a nie po.

Następnego dnia pożegnaliśmy na pewien czas gościnne progi. Mieliśmy powrócić do Anthony'ego na pierwszy dzień świąt oraz na Sylwestra. Zbliżała się Wigilia, więc wieczór 24 grudnia postanowiliśmy spędzić w gronie rodaków. Nasza przyjaciółka Ania organizowała wieczorek wigilijny na plaży, a następne kilka dni mieliśmy opiekować się psem jej znajomych, którzy wyjeżdżali na święta. Dawo już nie mieliśmy "chaty dla siebie", a tu dostaliśmy takową, więc wdzięczność nasza dla Ania nie znała granic. Z tej wdzięczności postanowiliśmy wyszykować wygilijne pyszności. Już w krótce napiszemy jak nam wyszło.

Ania