Pędzimy do Kioto, czyli co się stało, gdy się wcześnie wstać nie udało

Marzenia o szybkości – Uniform i wszystko wiesz – Surfing w cichym deszczu – Luksusy i luksusy

Spóźnieni ze względu na byczenie się w pierzynach dotarliśmy na SA, gdzie mieliśmy nadzieję na szybkie złapanie okazji. Najlepiej takiej, która będzie jechać daleko. Najlepiej takiej, która będzie jechać od razu do Kioto. Ale z dużym bagażnikiem, żeby plecaków na kolanach nie trzeba było taszczyć. A idealnie to by było, jakby jeszcze kierowca jechał tak ze 100 km/h cały czas…no czasem 110…120 najwyżej. Marzenia piękna sprawa, ale wcale nie było łatwo się na tego stopa ustawić. "Serbisu eria" była tak skonstruowana, że samochody rozjeżdżały się w różne strony, a przy głównym wyjeździe nie można, bo tam już ruch za szybki. Ehhh. Wyglądało na to, że trochę postoimy. Zrobiło się jednak bardzo miło, kiedy podszedł do nas młody robotnik i wręczył dwa pączki nadziewane curry, pokazując, że jak je zjemy, to będzie nam cieplej. Musieliśmy bardzo biednie wyglądać.

Skąd wiemy, że był robotnikiem? Po ubraniu oczywiście! I nie, że był brudny od smaru – nic z tych rzeczy. Poprostu w Japonii ludzie ubierają się często w odpowiednie uniformy. Zwłaszcza do pracy, co ułatwia rozróżnienie kto jest kim. Profesor? Sweter, kamizelka, sztruksy, szalik wokół szyi. Pracownik fizyczny? Specjalny kombinezon – spodnie połączone z bluzą. Pracownik korporacji, czyli tak zwany Sarariman? Czarny garnitur, czarny krawat, nieodłączna teczka. Nie pomylisz się. Wiesz kto jest kim, żadnej ściemy nie będzie. O japońskim zamiłowaniu do uniformów na świecie jest z resztą głośno. Potwierdzam jednak, to nie sterotyp.

Wracając do naszego miłego pana robotnika, pączka dał, ale nadzieję odebrał. – Hichichajku…uuu…- zdziwił się i łamaną angielszczyną dodał, że sobie ze 2 godziny postoimy pewnie. Mylił się jednak. Po pół godzinie stania wybraliśmy się na krótką przerwę toaletową, a w drodze powrotnej zagadał do nas sympatycznie wyglądający młodzieniec, który, jak sie okazało z radością do następnego SA nas zawiezie. Radował się bardzo, każde nasze zdanie powodowało u niego wybuchy śmiechu, wielce zaraźliwego z resztą. Bardzo się ucieszył kiedy Marek seriami zaczął wymieniać nazwiska japońskich skoczków narciarskich. Na koniec uraczył nas próbkami kremu do rąk, bo jak się okazało, handlem właśnie tym produktem się zajmował.

Kolejny przejazd –  dwóch panów, którzy skoczyli z nami o kilkadziesiąt km. Miejsce jednak nie było najlepsze – nie było to duże SA i niewielu kierowców się tu zatrzymywało, a zaczęło padać i robić się coraz ciemniej. Tak się kończy za późne wyjście na stopa, ale co było robić? Staliśmy i szczerzyliśmy zęby. Deszcz się wzmagał, więc przenieśliśmy się pod dach. Sytuacja wyglądała dość marnie. 

wp_20161114_13_10_58_pro
Takie obrazki na japońskich parkingach. Człowiek wyjdzie z Osi, ale Oś z człowieka nie zawsze…;)

Kiedy już rozważaliśmy którą toaletę trzeba wybrać na nocleg pojawił się wybawca. Zobaczył naszą karteczkę z napisem "Kioto", wyraził zainteresowanie, więc rzuciliśmy się do niego z mapą. Na migi wyjaśnił, że może podwieźć tylko do większego SA. Zaskoczyło nas trochę, że nie mówił ani po angielsku, ani nie zagadywał po japońsku. Większość kierowców nie zrażała się tym, że nie umiemy mówić w ich języku. Radośnie gadali do nas i do siebie samych. A tu cisza. Sprawa wyjaśniła się w samochodzie, gdzie nasz dobroczyńca napisał na karteczce: "Jestem głuchy". Wręczył nam wizytówkę i dowiedzieliśmy się, że ma na imię Tatsuro, a zajmuje się sprzedażą sprzętu surfingowego. Na koniec jazdy zarządził selfie i…wepchnął Markowi w ręce 2000 jenów. Próbowaliśmy jak mogliśmy odmówić – nie dało się. Pokazał nam żeby brać i zjeść jakiś ciepły posiłek przed łapaniem kolejnej okazji, bo tu dużo kierowców, więc na pewno coś złapiemy. 

wp_20161114_17_18_18_pro
Tatsuro – nasz wybawca i fundator kolacji. Surfer, znakomity kierowca. Filantrop.

Zgodnie z zaleceniem zjedliśmy pyszną zupę, wypiliśmy herbatę i czas był ruszyć w dalszą drogą. Zatrzymaliśmy się przy papierośnicy, gdzie właśnie nałogowi oddawał się młody jegomość. Tam wyszczerzyłam zęby i trzepocząc wdzięcznie rzęsami pomachałam mu przed nosem kartką z napisem Kioto. – Kioto – zawołał wesoło – Ja też Kioto – powiedział. A następnie zabrał nas do "porszaka" z napędem 4×4! Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło jechać taką marką i przyznać trzeba, że było wygodnie i szybko. Do hostelu zdążyliśmy w prawdzie na ostatnią chwilę (couchsurfing znaleźliśmy tylko na dwie noce), ale udało się. Plan wykonany, pokój z tatami, tradycyjne przesuwane drzwi, bardzo ładny, futon miękki, duża wanna. W końcu wanna! Wiedziałam, wiedziałam, że w Japonii prędzej czy później będą mogła się wykąpać :D. Pierwszy raz od ponad 3 miesięcy. I w końcu, na reszcie jestem w Kioto – marzenia się spełniają.

Ania

Floret, Francuzka i frykasy, czyli jak przez 3 dni nie zwiedzaliśmy Tokio

Tokijski puchar – Rosół uliczny – Zimno złe czy zimno dobre? – Zupa rybna i zmęczenie​

Trzy dni w hali sportowej. Taki był zasadniczy plan pierwszego "zwiedzania" Tokio. Dlaczego zrobiliśmy sobie taką pozorną krzywdę? A no dlatego, że po pierwsze w Tokio akurat rozgrywany był turniej z serii pucharu świata seniorów we florecie , więc Marek, jako florecista i fan szermierki miał zdecydowany prawo, a nawet obowiązek wziąć udział w tym wydarzeniu. No i do tego bardzo chciał. Po drugie w zawodach startowała reperezentacja Polski, więc trzeba nam było spełnić obowiązki patriotyczne i wiernie kibicować. Po trzecie spotkanie znajomych polskich twarzy po trzech miesiącach podróży to fajna sprawa. Zwłaszcza jak ci przywiozą z domu zapas magnesów na lodówkę z napisem "Warszawa", które następnie można rozdawać w ramach podziękowania za wsparcie wszelkiego rodzaju. Te zabrane z Polski skończyły się już jakiś czas temu, a tu jeszcze kawał drogi przed nami.

wp_20161113_10_36_44_pro
Ania delektuje się pięknem szermierki, delektując się pysznym nigiri z tuńczykiem. Delektecepcja!

W Tokio naszą gospodynią została wielce czarująca i kochana Francuzka Emma. Czuliśmy się u niej jak w domu. Mieszkanko, jak większość mieszkanek w Tokio było małe i obejmowało jeden pokój. Prywatności może niewiele, ale towarzystwo bardzo miłe. Czas dla Emmy mieliśmy jedynie wieczorami, ale i ona, zajęta studiami na uniwersytecie głównie wtedy miała czas. Posiedzieliśmy więc przy piwku i obgadaliśmy wszystko, co można było obgadać, zaczynając od muzyki i filmów, a na teorii ewolucji i tęsknocie za winem oraz serem kończąc. Jednego wieczora poznaliśmy też bardzo sympatyczną koleżankę Emmy – Stefanię, która pracuje w Toki jako niania. Niestety rodzina z którą współpracę podjęła nie specjalnie przypadła jej do gustu. Wybraliśmy się więc na pyszne kluski, które Emma zaproponowała, a które zdecydowanie podniosły Stefanię na duchu. Nas również – pyszota. 

wp_20161112_21_41_16_pro
Kluski tanie i pożywne. Nic, że trzeba jeść na stojąco. Po lewej ze świnią, po prawej ze świnią w curry.

Jedzenie właściwie odbywało się na ulicy. Dość popularne w Japonii są niewielkie bary szybkiej obsługi, gdzie możesz zamówić zupę z kluskami i różnymi dodatkami. Stanie z gorącą miską w ręku, w wąskiej uliczce i wsuwanie żarcia pałeczkami jest dość trudne, ale nie daliśmy się tym przeciwnościom. Zwłaszcza, że posiłek był tani, zdrowy i rozgrzewający, a jesienny wieczór nie należał do najcieplejszych. 

wp_20161112_21_38_21_pro
Stephanie, Emma i Anna. Zadowolone, bo wiedzą, że już niedługo zjedzą 🙂

Kiedyś w jednej z książek o Japonii, przeczytałam, że Japończycy preferują zimno. Podono ziębiony od maleńkości człowiek jest zdrowszy, dzielniejszy i ogólnie mniej marudny. Bardzo to możliwe, w końcu wiadomo, że zimno konserwuje i może to właśnie jeden z powodów długiej średniej życia Japończyków. Oseski z odkrytymi główkami i gołymi nóżkami, dzieci idące do szkoły w szortach i skarpetkach do kolanka, a tu temperatura 10 stopni zaledwie. Brak jest też wszędzie centralnego ogrzewania. Lekka konstrukacja większości domów może i jest bezpieczniejsza w czasie trzęsień ziemi, ale na pewno ciepła nie trzyma. Więc się tu ludzie trzęsą nie tylko razem z ziemią, ale i z zimna. Z tego ostatniego są chyba zadowoleni wszyscy oprócz "gajdzinów" (japoński wyraz określający obcokrajowca w Japonii). Emma przed spaniem nagrzewała pokój za pomocą klimatyzacji i był to jedyny luksus na jaki mogła sobie pozwolić, bo inaczej zapłaciła by za prąd jak za zboże. 

wp_20161113_15_40_23_pro
Tokijski fencing squad w komplecie. W środku Katsura, która trenowała niegdyś w Warszawie. 

Sala szermiercza też do ciepłych nie należała. Kiedy rano dotarliśmy do centrum olimpijskiego, radośnie powitaliśmy drużynę polską, czyli Leszka, dwóch Michałów, Piotrka, Kubę, Andrzeja i Ludwika oraz trenera naszej reprezentacji, fechmistrza Piotra Majewskiego, odrazu spostrzegliśmy, że i tu o ogrzewaniu możemy tylko pomarzyć. Wszyscy siedzą w bluzach, kapturach, zakutani w szaliki…jak tu się przebrać w strój szermierczy? Chłopaki  dali radę. W turnieju indywidualnym nasi spisali się całkiem dobrze, ale w drużynówce na pewno liczyli na więcej. Nic to, może następnym razem. Za to drużyna japońska zaskoczyła wysokim, czwartym miejscem i wygraną z reprezentacją Francji, która, jak mnie poinformowano, jest bardzo dobra. Gratulacje dla gospodarzy…chociaż moim zdaniem to oni fory mieli, bo im to zimno w sali najmniej przeszkadzało ;).

wp_20161113_11_01_48_pro
Leszek, Andrzej, Michał i Piotrek tuż przed rozpoczęciem meczu z Ukrainą. 

Ostatniego wieczora w Tokio porzegnaliśmy reprezentację Polski, a także przenieśliśmy się od Emmy do innego hosta z couchsurfingu, o imieniu Yonnie. Nasza kochana gospodyni nie mogła nas dłużej gościć. Na szczęście Yonnie, sympatyczny Japończyk, nie tylko udostępnił nam wąski kawałek podłogi swojego nieprawdopodobnie małego mieszkania. Zaopatrzył nas także na noc w wygodny futon, nakarmił pyszną zupą z małżami, rybami i warzywami oraz wręczył w prezencie pyszne migdałowe ciasteczka. Ma ewidentną słabość do Polaków, bo nasz kraj odwiedził, zwiedził, a obecnie ma nawet całą playlistę z polskimi przebojami.

wp_20161114_09_27_11_pro
Mieszkanie może małe, ale na selfie zawsze miejsce się znajdzie. Ania, Yonnie i ja.

Następnego dnia mieliśmy udać się bardzo wcześnie na parking przy autostradzie, by dojechać do Kioto o jakiejś rozsądnej godzinie. Znów 500 km przed nami. Plan – pobudka o 5.30…O 7.30 obudziliśmy się z przeświadczeniem, że kurczaki, za późno. Nie dało się jednak innaczej. Mój organizm poprostu odmówił współpracy. Pierwszy raz w życiu naprawdę nie byłam w stanie się podnieść. Można mnie było szczypać, skubać, pacać, nawet dźgać kijem, a i tak bym nie wstała. Cóż było robić? Pogodzeni z losem ruszyliśmy łapać stopa do Kioto z nadzieją, że uda nam się odtrzeć do hostelu na czas, by się zamledować. Czy nam się udało, dowiecie się już wkrótce.

wp_20161113_20_37_04_pro
Zupa była absolutnie przepyszna, bardzo pożywna i jeszcze zdrowsza 😉

Ania

Autostop w Japonii, czyli jak Yuki Ota pomógł nam dojechać do Tokio

W którym szaleństwie jest metoda? – Zorganizowana akcja – Lost in translation – Kaka demona

Autostop w Japonii to bardzo nieprzewidywalna sprawa i niezwykłe doświadczenie. Trudno znaleźć optymalny sposób łapania okazji, bo za tym co Japończyk za kierownicą pomyśli, gdy cię zobaczy, po prostu nie trafisz. Jedno jest pewne – trzeba dotrzeć na serbisu eria nad ranem, bo na to aż się ktoś zatrzyma, można czekać pięć minut albo dwie godziny. Gdy wyruszaliśmy z Osaki, dotarliśmy na SA około godziny 8. Zaopatrzyliśmy się w wysokokaloryczny prowiant na drogę, a potem zdobyliśmy dwie mapy okolicznych autostrad. Jedną po japońsku dla kierowców, a drugą po angielsku dla nas. Strzeżonego…i tak dalej. Zlustrowaliśmy nasze pole bitwy i znaleźliśmy najlepszy punkt do łapania okazji. Chcieliśmy, żeby kierowcy ze wszystkich pasów ruchu widzieli nas z daleka, w miarę możliwości nawet przez szyby sklepu czy restauracji. Mogą się wtedy dłużej namyślić, zobaczyć jak się zachowujemy i czy można nas zaprosić do samochodu. Nie zawsze można spełnić wszystkie te wymagania, ale trzeba się postarać, bo to ma tutaj większe znaczenie niż w Gruzji czy Kirgistanie. 

wp_20161110_08_33_40_pro
Serbisu Eria. To akurat niezbyt duże, ale bywają najprawdę ogromne. Rozpoczynamy autostop Osaka-Tokio!

Autostopowicz w Japonii nie jest bardzo częstym widokiem, chociaż ludzie są zaznajomieni z tym zjawiskiem. Hitchihaiku (serio) to coś co robią zwykle studenci albo przyjezdni z Europy, Stanów czy Australii. Dlatego od początku witały nas głównie uśmiechy i pokłony ze strony kierowców i pasażerów. Oznaczało to tyle, że rozumieją naszą sytuację i przepraszają, że nie mogą nas zabrać. Nawet jeśli po prostu nie chcą. Po jakimś czasie zatrzymał się starszy pan, biznesmen w garniturze, który po angielsku zapytał dokąd jedziemy, ale okazało się, że nie tam gdzie on. Minęło ledwie 10 minut, więc byliśmy dobrej myśli – nie powinno być problemu. Po kolejnej godzinie podszedł do nas pracownik ze stacji benzynowej, wyposażony w karton i flamaster. Gdy dowiedział się, że jedziemy do Tokyo, powiedział, że to bardzo daleko i wysmarował nam wielki napis "Nagoja", a na drugiej stronie "Tokio". Po japońsku i angielsku. Do dzisiaj nie możemy rozgryźć czy taki znak pomaga, czy przeszkadza.

Bardzo uprzejmy, japoński kierowca pomyśli być może: "Jadą do Nagoi, a ja skręcam 60 km wcześniej. Niegrzecznie byłoby ich zabrać i zostawić na drodze. Nie mogę ich wziąć. Uśmiech. Ukłon. Pomacham jeszcze."

Oczywiście nas uradowałaby podwózka do dowolnego SA przy trasie do Nagoi, a później Tokio, ale w czasie naszych podróży po Honsiu, korzystaliśmy z napisów tylko, gdy dostaliśmy takie od kierowców. Po niecałej godzinie podeszła do nas starsza pani i wytłumaczyła nam na migi, i za pomocą mapy, że jedzie ze swoim mężem tylko do Kyoto, ale mogą nas podrzucić do następnego serbisu eria, czyli nieco ponad dwadzieścia kilometrów. Dobrze było ruszyć się z miejsca. Państwo nie mówili po angielsku ani słowa, a nasz japoński był ograniczony tylko do: "dziękuję", "dzień dobry", "do widzenia", "zielony", "kot" oraz "panie Funaki jest pan ulubionym skoczkiem narciarskim mojego syna". Kapitał niewielki, ale momentami procentował.

Starsi państwo dowieźli nas do SA, z którego rozciągał się piękny widok na jezioro Biwa, największe w Japonii. Arigato gozaimassssssssss! (dziękuję bardzooooooo uprzejmieeeee!) Krótka przerwa, usadowienie się w strategicznym punkcie przed wyjazdem z parkingu i znowu dużo pokłonów, machania, uśmiechów. Trzeba przyznać, że nawet przy nienajlepszej pogodzie, lepiej się stało, gdy wszyscy się do nas uśmiechali. W pewnym momencie byliśmy tak uskrzydleni tą serdecznością, że lada chwila wyrosłyby nam skrzydła i tak wyposażeni, w huragan ludzkiej dobroci, polecielibyśmy aż do Tokio…Hiehiehie…No niestety aż tak dobrze się nie czuliśmy. Prawdę mówiąc, uśmiechy bardzo sympatyczne, ale po dłuższym czasie nie miały już większego znaczenia. Oczywiście nie zmieniliśmy się w cynicznych tetryków, a w naszej romantycznej skorupie nie powstało żadne pęknięcie, nic z tych rzeczy. Nadal czekaliśmy na księcia, na białym rumaku, ale wyobraźcie sobie, że pod Waszą zimną wieżą przejeżdża co chwilę jakiś baron czy inny hrabia, z hufcem zbrojnych, uśmiecha się do Was promiennie i krzyczy "Powodzeniaaaaa i nie przejmujcie się smokieeeem!". 

wp_20161110_10_37_02_pro
Jezioro Biwa. Dzięki częstym postojom, mogliśmy zobaczyć trochę Japonii 🙂

Postaliśmy trochę, poskakaliśmy, żeby się rozgrzać i w końcu zatrzymał się samochód, w którym dwóch gastronomów zasuwało w okolice Nagoi. Bariera językowa była w tym przypadku trochę mniejsza, ale raz, że pomogli trochę Hidetoshi Nakata i Shinji Kagawa (warto znać choćby dwóch piłkarzy z każdego kraju 😉 ), a dwa, że bardzo pomocny okazał się tłumacz google. Jakkolwiek tłumaczenie z japońskiego na polski nie wychodzi najlepiej, to zabawa jest przy tym przednia. Zostaliśmy na przykład zapytani, czy jesteśmy parą mężów, czy tylko dwoma facetami, podróżującymi razem. Ah te niuanse językowe.

wp_20161110_10_36_38_pro-1
Czasem trzeba przystanąć i zrobić romantyczne selfie 😉

Pogawędziliśy trochę w ten sposób o pracy, o jedzeniu o tym, co jedliśmy i dlaczego nie sashimi. Bardzo wszystkiemy się dziwili, entuzjastycznie reagowali na każdą udaną wymianę zdań i w ogóle super nam się jechało. Zapunktowaliśmy również tym, że wyznaliśmy iż jesteśmy fanami szermierki, a do Tokio jedziemy głównie po to, żeby w końcu zobaczyć na żywo japońskiego mistrza – Yukiego Otę. Ale się ucieszyli! Nie wiedzieli, że po igrzyskach Yuki skończył karierę, ale przecież mógłby wpaść do hali zupełnie przy okazji, prawda?

Dotarliśmy do kolejnego SA, na którym panowie wysadzili nas, a sami poszli na papierosa. W Japonii nie można palić na ulicach, w żadnym miejscu publicznym, więc nawet na wielkim parkingu, trzeba udać się do smoking-roomu. W takiejże to wędzarni nasi dobrodzieje zagadali do ludzi, czy ktoś nie jedzie w stronę Nagoi czy Tokio i nie ma ochoty podrzucić dwójki autostopowiczów, którzy są wielkimi fanami Yukiego Oty. Momentalnie znalazły się dwie koleżanki, Kyoko i Chika, które podjęły się wyzwania.

Po angielsku też nie mówiły zbyt dobrze, ale oznajmiły, że mogą nas zawieźć na SA, który znajduje się jakieś trzydzieści kilometrów za Nagoją. Miodzio. Dziewczyny były bardzo radosne, roześmiane i po krótkiej wymianie zdań między sobą, zagadały do nas. Na początku werbalnie, ale później również zdały się na translator. Okazało się, że szukają kogoś "przeprowadzającego się do Tokio, w książce z twarzami". Trochę zbaranieliśmy, ale zaproponowaliśmy, żeby tłumaczyły z japońskiego na angielski i od razu poskutkowało. Po prostu rozpowszechniły na facebooku informację, że jedziemy do Tokio (oglądać Yukiego Otę) i czy ktoś by nas nie przejął w drodze. Akcja zyskała więc wymiar krajowy.

wp_20161110_12_40_27_pro
Kyoko i Chika. Szalooone.  

Nikt chętny na nas się niestety w internecie nie znalazł, ale Kyoko i Chika nie poddawały się łatwo. Gdy dojechaliśmy na kolejny SA, najpierw zaczęły szukać rejestracji tokijskich, a potem łowić ludzi i wprost prosić o to, żeby podwieźli nas do Tokio albo w jego kierunku. Bo chcemy zobaczyć Yukiego Otę. Jedna para nawet im nie odpowiedziała, patrząc się tylko dziwnie, ale za to kolejny zapytany od razu się zgodził. Gościu ponad czterdziestoletni, w różowiutkim Subaru, w różowiutkich kroksach, z długimi blond włosami i złotym zębem. Po angielsku też ani w ząb (hłe hłe hłe). Powiózł nas jednak doskonale. Na japońskich autostradach, choć są na prawdę dobrej jakości, nie można przekraczać prędkości 100 km/h. Jednak nasz kierowca grzał dobrze ponad 130, dzięki czemu nadrobiliśmy trochę czasu.

wp_20161110_14_20_04_pro
Różowa torpeda

Ponieważ jechał sam i nie mogliśmy zajmować go rozmową przez translator, w ciszy podziwialiśmy piękne krajobrazy, a nawet zdrzemnęliśmy się zdziebko. Wysadził nas jakieś sto kilometrów od Tokio, więc byliśmy spokojni, że do mieszkania naszej gospodyni z couchsurfingu nie przyjedziemy o skandalicznej porze. W Tokio udało się bowiem załatwić noclegi na cztery noce – trzy u francuskiej studentki, Emmy, a jeden u Japończyka, Yonniego. Tym razem nie zostaliśmy przekazani kolejnemu kierowcy prosto do samochodu i musieliśmy, po zjedzeniu obiadu, znowu złowić coś sami. Tym razem odwróciliśmy tekturę na drugą stronę, gdzie dumnie prezentował się napis TOKYO. Byliśmy pewni, że w tak niewielkiej odległości od stolicy, ludzie będą się wprost zabijać w walce o to, żeby nas podwieźć. 

wp_20161110_14_51_26_pro-1
Kluchy, rosół, owoce morza – recepta na szczęście

Godzinę później musieliśmy zweryfikować nasze poglądy i chociaż widok na ocean mieliśmy całkiem niezły, zaczynało się już ściemniać, a to nigdy nie jest dobra wiadomość dla autostopowiczów. Nadzieja nie zaczęła nas może opuszczać, ale niecierpliwie przestępowała już z nogi na nogę. W tej właśnie chwili zatrzymał się rodzinny samochód, z bardzo rodzinną rodziną japońskich Japończyków.

wp_20161110_15_33_19_pro
Przed nami ostatni etap drogi do Tokio. 

Okazało się, że jadą do Tokio, do tej samej dzielnicy co my, a nawet tej samej stacji metra. Wspaniali ludzie! Dzieciątko nie było co prawda zachwycone naszym pojawieniem się, ale rodzice byli bardzo przyjacielscy. Zagadywał nas głównie on, czyli Osamu, bo ona prowadziła samochód. Sam powiedział, że jest DJem radiowym i dziennikarzem, który niegdyś grał na gitarze w zespole metalowym, a Polskę owszem kojarzy, bo jest fanem Behemota. Nie zdziwiliśmy się. Zdradziło go to, że był ubrany na czarno, miał długie włosy, brodę, niski, dudniący głos i różowe podkolanówki. Zaraz, co? Ah ten japoński eklektyzm!

Do Tokio dojechaliśmy bardzo sprawnie – niestety na obwodnicy i w samym mieście zaczęły się korki. Nie narzekaliśmy jednak. Siedzieliśmy wygodnie, rozmawialiśmy z Samem, który bardzo się ucieszył, że chcemy zobaczyć Yukiego Otę, ale "wydaje mu się, że ten już skończył karierę". Och nieee!  Wkrótce podjechaliśmy pod ich dom, pożegnaliśmy się serdecznie i zostaliśmy skierowani do najbliższej stacji metra. Stamtąd ruszyliśmy w stronę naszego lokum. Niestety używanie translatora w trakcie jazdy zużyło moją baterię, nawigacja ledwo zipiała i musieliśmy bardzo szybko znaleźć budynek, w którym mieszkała Emma. Wyszliśmy na powierzchnię i wystarczyła chwila zawahania, by pomocna Japonka zapytała się czego szukamy. Pokazaliśmy adres i chociaż nie wiedziała gdzie to jest, zaprowadziła nas do najbliższej budki dzielnicowego, który wyjął super-dokładną policyjną mapę i pokazał, gdzie mamy się kierować. Z małą pomocą miejscowego i kilku Holedrów, trafiliśmy za trzecim razem. Niech żyją miejscowi i Holendrzy!

Marek

Pierwszy japoński świt, czyli Osaka na przystawkę

Osaczeni w Osace – Wyludnione ulice – Kolorowe liście – Sekretny tunel

Włóczęga po Osace zajęła nam cały dzień. Nie zobaczyliśmy wiele atrakcji turystycznych, ale nie od dzisiaj wiadomo, że dla nas atrakcją jest miasto samo w sobie. Zamiast więc jeździć drogim jak cholera metrem, pogalopowaliśmy na piechotę. Najpierw przez dzielnice południowe, które wydawały się kompletnie wyludnione. Ludzie w pracy, więc mijanych na ulicy osobników dało by się policzyć na palcach rąk i nóg. Ulice bardzo czyste, pomimo znikomej ilości koszów na śmieci, ale za to z dużą ilością restauracji, w których najtańsze dania wydały nam się zupełnie niedrogie, jak na Nippon. Pomyśleliśmy sobie, że to wspaniale i że wrócimy tutaj na kolację. Dlaczego o tym mówię? To trochę jak ta scena z kucharzem w "Polowaniu na Czerwony Październik".

wp_20161109_21_53_31_pro
Byliśmy wyjątkowo uważni, więc nie musieliśmy nabywać zatyczek.

Idziemy więc i idziemy, i idziemy i w końcu docieramy do pierwszego punktu, świątyni Shitennoji. Prawdopodobnie jest to najstarsza świątynia buddyjska w Japonii, wybudowana jeszcze "before it was cool", pod koniec szóstego wieku naszej ery. Oczywiście z pierwotnej struktury nie zachowało się nic, a obecny kształt nadano jej już po wojnie. Była to też pierwsza świątynia, w której mogliśmy wejść do pagody i zobaczyć jak wygląda w środku. Niestety przy zakazie robienia zdjęć. W środku na wszystkich kondygnacjach znajdowały się tysiące tabliczek, upamiętniających  przodków.  W trakcie zwiedzania przbytku, trochę się rozpadało, więc weszliśmy do pobliskiego pawilonu, w którym po prostu się siedzi. Można coś zamówić albo nie, ale przede wszystkim można odpocząć.

wp_20161109_12_32_55_pro
Kamienna brama do świątyni. Jest zimno, ale Ania rozradowania.

Posiedziliśmy trochę, studiując mapę i wytyczając dalszą drogę, do Zamku Osakańskiego…Osakskiego? Osaczonego? Tak czy inaczej, poszliśmy, wkraczając tym samym do centrum miasta. Centra miast japońskich są oczywiście bardzo rozległe, a czasem jest ich kilka. Osiedla są stare, ale były wielokrotne przebudowywane ze względu na liczne katastrofy naturalne i Drugą Wojnę Światową. Osaka została wtedy niemal zrównana z ziemią, a z zamku zostały jedynie fundamenty. Skąd my to znamy. Odbudowa udała się jednak znakomicie i mogliśmy podziwiać nie tylko piękną fortecę, ale również wspaniały park miejski. 

wp_20161109_15_43_46_pro
Zamczysko jak się patrzy. Jak się nie patrzy to też zamczysko.

Jesień w Japonii jest cudowna. Nic, że zimno, że pada. Liście zmieniają kolory i ze względu na specyficzną wegetację, nie spadają z drzew tak szybko. Trochę jak w Polsce, ale barwy jakieś takie bardziej nasycone. 

Czy sautte, czy w zestawieniu z krajobrazem miejskim, wygląda to wspaniale, a turyści tłumnie ściągają, by obejrzeć jak matka natura zmienia makijaż na jesienny.

wp_20161109_15_31_15_pro
Obrazek wielowarstwowy. Człowiek, przyroda, beton.

Nachodziliśmy się porządnie, więc po obejrzeniu zamku z zewnątrz, wymknęliśmy się z turystycznej sitwy i rozpoczęliśmy odwrót strategiczny. Zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym centrum handlowym, aby zakupić japońską kartę sim, dzięki której mogliśmy korzystać z internetu. By zdobyć telefoniczną, trzeba się nakombinować, napopodpisywać, a i nie zawsze to to działa jak należy. Postawiliśmy więc na sieć internetową. Trochę nas kosztowała, ale mieliśmy zapewniony kontakt z ewentualnymi gospodarzami, a także nawigację przy naszych pieszych wyprawach.

wp_20161109_14_55_44_pro
Mógłbym robić tam zdjęcia godzinami, gdyby nie to, że było bliżej zera niż dalej.

W brzuchach burczało nam już porządnie, więc udaliśmy się do jednej z zaobserwowanych rano knajpek, gdzie wypatrzyliśmy tanią strawę. Ku naszemu zdziwieniu wszystkie okazały się zamknięte! Co u licha, nie jedzą po pracy? Czy pracują tak długo, że knajpy otwierają się dopiero po 20? W ostatniej chwili udało nam się jednak wypatrzeć jeden bar z japońskim fast foodem. Bardzo smacznym i na pewno zdrowszym, niż te, do których przyzwyczailiśmy się w Europie. Danie zamawia się w automacie, z którego pobierany jest paragon. Ten trzeba wręczyć kucharce i w 10minut wszystko jest podane do stolika. Ceny niższe niż w większości stołecznych lokali. Zupa miso gratis.

wp_20161109_18_08_05_pro
Ryż, kurczak, warzywo, zupa piwna i miso – bulion gotowany na mięsie bonito z wodorostami, z dodatkiem pasty ze sfermentowanej soi.

Następnego dnia mieliśmy ruszyć autostopem do Tokio, więc trzeba było wcześnie się położyć. Łapanie okazji na samych autostradach nie jest legalne, więc trzeba udać się do Punktu Obsługi Podróżnych, czy jak kto woli Service Area. Po japońsku "serbisu eria". Serio. Niestety dotarcie do takiego miejsca nie jest zawsze bardzo łatwe, więc postanowiliśmy wyruszyć z hotelu o 6 rano. Recepcja otwierała się dopiero o 7.30, więc klucz musieliśmy zostawić tam już wieczorem, a i prysznic (kilka kabin na parterze, na cały hotel), trzeba było uskutecznić o odpowiedniej porze. Pobudka przed świtem, śniadanie z Family Martu i ruszamy w drogę. Najpierw długi przejazd metrem do stacji, która znajduje się najbliżej SA, a potem kilka kilometrów na piechotę. Bagatela.

wp_20161109_13_37_59_pro
Kuszono nas różnymi przysmakami, ale chińskiej kuchni mieliśmy dosyć 😉

Szło się bardzo przyjemnie, przez dzielnicę domków szeregowych, posiadłości i innych lokali, które nie ograniczały się do jednego pokoju z aneksem kuchennym i łazienką. Dzięki precyzyjnej nawigacji, nie mieliśmy problemu z dotarciem w pobliże SA, ale nie potrafiliśmy znaleźć wejścia dla pieszych. W końcu to stacja dla podróżnych, a podróżny porusza się samochodem. Poprosiliśmy o pomoc jednego z przechodniów, a ten zapytał się następnego i następnego, aż w końcu wspólnym wysiłkiem udało się odnaleźć sekretny tunel (naprawdę porządnie ukryty), przez który trafiliśmy do świątyni autostopowicza. Nie jest to popularna religia w Japonii, więc musieliśmy najpierw trochę się przygotować. Materialnie i mentalnie.

wp_20161109_09_52_13_pro
W hotelu czuliśmy się dobrze, ale czasem trochę wyalienowani 😉

Marek

Śpiewanie na Tajwanie, czyli do tanga trzeba sześciorga

101 sposobów na herbatę – Strzelanie i węże – Takie Tango po chińsku – Ukłon w stronę Japonii

Kolejne dni zleciały nam bardzo towarzysko. Magda i Jason to bardzo gościnni ludzie, a oprócz nas, schronienie u nich znalazła kolejna para couchsurferów – Nina oraz Sam. Belgijka i Brytyjczyk. Wspólnie schodziliśmy kawał miasta, wjechaliśmy kolejką linową na pobliskie wzgórze, gdzie mieliśmy okazję napić się herbaty parzonej i podawanej w tradycyjny sposób. Później chcieliśmy wjechać do Starbuckska, znajdującego się na 38 piętrze Taipei 101, ale okazało się, że było już zamknięte. Drugi co do wysokości budynek na świecie zobaczyliśmy więc tylko z zewnątrz i trzeba przyznać, że stanowi ładny widok. Przy okazji zobaczyliśmy też pomnik Su Yan Tsena. Ojca założyciela ustroju republikańskiego w Chinach, który czczony jest na równi przez komunistów i narodowców. Farciarz.

wp_20161106_16_02_07_pro
Herbata piękna, widoki pyszne.

Potem udaliśmy się na jeden z nocnych targów. W Tajpej jest ich kilkanaście i każdy z nich to wielki bazar, gdzie można kupić, zjeść i pograć. Do wyboru: strzelanie do balonów, strzelanie do tarczy, stawianie butelki do pozycji pionowej za pomocą sznurka, rzucenie kulami do celu i wiele, wiele innych. Można wygrać misia. Grać, nie graliśmy, ale za to zjedliśmy zupę na wężu. Niestety nic szczególnego. Sam rosół niezły, ale mięso…aż za delikatne. Alkohol z dodatkiem żółci wężowej też bez smaku. Mieliśmy pecha albo za dużo się nasłuchaliśmy przed podróżą. Tak czy owak wyprawa była bardzo udana (za wyjątkiem wspomnianej zupy) i choć wróciliśmy zmęczeni, to bardzo zadowoleni, że dane nam było poznać trochę miejscowego folkloru turystycznego. Jak dziwnie by to nie brzmiało.

wp_20161106_19_44_05_rich
Taipei 101 w pełnej, nocnej krasie. 

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i organizowanie sobie noclegów w Japonii. Bardzo ciężka robota. Japończyków jest bardzo dużo, ale są bardzo zapracowani i mają niedużo przestrzeni życiowej, więc wyszukanie odpowiednich osób zajęło nam cały dzień. Zdążyliśmy zjeść śniadanie i lunch, składające się ze śmierdzącego tofu (oczywiście) oraz omletu ze smażonymi ostrygami, a potem pochłonęła nas praca. Na szczęście mieliśmy dobre towarzystwo w postaci dwóch kotów syjamskich, które głośnym miauczeniem motywowały nas przy robocie. Do wieczora wysłałem chyba z dwa miliony próśb do japońskich gospodarzy, ale na koniec dnia przyszedł czas na trochę rozrywki. Skorzystaliśmy mianowicie z tego, że jesteśmy na Tajwanie, a ceny nie są kosmiczne i wybraliśmy się całą szóstką do karaoke baru.

wp_20161106_20_50_13_rich
Takie niby nieskomplikowane, a takie trudne…

Karaoke jest tu bardzo popularne, ale zabawa wygląda zupełnie inaczej niż tradycyjne śpiewy w polskich pubach czy klubach. Grupa przyjaciół wynajmuje bowiem pokój z odpowiednim sprzętem grającym i oprogramowaniem, bawiąc się tylko we własnym gronie, bez ryzyka publicznej kompromitacji, które wielu osobom potrafi odebrać odwagę. Co prawda ledwo się znaliśmy, ale trochę piwa i ogólny klimat w grupie zrobiły swoje. Niestety nie było bardzo wielu hitów, które gdzie indziej bralibyśmy w ciemno, ale za to Jason rozpoczął swój występ od chińskiej wersji piosenki…"Takie Tango". Okazuje się, że cover utworu Budki Suflera był hitem na Tajwanie i mówi o czymś zupełnie innym niż oryginał. W ogóle nie o tangu. Dalej poszło już z górki i śpiewom nie było końca. To znaczy był po 4 godzinach, ale przez ten czas wyśpiewaliśmy wiele piosenek i ogólnie bawiliśmy się setnie. Nawet kiedy rachunek okazał się wyższy niż zapowiadano ;).

wp_20161107_22_04_43_pro
Celine Dion we wraku Titanica by się przewracała, gdyby usłyszała…Brawurowe wykonanie "My Heart Will Go On"

Była to nasza ostatnia noc w Tajpej, bo rano musieliśmy sprawnie zebrać się na samolot do Osaki. Pożegnaliśmy się z Jasonem i z Magdą, pożegnaliśmy skacowane i śpiące powłoki, znane nam jako Samuel i Nina, a potem ruszyliśmy na lotnisko. Droga była długa, odprawa też, więc chyba pierwszy raz dotarliśmy do bramki w trakcie trwania boardingu. Zwłaszcza, że chińska firma, od której kupiliśmy bilety nie dała mi okazji do wykupienia dodatkowego limitu na bagaż rejestrowany, a miesiąc przed wylotem chciała za to więcej kasy niż przewoźnik tuż przed startem. No nie ważne. 

wp_20161107_15_35_23_pro
Omlet z ostrygami, czyli klasyczne śniadanie po tajwańsku.

Po wylądowaniu powitały nas niezwykle uprzejme uśmiechy japońskiej służby celnej oraz emeryci-wolontariusze, którzy sprawdzając nasze odciski palców, wypytywali o to skąd jesteśmy. Jeden z nich był kiedyś w Warszawie, ale zna tylko niemiecką nazwę miasta. Podejrzana sprawa…

Niestety nie udało się znaleźć nikogo, kto by nas przenocował przez dwie noce, ale za to zarezerwowaliśmy bardzo tani hotel. Jak na japońskie standardy oczywiście. Dodatkowym plusem było to, że dało się tam pojechać bezpośrednio z lotniska i nie musieliśmy się nigdzie przesiadać. W godzinę dojechaliśmy do hotelu, który stoi tuż przy stacji metra (pewnie dlatego taki tani). Recepcjonista, kłaniając się średnio co trzydzieści osiem setnych sekundy, wyjaśnił nam co i gdzie, a potem wręczył klucz do pokoju. Lokum było w zasadzie jednoosobowe, ale co tam, nie jesteśmy tacy znowu wielgachni, więc się zmieściliśmy. Family Mart, znany nam z Chin i Tajwanu, był pod ręką, a w nim gotowy ZUT – zestaw ubogiego turysty – suhi, jakaś kiełbaska, jakiś omlet, jakieś takie kuleczki z jakiegoś takiego mięsa. W każdym razie zestaw bardzo smaczny, podlany łykiem Sapporo Gold sprawił, że spało nam się nieziemsko. Rano ruszyliśmy na zwiedzanie i zaczęliśmy liczyć niewymuszone ukłony od wszystkich mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni – takie zadanie matematyczne dla niewychowanych Europejczyków. Ciekawe wielce ile tego będzie na koniec. Po odkłonieniu się recepcjoniście wyszliśmy zatem na jesienne, ale słoneczne ulice Osaki…

wp_20161108_21_45_06_pro
Całkiem niezłe jak na kupione w ichniej Żabce 😉

Marek i trochę Ania

Z wizytą u dyktatora i mała wspinaczka, czyli kolejne dni w Tajpej

Zmiaaaaanaaaa waaaaartyyyyyy – Uśmiech rzeźnika – Cuchnący przysmak – Zmiana lokum

Na drugi dzień zwiedzania Wicherek zapowiedział deszcz i postanowiliśmy poszlajać się po muzeach, spędzając większość czasu pod dachem. Same muzea nie były szczególnie ciekawe, a w Muzeum Sił Zbrojnych niewiele dało się zrozumieć z ekspozycji, ale za to działo się trochę w pierwszym punkcie naszej wędrówki po mieście. Odwiedziliśmy mianowicie memoriał Czang Kaj-Szeka i, siłą rzeczy, zobaczyliśmy znajdujące się tuż obok gmachy filharmonii i teatru narodowego.

wp_20161104_11_16_18_pro
Po prawej filharmonia, a po lewej teatr. Albo na odwrót.

Przy pomniku dyktatora odbywała się akurat uroczysta zmiana warty. Choreografia nie była może porywająca, ale nie ze względu na brak umiejętności żołnierzy, tylko na tempo jej przeprowadzania. U nas sprawa jest szybka i prosta. Krok marszowy nieskomplikowany, ale zadziorny, z przytupem. U Amerykanów na wzgórzu Arlington celebra jest większa. Żołnierze chodzą jakby się skradali i maszerowali jednocześnie, a inspekcja broni jest bardzo rzeczowa. Tutaj wartownicy ruszali się dynamicznie, ale przede wszystkim klatka po klatce, zamierając w kolejnych pozycjach. Wyjątkiem były oczywiście elementy musztry i inspekcja broni, która miała charakter mniej fachowy, a bardziej pokazowy. Całość dłużyła się w pewnym momencie niemiłosiernie i z ulgą przyjęliśmy ostateczną zmianę warty.

wp_20161104_11_04_55_pro
Chłopaki muszą trochę jeszcze poćwiczyć nad synchronizacją.

Mogliśmy po niej bliżej przyjrzeć się pomnikowi samego generalissimusa. Niestety nastąpi teraz mała wrzutka historyczna. Pan generał, czy też pan generalissimus, czy też pan prezydent, to postać wielce kontrowersyjna. Dla jednych bohater, dla innych krwawy tyran, dla trzecich pół na pół. Postać jakich w historii bardzo dużo. Brał udział w rewolucji, która doprowadziła do powstania Republiki Chińskiej, a potem, jako naczelnik Kuomintangu, starał się powstrzymać kontrrewolucję komunistyczną. Z małą przerwą na rozejm i wspólną walkę z Japończykami w czasie Drugiej Wojny Światowej. To ostatnie udało mu się bardzo dobrze, natomiast w wojnie domowej przegrał z kretesem (i komunistami). On i resztki jego zwolenników schronili się na Tajwanie, gdzie kontynuował chińską tradycję repub….znaczy chińską tradycję kultu jednostki. Rządził twardą ręką, przeciwników mordował lub więził i dopiero pod koniec jego rządów, a także na początku rządów jego syna, system zaczął zakręcać troszeczkę w stronę tego, który na Tajwanie panuje obecnie.

wp_20161104_11_18_34_pro
Pogoda nienajlepsza, ale pogoda ducha dopisuje 😉

Wracajmy jednak do teraźniejszości i pomnika prezydenckiego. Wielki posąg, generał w pozycji siedzącej. Patrzy na ludzi i…uśmiecha się dobrotliwie. Wygląda bardzo zażywnie (Stachu, potwierdź!) i aż chciałoby się podejść i przytulić. "Chodźcie dzieci!" – zdaje się mówić "Każdy Chińczyk to mój przyjaciel i wnusio, pod warunkiem, że myśli dokładnie tak samo jak ja, he heeee!". 

wp_20161104_11_14_52_pro
Tradycyjnie ubrany, skromny, uśmiechnięty, zapożyczony. Na zachodzie mówili o nim –  generał Cash My Check.

Dzień zakończyliśmy pyszną kolacją u naszych kochanych gospodarzy, a potem spacerem z ich psem – Teddym. W czasie przechadzki rozmowy różne, w czasie których idzie (idzie – ha ha ha) poznać naszych gospodarzy lepiej. Oboje urodzili się już na Tajwanie, ale ich rodzice pochodzili z kontynentu. Mają podwójne obywatelstwo, bo kilkanaście lat mieszkali w Belize, gdzie Jimmy nadal prowadzi jakieś interesy. Zarówno on jak i Grace są już na emeryturze, bo zajmują sobie czas wolontariatem w różnej postaci. W przyszłym roku będą na przykład pomagać przy obsłudze uniwersjady, która odbędzie się w Tajpej. Łasy na to jest zwłaszcza Jimmy, pasjami ogląda koszykówkę. Oboje lubią baseball, który na Tajwanie jest sportem narodowym. Przede wszystkim jednak to zapaleni podróżnicy, którzy nie tak dawno jeszcze byli w Polsce. Oczywiście bardzo smakowały im pierogi i kiełbasa. O trunkach nic nie mówili, bo nie piją alkoholu. 

wp_20161104_17_52_26_pro
Dobrze nas karmili, nie ma co!

Ostatniego dnia gościny zabrali nas o poranku na wycieczkę po okolicznych wzgórzach, by pokazać swój ulubiony szlak oraz całkiem ładną panoramę Tajpej. Niestety widoczność nie była zbyt dobra, ale wspinaczka się przydała, bo na śniadanie kazali nam zjeść kluchy na parze, nadziewane mięsem, a potem bułeczki ryżowe z nadzieniem sezamowym. Nie protestowaliśmy szczególnie ostro.

wp_20161105_09_59_25_pro
Obelisk Twardziela. Jak tu dotarłeś znaczy, że jesteść gość. Czterech gościów, czyli Anna, Grace, Jimmy i ja.

Zresztą po wyprawie zaprowadzili nas do knajpki, gdzie podawano prawdziwie chiński przysmak. Cuchnące Tofu. Tak to się nazywa, serio. W ogóle chińskie jedzenie nazywa się zwykle tak, jak się je widzi. Żadne tam szatobriandy, bezy pawłowej. Po prostu kluchy z tym i tym albo ryż z owym. Wracając jednak do tofu – rzeczywiście cuchnie. Kiedy stoi się na zewnątrz knajpy, wyziewy cuchną najbardziej. W środku tylko śmierdzi, a jak już zaczyna się jeść, to zaledwie nieźle daje. W smaku jest bardzo dobre i szybko stało się ulubioną przekąską Ani. Jimmy i Grace byli bardzo zdziwieni, że nam smakuje. Nie próbowali kiszonych, kiedy byli w Polsce. 

wp_20161105_11_25_48_pro
Naprawdę bardzo dobre i pożywne. Smród da się wytrzymać. 

Po powrocie do domu jedzenia ciąg dalszy. Ania podjęła się przygotowania pożegnalnego obiadu. Tradycyjne zestawienie. Mięso w panierce, puree, marchewka. Nie ma czasu na kaczkę z jabłkami 😉 Dołączyły do nas dwie córki Jennifer i Jessica, więc całość zniknęła w sprawnym tempie. Dziewczyny bardzo sympatyczne, ale nie zdążyliśmy się lepiej poznać, bo musieliśmy wychodzić i zmienić lokum. Jimmy i Grace nie mogli nas dłużej gościć, więc przez CS zdobyliśmy nocleg na trzy noce u Magdy i Jasona, pary polsko-tajwańskiej. Mieliśmy im dać znać z autobusu miejskiego (wszystkie mają WiFi), że wysiadamy przy umówionej stacji metra i jedziemy do nich. Niestety pech chciał, że w tym jednym autobusie nastąpiła awaria sieci, a potem nigdzie nie mogłem złapać darmowego internetu (jak na złość, bo on naprawdę jest prawie wszędzie), więc pojechaliśmy dalej, nie informując nowych gospodarzy, o tym gdzie jesteśmy i licząc na to, że złapiemy internet na miejscu. wp_20161105_08_12_28_pro
Teddy był smutny, że już sobie idziemy…

Na stacji nie ma netu. Zostawiłem Anię i plecaki przy wejściu do metra i popędziłem szukać. W McDonalnd's nie ma. KFC nie ma. Knajpa sushi nie ma. Starbucks! Jest! Nie, nie ma…A jednak jest! Napisałem szybką wiadomość, gdzie czekamy i wróciłem do Ani dokładnie w momencie, gdy Magda i Jason (dla pewności z koszulką z orłem w koronie i napisem "Polska") przyszli po nas, bo, jak powiedzieli, "oszacowaliśmy, że akurat powinniście przyjeżdżać". Prorocy jacyś czy co? 

Marek

Wyspa uśmiechniętych ludzi, czyli Tajwan

Jadźka, pomóc Ci?! – No to ci pomogę! – Podróż z tysiącem uśmiechów – Gdyby Chiny… – Świątynie wielu wyznań

Wiedzieliśmy, że Tajwan obejrzymy jedynie przez 6 dni i jak się następnie okazło przez cały ten czas żałowaliśmy, że nie możemy zostać przez 6 tygodni. O wyspie wiedzieliśmy raczej niewiele, potraktowaliśmy ją jako odpoczynek i tani postój przed Japonią. Zdecydowaliśmy, że te 6 dni poświęcimy na stolicę. Wszelkie wypady wgłąb wyspy kosztowałyby nas sporo wysiłku, a Chiny trochę nasze siły nadszarpnęły. 

wp_20161103_12_13_14_pro
Ania nadal czuła się jak disneyowska księżniczka, więc zaczepiała zwierzęta w parku.

Pierwsze trzy dni gościć nas miało małżeństwo: Grace i Jimmi – pokoleniowo bliższe naszm rodzicom niż nam, co na chousurfingu jest raczej nietypowe. Wylądowaliśmy na lotnisku w Tajpei, stolicy Tajwanu i ruszyliśmy do autobusu, zgodnie ze wskazówkami naszej gospdyni, zdobywając po drodze plan miasta i metra. Musieliśmy w mieście zrobić przesiadkę, by dojechać do punktu docelowego. Tajwan posługuje się językiem chińskim tradycyjnym, który w odróżnieniu od kontynentalnego chińskiego uproszczonego jest dużo bardziej skomplikowany w piśmie. Liczba kreseczek, kropeczek i daszków w pierwszej chwili przytłacza. Staliśmy zatem przez chwilę przy planie autobusu, szukając właściwego przystanku w gąszczu znaków. Ten krótki, bo kilkunastosekundowy moment zawachania wystarczył, by podszedł do nas młody Tajwańczyk. Płynną i ładną angielszczyzną zagadnął czy może potrzebujemy pomocy. Nieco zaskoczeni tak nagłą chęcią wsparcia zaczęliśmy tłumaczyć, że szukamy przystanku. Miły pan rozpoczął poszukiwania wraz z nami. Następnie spytał o adres, pod który zdążamy i odnalzał najbliższy przystanek. Stwierdził, że trochę będziemy mieli do przejścia, więc ona nas zawiezie taksówką i zaraz dodał, że ona stawia. Dziękowaliśmy jak najęci, a młody człowiek zapakował nas sprawnie do taksówki. Okazło się, że jest lekarzem w pobliskim szpitalu. Nie tylko zawiózł nas pod drzwi, ale zadzwonił do Grace – naszej gospodyni, żeby nas przekazać "do rąk własnych". Nawet nie zdążyliśmy się dowiedzieć jak ma na imię, na nasze podziękowania uśmiechnął się jedynie, powiedział, że drobiazg, nie ma sprawy i zniknął. Łał! Godzina na Tajwanie i już honor lekarzy świata został przywrócony (kirgiski neurochirurg, jak może Czytelnicy pamiętają zbrukał go swymi podstępami). 

wp_20161103_14_46_30_pro
Spacer brzegiem rzeki umilały nam rozliczne parki i insze, miłe zakątki.

Grace i Jimmi przyjęli nas z równą serdecznością, posadzili przy stole, pogadali, nakrmili pyszną kolacją. Wygodne łóżko było wspaniłym dopełnieniem obrazu. Rano wstaliśmy wyspani, w doskonałych humorach, a Grace przygotowała omlety na śniadanie. Nic tylko ruszać i zwiedzać Tajpei!

wp_20161103_11_12_37_pro
Ściana najwyższej mądrości w świątyni konfucjańskiej. No i jakiś mur, z malowidłem w tle.

Może zanim przejdę do dalszych przygód – kilka wyjaśnień na temat Tajwanu, bo jest to państwo bardzo wyjątkowe. W skrócie rzecz ujmując – Tajwan uważa, że jest właściwą Republiką Chińską, czyli krótko mówiąc – to są zdaniem Tajwańczyków prawdziwe Chiny. Rząd Chiński po prostu czasowo przeniósł się na Tajwan w związku z rebelią komunistów na kontynencie. Jak wiemy, to "czasowo" trwa już od ładnych paru dekad, a właściwie od ponad półwiecza. Tymczasem Chiny Ludowe nie uznają Tajwanu – dla rządzącej krajem partii komunistycznej Tajwan należy do Chin, czyli do nich i koniec kropka, nie ma o czym gadać. Nie ma o czym gadać do tego stopnia, że Tajwanu nie uznaje większość społeczności międzynarodowej. Przykładowo w Europie – jedynie Watykan. Mało tego – Komunistyczna Partia Chin zagroziła, że jeśli Tajwan oficjalnie ogłosi, że jest oddzielnym krajem, to Chiny podejmą wszelkie środki, łącznie z siłowymi, by szybciutko zmienili zdanie. Tajwan zatem nie ogłasza, choć pomysły by ogłosić, co jakiś czas się pojawiają. Obecna partia rządząca bardzo by tego chciała.

wp_20161103_11_15_11_pro
Chińskie świątynie buddyjske i konfucjańskie akademie nie wiele się od siebie różnią pod względem architektonicznym.

Zatem wszyscy wiedzą jak jest – Tajwan to odzielne państwo, ma odzielny rząd, podejmuje decyzej sam, w większości krajów ma placówki dyplomatyczne, choć nieoficjalne. Na Tajwanie jest demokracja, wolność słowa, wolność wyznania, nie ma blokad internetu, wojska na ulicach, prześwietlania bagażu w metrze. Wszyscy to wiedzą, ale by nie drażnić Chńskiego Smoka nikt tego nie przynaje. 

wp_20161103_12_05_29_pro
Smoki. Smoki wszędzie!

Tymaczasem wystarczy wyjść z lotniska w Tajpei, żeby wiedzieć, że już nie jesteśmy w Chinach Ludowych. Nagle wszyscy się do Ciebie uśmiechają. Nagle jeśli pierwsza zapytana osoba nie zna angielskiego, to druga, już tak. Nagle nikt nie pluje i nie smarka na ulicę, nie rzuca pestkami słonecznika gdzie popadnie. Nagle samochody nie chcą Cię przejechać, skutery potrącić, a sygnalizacja świetlna ma faktyczne znaczenie. Nagle w metrze czekają wszyscy grzecznie w ogonku aż wysiądą ludzie z wagonika, a potem wsiadają – nikt nikogo nie przepycha, nikt nikogo nie zgniata. Nagle miejsca dla osób uprzywilejowanych są puste, nikt na nich nie siada, a nawet jeśli, to starszej osobie ustąpi. Nagle widzisz czym byłyby Chiny gdybi nie rewolucja, nie komnunizm, nie Mao…

Może kraj by nie był tak wielki. To centralne sterowanie w końcu utrzymuje go w całości. Jednak wielkość nie zawsze mierzy się kilometrami kwadratowymi i z tego też nagle zdajesz sobie sprawę. Nie twierdzę, że Chiny Ludowe, które przecież gościły nas przez ponad miesiąc, nie są ciekawe, że jest brud, syf i bieda z nędzą – nic z tych rzeczy, wcale nie! Wystarczy jednak polecieć na Tajwan by poczuć różnicę, by dojrzeć co ponad pół wieku pod rządami komunistów może zrobić. Jakie są zmiany nawet nie w budynkach, miediach, zabytkach, czy w gospodarce, ale w ludziach. Bardzo pouczające doświadczenie, polecane zwłaszcza młodym.

wp_20161103_15_17_04_pro
Świątynia Longsheng w Tajpei.

Wracając jednak do naszych przygód – ruszyliśmy przez Tajpei zadowoleni, na każdym kroku stykając się z uśmiechami, życzliwością i pomocą, jeśli była nam takowa potrzebna. Postanowiliśmy w pierszym dniu zwiedzić świątynie w mieście. Zaszliśmy zatem do buddyjskiej, taoistycznej oraz konfucjańskiej, gdzie Marek postanowił spróbować jednej z sześciu konfucjiańskich sztuk – powożenia. W prawdzie w wersji elektronicznej – na ekranie komputera, ale i tak zaraz władował konia do wody ;). 

wp_20161103_11_41_24_pro
To była trudna jazda. Strasznie tępe bydlę. No i jest jeszcze koń.

Następnie świątynia boga miasta. Spacer wybrzeżem rzeki był ostatnim punktem dnia – na więcej już sił nie starczyło, ruszyliśmy zatem do Grace i Jimmiego, by spędzić z nimi miły, spokojny wieczór i spróbować przyrządzonych przez Grace przysmaków. Na kolację czekała nas ryba, wieprzowina w jakimś sosie, ostre pikle, gotowane pataty i oczywiście ryż. Pyszne, wspaniałe, nie mam słów. Odwidzięczyliśmy się deserem – znaleźliśmy bowiem w supermarkecie lody Grycana! Na serduszku jakby cieplej (a to przecież lody – buahahahaha..hahaha..haha…ha – M.) 

wp_20161103_18_08_19_pro
Rybcia palce lizać.

Ania

HK Disneyland Resort, czyli dlaczego z winy Marka nie obejrzeliśmy Hongkongu

Żegnajcie Chiny – Bajkowa niespodzianka – Juhuuuuu! – Hurrraaaa! – Jeeeeee!!!

Hogkong nie był w naszym pierwotnym planie wyjazdu. Podjeliśmy decyzję o odwiedzeniu go jeszcze w Kirgistanie, kiedy trasa przez Chiny ostatecznie się ukształtowała. Tak jak Makao, Hongonk jest specjalnym regionem administracyjnym, oddanym w 1997 roku przez Wielką Brytanię pod panowanie Chin z 50-letnim okresem karencyjnym. Spodziewałam się zatem ciekawego połączenia kultur i dużo zwiedzania. Mój podstępny Małżonek miał jednak inne plany…ale nie uprzedzajmy faktów.

wp_20161101_17_08_39_pro
Hazel kocha Szymborską. Poprosiła mnie nawet  bym przeczytał jeden z jej wierszy po polsku. Chyba mi się udało 😉

Wraz z naszą gospodynią w Hongkongu-Hazel pojechaliśmy pociągiem by ostatecznie i nieodwołalnie przekroczyć granicę Chin Ludowych. W sensie tą pewną, przez wszystkich uznawaną i niewątpliwą, bo z tym gdzie się Chiny kończą, a gdzie zaczynają można dyskutować (o tym więcej w następnym tekście o Tajwanie). Krajowi Środka zrobiliśmy pa-pa nie bez pewnej ulgi. Nie chodzi nawet o to, że różnice kulturówe i polityczno-organizacyjne nas zmęczyły choć pewnie, to także odczuliśmy. Poprostu zaczęliśmy tęsknić za odmianą, za innymi ludźmi, za nowymi, niespodziewanymi zwrotami akcji, za powiewem świeżości – takim, jaki ze smutkiem zostawiliśmy w Makao.

wp_20161030_18_41_42_pro
Jedzenie nie było powiewem świeżości, ale za to było bardzo świeże i pyszne. Kurczak i kaczka w jednym

Nostalgii zatem nie było, za to gdy zajechaliśmy z Hazel do jej mieszkania, wypiliśmy hongkonskie piwo (dobre) i zjedliśmy tradycyjną hongkonską kaczkę z pyszną, rumianą skórką, okazało się, że Marek ma coś do zakomunikowanie swojej małżonce. Otóż jeszcze w Kaszgarze, gdy stało się jasne, że Mongolia nas ominie, za to będzemy w Honkongu, zgadał się z naszymi Rodzinami i wspólnymi siłami wygospodarowali fundusze na dwa bilety do Disneylandu!!! Aaaaaaa!!! Mało nie zemdlałam z radości. Hazel, którą Marek siłą rzeczy musiał dopuścić do tajemnicy, miała niezły ubaw. Dla tych, którzy nie wiedzą – jestem wielkim fanem bajek Disneya, kolejek górskich i parków rozrywki jako takich. Tak się złożyło, że moi Rodzice gdym dzieckiem była jeszcze, zabierali mnie do takowych np w Danii i były rewelacyjne. Byłam nawet w Legolandzie. Każda kolejka górska to dla mnie wspomnienie dzieciństwa i wakacji z Rodzicami. Ale jakoś do Disneaylandu nie udało nam się nigdy zajechać. Jedno z marzeń mojego życia – zobaczyć zamek Śpiącej Królewny w fajerwerkach – miało się zatem spełnić.

wp_20161031_11_10_55_pro
Tyle miłości! 😉

Obcałowywanie męża, kicanie z radości, wysyłanie dziękczynnych wiadomości do całej Kochanej Rodziny w podzięce za piękny przedgwiazdkowy prezent zajęło mi kolejne 30 min. Później kazano mi się uspokoić, bo radosna grupa chciała w spokoju przy piwku obejrzeć na projektorze Hazel "Dzień Świstaka", co znacznie utrudniały moje piski i próby wykonania tańca wojennego Indian z "Piotrusia Pana".

wp_20161031_13_00_03_pro
Próbowałemł sił z Excaliburem już w 1992 roku. Wtedy się nie udało, a teraz…też się nie udało!

Następny dzień za to wolno mi było wszystko – bo kiedy przekracza się bramy Disnelandu, to wiek przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. A do tego Star Warsy stały się niedawno oficjalną częścią wytwórni Disneya!!! Juhuuu!!! Zdecydowanie dzień należy zaliczyć do najfajniejszych i najbardziej czarujących w moim życiu. Jazda na rollercoasterze, zdjęcia z Chewbaccą, Buzzem Astralem, pierwsza w życiu przejażdżka na karuzeli z kucykami (śmiejcie się, nic mnie to nie rusza :D), dom strachów, jazda w filiżankach a potem jazda na rollercoasterze, a potem jazda na rollercoasterze, a potem jazda na rolllercoasterze…a potem zobaczyłam jak fajerwerki otaczają zamek Śpiącej Królewny i rozpłakałam się jak dziecko…a potem jazda na rollecoasterze ;). Marek pomimo, że fanem kolejek górskich nie jest dotrzymywał mi dzielnie kroku, za co chwała mu i sława na wieki. Zwłaszcza, że musiał też wytrzymać mój szalony entuzjazm. Ale widziały gały co brały i wiedziały na co się pisały.

wp_20161031_11_31_29_pro
Niby szaleństwo w oczach, ale dopiero jak ja zakręciłem kółkiem, to zrobiło się ciekawie 😛

Obejrzeliśmy też częściowo dwie sławetne parady. Mieliśmy trochę szczęścia, bo akurat trafiliśmy dokładnie na Hallloween, więc najpierw Mickey ze swoimi kumplami przejechał w haloweenowych strojach, a wieczorem wyskoczyli disneyowscy antagoniści. Na każdym kroku rozdawano nalepki ze złymi królowymi i innymi okrótnymi i podstępnymi postaciami oraz słodkości w myśl hasła "Cukierek, albo psikus". Może się bali, że jak ci wszyscy dorośli, co tu przyleźli i bawią się w dzieciaki postanowią zrobić psikusy, to może być nieciekawie. W każdym razie parady choć z pewnością wielce zachwycające wytrzymaliśmy jedynie przez 10 min, bo tłum był srogi.

wp_20161031_10_55_30_pro
Szacun dla gościa za pozowanie! No i dla tego w kostiumie Astrala też.

Liczni zwiedzający to zdecydowany minus tego radosnego miejsca, ale z drugiej strony idąc do parku Disneya, nie możemy spodziewać się niczego innego. Cieszyłam się, że nie jesteśmy tam w sezonie i w weekend, bo stanie 20-30 min w kolejce jeszcze zniosę, ale jakby przedłużyło się ono do godziny, czy nawet dwóch, jak to podobno bywa w najgorętrzych miesiącach, to mógłby mnie jednak trafić szlag. Tak czy siak fajnie było się przez chwilę poczuć jak "turysta" nie jak "podróżnik" i być dopieszczanym. Bo obsługa parku jest tak wyszkolona, że właściwie nieba by Ci przychylili najchętniej. Muszą im chyba całkiem nieźle płacić, bo szczerzą się jak druchny na weselu i dają Ci poczucie, że choć zapłaciłeś, to nie jesteś tu klientem, tylko miłym gościem.

wp_20161031_15_10_25_pro
Dynia jak na paradzie, normalnie…

Zasuwanie od rana do wieczora po parku dało się jednak we znaki. Kiedy adrenalina opadła w pociągu wiozącym nas spowrotem do mieszkania Hazel, czułam, że następny dzień może należeć tylko do tych, w których się je i śpi na zmianę. Wiedziałam, że jeśli ruszę znów na miasto, będę latać i zwiedzać zabytki, to zmęczenie może po prostu zmienić się w jakąś wredną infekcję. 

wp_20161031_10_13_26_pro
Ania jeszcze przed wielkim otwarciem parku, ale już w zabawowym nastroju

Zostaliśmy więc następnego dnia w domu, śpiąc i gadając, i rozkoszując się wsponieniami. Bo czasami po prostu trzeba zrobić przerwę. Wieczorem Hazel przygotowała pyszną kolację, dodaliśmy od siebie makaron we włoskim stylu (polskich produktów nie udało się zdobyć). Nie zobaczyliśmy zatem Hongkongu wcale – z winy Marka i jego podstęnych knowań. I chyba nikt się nie dziwi, że nie mam mu tego za złe ;).

wp_20161101_20_44_03_pro
Jedzenie, jedzenie, kocham je szalenie!

Ania

Miasto pięciu kóz, czyli jak smakują gołębie

Kozy czy barany? – Zośka czy badminton? – Nad rzekę czy wyżerkę? – Wolimy korniszony! 

Oczarowani Makao i gościnnością Andre, nieco ociężale ruszyliśmy do granicy, by w Zhuhai kupić bilety na pociąg do Kantonu. Wszystko udało się nam bardzo sprawnie i już po niedługim czasie pędziliśmy na północ. Momentami nawet 200 kilometrów na godzinę. Dojechawszy na dworzec południowy, przesiedliśmy się w metro i wróciliśmy do przytulnego mieszkania Lulu, której jeszcze nie było w domu, ale że dała nam klucze, to nie musieliśmy czekać pod bramą osiedlową. Swoją drogą, gdy za pierwszym razem odbierała nas z ulicy, nakazała ciszę, gdy przechodziliśmy obok ochroniarza. Każdy Chińczyk przyjmujący pod swój dach obcokrajowca, ma bowiem obowiązek zameldować o tym fakcie na policji. Z naszych doświadczeń jasno wynika, że nikt tego nie robi, niemniej na strzeżonych osiedach trzeba się mieć na baczności.

wp_20161028_16_39_04_pro
Słynna, Czerwona Wieża w Kantonie. Jest w Kantonie. Jest czerwona. Jest wieżą. 

Lulu to bardzo pracowita dziewczyna i codziennie późno wracała z pracy, więc wieczory, poza ostatnim, spędzaliśmy w sosie własnym. Jeden dzień poświęciliśmy na przepierkę absolutną, a drugiego i trzeciego ruszyliśmy na miasto. Musieliśmy zostać dzień dłużej, ponieważ nasza gospodyni w Hongkogu, wracała do domu dzień później niż planowaliśmy. No bezczelna 😉  Po Kantonie spodziewaliśmy się bardzo dużo i być może dlatego trochę się zawiedliśmy. Nie było oczywiście źle. Piękny parki, piękne świątynie, a nawet jedna katedra. Niestety zamknięta na cztery spusty, więc mogliśmy zobaczyć tylko z zewnątrz. Potem udaliśmy się do miejscowego muzeum, które jest polecane przez przewodniki i ma opinię najlepszego w Chinach południowych. Hmmm. Wydaje mi się, że czasy gdy oferuje się tylko eksponaty w gablotach już minęły, a wiele więcej tam nie zobaczyliśmy. Opisy nienajlepsze, historia zarysowana przeciętnie. Zarówno w Urumczi jak i w Lanzhou było pod tym względem zdecydowanie lepiej. 

wp_20161028_17_04_52_pro
Ot koza! No i ten pomnik sławetny.

Humory poprawiła nam wycieczka do parku, w którym oprócz pięknej natury, mogliśmy zobaczyć pozostałości murów miejskich, słynną, Czerwoną Wieżę oraz symbol miasta, czyli Posąg Pięciu Kóz, zwany, nie wiedzieć czemu, Posągiem Pięciu Baranów. Zadowoleni, ale zmęczeni rozpoczęliśmy odwrót strategiczny, urozmaicony porcją pysznego sushi. Z przyczyn oczywistych, dużo tańszego niż w Polsce. Powrót do domu, regeneracja, bo następnego dnia, wiele się miało dziać. Po pierwsze, mieliśmy spotkać się z Qian. Qian, czy też Cathy poznaliśmy jeszcze w Warszawie, gdy przyjechała na parę dni z Newcastle, gdzie studiowała. Została wtedy u nas cztery dni i bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Niestety nie była pewna czy wróci do domu na nasz przyjazd, więc nie mogła nas ugościć, ale na kilka godzin stała się naszym przewodnikiem. Miło było zobaczyć znajomą twarz i miło było zostać trochę oprowadzonym. 

wp_20161028_18_10_03_pro
Sushi po kantońsku. Tanie jak barszcz po ukraińsku.

Qian zaprowadziła nas do bardzo uroczego parku, gdzie ludzie ćwiczą tai-chi, kung-fu, grają w badmintona albo w coś na kształt naszej "Zośki". Sprzedawca lotek do tej gry rozegrał ze mną nawet mały sparing. Godzina dziennie przez miesiąc i kopałbym tyłki ;). Z parku wyszliśmy głodni, a Qian postanowiła zaprezentować nam klasyczną kuchnię kantońską. Najpierw spróbowaliśmy zupy z kluskami ryżowymi i grzybami, a potem innej, rybackiej. Przepis na nią jest prosty. Ryż, trochę chrupkiego pieczywa i to, co akurat wpadnie człowiekowi do sieci. Nie jestem pewien, co wpadło tego dnia, ale było bardzo dobre. To nie był jednak koniec naszych kulinarnych doświadczeń. Otóż zjedliśmy gołębia. Hodowlanego, młodego gołębia, który smakował jak coś pomiędzy kurczakiem, a kaczką, czy może gęsią. W każdym razie był naprawdę pyszny. 

wp_20161029_15_37_05_pro
Mały powiew warszawskich wspomnień, czyli spotkanie po latach z Qian vel Cathy 🙂

Na koniec wycieczki z Qian odwiedziliśmy akademię konfucjańską, czyli świątynię ku czci pracowitości i wiedzy. Siedemnastowieczna budowla, a właściwie kompleks, prezentowała się naprawdę imponująco, a rzeźbienia przy bramach i na niektórych ścianach, były po prostu wspaniałe. Kupiliśmy jeszcze Ani farbę do włosów, a potem pożegnaliśmy się z Qian, by pojechać na dworzec wschodni i spotkać się z Hazel, czyli naszą gospodynią z Hongkongu. Okazało się, że akurat jest w Guangzhou i postanowiliśmy kupić wspólnie bilety na pociąg. Pierwszy raz nie musieliśmy przy tym okazywać dokumentów. Qian powiedziała nam przed rozstaniem, że powinniśmy wieczorem pójść nad rzekę, bo jest tam naprawdę pięknie, ale okazało się, że Lulu uda się wcześniej wyrwać z pracy i będziemy mogli się w końcu zintegrować. Zaproponowaliśmy, że zrobimy coś polskiego do wspólnej kolacji, ale nie mogliśmy znaleźć produktów w pobliskim sklepie, więc Ania skonstruowała sałatkę ziemniaczaną, bo jakimś cudem udało sie nam zdobyć korniszony.

wp_20161030_12_16_01_pro
Wieża w świątyni Banyan. Odnowiona, ale fundamenty mają prawie 1500 lat.

Wieczór upłynął nam przeto wesoło, a oprócz Lulu i nas, przyszły jeszcze: Emma i….Chyba nie zostaliśmy sobie przedstawieni. W każdym razie ma męża i dziecko we Włoszech, ale mąż i dziecko to też Chińczycy. Oprócz wspomnianej sałatki ziemniaczanej, na kolację spałaszowaliśmy sałatkę z małymi rybkami na ostro, ogórek w sosie sojowym na ostro, coś na kształt szpinaku i świeże krewetki. Do tego stopnia świeże, że żywe tuż przed wrzuceniem na patelnię. Wszystko było pyszne, sałatka Ani cieszyła się wielkim powodzeniem u chińskich dziewcząt, a wieczór upłynął nam bardzo miłych rozmowach o niczym i wszystkim. Dosyć wcześnie poszliśmy spać, bo Lulu należał się porządny sen po ciężkim tygodniu pracy, a my mieliśmy jeszcze plany przed wyjazdem z Kantonu.

wp_20161029_20_22_01_pro
Uśmiechy promienne, bo zaraz rozpocznie się uczta. I picie dobrego wina.

Z ciężkimi tobołami wyszliśmy z mieszkania dosyć wcześnie, by po drodze zobaczyć jeszcze świątynia Banyan, a potem z zapasem czasowym dotrzeć do dworca. Dobrze się stało, bo okazało się, że odprawa paszportowa po stronie chińskiej ma miejsce jeszcze przed wejściem do pociągu. Zdążyliśmy na pociąg w ostatniej chwili. Może przedostatniej, bo w ostatniej zdążyła Hazel. Pogadaliśmy sobie o życiu i śmierci, zdrzemnęliśmy się kapkę i nim się obejrzeliśmy, byliśmy w Hongkongu. No dobra i tak byśmy się nie oglądali, ale wiadomo o co chodzi. Hongkong powitał nas niezłą pogodą i pieruńsko drogą komunikacją miejską. Przynajmniej w skali dotychczasowych naszych doświadczeń. Szok cenowy nam się przydał, przygotował nas trochę do pobytu w Japonii, ale najważniejsze jest to, co czekało nas na miejscu. O czym napisze Ania w następnym odcinku 🙂

wp_20161029_20_20_04_pro
Pożegnalna kolacja u Lulu. Lu-lu-lubimy ją bardzo.

Marek

Makao i po makale, czyli jak nie przegrać pieniędzy w stolicy hazardu

Chingalia? – Grać lub zwiedzać – Rodzinka.mc – Pyszna mieszanka

W stolicy hazardu, Makao (lub Makau) zamieszkaliśmy na dwa dni z Andre i jego rodziną – żoną i dwiema małymi córeczkami. Andre był wspaniałym gospodarzem i pomimo obowiązków zawodowych oraz rodzinnych znalazł jeszcze czas, żeby zabrać nas na wieczorny spacer po mieście. Trzeba przynać, że Makao zarówno mnie, jak i Marka poprostu oczarowało. Może to trochę kwestia tego, że jesteśmy poza domem już dwa i pół miesiąca, i wszystko co trochę bardziej znajome wydaje się bardzo bliskie sercu. A może należy przynać, że Makao jest w swojej dziwnej mieszaninie chińsko-portugalskiej i, co tu kryć, międzynarodowo-hazardowej kultury po prostu piękne, egzotyczne i fascynujące. 

wechatimage636131718768371821
Wesoła gromadka po pysznej kolacji. Zaraz położymy dzieci spać i ruszymy na miasto.

wp_20161024_20_32_16_pro
Chyba najbardziej fasadowa atrakcja turystyczna Makao. Hyhyhy…Fasadowa…

Makao to oficjalnie rzecz ujmując Specjalny Region Administracyjny Makau – jeden z dwóch specjalnch regionów Chińskiej Republiki Ludowej. Oznaczo to, że Makao to takie Chiny-nie Chiny, bo ma osobną administrację, rząd, politykę gospodarczą, walutę, politykę celną, policję, wyznacza też własnych delegatów na międzynarodowe wydarzenia. Za politykę zagraniczną i obronę tego terenu odpowiadają jednak Chiny. Do 1999 roku Mako należało do Portugalii, a do 2049, czyli przez 50 lat na mocy wynegocjowanego traktatu ma być tym czym jest – kawałkiem Chin – nie Chin o dużej dozie autonomii. Nie obejmuje go np nasz "ulubiony" Wielki Firewall Chiński – internet jest dostępny prawie na każdym kroku, a strony takie jak Google nie są blokowane. 

wp_20161024_20_35_38_pro
Buddyjska świątynia w wersji mini, a tuż obok stary mur niegdyś oddzielający portugalską część miasta od chińskiej.

W starej części Makao czułam się jak w starym, europejskim mieście – niewysokie budynki, kościoły, parki i mnóstwo turystów i tylko tych z Chin jakby więcej ;). Miasto warto zwiedzać wieczorem, kiedy już wszyscy inni pójdą przegrywać pieniądze w kasynach. Wieczorny spacer z Andre do ruin Katedry św. Pawła, stojącej za nimi świątyni buddyjskiej, poprzez piękne uliczki z kolonialnym zabudowaniem był naprawdę wspaniałym przeżyciem. Nie bez powodu starówka Mako wpisana została na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

wp_20161024_21_29_40_rich
Wśród miejscowych panuje lekka nostalgia za czasami portugalskimi i chętnie eksponują kolonialne pozostałości.

Druga twarz Makao to olbrzymie kasyna, wieże, podświetlone mosty i wielkomiejskość. Przed kasynami w rytm muzyki wystrzeliwują strumienie wody z fontann, wnętrza i fasady opływają "złotem", olbrzymie cielska hoteli błyszczą neonami. Za wielkie sumy można tu…no prawdopodobnie można wszystko co się tylko zechce. Ale jest też wersja dla uboższych – busik spod stacji pociągów zabierze Cię za darmochę prosto do kasyna, gdzie będziesz mógł przegrać swoje, w pocie czoła zarobione, pieniądze. Opcja dla optymistów – wygrać mnóstwo kasy i żyć jak król. Może i kasyno zawsze wygrywa, ale z drugiej strony, żeby wygrać trzeba kupić los i do odważnych świat należy. A może jednak lepiej nie grać w karty i mieć szczęście w miłości…przysłowia sprzeczne są, więc do kasyna na wszelki wypadek się nie wybraliśmy. Zwłaszcza, że w Makao byliśmy krótko i szkoda nam było nawet nie tyle pieniędzy, co czasu. No dobra, pieniędzy też ;).

wp_20161025_12_30_06_pro
Kasyno Grand Lisboa. Nie największe w mieście, ale najbardziej…najbardziej…No po prostu najbardziej 😉

Poszliśmy za to do bardzo pięknego parku, gdzie w cieple, ale i w cieniu drzew bambusowych rozwaliliśmy się w czarującym zakątku i zabraliśmy za uzupełnianie luk w lekturze. Obejrzeliśmy również muzeum miasta, niewielkie, lecz bardzo sympatyczne. Zawiera ciekawe połączenie motywów buddyjskich i chrześcijańskich, portugalskich i chińskich, a z tarasu można spojrzeć na panoramę miasta. Drugiego wieczora wyskoczyliśmy z Andre na "browczyk na ławeczce", czyli pojechaliśmy przez jeden z trzech mostów na należącą do Makao wyspę Taipa. Spokojne miejsce, gdzie można zjeść lokalne przysmaki i znów łyknąć trochę kolonialnego klimatu uliczek. Naprawdę przyjemnie było tak posiedzieć, pogadać i przez chwilę nic nie robić, nigdzie nie pędzić. Nawet kasynowe molochy wyglądały trochę lepiej.

wp_20161025_20_27_15_pro
Kasyna. Już jest ich za dużo, a budują nowe. Pierwsze z prawej to "Venetian". Podobno w środku pływają gondole.

Następnego dnia mieliśmy ruszyć spowrotem do Chin, jednak najpierw Andre zabrał nas do knajpki, gdzie podają regionalne jedzenie z Makao. Zderzenie smaków i aromotów – kuchni chińskiej i portugalskiej – pięknie podsumowało naszą wycieczkę. Krewetki w cieście, potrawka z dorsza, zupa warzywna, sałatka z pieczonymi sardynkami i kurczak w lekko pikantnym curry. Pyyyyycha. Skoczyliśmy też na przechadzkę do budynku miejscowego teatru oraz pięknej biblioteki miejskiej, gdzie niestety nie można było robić zdjęć.

wp_20161026_13_45_48_pro
Zabawne jak mieszczą takie duże ryby do tych małych puszek. Pewnie kurczą się przy marynowaniu.

Makao z pewnością warto odwiedzić. Tu jest innaczej niż wszędzie. To nie są Chiny, to nie jest kolonia, to nie jest Portugalia, to jest unikalna mieszanka tego wszystkiego z dodatkiem współczesności, która może czasem kole w oczy, ale też stanowi o magii miejsca. Szczypta tego, szczypta owego i mamy niezwykłe, skomplikowane i wyrafinowane jednocześnie danie w postaci Makao. 

wp_20161025_22_12_39_pro
Nie zawsze wychodzimy na miasto po zmroku, ale jak już wychodzimy to…świeci się 😉

Ania