Sydneeeeeeeeeey, czyli spotkania po latach

Trzydziestka na antypodach – Wilczy Potok – Człowiek z krainy kiwi – Anny dwie – Anthony jeden

13 grudnia obudziłem się nieco ciężkawy, bo mecz siatkówki poprzedzony był porządną rozgrzewką. Przez ostatnie cztery miesiące schudłem i nabrałem wprawy w chodzeniu z 15 kilowym plecakiem, ale sprinty to jednak co innego, więc naprawdę poważnie się wymęczyłem. Znowu wstaliśmy wcześnie, bo Lara jechała do pracy, a my chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Sydney. Zostaliśmy podrzuceni na stację benzynową przy drodze wyjazdowej na autostradę, a po niedługim czasie złapaliśmy pierwsza okazję. Debbie, rentierka i autorka książki obyczajowej, połączonej z dramatem psychologicznym (długo by tłumaczyć), zostawiła nas na stacji serwisowej, już na trasie głównej. 

wp_20161214_22_47_24_pro
Zdjęć z drogi nie zrobiliśmy, więc od razu zaczniemy wrzucać fotki z miasta. Spoilers! 😉

Zrobiliśmy sobie krótką przerwę. W łapaniu okazji pomogła nam ciężarówka, która zepsuła się z wdziękiem blokując jedyny wyjazd na autostradę. Ludzie w bardzo długiej kolejce samochodów mogli nam się dobrze przypatrzeć i dobrze przemyśleć swoje dobre chęci. W końcu podszedł do nas Nigel, bardzo sympatyczny (no bo jak inaczej) rudzielec, który okazał się pracownikiem firmy sprzedającej sprzęt górniczy, również do Polski. Gawędziliśmy sobie przyjemnie, a Nigel nie omieszkał zadać nam standardowego pytania, które zadawał nam prawie każdy nasz kierowca i każda osoba, która dowiadywała się, że podróżujemy autostopem. "Czy widzieliście Wolf Creek?". 

wp_20161217_17_47_37_pro
Dobra perspektywa na ratusz miejski wzdłuż Queen Victoria Building 

Okazuje się, że jakiś czas temu, w Australii żył seryjny morderca, który zabijał m.in. autostopowiczów, a jego historię przeniesiono na ekran. Po raz pierwszy w roku 2005, drugą część można było obejrzeć osiem lat później, a w tym roku światło dziennie ujrzał 6 – odcinkowy serial. Oczywiście w związku z tematyką, trafił na naszą listę filmów do obejrzenia.

wp_20161217_17_24_59_pro
Budynek Królowej Wiktorii. Stoi przed nim pomnik królowej Wiktorii. Królowa Wiktoria, wyprzedza królową Wiktorię, a za nią królowa Wiktoria…

W końcu wjechaliśmy jednak do Sydney – sukces! Prawie trzy tygodnie autostopowania po Australii i dotarliśmy do punktu docelowego nr 1. Zabawna sytuacja, wysiadamy, żegnamy Nigela, ruszamy przed siebie, spotykamy pierwsze osoby w Sydney – kobieta idzie chodnikiem z małą córeczką. Przechodzą sobie takie koło nas i oczywiście okazuje się, że mówią do siebie po polsku. Uśmialiśmy się z tego nieźle (ale umiarkowanie). Oczywiście powiedzieliśmy dzień dobry i ruszyliśmy dalej.

wp_20161217_17_23_43_pro
Ratusz miejski, tym razem z bliska.

W mieście gorąco jak diabli, a do przejścia mieliśmy jeszcze trochę. Wytopiliśmy więc nieco tłuszczu (taką mam przynajmnej nadzieję) i dotraliśmy do domu Justina. Justin to nasz przyjaciel, którego Ania poznała ponad dziesięć lat temu na wakacjach w Bułgarii. Nowozelandzki Maorys, były gracz rugby, zapalony podróżnik, który zjeździł Europę, Azję, Amerykę Południową i część Afryki, a szczególnym sentymentem darzy Polskę.

W ostatnim czasie widywaliśmy go dosyć często, bo to i na weselu, i niedługo przed wyjazdem, kiedy już zbierał się na dłuższy pobyt w domu. Zanim dotarł na antypody przejechał przez Azję, zahaczając o Gruzję i Kirgistan, niejako przecierając nam szlaki. Zatrzymaliśmy się u niego na pięć dni i było to pięć dni odpoczynku absolutnego. Tego psychicznego i tego fizycznego również. Spotykaliśmy już w drodze znajome twarze, ale teraz mogliśmy być po prostu u siebie. Pokój Justina nie był duży, ale wciąż lepiej nam tam było niż w willi z basenem. Z całym szacunkiem dla Lachlana ;). Rozmowy, wspólne gotowanie, zakupy, oglądanie filmów, krótkie wypady do miasta, granie na konsoli (w końcu zagrałem w "The Last of Us") albo po prostu nic-nie-robienie wypełniły nam dni.

wp_20161213_18_37_26_pro
Srebro skrzy się już na skroniach…

Najpierw jednak, gdy odpoczęliśmy trochę po podróży, Justin zabrał nas na kolację urodzinową do miejsca bardzo dla Australii charakterystycznego. Było to coś na kształt kasyna, połączonego z klubem, połączonego z nie jedną, a wieloma restauracjami. Na całość mówi się po prostu "club". Żeby wejść, trzeba się wylegitymować, ale nie trzeba być członkiem. W niektórych częściach obowiązuje dress code, ale w Australii oznacza to zwykle tyle, że nie można przyjść w klapkach. W większym mieście każda dzielnica będzie mieć przynajmniej jeden taki przybytek, a zwykle więcej – o różnych grupach docelowych i różnej wielkości. 

wp_20161213_20_26_57_pro
Ale apetyt nadal dopisuje! Kolacja z masą cholersterolu, żeby uczcić trzeci krzyżyk.

Zwiedziliśmy, przypatrzyliśmy się restauracjom i pubom, decydując się ostatecznie na knajpę, w której mieli dobry wybór piw, smaczne frytki i hamburgery z soczystą wołowiną. Jakoś nie miałem ochoty na nic bardziej fikuśnego. Wszystko było pyszne, a piwa mieli naprawdę porządne, co rzadko się tutaj zdarza. Wróciliśmy do domu i walnęliśmy się spać, bo nazajutrz czekało nas kolejne urodzinowe piwo, tym razem z Anią.

wp_20161214_23_24_10_pro
Polski wieczorek w Sydney. Z odrobiną świątecznego nastroju.

Nie widzieliśmy jej od trzech lat, kiedy to wyjechała do Australii, zostawiając nas i jeszcze kilka innych osób w wielkim żalu oraz bólu ogromnym. Kto ją zna, ten wie, że zawsze zagada, zawsze rozbawi i poczęstuje zaraźliwym śmiechem. Długa rozłąka i trzydziestka – było co opijać, ale nie było za dużo czasu. Jedno piwo, a potem wieczorny spacer po centrum Sydney poprawiło nam jednak i tak już bardzo dobre humory. 

wp_20161218_17_19_50_pro
Świąteczny nastrój przybrał na sile w momencie kiedy znaleźliśmy kapustę kiszoną na bigos ;).

Kolejne dni dzieliliśmy między leniuchowanie u Justina, który też zabrał nas na spacer po centrum, a…leniuchowanie u Justina! Ania mogła trochę poczarować w kuchni, ja w małym stopniu zaspokoić głód gracza, a oboje po prostu porządnie się wyspać i niczym nie przejmować. W końcu przyszedł jednak czas na opuszczenia tych gościnnych i przyjacielskich progów, by zamienić je na inne gościnne i przyjacielskie progi.

wp_20161217_18_40_31_pro
Oczywiście nie mogło zabraknąć opery. 

Otóż tak się składa, że na przedmieściach Sydney (które składa się głównie z przedmieść) mieszka nasz wspaniały przyjaciel Anthony. Nasz wspaniały przyjaciel Anthony to australijski florecista, który lata temu przyjeżdżał do Polski ze swoimi kolegami i koleżankami z klubu, a także polskim trenerem, na długie obozy treningowe. Warszawa służyła im też za bazę wypadową na europejskie puchary świata juniorów. Sześć lat już będzie jak się nie widzieliśmy. Szmat czasu. Zwłaszcza, że Tony miał wtedy lat 18, czy 19, a teraz jest już poważnym człowiekiem, dobijającym ćwierćwiecza. 

wp_20161217_17_38_41_pro
Nie mogło też zabraknąć okrętu wojennego. HMS Vampire.

Zanim jednak doszło do przenosin, Ania postanowiła zabrać nas na przejażdżkę po Royal National Park. Przeszliśmy się po buszu, zobaczyliśmy naprawdę wzburzone morze, bo pogoda była bardzo niespokojna, a na koniec nie dotarliśmy do Figure Eight Pools, bo fale były zbyt wysokie. Szkoda, bo na zdjęciach wyglądają bardzo pięknie. Cała eskapada zajęła nam dobrych kilka godzin, i późnym popołudniem zajechaliśmy do rodzinnej chałupy Tony'ego, gdzie mieliśmy spędzić kolejne pięć dni. 

wp_20161218_15_00_29_pro
A tak cieszyły się dziewczyny, kiedy dowiedziały się, że zdjęcie trafi na blog.

Marek

Las deszczowy i zwierzyniec, czyli jak przyroda Australii​ w końcu się objawiła

Deszczowy las deszczowy – Zwierzaki z torbami – Siła oceanu – Gierki na piasku

Do tej pory mieliśmy sporo szczęścia, jeśli chodzi o gospodarzy, a stawka została jeszcze bardziej podbita przez kolejnych. Karl okazał się bardzo sympatycznym i zabawnym nerdem. Informatyk z zawodu, wiadomo. Pogadaliśmy o grach, kinie, serialach. Zrelaksowaliśmy się oglądając filmy z jego kolekcji. Karl był dodatkowo tak miły, że zabrał nas swoim samochodem na wycieczkę.

wp_20161210_11_39_11_pro
Mgły lasu deszczowego.

Samo Coffs Harbour znane jest przede wszystim z pięknych plaż (a to nowość) i rezydencji Russella Crowe'a (na couchsurfingu jednak go nie ma), ale wystarczy wskoczyć kilkanaście km za miasto i wjeżdża się do parku narodowego. Można pospacerować po lesie deszczowym. Niestety, pogoda nie była tego dnia po naszej stronie. Nad lasem rozpościerała się gęsta mgła, która zmieniała się co jakiś czas w drobny, nieco dokuczliwy deszcz. Co robić? Las deszczowy postanowił nam pokazać, że jest faktycznie deszczowy, więc w sumie nie ma co marudzić. Zwłaszcza, że zaraz potem skoczyliśmy na piękną plażę, gdzie mogliśmy podziwiać potężne fale Pacyfiku. Niestety tym razem zbyt wielkie, by można było się w nich kąpać. Wystarczyło wejść po kostki do wody, żeby wiedzieć, że wejście dalej może grozić śmiercią lub kalectwem. Jednakowoż widok był niesamowity. Białe pióropusze fal z hukiem rozbijające się na przybrzeżnych skałach – coś wspaniałego.

wp_20161210_12_56_27_pro
Straszne z nich bałwany.

Następny przystanek – Newcastle. Tym razem dostaliśmy nagrodę za dobre sprawowanie – podwózkę złapaliśmy w tempie ekspresowym. Karl był tak miły, że zawiózł nas na stację benzynową przy autostradzie, a po kilkudziesięciu minutach siedzieliśmy w samochodzie z parą przesympatycznych Francuzów z Montpellier. Jechali aż do Sydney, ale podrzucili nas po drodze do Newcastle. Kucharze z zawodu, przebywają w Australii na wizie typu "pracuj i zwiedzaj". Gadaliśmy zatem o jedzeniu, piciu i o wszystkim co nam do głowy wpadło. Wesoło dobrnęliśmy do domu naszej kolejnej gospodyni – Lary, która mieszka w Newcastle ze swoją dziewczyną i dwoma czarującymi psiakami.

wp_20161211_15_06_10_pro
Glawdys i Pierre jechali prosto do Sydney, ale my mieliśmy jeszcze zaplanowany pobyt w Newcastle.

Lara była na prawdę kochana. Zabrała nas najpierw na wycieczkę do miejsca, gdzie można spotkać dziko żyjące kangury. Opowiedzieliśmy jej bowiem, jak to fauna australijska omijała nas dotychczas szerokim łukiem. Zabraliśmy więc worek marchewek i ruszyliśmy na skraj lasu, gdzie, jak zapewniała Lara, mieszkają kangury szare. Rzeczywiście, tym razem nie zawiedliśmy się w naszych nadziejach. Całe stado dzikich, ale bardzo przyjaźnie nastawionych kangurów z wielkim zaangażowaniem zabrało się za jedzenie przyniesionych przez nas marchewek. W nagrodę za prowiant dawały się nawet głaskać. Moim szczególnym zainteresowaniem cieszyła się samiczka z młodym kangurem w torbie, który nonszalacko wystawiał na świat głowę oraz jedną z tylnich nóg. Wyglądało to po prostu przekomicznie.

wp_20161212_12_33_28_pro
What's up Doc?

wp_20161212_12_28_43_pro
Kangurzyca z kangurzątkiem. Ktoś tu pójdzie z torbami.

Następnie wybraliśmy się do niewielkiego ogrodu zoologicznego, który znajduje się w pobliżu Newcastle, by zobaczyć niedźwiadki koala. Lara powiedziała nam, że zobaczenie misia w stanie dzikim jest dosyć trudne. Koale siedzą bowiem wysoko na drzewie i prawie cały czas śpią. Zoo było kameralne, ale bardzo sympatyczne. Oprócz osławionych misiów zobaczyliśmy też wombaty i wiele gatunków ptactwa.

wp_20161212_15_39_01_pro
Drzemiące koala w kameralnym zoo o bardzo niefortunnej nazwie "Blackbutt".

Zgodnie z przewidywaniami mogę przyznać, że misie koala są w prawdzie bardzo słodkie, ale nudne jak flaki z olejem. Jeden z niedźwiadków w czasie naszych odwiedzin postanowił wprawdzie wykonać szaleńczą ewolucję i przeniósł się z jednej gałęzi na drugą. Zaraz jednak znowu zapadł w sen, a Lara pogratulowała nam szczęścia, że w ogóle zobaczyliśmy jak miś się rusza.

wp_20161212_15_44_36_pro
Papuga jak papuga. Wszędzie tu pełno tego tałatajstwa , co spać nie daje.

Poznaliśmy też bardzo sympatyczną mamę Lary, która postanowił nas nakarmić. Mamy już tak mają. Zjedliśmy zatem pyszny lunch. Szczególnie wspaniałe były oliwki, faszerowane serem. Chyba najlepsze jakie jadłam w całym swoim życiu. Mam teraz taką traumę, że już mi żadne nie będą tak smakować. Ehhh. 

wp_20161212_13_32_03_pro
Nie me jak u Mamy…Lary.

Późnym popołudniem wybraliśmy się z Larą na plażę. Muszę przyznać, że plaża w Newcastle dostarczyła mi najwięcej radości ze wszystkich odwiedzonych do tej pory. Po pierwsze – były cudowne, wysoki fale, jednak nie tak wielkie, żeby nie można było wejść do wody. Pół godziny czystej frajdy. Uwielbiam niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju uczucie, gdy silna fala pozbawia mnie na chwilę kontroli nad ciałem, pcha z całej siły w stronę brzegu i nie mogę przed nią uciec. Mogę się tylko poddać, być w zgodzie z tą niezwykłą siłą. Wszyscy Australijczycy, którym opowiadam jaka to dla mnie radość, twierdzą, że powinnam spróbować surfingu. Kto wie…

wp_20161212_17_59_04_pro
Plaża bardzo przyjemna i nieszczególnie zaludniona, a do tego wspaniałe fale.

Marek, który do włażenia do wody podchodzi z, delikatnie mówiąc, dużym dystansem, na szczęście się nie nudził. Na plaży odbywał się bowiem traning siatkówki plażowej. Lara przychodzi tu co tydzień, żeby towarzysko sobie pograć. Kiedy więc wróciłam na plażę po kąpieli Marek właśnie rozgrywał zacięty mecz "chłopacy na dziewczyny!". Z wielkim zainteresowaniem śledziłam zmagania. Zwłaszcza, że spotkanie nie było jednostronne i w pewnym momencie obie drużyny szły łeb w łeb. Niestety chłopcy przegrali, ale tylko dwoma punktami, więc wstydu nie było 😉

Ania

Droga przez mękę, czyli męki w drodze

Ze stolicy bydła na wybrzeże – Król Queenslandu – Syzyfowa droga – Trzech wybawców – Królowa nocy

Jak się pewnie domyślacie, w związku z tym, że w Rockhampton spróbowaliśmy goon i spędzaliśmy czas w imprezowym gronie, nie zobaczyliśmy właściwie nic. Samo miasto nie jest zresztą ciekawe. Słynie przede wszystkim z tego, że jest stolicą bydła w Queensland. Chodzi oczywiście o krowy. Jako, że Ben musiał wyjechać do pracy wcześnie rano, wstaliśmy bladym świtem, co przy autostopowaniu zawsze popłaca. Zwłaszcza, że do przejechania mieliśmy tym razem dłuższy dystans. Do Maroochydore, mieliśmy ponad 400 km.  Niestety tego dnia musieliśmy przejść 9 km do miejsca, gdzie łapanie okazji miało większy sens, a potem przyszło nam trochę poczekać. Pierwsza podwózka podrzuciła nas tylko trochę dalej, a potem nastąpiły dwie godziny czekania. 

Na szczęście nauczeni jedną, niewielką wpadką z opalaniem, zaopatrzyliśmy się w krem z filtrem 50+, ale stanie w pełnym słońcu, tuż przed południem i tak do najzdrowszych ani najprzyjemniejszych nie należy. Co jednak było robić? Na szczęście zanim skończyła nam się woda zatrzymał się przy nas duży jeep, a w nim para australijskich "bogan", czyli ichnich "rednecks". Nie zrozumieliśmy wszystkiego, co mówili, ale byli bardzo przyjaźni (też mi nowość) i podrzucili nas na stację benzynową, gdzie mieliśmy dostęp do wody, cienia i kierowców. Odpoczęliśmy trochę, napiliśmy się i postanowiliśmy uderzyć na wprost, czyli nie łapać na kciuk, tylko pytać bezpośrednio. Już za drugim razem sztuka się udała. Kierowca jechał nawet do Maroochydore, ale niestety dopiero następnego dnia. Podwiózł nas 50 km i zostawił w całkiem korzystnym miejscu, gdzie mogliśmy nagabywać kierowców przy stacji benzynowej albo łapać bezpośrednio z drogi.

wp_20161206_11_14_29_pro
Krótki odpoczynek w zbawiennym cieniu

Tym razem poszło jak z płatka. Jeden z kierowców podsłuchał rozmowę Ani z pewną kobieciną i powiedział, że jedzie do Brisbane, więc może nas wyrzucić po drodze. Rzucił jeszcze, że musi poczekać 10 minut, bo regulaminowa przerwa, ale żebyśmy poczekali przy jego wozie. Oto wóz:

wp_20161206_12_04_29_pro
Nasz nowy Volvo, czyli 25 metrów, 70 ton i bardzo wygodna kabina 🙂

Spełniło się więc kolejne, wielkie marzenie Ani – miała podróżować wielgachną ciężarówą. Andy, nasz kierowca, dbał bardzo o to, by podróż zleciała nam w jak najlepszych humorach i przy jak najlepszej muzyce. Jeździ ciężarówkami już 35 lat, sporo w życiu widział, sporo przeżył, a że nigdy nie ruszał się poza Australię, wie wszystko najlepiej i nie sposób z nim dyskutować ;). Nie było to jednak konieczne. Andy rozśmieszał nas co chwila kawałami, anegdotami, opowieściami o Qeenslandzie, a to wszystko przy akompaniamencie Creedence Clearwater Revival. Bawiliśmy się naprawdę wspaniale i żal było wysiadać. Jeszcze na odchodnym Andy zostawił nam numer telefonu i powiedział, że gdybyśmy jadąc dalej za kilka dni utknęli w okolicach Brisbane, mamy śmiało dzwonić, bo on i tak nie będzie mieć nic do roboty. Przyjedzie po nas swoim zielonym porszakiem i podrzuci kawałek. Nawet gdyby miało to oznaczać, że przekroczy granicę między Queensland i Nową Południową Walią. 

wp_20161206_12_04_15_pro
Ania bardzo ucieszona takim potworem. Ciężarówką też.

W Maroochydore nie zobaczyliśmy wiele, bo dopadła mnie mała niestrawność, ale mogliśmy bardzo wygodnie odpocząć w mieszkaniu Laury i Mirko, pary Niemców. Niestety przyjechaliśmy w tygodniu, więc zbyt wiele się nie pointegrowaliśmy, ale wieczorami mogliśmy miło pogadać, a Laura podwiozła nas na autostradę, jadąc do pracy. Niestety na stację benzynową miała za daleko, więc wylądowaliśmy przy bardzo szybkim odcinku Bruce Highway, która przestała być jednopasmową ścieżynką,a przedzieżgnęła się w motorway z prawdziwego zdarzenia. Samochodów od groma, ale wszystkie grzały naprawdę szybko, więc trudno było coś zatrzymać. Poszliśmy więc przed siebie, szukając trochę lepszego i bezpieczniejszego miejsca.

wp_20161207_19_18_31_pro
Laura, Ania i kolacja.

Niedługo potem ulitował się się nad nami gentleman z RPA – podwiózł na stację benzynową i postawił kawę. Pół godziny później podeszła do nas kobieta i sama zaproponowała podwiezienie w okolice Brisbane, dokąd podróżowała ze swoją siostrą. Bardzo sympatycznie się gawędziło, a panie wyrzuciły nas w bardzo wygodnym miejscu, ale znajdującym się nie przy tej drodze co trzeba, a do tego przy pasie, jadącym w przeciwnym niż my kierunku. Droga do Coffs Harbour, prawie 500 kilometrowa, miała się trochę skomplikować. Pogłowiliśmy się trochę nad wyjściem z sytuacji, a potem zdecydowaliśmy się skontaktować z Andym. Odpisał, że za godzinę powinien pojawić się na horyzoncie,  jadąc bokiem i zostawiając za sobą kłęby dymu. 

wp_20161208_06_53_56_pro
Kawa kupiona przez kierowcę smakuje dwa razy lepiej 🙂

Jak powiedział, tak zrobił. Może bez tych kłębów. Znowu było nam bardzo wesoło, Andy wyłożył nam kilka swoich niezaprzeczalnie prawdziwych teorii o życiu,  śmierci i życiu po śmierci, a następnie wydał z siebie przerażający wrzask, który niechybnie oznaczał, że wjechaliśmy do Nowej Południowej Walii. Na całe szczęście nie spłonęliśmy od tego na popiół, za to Andy podrzucił nas do naprawdę wielkiej stacji serwisowej. Parking jak się masz, restauracje całodobowe, prysznice, masa ludzi. Dziękowaliśmy mu długo i wylewnie.  W końcu znowu uratował nam zadki i wydawało się, że dalsza droga będzie tylko formalnością. 

wp_20161206_17_59_50_pro
Andy, czyli najlepszy kierowca ciężarówek na południe od bieguna północnego! Zdjęcie zrobione po pierwszej podwózce.

Niestety szło nam jak po grudzie. Po dwóch godzinach czekania, byliśmy trochę zniecierpliwieni, więc skorzystaliśmy z pierwszej okazji, by chociaż trochę posunąć się naprzód. Upewniliśmy się, że kierowca będzie mógł nas dowieźć do jakiejś stacji, podobnej do tej, na której akurat byliśmy i…okazało, się, że kierowca się pomylił. Miejsce było fatalne, nie przy samej autostradzie, ludzie jechali właściwie tylko do pobliskiego Byron Bay. W końcu machnęliśmy ręką i powiedzieliśmy sobie, że może przy wyjeździe z miasta będziemy mieli lepsze szanse. Ehhhh…

wp_20161206_13_37_32_pro
Niestety widok z kabiny Andy'ego był już tylko odległym wspomnieniem…

Nikt, po prostu nikt nie jechał dalej na południe. Wszyscy na zachód albo północ. Kolejne godziny bezowocnego autostopowania, słońce powoli zbliżało się do horyzontu, więc podjęliśmy decyzję, że jeśli będzie okazja, to cofniemy się do wielkiej stacji serwisowej, na którą podrzucił nas Andy. To raptem 40 kilometrów, szanse będziemy mieli większe, a w razie czego jedzenie i spanie na wyciągnięcie ręki. Niestety nikt nie jechał aż tak daleko na północ i kiedy już zaczęliśmy planować jak zorganizować sobie nocleg w Byron Bay, zatrzymała się Toyota z kolejnym naszym wybawcą. Bez był Izraelczykiem, który prawie całe życie spędził jeżdżąc po świecie, a ostatnie 16 lat mieszka w Brisbane. Jak twierdzi, wiele podróżował autostopem, więc teraz zawsze wypatruje ludzi przy drodze i pomaga. Aj waj!

Mimo, że jechał do Brisbane, zgodził się na chwilę zawrócić do znajomej nam już stacji. Sytuacja była kiepska, ale ostatni epizod podniósł nas na duchu i z lżejszym sercem próbowaliśmy wykorzystać ostatnie promienie słoneczne, by złapać okazję. Nie udało się, a do tego zaczęło padać. Wzięliśmy plecaki na bary i wycofaliśmy się do wnętrza, żeby zjeść coś ciepłego. Usadowiliśmy się wygodnie, karton z napisem "Coffs Harbour" ustawiliśmy tak, by jak najwięcej ludzi go widziało i czekaliśmy. Zaznajomiliśmy się w tym czasie z polskim Amerykaninem, który dorabiał sprzątając na stacji. Pogadaliśmy raz, drugi, postawił nam kawę, pozwolił uzupełnić wodę w pokoju dla personelu. Wyglądało na to, że noc spędzimy w średnich warunkach, ale wśród życzliwych ludzi. 

wp_20161208_18_50_49_pro
Fotografia zawiera lokowanie produktu.

Oczywiście już wcześniej nawiązałem kontakt z gospodarzem w Coffs Harbour, przepraszając za sytuację i pytając czy możemy do niego dołączyć nazajutrz. Odpowiedział, że nie ma problemu, a gdybyśmy dojechali w nocy, to mamy po prostu głośno zapukać. Ania na dobrą sprawę już spała, a moje oczy też zaczynały się kleić, kiedy usłyszałem głos, jakby z zaświatów: "Going to Coffs?". Uniosłem głowę i zobaczyłem uśmiechniętą blondynkę, która oznajmiła, że nie ma za dużo miejsca w samochodzie, ale jedzie do Coffs Harbour i chętnie nas zabierze. Ależ się ucieszyliśmy! Pożegnaliśmy się szybko z Amerykaninem i zapakowaliśmy do samochodu naszego trzeciego wybawcy. 

Katie należy do tych kierowców, którzy kochają podróżować nocą, trasę do Coffs robi regularnie i zawsze zatrzymuje się na "naszej" stacji, żeby zatankować i coś przekąsić. Ależ się ucieszyliśmy! Aż zapomnieliśmy, że chce się spać. Oczywiście nie wypadało też nie dotrzymywać towarzystwia kierowcy. Gadaliśmy więc o filmach (Katie to prawdziwa kinomanka) i muzyce, a skoro rozmawialiśmy o muzyce, Katie puściła swoją playlistę, która równie dobrze mogła być moją playlistą. Czyli kapitalny gust muzyczny posiada ;).

Rozmawialiśmy i śpiewaliśmy na przemian, w szampańskich humorach mknąc do Coffs Harbour. Poznaliśmy się trochę lepiej i przy okazji standardowych pytań o pracę, usłyszeliśmy od Katie, że jest prostytutką. Żartowała tego wieczoru wiele razy, a po ciszy jaka zapadła w samochodzie, roześmiała się bardzo głośno, ale okazało się, że owszem, to właśnie jest jej zawód. 

Pierwszy raz przyszło nam rozmawiać z osobą pracującą, jak to ona ujęła, w seks biznesie, więc nie bardzo w pierwszej chwili wiedzieliśmy jak ugryźć temat. Katie była jednak tak pozytywna i tak otwarta, że nie czuliśmy się nieswojo. Skupiliśmy się głównie na prawnych i społecznych aspektach zawodu, a rozmowa była naprawdę bardzo interesująca. Katie lubi swoją pracę i mogła nam opowiedzieć jak cały ten sektor jest regulowany, jak działa w poszczególnych stanach, jak odbierany przez ludzi en masse, a jak przez rodzinę. 

O 2.30 w nocy, po 16 godzinach autostopowania, dojechaliśmy w końcu do celu. Pożegnaliśmy się z roześmianą Katie i zostaliśmy przywitani przez rozespanego Karla, który pokazał nam tylko nasz pokój, a potem wszyscy zasnęliśmy snem zbawiennym, sprawiedliwym i zasłużonym.

Marek

Surfowanie po wybrzeżu, czyli powoli przez Queensland

Dziękczynienie australijskie – Pierzchła fauna – Wojskowy i hipiska – Witaminy i złe wino

Tak oto zaczęła się nasza wielka australijska przygoda. Marzenie zobaczenia tego miejsca zrodziło się po raz pierwszy w moim sercu, gdy dzieckiem będąc, przeczytałam książkę "Tomek w Krainie Kangurów" Alfreda Szklarskiego.

wp_20161128_13_15_59_pro
Ocean, Beau i my, czyli beaux 😉 Z tyłu widać instalację sieci przeciw płaszczkom. Nie sprawdza się przeciw meduzom.

Przez kolejne dwa tygodnie powoli podróżowaliśmy przez Queensland (jeden z sześciu stanów Związku Australijskiego), jadąc wybrzeżem w stronę Sydney. Najpierw jednak czekało nas przyjęcie u Beau i Gary'ego z okazji Święta Dziękczynienia. Poznaliśmy podczas imprezy bardzo sympatycznych znajomych naszych gospodarzy. Okazało się, że jeden z nich – Peter, były marynarz australijskiej marynarki wojennej, grywa na gitarze w pobliskiej knajpce. Następnego wieczora trochę się więc ukulturalniliśmy i poszliśmy na kameralny występ. Później wraz z Peterem i jego dziewczyną Nicky, siostrą Vicky i jej przyjaciółką Frances, skoczyliśmy obejrzeć Cairns nocą z bardzo ładnego punktu widokowego.

wp_20161127_17_02_03_pro
Peter vel Ino Reeves, to duży facet z wielkim sercem. Wykonał też najlepszy cover "I will survive" jaki w życiu słyszeliśmy 😉

Mieliśmy sporo szczęścia, bo w tym samym dniu, w którym zmierzaliśmy do kolejnego miejsca – Townsville, w interasach jechał tam również Beau. Zawiózł nas, a po drodze starał się pokazać trochę fauny australijskiej, a mianowicie walabie (mylone często z kangurami), kazuary oraz emu. Jako expracownik zoo wiedział gdzie szukać. Niestety zwierzaki chyba usłyszały, że zbliżają się dwaj groźni, jadowici Polacy i dały nogę. Nie wychyliły zza krzaków nawet pazura i niestety taki właśnie pech towarzyszył nam przez dłuższy czas. Na szczęście Beau raczył nas różnego rodzaju opowieściami o zwierzakach, co trochę złagodziło cios. Obejrzeliśmy też sporo pól uprawnych, gdzie rosła gęsto trzcina cukrowa, oraz sadów pełnych drzew mango. Co jakiś czas z oddali wyłaniał się komin fabryki cukru. Gęsty dym wydobywający się z niego to jednak tylko para wodna i nie szkodzi środowisku.

wp_20161128_14_11_34_pro
Pola trzciny cukrowej ciągną się w Queenslandzie po horyzont, co jakiś czas ubarwiane pióropuszem z fabrycznych kominów.

Nie mieliśmy szczęścia jeśli chodzi o obserwowanie zwierzyny, ale kolejni gospodarze trafiali się znakomici. W Townsville zaopiekował się nami kapitalny kapitan Lachlan – pilot helikoptera w armii australijskiej, służący w pobliskiej bazie wojskowej. Wraz z dwoma kolegami, również pilotami, wynajmują w mieście wielgachną dwupiętrową willę z basenem.

wp_20161129_18_26_09_pro
Taras w "Villa Lachlania". Ania relaksowała się cały dzień, więc teraz musi się zrelaksować przed wieczornym relaksem.

Samo Townsville nie jest zbytnio ciekawe turystycznie. Oczywiście, jak każde miasto na wybrzeżu ma plaże, a dodatkowo bardzo malownicze wzgórze, które stanowi także punkt widokowy, ale to wszystko. Przynam jednak szczerze, że dom Lachlana był tak nieprzyzwoicie wygodny i miły, że nawet nam do głowy nie przyszło opuszczać teren posesji przez następny dzień. Pisaliśmy, pojadaliśmy mango i słchładzaliśmy się w basenie, a wieczorem gadaliśmy z Lachlanem przy pysznym, australijskim winie.

wp_20161130_07_00_06_pro
A oto i kapitan Lachlan O'Kane we własnej osobie. Podrzucił nas na autostradę. Niestety nie helikopterem.

Następny przystanek – Bowen. Autostop nie przedstawiał żadnych większych trudności. Lachlan podwiózł nas do Bruce Highway, głównej drogi na południe, a oczekiwanie na złapanie okazji nie przekraczało 15 minut. Do tego już pierwszy kierowca jechał dokładnie tam, gdzie my.  Bowen to maleńka mieścina, która chwali się tym, że ma najpiękniejsze plaże w Australii. Jak się następnie okazało jest to wspólna cecha wszystkich miasteczek nabrzeżnych w tym kraju – mieszkańcy każdego z nich twierdzą, że to właśnie oni mają najpiękniejsze plaże. Faktem jest jednak, że Bowem jest stolicą mango. Tutejsze owoce uchodzą za najlepsze w całym kraju.

wp_20161202_09_41_52_pro
Anji przygarnęła nas na dwie noce i trochę rozruszała nasze mózgownice egzystencjalnymi rozmowami 🙂

Zamieszkaliśmy na dwa dni u Anji – sympatycznej, umiarkowanej hipiski. Wyskoczyliśmy razem na plażę, pozbieraliśmy muszelki, pojedliśmy owoców, pogadaliśmy o życiu, ponuciliśmy piosenki. Brzmi może jak lenistwo, ale to lenistwo zaplanowane. Obiecaliśmy sobie, że po Australii będziemy surfować powoli. Z resztą człowiek tu ma takie poczucie, że nie trzeba się spieszyć. Po co? Jest ciepło. Co ja mówię – gorąco! Tak gorąco, że można robić dwie rzeczy – leżeć w cieniu i kąpać się w morzu. Nawet jeść sie za bardzo nie chce. Aczkolwiek stek na pół zawsze brzmi jak dobry wybór na kolację. 

wp_20161201_11_27_40_pro
Plaże w Bowen są rzeczywiście przepiękne i bardzo nastrojowe 🙂

Mackay – kolejny przystanek i kolejny łatwy autostop. Anji wywiozła nas za miasto i nim zdążyła zniknąć nam za horyzntem, pojawiło się dwóch uśmiechniętych koleżków, prosto z siłki. Zawieźli nas prosto do Mackay. Dojechaliśmy tak wcześnie, że na naszego gospodarza musieliśmy czekać sześć godzin. Na szczęście niedaleko jego mieszkania znajduje się Blue Water Lagoon – darmowy basen miejski. Walnęliśmy się w cieniu i poczytaliśmy trochę.

15311040_10157763756375237_1858183316_o
Razem z Gregiem upichciliśmy tradycyjne polsko-australijskie spaghetti z meksykańskim sosem.

Kolejny gospodarz to kolejny uśmiechnięty Australijczyk – Greg. Zostaliśmy mile zaskoczeni faktem, że posiadał, oprócz przestronnego mieszkania, grę planszową "Świat Dysku", w którą grywaliśmy w Polsce. Greg od razu zarządził partię i mimo, że skopał nam tyłki, graliśmy z prawdziwą przyjemnością. Dawno już nie było okazji spędzić wieczoru przy winie i grach.

wp_20161202_21_42_15_pro
Walka o dominację w Ankh Morpork rozpoczęta. Kto zwycięży? Już napisaliśmy, że Greg, ale mimo wszystko…kto? No dobrze, dobrze, Greg.

Greg dał nam również spróbować australijskiego specjału, vegemite. Ciekawa sprawa – jest to zasadniczo produkt uboczny produkcji piwa, wzbogacona doatkami warzywnymi, ciemnobrązowa, lśniąca pasta. Nie zawiera jednak alkoholu,  za to sporo witamin i minerałów. Jest zatem bardzo, bardzo zdrowy. Każda porządna australijska mama serwuje go na kanapkach dzieciom, zalecany jest także kobietom w ciąży, jako bogate źródło kwasu foliowego. Jedni go uwielbiają, inni nie znoszą, a my uplasowaliśmy się gdzieś po środku. Vegemite smakuje trochę jak magi, więc jakieś strasznie niedobre nie jest, ale też nie powala. Wszyscy, którzy je jadają, tłumaczą, że to "cienką warstwą na chlebku trzeba" i wtedy będzie pycha. Ok, ok, se smarujta te Vegete jak musicie – ogórasa kiszonego i tak nic nie przebije!

wp_20161203_10_18_09_pro
Ludzie jedzący vegemite, zwani są również Vegemitami. Przez niektórych. Przeze mnie.

Z Mackay musieliśmy wyruszyć na piechotę, bo Greg ze swoją dziewczyną ruszyli w góry poprzedniego wieczoru, ale był tak miły, że zostawił nam klucze. Wymaszerowaliśmy za miasto i szybko złapaliśmy okazję. Tristan, wielki podróżnik i wielki gaduła – podwiózł nas w swoim białym furgonie pod drzwi kolejnego gospodarza, Bena, studenta politechniki z Rockhampton.

wp_20161204_13_18_54_pro
Podczas jazdy z Tristanem musieliśmy wypić cały nasz zapas wody, bo gadaliśmy bez ustanku.

Młodzieniec ten wraz ze swoimi kolegami przedstawił nas tradycyjnemu napitkowi australijskich studentów. Goon to teoretycznie wino, a właściwie zlewki z produkcji wina. Sprzedaje się je w 4 litrowych kartonach. Już od Cairns słyszeliśmy jakie to jest blee i fuj, i w związku z tym musieliśmy oczywiście spróbować. Chcieliśmy przekonać się na własnej skórze, a chyba nie było lepszej okazji do takiego wybryku, jak w grupie studenckiej. Eksperyment podsumować można w jeden sposób – goon jest faktycznie wyjątkowo kiepskim napitkiem, a jego wypicie może powodować przykre konsekwencje o poranku. Może to i dobrze, że Vegimite zjedliśmy wcześniej.

wp_20161204_20_03_38_pro
Chryste….

Kolejne dni obfitowały w ważkie wydarzenia i mrożące krew w żyłach…no dobrze, może nie mrożące, ale na pewno ważkie. Zwierzęta przestały nas w końcu unikać, spotkałam się z prawdziwą siłą oceanu i spełniłam marzenie, które powstało już na początku naszej podróży, a Marek rozegrał dramatyczny mecz w siatkówkę plażową…ale o tym już następnym razem.

Ania

Czas przekroczyć równik, czyli hajda na antypody!

Pożegnanie z Azją – Żar tropików – Zwierzyniec u Beau – Kraina ludzi radosnych

Ostatni dzień w Japonii zaczął się od…śniegu. Co za złośliwość. Wylot mieliśmy dopiero pod wieczór, więc mogliśmy zbierać się powoli. Śniadanie, kawa, potem lunch na słodko, czyli nasz ostatni wspólny posiłek z Emmą, a potem pożegnania czas. Trudno nam było opuszczać tak gościnne progi, bo czuliśmy się tam jak w naszym japońskim domu, a Emma obdarzyła nas siostrzaną troską. Trzeba było jednak wyjść na ten przeklęty śnieg, żeby polecieć tam, gdzie żaden śnieg nam nie groził.

wp_20161124_12_56_27_pro
Przed podróżą trzeba się wzmocnić!

Jedna linia metra, druga linia metra, trzecia linia metra i w końcu dojechaliśmy na lotnisko w Naricie. Odprawa, trochę opóźnienia (pewnie z powodu śniegu) i w końcu start. Nie przepadam za nocnymi lotami, bo niewiele widac z góry, a poza tym choćbym spał cały czas, to i tak się nie wyśpię. W efekcie traci się trochę z następnego dnia, ale przynajmniej nocleg wliczony jest w cenę biletu.

wp_20161124_15_04_36_pro
Pomimo nienajlepszej aury i porzucenia Emmy, nastroje mieliśmy całkiem niezłe.

Sześć i pół godziny lotu nie należało do najlepszych, zwłaszcza, że na fotelu przed nami leciało zestresowane dzieciątko, ale i ono, i my daliśmy radę. Australijskie służby celne powitały nas tyleż przyjaźnie co skrupulatnie. Prawa dotyczące przewożenia żywności, nasion, zwierząt, muszli etc. są w Australii bardzo restrykcyjne, więc zostaliśmy porządnie przemaglowani przynajmniej trzy razy. Widzieliśmy jak niektórzy podróżni musieli zjadać śniadanie w trybie przyśpieszonym, bo tofu, które kupili w Japonii, nie miało prawa znaleźć się na australijskiej ziemi.

wp_20161124_09_31_34_pro
Taka pogoda żegnała nas w Japonii…

Celnicy oczywiście szalenie sympatyczni, uśmiechnięci, ale bardzo uważnie przyglądają się, gdy wysłuchują odpowiedzi na zadane pytania. Delikatna presja, ale jednak presja. Przy czym nie bawią się w durne gierki uskuteczniane w Chinach, Japonii czy Tajwanie, gdzie trzeba wpisać adres hotelu lub domu w którym się zatrzymujesz. Wcześniej zmuszeni byliśmy podawać trefne adresy, pierwszych lepszych hosteli. Tutaj w odpowiedzi na nasze tłumaczenia, że nie będziemy mieć stałego adresu, pani w okienku wpisała w naszą kartę imigracyjną "Friend's house in Cairns". Proste? Proste.

wp_20161125_05_38_24_pro
A takie widoki powitały nas w Australii. I nie chodzi koniecznie o szlaban.

Po przejściu przez wszystkie kontrole, wyszliśmy do hali przylotów i daliśmy znać naszemu gospodarzowi z couchsurfingu, że przybyliśmy. Jeżeli chodzi o organizowanie sobie noclegów w Australii, to nie mieliśmy z tym najmniejszych problemów. Zaczęliśmy rozsyłać wiadomości jeszcze w Japonii i zanim wylecieliśmy, połowę trasy do Sydney mieliśmy zaklepaną. W kolejnych kilka dni uzgodniliśmy resztę i nie musieliśmy się o nic martwić. Australia! Beau, nasz gospodarz w Cairns już wcześniej napisał, że nie ma najmniejszego probemu, wyjedzie po nas na lotnisko o piątej rano, bo transport publiczny w zasadzie tam nie istnieje.

Zrzuciliśmy z siebie ciepłe ubrania, powiedzieliśmy "papa" butom górskim oraz nogawkom, a potem wyszliśmy z hali, by zobaczyć jak ta cała Australia wygląda. Ciepło, słońce leniwie wstaje i przebija się przez nieliczne chmury, powietrze pachnące lasem deszczowym, ptactwo tropikalne nadaje aż miło. W oddali wzgórza, zielone do zakochania, a przecież to "tylko" australijskie lato. Już pierwsze minuty w Queensland mowią nam, a raczej krzyczą do nas, że będzie nam tutaj wspaniale. Niedługo potem podjechał pod nas Beau. Potężnie zbudowany, eks pracownik zoo, obecnie pracujący z dziećmi, które przeszły różnego rodzaju traumy. Uśmiechnięty, wyluzowany, wita się z nami jakbyśmy się znali od dawna.

wp_20161128_11_05_10_pro
Nasze pierwsze, australijskie lokum 🙂

Ładujemy się do auta, a Beau opisuje nam okoliczną okolicę, niektóre gatunki zwierząt żyjące w buszu i w mieście. Kluczy trochę po samym Cairns, żeby pokazać nam co i gdzie. Jeszcze kontaktujemy, chociaż rozmowa nie idzie tak płynnie jak byśmy chcieli. Zaczyna dopadać nas senność. W końcu dojeżdżamy do domu. Przestronny, jeszcze w pełni nie urządzony, ale za to bardzo zamieszkany. Jest husky, jest buldog amerykański, jest kociątko, rybki, żółw wodny, smok (o imieniu Daenerys). Na koniec poznajemy też partnera Beau, Gary'ego – Amerykanina z Kolorado. Po krótkim zapoznaniu z całym towarzystwem, padamy na twarz i odsypiamy lot. Cairns może na nas poczekać.

wp_20161125_10_42_26_pro
Domownicy byli niezwykle przyjaźni

Pospaliśmy sobie smacznie – dobry początek w zupełnie nowym kraju. Na nasze szczęście Beau nie musiał tego dnia pracować i tylko kursował między centrum, a przedmieściami, żeby przywieźć jedzenie i krzesła na zbliżającą się imprezę. W związku z tym, że Gary to Amerykanin, postanowiono, że trzeba urządzić przyjęcie na Święto Dziękczynienia. To niechybnie wypada w czwartek i w związku z brakiem wolnego dnia piątkowego, świętować mieliśmy w sobotę.

wp_20161128_08_51_13_pro
Chociaż niektórzy okazywali sympatię w specyficzny sposób.

Beau podrzucił nas do miasta i powiedział, że zależnie od pory naszego powrotu on lub Gary zgarną nas później z powrotem. Zaczęliśmy od zakupów. Musieliśmy zorientować się w ofertach firm telekomunikacyjnych, kupić po koszulce i spodenkach na osobę, a także ogólnie zorientować się w cenach. W Australii tanio nie jest i promocje w supermarketach, miały stać się potężnymi sojusznikami w trzymaniu naszego budżetu na wodzy. Postanowiliśmy sobie, że na antypodach będzie mniej zwiedzania, więcej leniuchowania, więc czasu na zakupy i gotowanie również przybyło.

wp_20161128_08_51_07_pro
A niektórzy zachowywali stoicki spokój.

Znaleźliśmy się więc w centrum handlowym, w zupełnie nowej rzeczywistości. Nagle zaczęliśmy rozumieć wszystko, co mówią ludzie na około…Hahahahaha, no dobrze. Zaczęliśmy się domyślać, co ludzie mówią na około, bo do oswojenia się z australijskim akcentem trzeba czasu. Fakt pozostaje jednak faktem – bariera językowa przestała istnieć. Ostał nam się ino płot językowy. Taki do przeskoczenia. Oprócz tego zmieniło się nastawienie ludzi. Uśmiechy od ucha do ucha, wysokie prawdopodobieństwo, że mijana przez ciebie osoba powie ci nagle "Hello, how ar ya, noaff  sdfos ijgdb". Zrozumiesz drugą część, czy nie, banan na twarzy pojawia się sam i nie potrafisz go powstrzymać. Doprawdy nieznośne! 

wp_20161125_15_34_00_pro
Oprócz błękitnego nieba…W drodze nad ocean 🙂

Po zakupach wyszliśmy na miasto i poszwędaliśmy się po głównych arteriach, chociaż z trudem można je tak nazwać. Cairns nie jest duże, chociaż, jak wiele australijskich osiedli, rozległe. Przestrzeni życiowej na kontynencie nie brakuje, więc ludzie nie muszą się szczególnie tłoczyć. W ogóle wydaje się, że mało muszą. Luz, przyjacielskie podejście do bliźniego i do przodu. Kraj prosperuje, ceny są w porywach 3-4 razy wyższe niż w Polsce, a pensje 8-10 razy większe. Tak to bywa jeśli do dyspozycji ma się cały kontynent, pełen surowców naturalnych, wielkich przestrzeni do hodowli zwierząt czy uprawy sadów owocowych, trzciny cukrowej i wina. Oczywiście nie jest to wszystko tak proste, jak się wydaje, ale porównując z resztą świata, okoliczności bywają tu wyjątkowo sprzyjające. A do tego McDonald's nie jest najtańszym fast foodem! Aaaaaaa! 

wp_20161125_15_34_49_pro
Wszędzie, kurka wodna, daleko!

Przeszliśmy się nad ocean, zobaczyliśmy pierwszą choinkę wśród palm, złapaliśmy trochę życiodajnego słońca, które tutaj bywa wyjątkowo zabójcze. Na billboardach, w radiu, w telewizji pełno jest kampanii mówiących o tym, żeby dokładnie smarować się, przed wyjściem na zewnątrz. Rak skóry to w Australii bardzo poważny problem.

wp_20161125_15_55_02_pro
Krok po kroczku, krok po kroczku, najpiękniejszy w całym roczku…

Myśleliśmy, że naszą bolączką będzie wysoka wilgotność, ale tak po prawdzie, to nie była ona większa niż w Kutaisi czy w Kantonie. Było gorąco, owszem, ale bardzo przyjemnie gorąco. Pocieszyliśmy się jeszcze trochę widokiem oceanu i wesołych ludzi, a potem razem z Garym, który wracał z pracy, pojechaliśmy do domu. Wieczór upłynął nam na leniwej rozmowie przy kolacji i obejrzeniu paru odcinków The Walking Dead. Zmęczenie jakie odczuwaliśmy pod koniec wizyty w Japonii, ulotniło się gdzieś nie wiadomo gdzie.

wp_20161125_16_25_12_pro
No bo jak tu być zmęczonym? 😉

Marek

Zmęczeni w Tokio, czyli miasto totalne

Pies i złota kupa – Turytyczna atrakcja z tłumu – Świątynia i nie świątynia – Ostatnia pieśń

Tokio…kolejne miasto, które bardzo chciałam zobaczyć, ale jednocześnie wiedziałam, że najprawdopodobniej mogę mieć problemy z jego polubieniem. Japonia sprawdziła się we wszystkich moich przewidywanich, więc i to ostatnie nie mogło odbiegać od normy. Przyznam szczerze, że żadne miasto mnie do tej pory tak nie zmęczyło jak Tokio. Co nie oznacza, że nie warto tego wszystkiego przeżyć. Bo warto.

wp_20161123_15_06_46_pro
Jest kebab, jest KEN. Czasem można poczuć się w Tokio jak w domu 😉

Dlaczego Tokio tak męczy kogoś z zewnątrz? Z wielu powodów. Po pierwsze ciężko się w tym mieście zorientować. Jest olbrzymie i nie wiadomo do końca gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Nie ma centralnego punktu czy starówki (punkt odniesienia w mieście dla każdego Europejczyka). Są oczywiście mniej i bardziej uczęszczane miejsca, znane ulice i świątynie. Tu jednak pojawia się problem numer dwa – mrowie ludzi. Populacja Tokio wynosi ponad 13,5 miliona, a sytem podziału aglomeracji tokijskiej jest szalenie skomplikowany.

wp_20161123_14_53_17_pro
Czasem zdarzały się chwile wytchnienia i mieliśmy trochę miejsca dla siebie.

Do Tokio miałam jednak inne podejście niż do Kioto. Tu chciałam zobaczyć osobliwości miasta, które znałam z przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Świątynie? Ok, ale po drodze. Najpierw wybraliśmy się więc do sławetnego w całej Japonii pomnika psa Hachiko, którego historia jest bardzo wzruszająca. Otóż Hachiko, psina rasy akita mieszkał w Tokio ze swoim panem, profesorem uniwersytetu. Hachiko codziennie odprowadzał właściciela na stację metra, gdy ten podążał do pracy i czekał do wieczora na jego powrót. Profesor Hidesaburo Ueno zmarł w czasie pracy, jednak piesek nie zaprzestał swoich wycieczek na stację. Codziennie przez 10 lat nadal czekał aż jego pan powróci. Hachiko stał się bohaterem narodowym, symbolem oddania i przywiązania. Przyczynił się także do rozpowszechnienia rasy akita.

wp_20161123_14_34_12_pro
Symbol wierności i przywiązania. No i ten japoński pies w tle.

Pomnik Hachiko stoi tuż obok stacji Shibuya. Jeśli istnieje jekieś widoczne w europejskim rozumieniu centrum Tokio, to właśnie przy tej stacji. To taka warszawska "patelnia", miejsce spotkań, punkt turystyczny, przy którym znajduje się chyba najsławniejsze skrzyżowanie świata. Nietypowa zmiana świateł i kierowanie ruchu ulicznego powodują, że najpierw przejeżdżają w odpowiedniej kolejności wszystkie smochody, a następnie przechodzą piesi. Wszyscy na raz. Wygląda to, muszę przyznać, niezwykle spektakularnie. Podczas jednej zmiany świateł jednocześnie ze wszystkich stron rusza kilka tysięcy osób. Warto wspiąć się do pobliskiej kafejki Starbucksa i zobaczyć zmianę świateł z góry. 

wp_20161123_14_50_29_pro
Gotoooowiiii….

wp_20161123_14_51_21_pro
Start! I poszliiiiiiii….

Psa zobaczyliśy, skrzyżowanie Shibuya także, jedziemy dalej. Chciałam rzucić okem na budynek browaru Asahi. Philippe Strack, sławny architekt, zaplanował siedzibę firmy tak, że miała wyglądać jak kufel piwa ze złotą pianką na szczycie.Hmmm. Z pewnością udało mu się zaprojektować znany budynek, ale to co miało być pianką piwa kojarzy się tylko z jednym – ze złotą kupą. Tak z resztą nazywają ją bez skrępowania Tokijczycy. Tuż obok złotej kupy piętrzy się dumnie Tokyo Skytree – najwyższa na świecie wieża widokowa. Te dwa budynki znakomicie pokazują jak dziwne, jak spektakularne, i jak niezrozumiełe jest dla przyjezdnego Tokio. Patrzysz na to i myślisz sobie: "Co do jasnej ciasnej tu się dzieje?! Tu strzelista wieża, tam złota kupa! Co, jak, dlaczego?!".

wp_20161123_13_42_58_pro
Kupa czy nie kupa, sztuce należy się chwila zadumy. Nawet jeśli gówno z tego wyjdzie.

Co poradzić. Dla równowagi ducha mieliśmy w planie rzucić okiem na dwie świątynie. Pierwsza z nich – Senso-ji została po raz pierwszy wzniesiona w 628 roku. Oczywiście nie stoi na swoim miejscu od tego czasu, była zburzona w czasie bombardowania Tokio podczas II wojny światowej, tak jak niestety wiele zabytków stolicy. Przed świątynią znajduje się bardzo znany targ. Jego stoiska ciągną się kilkaset metrów od Bramy Kaminari. Senso-ji to niezwykle ważna świątynia buddyjska i warto tu zajrzeć, a na targu można kupić orginalne japońskie produkty.

wp_20161123_12_54_58_pro
Architektura sakralna wylewała się nam trochę przez uszy, ale i tak poszliśmy zobaczyć co nieco. 

Druga świątynia, którą pragneliśmy obejrzeć to chram szintoistyczny Meiji – zawierająca prochy cesarza, czczone jako narodowa relikwia. Świątynia stoi w pięknym parku, po którym spacer byłby prawdziwą przyjemnością, gdyby nie to, że już byliśmy wymęczeni chodzeniem, balansowaniem między jednym, a drugim strumieniem ludzi, przemykaniem się to tu, to tam w zawiłych podziemiach tokijskiego metra. No i gdyby nam nie zamknęli świątyni przed nosem…ehhhh. Spóźniliśmy się. Co robić?

wp_20161123_16_03_02_pro
Brama w gościnę zaprasza, ale niestety nie zdążyliśmy na czas i świątyni cesarskiej nie zobaczylismy.

Rzuciliśmy jedynie okiem na ofiarowane cesarskiej świątyni beczki sake i ruszyliśmy przez park w stronę dzielnicy Kabukicho. Ciekawa byłam jak wygląda sławna tokijska "dzielnica czerwonych latarni". Szczególnie, że system prawny w Japonii w pewnym stopniu zakazuje prostytucji, jak i pornografii. Prawo sformułowane jest jednak w taki sposób, że omijanie wszelkich zakazów nie stanowi problemu. Po prostu jak nie ma się na szyldzie napisane "Sklep z materiałami pornograficznymi", albo "Burdel – najpiękniejsze prostytutki w mieście", to raczej nie należy się spodziewać nalotu policji. Wszystko jest zawoalowane. Przy wejściu do wiadomego przybytku zobaczyć można zdjęcia półnagich dziewcząt, a obok ceny za godzinę. Za co? No za masaż! Drogi masaż. Bardzo, bardzo drogi masaż. Podobnie z pornografią. W co drugim kiosku biuściaste panie prężą się na okładkach pism wystawionych w takim miejscu, że każdy dzieciak sięgając po batonik zobaczy. Ale spokojnie, spokojnie, czarny kwadracik we właściwym miejscu i po problemie. Kotekst nie ma tu znaczenia. 

wp_20161123_16_13_18_pro
Sake. Sake wszędzie.

Tokio, miasto totalne, totalnie mnie wymęczyło. Na szczęście wracaliśmy do naszej kochanej Emmy, która tym razem gościła Jeremy'ego, sympatycznego Indonezyjczyka. Wybraliśmy się zatem we czwórkę najpierw na jedzenie, a następnie obowiązkowo na karaoke. Wybór piosenek był tym razem całkiem niezły. Wykonaliśmy kilka hitów solo, później ja z Emmą postawiłyśmy na duet z disneyowskiego "Alladyna", a następnie zgodnie zarżnęliśmy "I will always love you" i "Somebody too love". Piwo ukoiło rozpacz, a my powiedzieliśmy Tokio dobranoc.

wp_20161123_16_53_14_pro
Niestety telefon był już na wyczerpaniu, więc "salonów masażu" nie mogliśmy utrwalić na "kliszy".

Ania

Uratowani przez Emmę, czyli Tokio po raz drugi

Schronisko u Emmy – Wszystko do jednego gara – Z wizytą u Yakuzy – Wsztrząśnięci, nie zmieszani

Miało pójść jak z płatka i poszło. Poczekaliśmy 20 minut i zaoferował się nam kierowca jadący prosto do Tokio. Niestety nie mówił po angielsku i nawet nie próbował nawiązać kontaktu, ale za to obrał trasę bliżej góry Fudżi, za co będziemy mu dozgonnie wdzięczni. W Tokio znowu nie udało nam się znaleźć noclegu, ale na szczęście z pomocą przyszła niezawodna Emma. Pomimo iż zatrzymały się u niej już dwie osoby, zgodziła się nas przechować przez trzy noce! Chwała jej po wsze czasy.

wp_20161121_12_40_57_pro
I cały czas ją widać…

Jako się rzekło, do Tokio dojechaliśmy sprawnie, wsiedliśmy w metro i po niedługim czasie mogliśmy rozgościć się w przytulnym mieszkaniu kochanej Emmy. Oprócz nas, couchsurfingową rodzinkę tworzyły jeszcze Einat z Izraela i Kay z USA (Wisconsin). Na szczęście wszyscy drobnej postury, więc nie mieliśmy żadnych problemów, żeby pomieścić się na przytulnej podłodze. Pierwszyw wieczór spędziliśmy jednak w towarzystwie Osamu, poznanego przy poprzedniej podróży do Tokio radiowca i fana Behemota. To właśnie jego czarny image w połączeniu z różowymi skarpetkami tak nas rozczulił i to z jego rodziną odbyliśmy ostatni etap drogi do stolicy Japonii. Sam powiedział, że następnym razem musimy koniecznie spotkać się na piwo. Nie trzeba nam było dwa razy powtarzać.

wp_20161121_23_25_53_pro
Poczuliśmy więc zew nocy i ruszyliśmy na spotkanie z Osamu 🙂

Z Samem i jego kolegą wpotkaliśmy się przy stacji metra Ikebukuro. Panowie zaproponowali by najpierw coś przekąsić i daliśmy się zaprowadzić do polecanego przez nich miejsca. Była to restauracja all you can eat, która specjalizuje się w podawaniu shabu shabu. Zasiedliśmy wokół stołu, gdzie na płycie grzewczej stał garnek z gotującą się wodą. Każde z nas otrzymało porcję wołowiny i wieprzowiny, pokrojoną w cienkie plasterki, a do tego mogliśmy donosić z bufetu dowolną ilośc warzyw, grzybów i tofu. Zabawa polega na umeszczaniu w garnku kolejnych przysmaków i wyławianiu tego co już się ugotowało. Pełen freestyle – bardzo charakterystyczny dla japońskiej kuchni. Do maczania wybranych z zupy kawałków mięsa i warzyw podano dwa sosy – sezamowy i sojowy. 

wp_20161121_20_04_30_pro
Tak to wygląda na początku. WIemy, wiemy, trochę stan surowy…;)

Objedliśmy się po wręby, zapijając lekkim piwem. Wspaniały wywar, który powstał w wyniku naszych kulinarnych wybryków klenerka zaprawiła rozbełtanym jajkiem i rozlała do miseczek z odrobiną ryżu. Pycha! Gdy przyszło do płacenia rachunku, Sam oznajmił, że wczoraj otrzymał wyniki badań. Miał bowiem pewne wskazania do wykonania testów na obecność komórek rakowych. Z badań jasno wyszło, że nie jest chory, więc nie pozwolił nam płacić za kolację, stwierdził, że on stawia i tyle, bez gadania. Zdrowie Sama! 

wp_20161121_20_16_11_pro
Warzywa i grzyby w garze są, wiec można rzucać mięsem.

Wieczór jeszcze się nie skończył, bo panowie zabrali nas do północnego Ikebukuro (rejon, w którym ponoć dość mocno poczyna sobie Yakuza), gdzie siedliśmy w ich ulubionej izakayi. Izakaya to taki pub, w którym można również porządnie zjeść. My byliśmy już najedzeni, ale należało nieustająco pić zdrowie Sama, więc postanowiliśmy choć trochę odwdzięczyć się za kolację. Siedliśmy przy barze, a ja kursowałem do automatu, w którym płaciło się za piwo. Muszę przyznać, że ceny wysoce korzystne. Cztery piwka za 32 zł? Biorę w ciemno. Siedzieliśmy sobie, piliśmy i rozmawialiśmy. Głównie o muzyce i wieprzowinie, dwóch największych pasjach Sama. O tym jak wszyscy uwielbiamy Ennio Morricone, o tym jak Sabbaton na koncercie w Japonii ustawił na scenie wielki czołg, o tym, że Sam koniecznie musi przyjechać do Polski i spróbować wszystkich kiełbas pod słońcem. 

wp_20161121_21_31_51_pro
A kto spija ostatki…Ryż z jajkiem podlany tym, co sami sobie uwarzyliśmy, 

W końcu przyszedł czas na powrót do domu. Pożegnaliśmy się z towarzystwem i podreptaliśmy z powrotem do naszych dziewczyn, które już spały. Szybko położylismy się na futonie i wkrótce cała piątka smacznie chrapała. Poranek przyniósł jednak nowe atrakcje. Nie, żaden kac morderca ani nic takiego. Przeżyliśmy po prostu nasze pierwsze trzęsienie ziemi. Uczucie było…dziwne. Trochę jakby kołysanie na morzu, trochę jakbyśmy leżeli na taśmie produkcyjnej, która nie może się zdecydować czy jedzie w jedną, czy w drugą stronę. Jak się później okazało wstrząs miał siłę 7,3, ale nie znajdowaliśmy się w epicentrum, tylko na obrzeżach. Na szczęście nie było ofiar śmiertelnych i żadnych poważnych zniszczeń. Szczerze mówiąc byliśmy zbyt zaspani, żeby mocno się przejąć tą karuzelą. Ania rzuciła tylko okiem na Emmę, która usiadła na łóżku, ale nie rzuciła się do przytrzymywania mebli – znaczy się wszystko gra, można dalej spać. 

wp_20161121_23_17_28_pro
Siedzimy już w Izakayi. Nasz drogi Osamu, to oczywiście ten długowłosy brodacz na końcu. Tym razem bez różu. Za nami widać szafę do zamawiania piwa. Wrzucać piniądz, wypada kwitek, kwitek dajesz barmanowi, barman nalewa piwo.

Sen był nam potrzebny, bo zwiedzanie Tokio, to ciężkie zadanie. Prawie niewdzięczne. Wielkie, zatłoczone miasto nie było najlepszym miejscem do zakończenia wizyty w Japonii, ale stamtąd właśnie mieliśmy lecieć do Australii, więc cóż było czynić? Postanowiliśmy jednak nie przemęczać się i nie próbować zobaczyć wszystkiego. Oczywiście, jak zawsze trzeba było także uzupełnić bloga, rozejrzeć się trochę w temacie couchsurfingu i tras na najbliższe tygodnie. Zaczęliśmy więc od dnia przerwy, a potem ruszyliśmy do Tokio…

Marek

Fudżi to nie jama, czyli podróż do miasta Tsubasy

Milczący jegomość – Śpiewający strażak – Pomarańczowe małżeństwo – Gościnny konduktor

Dzień zaczęliśmy wcześnie i zaczęliśmy go dobrze. Na pierwszą okazję nie musieliśmy czekać długo. Co prawda nie pogadaliśmy sobie, bo angielski nie wchodził w tym przypadku w grę, ale za to sprawnie podwiózł nas dosyć spory kawałek, do stacji niedaleko Hamamatsu. To tam poprzednio odstawił nas niemy surfer Tatsuro, więc od razu zrobiło nam się błogo na duszach. Mieliśmy dużo czasu, nasz gospodarz w Szizuoce kończył pracę dopiero za parę godzin, więc postanowiliśmy trochę sobie posiedzieć w słońcu i spróbować lodów śmietankowych z posypką z zielonej herbaty. Japończycy dodają ją do wszelkich słodyczy i muszę przyznać, że całkiem mi to połączenie odpowiada. Matcha jest gorzka, ale ma trochę bardziej wyrazisty smak niż czarna herbata. Bardzo dobrze komponuje się ze słodyczą. 

wp_20161120_11_30_29_pro
Nasz pierwszy dobrodziej na drodze do Szizuoki 🙂

Pokrzepieni i w dobrych humorach,  rozpoczęliśmy kolejny etap. Postaliśmy trochę i poszczerzyliśmy zębiszcza, aż w końcu zgarnęło nas trzech, wielce wesołych chłopaków. Katsuhiro – strażak z talentami wokalnymi, Shoma – pracownik browaru i doskonały kierowca oraz…ten trzeci – bardzo cichy robotnik, pracujący na wysokościach. Radosne trio, z którym pogadaliśmy przyjemnie, zachwalaliśmy polskie piwo, śpiewaliśmy razem disneyowskie piosenki, a także "What does the fox say". Przejazd raczej z tych zabawnych. Chłopaki byli również bardzo zdeterminowani, żeby znaleźć nam dobre miejsce do podziwiania Góry Fudżi. Tak! W końcu! Pogoda była na tyle dobra, że rzeczywiście mogliśmy ją zobaczyć, bo poprzednie dwa przejazdy odbyły się w wielkiem zachmurzeniu. 

wp_20161120_14_00_07_pro
Wesoła kompanija. Szybkie chłopaki, piękne dziewczyny. Piękna dziewczyna. 

Tym razem nam nie uciekła. Jest absolutnie wspaniała. Na około piętrzą się wzgórza, niewysokie, porośnięte drzewami, a tu nagle…BACH! Fudżi-kurde-jama! Samotna królowa gór. Widok, który można podziwiać i podziwiać. Zresztą, co ja sobie będę tutaj strzępił paluchy. Sami zobaczcie.

wp_20161120_14_56_19_pro
No może nie najlepsze to miejsce, ale i tak góra robi wrażenie 😉

Wspaniała…No, w każdym razie, chłopaki odstawili nas na parking przy autostradzie i poradzili, żeby nie łapać stopa przy większej drodze, tylko by zejść na mniejszą, bo więcej osób będzie jechało do Szizuoki. Posłuchaliśmy i zrobiliśmy błąd. Dojście do drogi było żmudne, źle oznakowane i w pewnym momencie po prostu nie wiedzieliśmy dokąd iść. W związku z tym postanowiliśmy zawrócić na autostradę, ale zanim nam się udało, zatrzymało się obok nas auto, z którego wysiadł pan w średnim wieku i bardzo poprawną angielszczyzną zapytał gdzie zmierzamy. Powiedzieliśmy, że do Szizuoki, podaliśmy adres i okazało się, że to bardzo blisko miejsca gdzie mieszka, więc z chęcią nas podrzuci. Zapakowaliśmy plecaki, powiedzieliśmy "koniciła" jego żonie i ruszyliśmy drogą krajową numer 1, czyli najstarszą drogą w kraju. 

wp_20161120_14_57_15_pro
Trza było się pożegnać z Fudżi-Squadem.

Obrazki za oknem inne niż zwykle. Mijaliśmy małe miasteczka i sady pomarańczowe, z których słynie ten region kraju. Nasi dobrodzieje byli przesympatyczni i chociaż nie bardzo gadatliwy, to jednak starali się nas zabawić rozmową. Wjechaliśmy na przedmieścia, zobaczyliśmy pierwsze w życiu oznaczenia dla drogi ucieczki przed tsunami. Minęliśmy port, po czym państwo podjechali do ulubionego straganu, żeby kupić pomarańcze. Czyli wzięli dwie torby i zostawili pieniądze w słoiku, bo stoiska i tak nikt nie pilnował. Jedna torba natychmiast została wręczona nam, jako gościom 😃

15145130_731471007008295_377107861_o
A następnie przywitać się z Szizuoka-Squadem. Shohei z lewej, Wei z prawej.

Wysadzili nas przy stacji kolejki miejskiej, z której mieliśmy rzut beretem do mieszkania Shohei, czyli naszego gospodarza. Kopnęliśmy się na piechotę i już po 15 minutach siedzieliśmy w bardzo przytulnym i, jak na japońskie realia, dużym salonie. Shohei jest konduktorem w Szinkansenie, a więc człowiekiem, który nawykł do interakcji z podróżnymi, również tymi obcojęzycznymi. Po angielsku mówił nieźle, aczkolwiek często się zacinał. Nie ukrywał, że couchsurfing wykorzystuje do poprawy swoich umiejętności językowych. Jest przy tym bardzo sympatycznym i wielce gościnnym człowiekiem.

Oprócz nas, przyjmował w tym czasie jeszcze jednego gościa, Malezyjczyka o imieniu Wei. Pogadaliśmy trochę, odświeżyliśmy się, po czym pojechaliśmy na małą przejażdżkę. W jej trakcie Shohei przypomniał nam, że to właśnie w Szizuoce rozpoczynał swoją karierę legendarny kapitan drużyny Nankatsu – Tsubasa Ozora. Główny bohater japońskiego anime, które za szczeniaka oglądało się na Polonii 1, uczęszczał do jednej z tutejszych szkół. Pomnika nie uświadczysz, ale od razu cieplej się na duszy zrobiło na wspomnienie tygrysich strzałów, bramkarzy odbijających się od słupków, by w ten sposób obronić karne, bramki wyłaniające się zza horyzontu…Ahhh, to były czasy!

Najpierw restauracja sushi. Model znany w Polsce, z talerzykami, które podjeżdżają człowiekowi pod nos. Można wybrać te, które są już na taśmie albo zamówić specjalnie dla siebie za pomocą ekranu dotykowego. Wtedy mamy gwarancję, że będzie najświeższe jak to tylko możliwe. Podjedliśmy sobie zdrowo, płacąc jakieś 3 razy taniej niż w Warszawie. O różnicy w jakości chyba nie muszę wspominać ;). Ulubione: pasta z wątroby rybnej – delicja!

15127376_731471010341628_1478594926_o
Jedzenie, jedzenie, kocham je szalenie! 

Najedzeni i szczęśliwy ruszyliśmy dalej, na punkt widokowy, znajdujący się na górze miłości. To nie nazwa własna, nadaliśmy ją wzniesieniu, gdyż jest ono powszechnie znane w okolicy z tego, że pary jeżdżą tam w celu konsupmcji swoich afektów odwzajemnionych. Ściany japońskich mieszkań są dość cienkie, więc często nawet pary mające swoje własne lokum korzystają z uroków miłości "pod chmurką" lub zaglądają do specjalnych hotelików, tzw. rabu hoteru (od ang. love hotel), aby konsumować bez skrępowania. Zgodnie z przewidywaniami naszego gospodarza minęliśmy po drodze cztery czy pięć zaparkowanych aut ;). Najważniejszy był jednak widok jaki rozpościerał się z góry. Całe miasto jak na dłoni. Cudnie. 

wp_20161120_20_01_11_pro
Szizuoka nocą się mieni.

Wróciliśmy do domu, wypiliśmy po jednym piwie i poszliśmy spać. Shohei, jako wzorcowy gospodarz odstąpił nam swoje łóżko, a sam spał na futonie. Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, bo przed ruszeniem w dalszą drogę mieliśmy jeszcze jedno miejsce do zobaczenia. Shohei zabrał nas do świątyni Zen, którą opiekuje się jego mistrz. Sama świątynia owszem, ładna, ale najważniejsze, że poznaliśmy prawdziwego mnicha buddyjskiego. Przywitał nas, poczęstował przepyszną herbatą, którą sam hoduje, porozmawialiśmy o naszych krajach, o różnych wierzeniach. Mistrz zaproponował nam również spędzenie czasu na wspólnej medytacji. Trochę się śpieszyliśmy, ale, cholercia, jak często jesteś w stanie pomedytować pod okiem najprawdziwszego japońskiego mistrza Zen z Japonii i w Japonii? No właśnie.

15127582_731470997008296_1758333815_o
Herbatka była mistrzowska 😉

Ania miała wobec tego ambiwalentne uczucia, ale mi bardzo się owo doświadczenie podobało. Jednocześnie wyciszyło mnie i dodało energii, dlatego gdy Shohei odstawił nas na serbisu eria, byłem jak najlepszej myśli przed dalszą drogą. Musi pójść jak z płatka.

15182513_731470957008300_1744980246_o
Prawie fantastyczna czwórka. 

Marek

Dwa ostatnie dni w Kioto, czyli jelenie i nocleg alternatywny

Grunt to znajomości – No to Nara! – Szarmanckie jelenie – Kabina ciasna, ale własna

Gościna u Tommy'ego dobiegła końca i rano musieliśmy się wyprowadzić. Prysznic, szybkie pakowanie, parę zdjęć z balkonu, z którego rozciągał się bardzo przyjemny widok i zjazd małą windą (cud, że się do niej wszyscy zmieściliśmy) na parter. Pożegnanie serdeczne, ale nie wylewne, takie jak cały nasz pobyt u tego miłego, ale niespecjalnie gadatliwego faceta. Plan na dzień mieliśmy sprecyzowany: zjeść śniadanie, zostawić plecaki w Kioto, rozejrzeć się za miejscem do spania, pojechać do Nary, wrócić do Kioto. Zaczęliśmy wcześnie, więc nie mieliśmy problemów z tym, żeby ze wszystkim zdążyć. Nasze plecaki zostawiliśmy u Airy. Kim jest Aira?

wp_20161118_07_52_50_pro
Kioto bezchmurne, Kioto o poranku.

Będąc jeszcze w Tokio poznaliśmy Katsurę, która lata temu studiowała w Warszawie, trenowała tam szermierkę i całkiem nieźle się zadomowiła. Okazało się, że jej córka studiuje w Kioto i może mogłaby nam jakoś pomóc. Otóż, córka owa to właśnie Aira, u której zostawiliśmy plecaki :). Odciążeni, poszliśmy sprawdzić jak rysuje się kwestia noclegów na dwie najbliższe noce. Do tego momentu wciąż mieliśmy nadzieję, że ktoś odpowie na nasze wołania o pomoc i przygarnie, ale na couchsurfingu cisza, więc postanowiliśmy skorzystać z taniej opcji, jaką są…kawiarenki internetowe. Zwane tutaj netto cafes lub manga kissas. Zaopatrzone w komiksy, książki i prywatne kabiny z komputerami, są naprawdę bardzo popularne nie tylko jako miejsca rozrywki, ale także jako tania alternatywa dla hotelu. Czasem nawet dla własnego mieszkania.

wp_20161118_12_23_46_pro
To nie rezydent netto cafe, tylko porządnie wygrzewający się w słońcu pieseł 🙂

Coraz więcej w Japonii ludzi, których nie stać na wynajem mieszkania lub kapsuły w hotelu, więc co taki ma zrobić? Idzie na noc do netto cafe. Prysznic jest, jedzenie można zamówić taniej niż w większości restauracji, a kawa, herbata, woda, soki i inne napoje bezalkoholowe można pić za darmo w nieograniczonych ilościach. Nie mówiąc już o super szybkim internecie. Trzeba się tylko przyzwyczaić do nieco ograniczonej prywatności i niewielkiej przestrzeni. Wstąpiliśmy do dwóch takich przybytków, sprawdziliśmy ceny, ustaliliśmy, gdzie się zameldujemy wieczorem (nie można rezerwować) i poszliśmy poszukać pociągu do Nary.

wp_20161118_16_42_13_pro
A Nara całkiem piękna również.

Nara to miejsce bardzo piękne i wyjątkowe. Stolica prefektury o tej samej nazwie słynie ze swoich świątyń. Tych jednak widzieliśmy od metra. Pojechaliśmy tam, żeby zobaczyć jeden z najstarszych parków miejskich, założony w XIV wieku, a przede wszystkim mieszkające w nim jelenie. Przez lata były to zwierzęta święte, gdyż jeden z bogów opiekujących się jedną ze świątyń, miał przybyć tutaj na jednym wielkim, białym jeleniu. Obecnie są one uznane za skarb narodowy. Poruszają się swobodnie nie tylko po parku, ale po całym mieście, choć oczywiście najczęściej można je spotkać tam, gdzie roi się od turystów. Oczywiście chodzi o jedzenie. Jelenie są bardzo łase na żołędzie i wafelki, wypiekane przez miejscowych specjalnie z myślą o czworonogach. 

wp_20161118_16_26_24_pro
Ania nadal w fazie księżniczki disneyowskiej 😉

Zwierzaki w ogóle się nie boją, a bywają czasem bezczelne w wykradaniu frykasów – skubanie plecaków i torebek mają we krwi. Niektóre jelonki potrafią za to być bardzo szarmanckie. Otóż jeśli gość ukłoni się przed podaniem wafelka, jeleń ukłoni się swojemu dobrodziejowi w podzięce. Spędziliśmy w Narze kilka godzin, chodząc po parku, karmiąc jelenie i nie gnając za tłumami turystów. Owszem, nie zobaczyliśmy największego w Japonii posągu Buddy, ale nie było nam szkoda. No, może trochę. Wróciliśmy do Kioto bardzo zadowoleni, odebraliśmy swoje plecaki od Airy i poszliśmy do kawiarenki internetowej. 

wp_20161118_16_12_38_pro
Grzecznie zapytaliśmy czy można zrobić zdjęcie. Łaskawie się zgodził.

Z wielu opcji, jakie mieliśmy do wyboru wybraliśmy pobyt długoterminowy, dwa dni zamiast dwóch nocek. Wyszło trochę drożej, ale za to nie musieliśmy się martwić o to, co zrobić z plecakami, ani gdzie się podziać w ciągu deszczowego dzionka. Wybraliśmy, zapłaciliśmy i zostaliśmy skierowani do swoich kabin. Wygodna mata, regulowany fotel, lampka, no i komputer. Miejsca dosyć, żeby wyciągnąć nogi i swobodnie się ułożyć. Nie trzeba mówić, że kolejne trzydzieści parę godzin spędziliśmy dosyć leniwie. Nadrabialiśmy zaległości w The Walking Dead i South Parku, jedliśmy nasze ulubione trójkąty ryżowe z tuńczykiem, udało nam się nawet znaleźć dosyć tanie wino chilijskie w sklepie pod kawiarenką. Kulturalnie czas spędzaliśmy.

wp_20161118_20_36_42_pro
Pokój nieduży, ale dobrze zaopatrzony.

Jeżeli chodzi o warunki do spania to, cóż, nie są idealne. Chrapanie z kabiny obok, kroki na korytarzu, komuś ześlizgną się słuchawki i cały świat dowie się co ogląda. Wentylacja też nie pomaga, ale jak już się zaśnie, to spać można całkiem smacznie. Toaleta nowoczesna ze wszystkimi przyciskami, pod prysznicem dają nawet maszynki do golenia, a darmowe napoje to istne zbawienie. Soki w Japonii nie należą do najtańszych, więc radośnie uzupełnialiśmy witaminy. Ogólnie nasz pobyt w netto cafe można uznać za bardzo ciekawy eksperyment cywilizacyjny i dobre rozwiązanie awaryjne w razie braku noclegu. W dzień wyjazdu zebraliśmy się wcześnie. Mimo, że tym razem mieliśmy trochę mniej drogi do pokonania, postanowiliśmy nie ryzykować. Dotarliśmy metrem, a potem na piechotę do SA, który znaliśmy już z przejazdu do Tokio. Kolejny autostop czas zacząć! 🙂

Marek

Polowanie na gejsze, czyli druga odsłona Kioto

Kobieta do towarzystwa – Po polsku w Japonii – Wzruszony Tommy Lee Jones – Piękno zen

Wieczorny spacer po chyba najsławniejszej dzielnicy Kioto – Gion odbyliśmy dwa razy w nadziei, choć niewielkiej, że zobaczymy gejszę, a najlepiej młodą gejszę-praktykantkę – maiko. Szansa bardzo mała na takie przeżycia, ale może najpierw w bardzo wielkim skrócie – o co z tymi gejszami chodzi.

wp_20161116_16_13_22_pro
Polowanie na gejsze na ulicach Gion – trudna sprawa.

Gejsza to kobieta, która przez lata szkoli się w tradycyjnym śpiewie i tańcu japońskim, w ceremonii parzenia herbaty i ogólnie zabawianiu gości podczas przyjęć i bankietów. Słowo gejsza można przetłumaczyć na człowiek-sztuka, czyli krótko mówiąc – artystka. Gejsze to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i niezwykłych symboli Japonii – żywy zabytek. Obecnie zawód gejszy wykonuje niewiele pań. Dawniej było ich nie tylko więcej, ale miały one wielki wpływ na kulturę japońską, podtrzymywanie tradycji, a nawet, jako żony, czy kochanki ważnych osobistości, na politykę kraju. Często mylono je na świecie z prostytutkami. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że podczas okupacji amerykańskiej wiele prostytutek stylizowało się na gejsze, a żołnierze nie specjalnie dostrzegali różnicę. Można dyskutować o tym jak cienka linia jest między "prostytutką", a "utrzymanką", ale tą drugą prawdziwa gejsza mogła jeszcze być – tą pierwszą być jej się po prostu nie opłacało. Również dziś panowie płacą olbrzymie sumy jedynie za spędzenie wieczoru w towarzystwie kilku gejsz, które umilą im te chwile tańcem, rozmową, nalaniem herbaty, alkoholu, czy zapaleniem papierosa. Osobiście szalenie ciekawił mnie zawsze ten element kultury japońskiej.

wp_20161116_16_19_16_pro
Gion to miejsce obfitujące w turystów. Trudno się dziwić.

Chodziliśmy i chodziliśmy, zaglądaliśmy do uliczek, gdzie nie było tłumu turystów. Spoglądałam to tu to tam z nadzieją, że może gdzieś z jakiejś restauracji, czy z któregoś z samochodów wyłoni się maiko. Niestety, nie udało się. Przez chwilę wydawało mi się, że w samochodzie, który przemknął obok nas, na tylnym siedzeniu mignęła mi biała buzia (tradycyjny makijaż maiko wykonuje jaskrawobiałym pudrem). Kierowca skręcił jednak na światłach i tyle go widziałam. Ehhh, szkoda. Tak czy siak Gion warto jest odwiedzić dla samego obejrzenia pięknych uliczek i malowniczych budynków. Trzeba się jednak uzbroić w cierpiliwość, bo tłumy na głównych ulicach tej dzielnicy, zwłaszcza w godzinach wieczornych, są zatrważające.

wp_20161116_18_36_26_pro
Ramen – bardzo pożywna zupka. Ponoć Japończycy najczęsciej wyjadają mięso i kluski, a zupę zostawiają niemal
nietkniętą. 

Pierwszy wieczór po spacerze w Gion spędziliśmy w towarzystwie Marcina, mojego kumpla z liceum, który jest na tyle szalony, że upodobał sobie mieszkanie w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nasz gospodarz na kolejne dwa dni – Tommy – wracał późno do domu, więc wybraliśmy się na kolację i coś na rozgrzanie. Marcin zna Kioto bardzo dobrze, bo tworzy tu już od jakiegoś czasu swój doktorat. Mówi biegle po japońsku, magisterium również napisał o kulturze japońskiej, więc doradził nam gdzie się udać, żeby faktycznie zobaczyć coś, co koniecznie zobaczyć trzeba. No i oczywiście opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy o historii i kulturze kraju. Poszliśmy zjeść ramen (pożywna zupa z kluskami), a potem udaliśmy się do pubu na piwko, gdzie jak Polak z Polakiem w końcu pogadaliśmy. Pośmialiśmy się z memów o Kwaśniewski, bo okazało się, że wszyscy mamy do nich podobną słabość. Zrobiło się zatem bardzo swojsko i wesoło. Zwłaszcza, że pub prowadził stary, japoński rock'n rollowiec, więc hit się ścielił gęsto ;). 

wp_20161116_22_05_54_pro
Marcin i Ania, czyli ekipa z "Kamyka" po latach. Marek, czyli ekipa z Hawajskiej po kilku piwach.

Następne dwie noce spędziliśmy u Tommiego, który był wielce zapracowany (a to zaskoczenie), ale udostępnił nam swoją podłogę do spania i poczęstował sake. Mieszkał niedaleko rzeki Kamo, która przepływa przez Kioto i jest bardzo malowanicza. Poranny spacer jej brzegami to jeden z najpiękniejszych momentów i najmilszych wspomnień ze "Starej Stolicy". Iść tak sobie, cieszyć się kolorami jesieni, słuchać szumu wody, gadać o niczym i o wszytkim, wcianjąc przy okazji orzeszki w czekoladzie. Było poprostu wspaniale.

wp_20161117_08_39_52_pro
Nadeszła jesień – Tak dobrze z ukochaną – Czerwień i złoto

Czekało na nas jednak jeszcze sporo świątyń do obejrzenia. Na szczęście z pomocą przyszła kawa. Zazwyczaj nie pijam kawy, ale tym razem było mało czasu, a dużo do zobaczenia. Trzeba było się wziąć w garść. Automaty z napojami stoją w japońskich miastach co kilkaset metrów, a czasem nawet częściej. Co ciekawe do wyboru są nie tylko zimne napoje, ale również gorące. Bardzo smaczne. Naszą ulubioną kawę reklamował Tommy Lee Jones. Na maszynach z kawą marki Suntory wisiał plakat, na którym Tommy Lee Jones patrzy w zadumie na wschód (lub zachód, co kto woli) słońca, słucha muzyki w słuchawkach, pije kawę, a łza wzruszenia ścieka mu po policzku. No jakże mieliśmy nie kupić tak zacnego produktu!? Jak się z resztą okazało Tommy wie co dobre. Ze wszystkich zapuszkowanych lur, ta była najmniej lurowata. Tylko do dziś kombinujemy czy ta łza to z powodu pięknych okoliczności przyrody, wspaniałej muzyki, czy rewelacyjnej kawki :P.

wp_20161116_11_39_58_pro-1
Broni nas przed kosmitami, wyprawia pogrzeby Melkiadesowi Estradzie, ściga Harrisona Forda, płacze przy kawie.

Naładowani kofeiną ruszyliśmy do Świątyni Ginkaku-ji i jej Srebrnego Pawilonu – letniej rezydencji jednego z szogunów. Pawilony – symbole Kioto, są tak na prawdę do obejrzenia dwa: Złoty i Srebrny, ale ten pierwszy, jak nam objaśnił Marcin, to nówka sztuka – odbudowany w XX wieku. Srebrny Pawilon otoczony bajecznymi ogrodami jest faktycznie z XV wieku. Ginkaku-ji to świątynia Zen. Spokoju tego niezwykłego miejsca nie są w stanie zagłuszyć nawet dzikie tłumy turystów. Z resztą większość pędzi do Złotego Pawilonu, który jest znacznie bardziej okazały i faktycznie złoty. Tymczasem Srebrny Pawilon jest srebrny tylko z nazwy. Otaczają go za to przepięne drzewa oraz unikalne kamienne i piaskowe ogrody.

wp_20161117_11_51_49_pro
Co tu pisać jak nic nie trzeba pisać.

Na koniec przespacerowaliśmy się (odwiedzając po drodze jeszcze kilka miejsc) do Świątyni Heian – jednej z ważniejszych świątyń szintoistycznych na terenie Japonii. Świątynia, jak na standardy Kioto jest względnie nowa, ale jej rozmiary i bramy torii są doprawdy imponujące. Modlitwa w szinto nie jest zbyt skomplikowanym procesem. Pokłon, klaśnięcie dłońmi, chwila zamyślenia na wypowiedzenie życzenia czy podziękowanie bogom za przychylność. Można również zakupić tabliczkę dziękczynną (albo całą bramę świątynną, jak już wspominaliśmy) lub wróżbę. Ważną kwestią jest też proces oczyszczenia. Przed wejściem do świątyń japońskich często spotykanym widokiem jest obmywanie rąk, czy nóg. Rytułały szinto często związane są z wodą i myciem, co może wyjaśniać sławną na cały świat japońską manię czystości.

wp_20161117_13_55_29_pro
Świątynia Heian

Po zwiedzaniu Kioto byliśmy bardzo zmęczeni, ale wiedzieliśmy, że zobaczyliśmy jedynie niewielki fragment. Z jednej strony na własne oczy obejrzałam miejsca o których od tak dawna marzyłam, o których czytałam w książkach, które z lubością oglądałam w filmach. Z drugiej wiedziałam, że muszę odpuścić, że wszystkiego w Kioto nie zobaczę. Że musiałabym tu zamieszkać na dłuższy czas, żeby na prawdę poznać to niezwykłe miasto. 

wp_20161117_12_21_48_pro
Brama do nirvany?

Mieliśmy zostać w Kioto jeszcze dwie noce, a musieliśmy pożegnać się z naszym zapracowanym i nieśmiałym gospodarzem, Tommym. Niestety nie mógł nas już dłużej trzymać na swojej podłodze. Znaleźliśmy więc bardzo nietypowe miejsce na nocleg…ale o tym napisze Wam już Marek w kolejnym artykule.

Ania