Gościna u Asada, czyli ostatnie dni w Kirgistanie

Plov i Jelcyn – Pięć serc – Trzy imperia – "Pół godziny"

Okazało się, że Asad, w związku z problemami ze swoim automobilem, zmuszony był odbyć trzydniową trasę w dni sześć. Niemniej zanim padł na twarz w swojej sypialni, usadził nas na klasycznym, środkowoazjatyckim tapczanie, podał herbatę, chleb z dżemem malinowym, a na koniec plov własnej roboty. Ryż z przyprawami, baranim mięsem, baranim tłuszczem i baranią wątrobą. Chyba jeszcze nic mi tu tak bardzo nie smakowało. Ku pokrzepieniu serc, gospodarz nasz wyciągnął również opasłą butelkę wódki marki Borys Jelcyn. Powiedział, że on zasadniczo nie pije dużo, ale ta jakoś wyjątkowo mu posmakowała. Nam też, a do tego dobrze pasowała do dania głównego. Piliśmy więc za przyjaźń polsko-kirgiską, za gospodarza i za gości.

wp_20160925_18_39_17_pro
Oto plov. Plov, proszę państwa, smaczny jest wielce 🙂

Jako, że Asad jest miejscowym przewodnikiem, zna bardzo dobrze historię swojego kraju, kulturę nomadyczną i jest w stanie opowiadać o tym z jako takim dystansem, gawędziło nam się przednio. Spora część traktowała oczywiście okoniach, a Asad rozpoczął ją od przytoczenia zagadki swojego dziadka. Zapytał ile serc ma koń. Wiedzieliśmy, że to podstęp, ale musimy odpowiedzieć źle, żeby zostać naprostowani. Jedno? Nie. Koń rodzi się z pięcioma sercami. Jednym w piersi, czterema w kopytach. Jeżeli nie powstanie bowiem i nie zacznie chodzić wkrótce po urodzeniu, to krew nie zacznie krążyć poprawnie, a źrebię nie przeżyje. Konie są oczywiście wszechobecne w tym kraju, a absolutną, końską elitę tworzą Argamak. Otóż legenda głosi, że konie owe pochodzą z terenów obecnego Kirgistanu, choć obecnie największe i najlepsze hodowle prowadzą Turkmeni i Kazachowie. Zgrabne, niezbyt duże, ale też nie bardzo małe. Wytrzymałe niczym wielbłądy, mogące biegać po każdym rodzaju nawierzchni, bardzo szybko, bardzo długo. Jeżeli ktoś takiego konia posiada, traktuje prawie jak członka rodziny. Asad powiedział, że gdyby miał takiego w stajni to musiałby mu teraz sprezentować kawałek baraniego tłuszczu. Żaden tam suchy chleb. Sam pytał trochę o historię Polski, o naszą gospodarkę, o sport. Nie wiedział, że Robert Lewandowski jest Polakiem. O zgrozo… Tak czy inaczej, pogadaliśmy, wtryniliśmy na spółkę cały plov, a potem udaliśmy się na zasłużony spoczynek. 

wp_20160926_13_09_50_pro
Tapczan jaki jest, każdy widzi.

Kolejne dwa dni nie upłynęły nam niestety krajoznawczo. Musieliśmy zrobić pranie, złapać na mieście internet, zaplanować dalszą podróż, obskoczyć bankomaty, dworzec autobusowy, znaleźć jedzenie. Jakoś tak nam się to wszystko rozwlekło, że nie zdążyliśmy zbyt wiele zobaczyć. Wieczorem Asad przedstawił nam swoją narzeczoną, prześliczną Datkę i dowiedziawszy się ile kosztuje bezpośredni bilet autobusowy z Osz do Kaszgaru, powiedział, że do granicy zawiezie nas za tyle, że nawet licząc taksówki po stronie chińskiej (podobno są obowiązkowe, bo celnicy nie puszczają pieszych i nie można łapać stopa), wyjdzie nam dużo taniej, a po drodze będzie się zatrzymywał we wspaniałych miejscach, gdzie będziemy mogli zrobić piękne zdjęcia. Ucieszyliśmy się, bo lepiej zostawić pieniądze u znajomego, a nie w krwiożerczej korporacji autobusowej, która z pewnością winduje ceny, by przejąć władzę nad światem, czy coś. Asad powiedział, że tylko odwiezie Datkę do domu i wróci, by napić się z nami piwa, i obgadać sprawę. 

wp_20160926_13_09_32_pro
Ania i podrasowana frania, czyli festiwal prania.

Cztery godziny później nadal go nie było, a gdy w końcu się zjawił, powiedział, że zeszło mu troszkę dłużej. Niemożliwe. W każdym razie umówiliśmy się, że rano skoczymy z Anią do miasta, by zmienić rezerwację w kaszgarskim hostelu, a potem jedziemy po Datkę i ruszamy w malowniczą podróż ku granicy chińskiej. Niestety rezerwacji nie dało się już zmienić, nowej nie udało się zrobić, wróciliśmy więc do domu asadowego na tarczy, rozważając nasze opcje. Gospodarza w domu nie było, ale jego tato powiedział, że za chwileczkę będzie. Dwadzieścia minut później zadzwonił sam Asad, by zapowiedzieć swój przyjazd za pół godziny.

wp_20160926_16_38_24_pro-1
Bazar w Osz. Nie mylić z bazarem oszskim w Biszkeku. Nie nasze klimaty, więc podziwialiśmy z daleka. 

Półtorej godziny później w końcu się pojawił. To chyba kwestia tych ogromnych przestrzeni. Skoro tutaj godzina drogi na piechotę, to dwie-trzy godziny, "niedaleko" to pięc kilometrów, to czemu pół godziny, nie miało by się rozwlekać przez dłuższy czas? Tak czy siak, zreferowałem Asadowi w jakiej jesteśmy sytuacji, ale ten uspokoił nas i powiedział, żebyśmy zostali dzień dłużej, a wyruszymy z nim jutro z rana. Bardzo nam ta propozycja spodobała się, zwłaszcza, że Ania nie czuła się tego dnia najlepiej. Znowu nie wdrapaliśmy się na Górę Sulejmana, ale przynajmniej dalsza podróż szlakiem jedwabnym nie przysparzała już żadnych zmartwień.

Marek

Nowy klimat, nowi ludzie, czyli południe po kirgisku

Człowiek ze złotym zębem – U Pana Boga w ogródku – Czempion prokreacji – Sztuka czekania

Bogiem, a prawdą zbyt wiele w Dżalalabadzie do zobaczenia nie ma, a zawitaliśmy tutaj z dwóch powodów. Primo, trzeba się w końcu gdzieś zatrzymać. Secundo, chcieliśmy zobaczyć miejsca pamięci o 5 dywizji piechoty formowanej tu w armii generała Andersa. Różnicę między południem, a północą kraju zauważyliśmy od razu. Taksówkarze i busiarze byli co prawda równie natarczywi, ale klimat cieplejszy,  a ludzie trochę mniej przyzwyczajeni do widoku objuczonego plecakami turysty. Oczywiście nie czuliśmy się zagrożeni, ale po jakimś czasie wszystkie te spojrzenia, których nie szczędzili nas miejscowi, dodały kilka deko do ciężaru, jaki musieliśmy dźwigać. Niby Dżalalabad jest trzecim co do wielkości miastem w Kirgistanie, ale ani tego nie czuć, ani nie widać. Rownież w internecie. Przyzwyczajeni do tego, że hostele idzie najłatwiej znaleźć w sieci, musieliśmy tym razem poszukać na żywca.

wp_20160922_11_20_12_pro-1
Ruszamy na Dżalalabad! Kolumnę prowadzi Ania.

Do centrum miasta dowiózł nas złotozęby jegomość, który angielskim władał dość biegle, gdyż pracował kilka lat w bazie armii amerykańskiej w Afganistanie. Jechał akurat na targ, kupić parę rzeczy potrzebnych do remontu domu i pomyślał, że przy okazji może podrzucić przyjezdnych. Zatrzymał się sam, nawet nie machaliśmy. Doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie udać się do kogoś kto okolicę zna, jest w stanie polecić jakieś sensowne miejsce do spania i może opowiedzieć parę okolicznych ciekawostek. Wybraliśmy więc katolicką parafię błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty, prowadzoną przez jezuitów z Polski i Kazachstanu. Od wielu lat prowadzą działalność ewangelizacyjną w Kirgistanie, a przy okazji pomagają niepełnosprawnym dzieciom i młodzieży. Rano nikogo jednak w kościele nie było, postanowiliśmy więc posadzić gdzieś zadki i zjeść obiad. Tym razem nie po kirgisku, ale ile można jeść baraninę? 

wp_20160922_14_09_46_pro
W życiu każdego podróżnika nadchodzi dzień, w którym po prostu trzeba zjeść pizzę 😉

Posileni znaleźliśmy hostel, a wieczorem udałem się jeszcze raz do ojców jezuitów. Tym razem nie odbiłem się od drzwi, a ojciec Adam nie tylko poczęstował mnie herbatą, wyborną szynką (wieprzową!), ale również pochwalił się swoim obserwatorium astronomicznym. Zapewnił również, że jeśli zdecydujemy się zostać jeszcze jeden dzień w mieście, to możemy śmiało przenieść się do nich. Tak też uczyniliśmy. Ojcowie Adam i Józef oraz siostra Walentyna przyjęli nas bardzo ciepło, a oprócz dachu nad głową poczęstowali również obiadem i śniadaniem. Barszcz czerwony był naprawdę przepyszny 🙂 Ojciec Adam był jeszcze tak miły, że zawiózł nas do Kurortu, niegdyś ośrodka wypoczynkowego dla notabli komunistycznych, a obecnie popularnego uzdrowiska. Oczywiście pokazał też miejsca pamięci o armii Andersa, nad którymi po części sprawuje opiekę. 

wp_20160923_17_24_54_pro
Tablica na murach miejscowego uniwersytetu, gdzie podczas wojny mieścił się polski szpital polowy.

Po śniadaniu dnia następnego musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Ojciec Adam zawiózł nas na drogę wylotową w kierunku Osz, a my, pożegnawszy się serdecznie z naszym gospodarzem, ruszyliśmy pieszo przez jakąś wioskę, by znaleźć odpowiednie miejsce na złapanie okazji. Udało się niezawodnie, chociaż oczywiście kilku taksówkarzom musieliśmy tłumaczyć, że nie muszą się nami kłopotać. Naszym dobrodziejem okazał się tym razem brodaty Szakir. Lat 44, niegdyś żołnierz wojsk rakietowych, obecnie ojciec siedmiorga i dziadek czworga. Dumny ze swych mocy przerobowych (a jak sam, podkreślił, żona tylko jedna) powtarzał nam przez całą drogę, że dzieci czynić należy. Pogaworzyliśmy sobie trochę o Kirgistanie, ekonomii kraju, stosunkach międzynarodowych, o polityce. Oczywiście wnioski były takie jak zawsze. Ludzie są dobrzy, rządy złe, a największymi nieprzyjacielami obywateli są najczęściej rodzimi politycy. Oczywiście rzecz biorąc z grubsza, ogólnie i w dużym uproszczeniu.

wp_20160924_10_41_08_pro
Parafia katolicka w Dżalalabadzie. Najlepszy barszcz czerwony w mieście 😉

Szakir nie tylko starał się nam wiele opowiedzieć, ale także poczęstował słodką bułką nadziewaną karmelem i pecjalnie zjechał nieco z drogi by zaprezentować nam Uzgen – bardzo stare kirgiskie miasto z zabytkową wieżą. Mówiąc "nam" trochę jednak naciągam fakty. Zwracał się bowiem tylko do mnie, a nawet jak częstował jedzeniem, poprosił bym to ja przekazał Ani jej porcję. W czasie drugiej wizyty w Biszkeku ludzie mówili nam, że południowcy są bardziej ortodoksyjni i ostentacyjni jeśli chodzi o kwestie kulturowe i religijne. W miłym towarzystwie Szakira dojechaliśmy do Osz bardzo sprawnie, a na pożegnanie poprosiliśmy by pozdrowił całe swoje potomstwo, żonę i wnuki. As salam alejkum!

wp_20160927_10_53_40_pro-1
Wjazd do Osz i pomnik Alimbeka-Datki. Szakir określił go jako lokalnego Napoleona. 

Byliśmy więc w Osz, drugim mieście kirgiskim, od tysiącleci ważnym węzłem komunikacyjnym. Tędy bowiem wiódł szlak jedwabny z Chin na Bliski Wschód, a samo miasto to wrota do Doliny Fergańskiej. Poszukaliśmy jakiejś knajpki z Wi-Fi, rozsiedliśmy się wygodnie i spróbowaliśmy skontaktować się jakoś z naszym gospodarzem, Asadem. Z zawodu kierowca i przewodnik, miał tego dnia wrócić z nad granicy chińskiej i gościć nas przez trzy noce. Część czasu mieliśmy poświęcić na samo miasto, ale sporo również na organizację swojego przejazdu do Kaszgaru, a także pranie i lekką regenerację. Niestety przez długi czas telefon naszego gospodarza był poza zasięgiem, a my długie godziny sączyliśmy herbatę w wygodnym skąd innąd barze

wp_20160926_17_55_12_pro
Kurmanjan-Datka. Żona Alimbeka, jeszcze sławniejsza od męża. O obojgu trochę więcej napiszemy inną razą 😉

W końcu udało mi się dodzwonić. Asadowi zepsuł się samochód i spotkać się mógł z nami dopiero następnego ranka. Cóż robić, klepnęliśmy sprawnie miejsce w hostelu, wstaliśmy, ruszyliśmy, dotarliśmy, zamieściliśmy wpis i poszliśmy spać. Rano nie musieliśmy się zrywać, bo właścicielka zapewniła, że nie ma w zwyczaju wyrzucać gości skoro świt, a prosi nas tylko abyśmy zamknęli cały jej przybytek i niezbyt mocno wrzucili klucz przez bramę wjazdową. O mniej więcej rozsądnej godzinie zadzwoniłem do Asada. Kolejne problemy z samochodem sprawiły, że miał dotrzeć do Osz dopiero za dwie-trzy godziny. Zaproponował, żebyśmy umówili się w "Cafe Tomato". Powiedział, że przy ulicy Aravanskaja. Zacząłem tedy szukać w internecie.

wp_20160927_10_51_27_pro-1
Murale opisujące historię regionu.

Szukam i szukam, ulicy nie ma, kafejki nie ma. Po jakimś czasie okazało się, że to nie nazwa ulicy, ale dzielnicy. Czyli nazwą ulicy, było to co niewyraźnie i z kirgiskim akcentem powiedział wcześniej. Brzmiało jak Karadża-Datuk albo coś w ten deseń. Telefon znowu niedostępny. Kurka wodna. Kurumanjan-Datka – jest! Jedna z głównych ulic miasta. No dobrze, teraz powolutku po mapie google…Tomato, Tomato, Tomato. Nie ma. Ale czy Tomato, to nazwa, czy chodziło mu o pomidor, tylko przetłumaczył? Nie, to by było bez sensu. Wpiszę samą nazwę, dodam Osz. California, Kanada, raczej nie te okolice. Jest! Nie, to Turcja. Kurka wodna po raz drugi. Przechodzę na cyrylicę, szukam na mapie i nic. Wpisuję w wyszukiwarce iiiiiii jest. Ha! Numer 205. Brawo ja.

Miejsce znajdowało się raptem 35 minut drogi od nas, więc zasuwaliśmy raźno w palącym słońcu południa. Minęliśmy wielki bazar, podnóża góry Sulejmana i w końcu dotarliśmy – Tomato Cafe. Jak byk. Asada jeszcze nie ma, ale na szczęście jeszcze kwadrans do nieparzystej, więc zamawiamy herbatę i czekamy. I czekamy. A potem czekamy. Po godzinie dzwonię. Na początku nie ma sygnału, potem się pojawia, ale po kilku chwilach znowu "abonent poza zasięgiem". Po dwudziestu minutach podchodzi do nas właściciel baru i mówi, że jego przyjaciel Asad prosił, żeby przeprosić, bo samochód się zepsuł, i żeby przekazać, że będzie za najdalej o 17. Wyszliśmy z baru, żeby poczytać sobie na świeżym powietrzu. Wybiła godzina spotkania i nikogo nie ma. Troszkę nam się już uprzykrzyło czekanie, a poza tym naprawdę straciliśmy sporo czasu, który mogliśmy poświęcić na coś zupełnie innego, więc zdecydowaliśmy, że za kilkanaście minut zadzwonię. Jeśli nie będzie odzewu, wracamy do hostelu. Ustalony czas minął, wstałem, żeby wybrać numer i dosłownie w tym momencie, pod drzwi kafejki podjechał Asad we własnej osobie. Lepiej późno niż wcale 🙂

Marek

 

Na południe marsz, czyli przez góry do Dżalalabadu

Bułgarski łącznik – Tygiel narodów – Człowiek, który gapił się na owce – Nocny Łagman

Tak więc Biszkek po raz drugi. Taki BiBiszkek (hłehłehłe). Jedną noc spędziliśmy w hostelu "Friends" i trzeba przyznać, że absolutnie zasłużył on na swoją nazwę. Prowadzi go przesympatyczna rodzina, z przesympatycznym dzieciakiem, przesympatycznym wilczurem i w ogóle jest tam przesympatycznie. Nie zdążyliśmy jednak w pełni zaprzyjaźnić się z właścicielami, bo trzeba nam było odpocząć trochę przed długą podróżą na południe, a że społeczne z nas zwierzaki, postanowiliśmy zrobić komuś wjazd na chatę 😉

Tym kimś okazał się Matthew – postać niezwykle kolorowa i ciekawa. Kiedy odbierał nas spod kawiarni od razu przypadł nam do serca. Zażywny (Stachu, oceń proszę na zdjęciu), jowialny, śmiejący się często, głośno i bardzo zaraźliwie. Urodził się w Harare, stolicy Zimbabwe. Jego mama to Zimbabwianka brytyjskiego pochodzenia, a tata to bułgarski dyplomata. Sam Matthew większość życia spędził w Belgii i jest również obywatelem tego kraju. Do Biszkeku przyjechał jako pracownik firmy, która ma dopomóc Kirgizom w rozbudzeniu wielkiego potencjału kulturowo-turystycznego, który drzemie w ich ojczyźnie. Wydaje się być odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu.

Dwa dni spędzone w jego mieszkaniu były wielkim ładowaniem baterii. Po pierwsze – nigdzie nie chodziliśmy; tyle co do sklepu. Po drugie – gadaliśmy o rzeczach, o których dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać. Filmy, seriale (z naszym ukochanym Battlestar Galactica włącznie), gry komputerowe, gry planszowe (Matthew miał ich w Brukseli około 150!) i wiele innych tematów. Brakowało tylko momentu, w którym okazałoby się, że nasz gospodarz studiował historię i trenował szermierkę, a uznałbym że…MATTHEW STUDIOWAŁ HISTORIĘ I TRENOWAŁ SZERMIERKĘ!!! Sami przyznajcie, że to wspaniały człowiek ;).

Po długich godzinach rozmów o wszystkim, nadszedł czas na kolację w gronie jego znajomych z Biszkeku. Jeszcze więcej ludzi, czyli coś czego bardzo potrzebowaliśmy. Przybyła urocza Czołpon – Kirgizka, która studiowała w Belgii. Amit – Nepalczyk, który sprzedaje telefony i jest znany w każdym stołecznym klubie i każdej dyskotece. W końcu David z Karoliny Północnej (Ashville), urodzony na Florydzie, a obecnie uczący w Biszkeku angielskiego. Też historyk. Naprawdę świetnie się bawiliśmy, a wdzięczność nasza nie znała granic, ale próbowaliśmy ją wyrazić za pomocą litrów piwa i kaczych piersi z pomarańczą, które Ania przyrządziła dnia następnego. Pożarliśmy je ze smakiem, że aż prąd w mieszkaniu wysiadł, co niestety doprowadziło do ciągu nieszczęśliwych wydarzeń.

wp_20160919_21_40_25_pro
Amit, Ania, Matthew, Czołpon i David. I piwo. Nieśmiało w kadr wkradł się też Sowieckoje Szampanskoje.

Jako, że w Dżalalabadzie mieliśmy umówioną gospodynię z couchsurfingu, chcieliśmy za wszelką cenę zostawić sobie chociaż trochę baterii w telefonie, by móc złapać z nią kontakt w trakcie dnia. Prądu nie było, więc nad ranem musieliśmy się wspomóc gniazdkiem pobliskiej kawiarni. To z kolei opóźniło nasz wymarsz i zdecydowaliśmy się na marszrutkę, domniemując, że może niekoniecznie dotrzemy wcześniej, ale nieco pewniej. Trasa była długa na ponad 500km i nie chcieliśmy być nieprecyzyjni w ustalaniu godziny naszego przyjazdu. Niestety droga była trudna i nasz bus nie najlepiej zniósł podjazd na 3000 m.n.p.m. Na miejsce dojechaliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem. Oczywiście naszą gospodynię o planowanym opóźnieniu poinformowaliśmy wcześniej, ale pora była zbyt późna by ją kłopotać. Nocleg przepadł nam na dobre.

wp_20160921_17_02_05_pro
Droga na Dżalalabad

Cała podróż była jednak bardzo ciekawym i uciesznym doświadczeniem. Droga, niezwykle malownicza, ciągnęła się przez przełęcze górskie i doliny, brzegiem jeziora Naryn, nad którym zachodziło słońce. Przede wszystkim jednak – ludzie. Kilkanaście osób na miejscach leżących i siedzących. Obok nas usiadły Eleonora i Kamila, które dzielnie zabawiały nas rozmową. Zwłaszcza ta pierwsza bardzo chciała poćwiczyć angielski i prosiła nawet, żeby poprawiać jej błędy. Nauczycielka szkolna i mistrzyni spartakiady kirgiskiej w szachach. Mordercza kombinacja ;). Rozmawialiśmy o kwestiach kulturowych, kulinarnych, opowiadaliśmy sobie jak jest u nas i u nich na weselach (obiecała nas zaprosić). Swoją drogą potwierdziła coś, co powiedział nam Matthew. Wiele małżeństw (25-30%) nadal poprzedzonych jest porwaniem dziewczyny z domu. Nomadyczna tradycja, a obecnie wielki problem.

wp_20160921_17_02_49_pro
Dla odmiany – góry.

Po jakimś czasie i wielu poruszonych tematach znaleźliśmy się w centrum zainteresowania większości pasażerów, a Eleonora musiała wystąpić w roli tłumacza. Jak nam się podoba kraj? Czy góry ładne? Czy mamy takie u siebie? A jeziora mamy? A czy owce widzieliśmy? Serio. Zapytali nas czy widzieliśmy te miliony owiec. To pytanie znajduje się chyba na przeciwnym biegunie niż amerykańskie "Czy macie u siebie telewizję?". Odpowiedziałem, że owszem i poklepałem się po brzuchu, mówiąc, że bardzo smaczne. Bardzo ich to wszystkich rozśmieszyło. W nagrodę dostaliśmy dwie garści ciastek maślanych od starszej pani, która miała na głowie chustę z napisem "Polen". Poczułem się prawie jak u Babci 😉

Droga z przerwami na modlitwę potrwała 13 godzin, ale na szczęście Eleonora i Kamila skutecznie nam ją umiliły. Dojechawszy do celu, zjedliśmy w ich towarzystwie późną wieczerzę i pożegnaliśmy dziewczyny, a wraz z nimi całą załogę busa, który jechał dalej na południe. Kolejne dziesięć godzin drogi przed nimi. Żal było się rozstawać, ale zostawiliśmy sobie adresy mailowe i takie tam. Po zjedzeniu łagmanu (niestety przyprawionego kolendrą, brrrr) zostaliśmy zaprowadzeni do hotelu i szybko zapadliśmy w sen. Karaluchy też. Dżalalabad musiał na nas poczekać do rana.

wp_20160922_00_50_09_pro
Kamila udokumentowała naszą wieczerzę. Obydwa zdjęcia, na których widoczna była Eleonora tajemniczo wyparowały :/

Marek

Kanion z bajki, Japonka z Tokio, kierowcy z efektami specjalnymi, czyli perypetie różne

Z kraju kwitnącej wiśni – Baśniowe skały – Szatański plan chirurga – Anioł w krążowniku szos

Odpoczynek zdecydowanie nam się przydał, zaległości w końcu zostały nadrobione. Jednak nie można lenić się zbyt długo. Ruszyliśmy do Tosor, w którego pobliżu znajduje się Skazka Kanion, znany również jako Bajkowy Kanion. Kusząca nazwa. W knajpce, gdzie wypiliśmy poranną herbatę spotkaliśmy symaptyczną parę Słoweńców, jak się okazało później, fakt wart zanotowania. Z Karakoł ruszyliśmy dość późno, więc w planie była noc w Tosor i poranna wycieczka.

Spod Karakoł w stronę naszego celu zabrali nas trzej panowie, którzy, choć mało mówili i nie nawiązała się między nami żadna więź, to dzielnie porzucili do miejscowości Kuzyl-Suu. Tam – miła niespodzianka. Zagadała do nas po angielsku może 13-14 letnia Ajzad, która wraz z kolegami i koleżankami wracała właśnie ze szkoły. Zdecydowanie chciała poćwiczyć swój angielski i wyszło jej to bardzo zgrabnie. Wskazała nam przystanek marszrutek, wypytała o kraj pochodzenia i wogóle była bardzo miła i czarująca. Obfotografowano nas ze wszystkich stron, skorzystaliśmy z okazji i również pstrykneliśmy sobie fotkę z "przyszłością Kirgistanu".

wp_20160917_15_32_10_pro
Przedstawicielka młodego pokolenia, które będzie stanowić o przyszłości kraju. No i kirgiskie dzieciaki 😉

Następnymi dobroczyńcami tego dnia były dwie radosne panie w średnim wieku. Pierwszy raz wiozły nas kobiety bez męskiej asysty, a od wyjzadu był to nasz pierwszy kierowca płci pięknej. Trzeba przynać, że miała werwę, a samochód prowadziła dość spektakularnie. Panią Miriam pożegnaliśmy przy skręcie na Tosor, gdzie przejęła nas bardzo sympatyczna trójka studentów z Biszkek – turystyka, prawo i biznes – tak się określili. Poczęstowali kokosowymi muffinkami i zawieźli do miasteczka Tosor.

wp_20160917_17_08_53_pro
Wesoła gromada. Od lewej: Prawo, Marek, Turystyka, Ania i Biznes, znany również jako kierowca.

Idziemy sobie, rozglądając się za noclegiem, a tu zza węgła wynurza się drobna postać z bardzo pokaźnym aparatem fotograficznym. Musi być, że turystka – pomyślałam i zagdaliśmy. Okazało się, że była to Erika, Japonka, z zawodu fotograf. Miała już miejscówkę do spania, więc skierowaliśmy się we wskazanym przez nią kierunku, by zdobyć pokój dla siebie. Pierwszy raz ktoś nas bezbłędnie pokierował! Gościna okazała się tania i jak najbardziej właściwa. Towarzystwo międzynarodowe: oprócz naszej dwójki była wspomniana już Erika i dwóch miłych Izraelczyków: Eli i Devi. Stoimy sobie, gadamy, a tu nagle wchodzi spotkany w Karakoł Słoweniec! Szukał noclegu, ale ostatecznie zdecydował się na inną kwaterę.

wp_20160917_18_56_30_pro
Parę kroków od naszej gospody takie widoki się rozpościerały

Zjedliśmy z Eriką kolację składającą się z noodli, które nasza towarzyszka wsuwała z wdziękiem i uroczym siorbaniem. Okazało się, że jest w rocznej podróży po świecie. Przy jej planach, nasze wydały się jakieś takie niewielkie. Erika zamierza bowiem zrobić zdjęcia w Azji, Afryce i Ameryce Południowej. Odważna – trzymamy kciuki. Umówiliśmy się na poranną wycieczkę do kanionu. Fajnie, będzie towarzystwo. Erika też się ucieszyła, bo przyznała, że czasem w samotnej podróży doskwiera brak kogoś, z kim można sobie po prostu porozmawiać.

14408231_10205795238514877_672194379_o
Devi (nieszczęśliwy, bo wtarł papryczkę chili w oko), Eli (szczęśliwy, bo sobie nie wtarł nic w oko), Ania, Erika i Marek

Wyprawa udała się znakomicie. Do kanionu, choć to tylko kilka kilometrów, podrzuciło nas młode małżeństwo. Skazka jest rzeczywiście bardzo pięknym i malowniczym miejscem. Skalne konstrukcje przywodzą na myśl futurystyczne lub westernowe produkcje filmowe. Niektóre układają się na kształt stworów z bajek, czy rzeczywistych budowli (np. jedna przypomina Wielki Mur Chiński). Bawiliśmy się świetnie, włażąc to tu, to tam, robiąc mnóstwo zdjęć, gdy nagle…zza jednej ze skał wychodzą znajomi Słoweńcy! Łażą za nami, czy co? ;). Trzecie spotkanie nie mogło pozostać bez komentarza, więc zaczęło się tradycyjne : skąd, dokąd, jakie plany itd. Okazało się, że podróżnicy zawojowani, pół świata zjeździli. Petra dała nam nawet namiar na Australijczyków, u których kiedyś pracowała w ramach wolontariatu za wikt i opierunek. Może się przydać w niedalekiej przyszłości.

wp_20160918_09_54_32_pro
Słoniowate to to. Jakiś Benjamin albo Trąbalski. 

Wkrótce pożegnaliśmy i Słoweńców, i Erikę, która ruszyła do Biszkek. Jednak pożegnać się z Issyk-Klu bez jednej chociaż kąpieli nie mogłam (jakoś do tej pory nie było okazji). Ostrzegam szczerze – woda zimna jak pierun. Jeśli ktoś lubi Bałtyk, to ok, ale jeśli polskie morze wzbudza ciarki, to i tu nie ma czego szukać…no chyba, że wystarczy piaszczysta plaża i piękne góry dookoła. Kąpiel została tak czy siak odhaczona i ruszyliśmy z plecakami na drogę. 

wp_20160918_12_02_40_pro
Ania w swoim żywiole. W przenośni i dosłownie.

Na nasze machania i suszenie uzębienia zatrzymał się człowiek z wyglądu dobrze sytuowany: nowa toyota, koszula, spodnie w kant. Uśmiechał się i na pytanie o to czy może przypadkiem jest taksówkarzem, gwałtownie zaprzeczył. Zaznaczyliśmy, że my jeździmy tylko autostopem, pokiwał głową, zaprosił do wygodnego samochodu. Okazało się, że zabrał nas neurochirurg z Biszkeku, który wizytował właśnie rodzinę nad Issyk-Kul i wraca do domu po weekendzie. Mieliśmy udać się do Dżalalbad przez Naryn, bo google wskazło tą właśnie drogę jako najkrótszą. Jednak nasz kierowca zaznaczył, że w prawdzie może nas wysadzić przy skręcie na Naryn, ale radzi pojechać razem z nim do stolicy i stamtąd ruszyć do Dżalalabad. Droga przez Naryn jest bowiem bardzo kiepska i mało kto nią jeździ, więc umęczyliśmy się bez potrzeby. Na takie postawienie sprawy mogliśmy tylko podziękować za radę i pójść za nią. 

14375365_10205795240634930_479967733_o
Konglomerat polsko-japońsko-słoweński

Niestety okazało się, że neurochirurg nie był bezinteresowny. Jakieś 50 kilometrów przed miastem zatrzymał się na stacji benzynowej, gdzie zapewnił, że tak, on nas do miasta dowiezie, ale za 900 som. Zbaranieliśmy i to wcale nie z powodu baraniny, którą tak się tu namiętnie raczymy. Czas było jednak zachować się asertywnie, więc po chwili osłupienia odmówiliśmy. Marek w grzecznych słowach wyjaśnił, że nie tak się umawialiśmy, ale wiedzieliśmy już, że sprawa przegrana.
– Chytrzy jesteście – rzucił na odjezdnym. Nie podejmowaliśmy dyskusji, zabraliśmy plecaki i tyle. No bo co można odpowiedzieć na taką bezczelność i chamstwo? Z taksówkarzem byśmy dogadali lepszą cenę, nie mówiąc już, że marszrutka kosztowałaby nieporównywalnie mniej, gdyby przyszło nam do głowy nią jechać. Pan neurochirurg zostawił po sobie niesmak i lekkie poirytowanie, zwłaszcza, że była to nasza pierwsza tego typu skucha od momentu rozpoczęcia podróży. Niby nic złego się nam nie stało, ale to nic miłego być nazwanym chytrusem przez bucowatego neurochirurga z Biszkeku. Do miasta 50 km. Co to dla nas!?

Staliśmy na poboczu, rozstrząsając w duchu doznaną zniewagę. Ale nic to, kciuki w górę, zęby szczerzym. Pięć minut później zahamował przy nas potężny Landcruiser. Na wyjaśnienia, że "nam taxi nie nada" i "dziengów niet" zareagował szczerym śmiechem. Zapakowaliśmy się zatem do samochodu szalenie sympatycznego i uczynnego Rinata, który nie tylko zawiózł nas do stolicy. Po drodze pozwolił skorzystać z internetu w swojej komórce, co pozwoliło nam na zarezerwownie w miarę taniego noclegu. Sam bardzo przejmował się naszym losem, dzwonił po znajomych hostelach, a następnie nie ustępował w staranich, by zawieźć nas pod same drzwi. Stwierdził, że na ulicy nas samych nie zostawi, bo to nie uchodzi. Poczęstował też jabłkami. Wspaniały człowiek. W takich ludzi obfituje Kirgistan – szczerych, wesołych, uczciwych, gościnnych i uczynnych. Takich zapamiętamy.

wp_20160918_18_40_17_pro
Znowu Biszkek. Zdjęcie robione z miejsca, gdzie poprzednio padły nam baterie. Tym razem wiemy gdzie jesteśmy 🙂

Ania

Mówi się trudno i idzie się dalej, czyli wyprawa w Dolinę Kwiatów

Bizooony – W górę i w górę – Wstańcie pasterze – Tam i z powrotem

W samym Karakoł wiele do zobaczenia nie ma, a najciekawszym budynkiem jest bez wątpienia drewniana katedra.

wp_20160913_15_57_45_pro
Katedra w Karakoł

Dlatego szybko postanowiliśmy ruszyć trochę wyżej. Niecałe 30 kilometrów od miasta znajduje się słynna formacja skalna – Jeti-Oguz, czyli siedem byków. Rzeczywiście czerwone skały przypominają nieco byki (a bardziej bizony), ale czytaliśmy, że u ich podnóży zaczyna się malownicza i stosunkowo łatwa trasa w Dolinę Kwiatów. Kostka Ani większych obciążeń by nie zniosła, ale wyglądało na to, że droga jest do capnięcia. Podjechaliśmy tym razem pół na pół – trochę marszrutką,a trochę autostopem. Grunt, że przed 14 byliśmy na miejscu. Niestety ani w Karakoł (centrum informacji turystycznej zamknięte), ani na miejscu nie można było zdobyć mapy, więc trzeba było zapytać miejscowych. Babinka w sklepie powiedziała, że i owszem Dolina Kwiatów piękna sprawa, a na miejscu można przespać się w ciepłej jurcie, a jak chcemy możemy nawet zostawić u niej ciężkie plecaki albo w ogóle przespać się w jej jurcie, to nas nawet nakarmi. Podziękowaliśmy i postanowiliśmy jednak iść objuczeni, bo a nuż górale zaśpiewają jakąś zaporową cenę i nasz Jurtek się przyda? 

wp_20160914_14_19_54_pro
Siedem byków jak byk!

Tak czy siak, Babinka wyprowadziła nas na ścieżkę, pokazała kierunek i powiedziała, że dwie godziny na piechotę. Założyliśmy, że z pełnym obciążeniem będzie ze trzy i ruszyliśmy. Najpierw ostre podejście na rozległą polanę, skąd lepiej było widać siedem byków, a potem łagodnie w górę, po śladach samochodowych. Mijaliśmy stada i pojedyncze sztuki krów, koni, czasem jakieś domostwo. Trasa rzeczywiście łatwa, a widoki co raz to lepsze. Po pokonaniu niewielkiego grzbietu przechodziliśmy obok skromnego gospodarstwa i postanowiłem zapytać siedzącej tam Babinki nr 2, jak daleko jeszcze. Nie wiedziała. Upewniłem się jeszcze, że droga na pewno dobra i poszliśmy dalej. 

wp_20160914_16_05_02_pro
Jakiś bezimienny 3-4 tysięcznik. Trochę kojarzy mi się ze Starorobociańskim.

Po drugim grzbiecie rozpostarł się przed nami widok szerokiej doliny z kilkoma pasterskimi jurtami i całą masą owiec, kóz oraz koni, ale z tego co wiedzieliśmy i co nam mówili, to nie mogło być miejsce docelowe. Za małe i za wcześnie, a do tego przed najostrzejszym podejściem, które widzieliśmy przed sobą. Krótki odpoczynek i wkosiliśmy je na raz, a ze szczytu widoki jak się masz. Z jednej strony góry, z drugiej góry, a z trzeciej, w dole, jezioro Issyk-Kul (za nim kolejne góry). Cudownie. Warto było się namęczyć, bez dwóch zdań.

wp_20160914_16_38_05_pro
No po prostu cudownie 🙂

Droga poczęła z wolna opadać ku dolinie i spodziewaliśmy się, że niebawem ujrzymy białe jurty i…nic. Dwa namioty pasterskie, jakieś małe stado – to wszystko. Coś chyba poszło nie tak. Podchodzimy pytamy się. Jeden pasterz mówi, że jeszcze dwie godziny, ale inteligencja z twarzy mu nie rozświetla złociście, więc pytam drugiego. Mówi, że to nie tu, że dalej żadnych jurt nie ma, tylko jeden namiot. Wot ciekawostka. Pytam czy do asfaltowej drogi daleko, a on na to, że godzina. No trudno, coś ewidentnie po drodze poszło nie tak, coś przeoczyliśmy, ale wyprawę mieliśmy dobrą. Zejdziemy do asfaltówki, złapiemy jakiś samochód i wrócimy do Babinki nr 1, przespać się w jej jurcie. Proste, prawda?

wp_20160914_16_13_40_pro-1
Po drodze mijaliśmy wielkie i niewielkie stada kopytnych.

Niezupełnie. Droga z początku szeroka, że czterech chłopa obok siebie mogło by iść, zwężała się coraz bardziej, aż w końcu zamieniła się w wąską ścieżynkę. Kilkaset metrów dalej znikła. Wypatrzyłem ją znów z daleka, ale potem to samo – ściana ostów. Spojrzenie na słońce, na początek doliny, który majaczył się gdzieś przed nami. Szliśmy już pół godziny i na oko trzy razy tyle przed nami, jak nie więcej. Decyzja mogła być tylko jedna – odwrót strategiczny. Cofnęliśmy się do polanki pasterzy celem rozbicia tam namiotu. Raźniej wśród ludzi i zwierząt. Niestety z trójki juhasów został tylko ten mocno zmęczony. Po jakimś czasie zrozumiał, że pytam, czy możemy rozbić namiot, ale już próby zakupu mleka spełzły na niczym. Rozłożyliśmy więc Jurtka i kiedy zaczęliśmy wbijać śledzie, nasz wybitny inaczej przyjaciel powiedział, że tu nie, bo krowy będą chodzić, że tam dalej będzie lepiej. Zuch chłopak. Chyba wiem dlaczego został doić krowy, podczas gdy koledzy zgarniali stado koni z pastwisk. 

wp_20160914_18_43_06_pro
Księżyc na niebie, Jurtek na trawie, Ania w Jurtku, a na kolację konserwa rybna w tomacie. Dobrze jest 🙂

Wybaczcie mi te drobne uszczypliwości pod jego adresem, ale byłem bardzo zmęczony całą sytuacją, a nie chcę malować tutaj wizerunku szlachetnego pasterza, któremu ktoś kazał ukatrupić niemowlę, a ten je przyjął jak swoje…No, znacie ten typ. Wtarabaniliśmy się do namiotu, ubraliśmy większość naszych warstw ochronnych i skoro zmrok, próbowaliśmy zasnąć. Ktoś nam mówił, że nie będą tu chodzić krowy, to czemu słyszymy co najmniej osiemdziesiąt na około? Mniejsza z tym, przynajmniej czuliśmy, że jesteśmy częścią stada. Spaliśmy nieco pod kątem, a do tego księżyc świecił się jak buty kapitana Stelmacha , więc zanim zasnęliśmy smacznie, trochę czasu minęło. Poza tym pierwszy raz zasypialiśmy w namiocie, na wysokości ok. 2400 m.n.p.m. 

wp_20160915_08_44_11_pro
Warto było się namęczyć, oj warto!

Obudziliśmy się (co zawsze jest dobrym znakiem, jak mawia nasz przyjaciel, mistrz gier RPG Krzysiek Chyla) a ranek powitał nas przecudny. Nigdzie, dosłownie nigdzie nie było jednej chmurki na niebie. Sprawnie się spakowaliśmy, złożyliśmy namiot, pożegnaliśmy kolegę mleczarza, trzy bardzo wesołe psy pasterskie i ruszyliśmy w drogę powrotną, którą już bardzo dobrze znaliśmy. Widoki jeszcze lepsze niż dnia poprzedniego. Humory też dziwnie dopisywały, więc sprawnie przemierzaliśmy kolejne kilometry. Dotarliśmy do Byków, uzupełniliśmy zapasy wody w sklepiku Babinki nr 1 i poszliśmy na śniadanie. Zamówiliśmy manty i lagman, czyli pierogi (ciasto zdecydowanie jak nasze) z baraniną i zupę z makaronem, wołowiną i warzywami. Pożeraliśmy ze smakiem, a w tym czasie poznaliśmy bardzo sympatyczną parę, która nie dość, że zaprosiła nas do swojego miasteczka, to jeszcze zaoferowała podwózkę. Niestety rozmijaliśmy się terminowo i kierunkowo, ale rozmowa z Aytunuk i Samatem pokrzepiła nas nie gorzej niż posiłek. I na pewno lepiej niż kumys. Dostaliśmy kubek na spróbowanie, ale Ani ewidentnie nie smakował, a ja potrzebowałem wypić połowę, żeby dojść do wniosku, że nie jest to mój ulubiony napój.

wp_20160915_11_00_30_pro
Śniadanie fest!

Postanowiliśmy wkrótce potem pojechać do Karakoł, odpocząć i nadrobić zaległości na blogu. Na stopa nikt nas nie brał, a zmęczenie dawało znać o sobie, więc postanowiliśmy, że za transport zapłacimy. Zatrzymaliśmy bus, który przywiózł do Jeti kilku alpinistów i rozpoczęło się targowanie. Rozochocony kierowca zaczął od 600, ale nie z nami takie numery. Po chwili zaśpiewał 400, na co odpowiedziałem "No, 350, bo my ljudi haroszy". Uśmiechnął się, przyklepał i dowiózł bezpiecznie na miejsce 🙂 

Marek

P.S. Okazało się, że szlak do Doliny Kwiatów, wiódł w zupełnie inną stronę, zaczynał się na tyłach sklepu Babinki nr 1 i był dużo łatwiejszy oraz krótszy. Dlaczego Babinka nr 1 skierowała nas tak wysoko i dlaczego Babinka nr 2 potwierdziła, że idziemy w dobrą stronę? Może to spisek Babinek? W każdym razie widoki mieliśmy dzięki temu najlepsze w okolicy ;).

 

Autostop na piątkę, czyli taxi nam nie nada

Kraina taksówkarzy – Łzy pięknej niewiasty – Karmieni krakowską – Karmieni wszystkim

Zatrzymywanie samochodów nie nastręczało nam żadnych trudności, ale tutaj nie oznacza to jeszcze udanych łowów. Przede wszystkim trzeba się zapytać, czy samochód jest taksówką. 90% kierowców odpowiada, że owszem jest. Taki pieszostop – każda okazja jest dobra, żeby podwieźć bliźniego i cokolwiek na tym zarobić. Jak automat trzeba odpowiadać, że "taxi nie nada, u nas dziengów niet". Czasem uśmiechną się i pojadą, a czasem będą pytać, że skoro dziengów niet, to jak niby chcemy jechać dalej. My na to, że zdarzają się ludzie, którzy wezmą nas bez pieniędzy. I mamy rację 🙂

wp_20160912_11_40_27_pro
Od lewej: Pabieda, Ania i krowy. Trawa z pewnością ma smak zwycięstwa.

Do Czołpon-Aty dojechaliśmy na raz, w towarzystwie rodziny 2+1. Młody coś tam nawet po angielsku szprechał, ale był raczej nieśmiały. Samo miasteczko to typowy kurort nadmorski. To nie przejęzyczenie, Issyk-Kul jest wielkie i słone. Legenda głosi, że powstało z łez dziewczyny, o którą biło się dwóch mężczyzn. Obydwaj zginęli, ona zapłakała się na śmierć, a do dzisiaj nad jeziorem dominują dwa kierunki wiatru: wschodni i zachodni. To starzy rywale nadal walczą o względy dziewoi. Jeszcze im mało. Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę do Karakoł, czy też Przewalska, nazwanego tak na cześć przesławnego Mikołaja Przewalskiego. Polak, rosyjski geograf i odkrywca, odniósł wielkie zasługi w wyprawach badawczych do Azji Centralnej. Zmarł właśnie nad Issyk Kul.

wp_20160913_10_53_06_pro
Nad jeziorem, ale trochę jak nad morzem.

Drogę pokonaliśmy aż na pięć razy. Najpierw zabrał nas taksówkarz. Zatrzymał się, a ja zauważyłem znaczek "Taxi" i zacząłem tłumaczyć, że nie trzeba, ale on na to, że on pieniędzy nie chce i jemu samemu zdarzało się podróżować autostopem. Podwiózł nas tylko trochę, ale może i dobrze, bo samochód gonił już chyba resztkami sił. Oczywiście nie wybrzydzamy, ale nie chcielibyśmy rekonstruować słynnej, kichającej sceny z "Misia".

Druga podwózka była wspaniała. Do samochodu wziął nas Władimir. Rosjanin, mieszkający w Grigorjewce, ale pochodzący z Wołgogradu i mający podwójne obywatelstwo. Czterdzieści lat temu stawiał znaki przy drodze, gdzieś w Tomaszowie (nie wiemy niestety którym). Bardzo sympatyczny gość. Zanim pojechaliśmy w dalszą drogę, zaprosił nas do domu, napoił herbatą, kawą, usmażył jajka i poczęstował kiełbasą krakowską (tak się u nich ten rodzaj nazywa). Pozwolił skorzystać z internetu, pokazał swoje wnuki na zdjęciach i zapewnił, że jeśli nie uda nam się złapać okazji do wieczora, to możemy u niego przenocować. Podziękowaliśmy (mimo iż trzy razy prosił, żeby tego nie robić) i niedługo potem złapaliśmy inspektora nadzoru budowlanego. Niestety decyzję o podwiezieniu nas podjął bardzo spontanicznie, bo miał jeszcze parę placów budowy do obskoczenia. Wspólnie i w przyjacielskiejatmosferze zadecydowaliśmy, że lepiej będzie się rozstać i widywać innych ludzi.

wp_20160913_12_37_56_pro
Nie jesteśmy wyznawcami selfies, ale czasem okazja wyjątkowa. Przerwa w podróży u Władimira 🙂

Kolejny dobroczyńca podwiózł nas pod bramę swojego domu, które to miejsce okazało się idealnym do łapania stopa dalej. Dostaliśmy na odchodnym jabłko i pomidor. Ostatni etap pokonaliśmy w nieoficjalnej taksówce. Kierowca jechał do Karakoł wraz z rodziną i na początku zdecydowanie powiedział, że przyjmie pieniądze. Zdziwił się, kiedy z uśmiechem powiedzieliśmy, że nie posiadamy takowych, ale kiedy dowiedział się, że już cztery razy dobrzy ludzie podwieźli nas za friko, powiedział, żebyśmy wsiadali. Wjechaliśmy mu na ambicję. Oczywiście żartuję, chłopisko poczciwe, a jego rodzinka bardzo rozmowna. Poczęstowaliśmy ich gruzińskimi orzechami, a oni wypytywali jak to w Polsce się żyje. Kierowca zapytał, co by było gdyby nikt nie chciał za darmo nas wziąć – odpowiedzieliśmy, że u nas namiot jest. Nie odpuścił jednak łatwo i powiedział, że przecież wspólna taksówka albo marszrutka nie kosztują dużo. My na to, że przed nami droga daleka i "niemnożko, niemnożko, niemnożko i niemnożko, budziet mnoga". To go ostatecznie przekonało 😉

Do Karakoł dojechaliśmy późnym popołudniem i rozpoczęliśmy odwieczną tułaczkę w poszukiwaniu gospody. Wiedzieliśmy, że ulica przy której się znajduje, biegnie niedaleko katedry prawosławnej, więc gdy zobaczyliśmy krzyże, udaliśmy się w tamtą stronę. Kiedy zaczęliśmy pytać o drogę, nikt nie potrafił nam odpowiedziećj, aż w końcu czteroosobowy, spontaniczny sabat kirgiskich nastolatek, ustalił dokąd mamy iść. Zabawna sprawa, to były trzy naprawdę bliskie przecznice od miejsca, gdzie nikt nie wiedział o istnieniu naszej ulicy. Jak już setnie się w duszy z tego faktu uśmialiśmy, dotarliśmy na miejsce w 15 minut. Zostaliśmy natychmiastowo podjęci bulionem baranim, herbatą, borsokami, trzema rodzajami ciast, i dżemami: malinowym i cytrusowo-morelowym. Dostałem też kolejny kałpak, a Ania bardzo ładną chustę. Tak jak mówił pan Kydyraliew – gościnny naród :).

wp_20160913_17_09_32_pro
A powiedziała, że zaprasza tylko na herbatę 😉

Marek

 

 

W domu Aisuluu, czyli jak goszczą Kirgizi

Kirgizka w Waszyngtonie – Kuszajcie, kuszajcie – Australia nas przyjmie – Naród gościnny

Noc w namiocie i brak prysznica, długa jazda dnia poprzedniego nie zostawiły na nas w prawdzie jakichś straszliwych znaków, ale wiadomo, miękkie łóżko i ciepła woda to gólnie rzecz biorąc fajna sprawa. Na szczęście czekała nas gościna u poznanej na couchserfingu Aisuluu. Ruszyliśmy zatem do miasteczka, zjedliśmy śniadanie w tym samym miejscu co obiad dnia poprzedniego. Kierowcy z pobliskiego postoju marszrutek i taksówek znów nas opadli. Jeden nawet był tak zdeterminowany, że wszedł za nami do baru. Ambitny, nie ma co.

wp_20160911_09_04_27_pro
Nad ranem powitały nas wszędobylskie konie. 

Marek zadzwonił do znajomej couchserferki i dzięki wskazówkom w miarę sprawnie (tj. za dziesiątym razem) znaleźliśmy jej dom. Nasza gospodyni na codzień studiuje w Biszkeku, a jej angielski jest perfekcyjny. Spędziła bowiem sporo czasu w Waszyngtonie na stażu. Pogadaliśmy tylko trochę, bo Aisuluu musiała tego samego dnia pojechać do stolicy na ślub. Opowiedziała co i jak, gdzie się wybrać, jak sobie radzić i ogólnie dała nam mnóstwo pożytecznych porad. 

14315804_940878822705721_139251979_o
Wspaniała Aisuluu i dwie łachudry z Polski

Już po chwili zabrała się za nas mama naszej uroczej koleżanki. Uznała wyraźnie, że wyglądamy jak dwójka głodujących dzieci, bo posadziała nas zaraz przy stole i zaczęła karmić. Najpierw każde z nas dostało dwa haszany,czyli pierogi w grubym cieście, napełnione baraniną i cebulą. Do picia pyszną, aromatyczną herbatę. Następnie młode, malutkie kartofelki, barninę gotowaną, miejscowy chleb, a na deser ciastka, borsoki i domowy dżem malinowy. Rozmowa toczyła się miło pomimo naszego wątpliwego rosyjskiego. Każda przerwa w jedzeniu z naszej strony komentowana była przez mamę Aisuluu stwierdzeniem "kuszajcie, kuszajcie", czyli "jedzcie, jedzcie" ( w domyśle zapewne "biedne, głodzone dzieci z Polski" ).

Po takim cudownym lunchu nie pozostało nam nic innego, jak lenić się cały dzień, drzemać, fejzbukować, tworzyć kolejne wpisy i planować dalsze podróże. Internet był dla nas łaskawy, więc załatwiliśmy kilka niecierpiących zwłoki spraw urzędowych, między innymi wizy australijskie. Przyznali nam w 30 sek., więc widać nie jest z nami aż tak źle. Podjeliśmy też decyzję o pominięciu w naszych wojażach Mongolii. Szkoda, ale czasem trzeba z czegoś zrezygnować, a rozsądek i doświadczenia dotychczasowych podróży podpowiadały nam, że tak właśnie postąpić należy. Podobno przymrozki przyszły wcześniej niż zwykle, a do tego zlikwidowano ruch bezwizowy dla Polaków. Bez sensu. Trudno, może następnym razem. Postanowiliśmy jednak włączyć do naszej podróży Makao i być może Szanghaj. 

Aisuluu pożegnała się z nami i ruszyła do Biszkeku, zostawiając nas pod opieką swojej wspaniałej rodziny. Wieczorem Marek chciał udać się do sklepu po jakąś przekąskę na wieczór. Zapytał o kierunek panią domu. Został natychmiast powstrzymany przed tak nierozważnym postępkiem. Pojawił się tata Aisuluu i wszyscy razem znów zostaliśmy zagnani do stołu przez gospodynię. Do już wymienionych przysmaków dołączyły baranie flaki i chyba nadziewane baranie żołądki (moim zdaniem przynajmniej jedna z potraw miała szansę być jądrami – M.), warzywa z ogródka oraz prasowane morele z sadu. Dołączyli do nas brat i bratowa gospodarza z małą córeczką i zrobiło się bardzo wesoło. 

wp_20160911_18_52_36_pro
Wspaniali ludzie, wspaniałe jedzenie i jeszcze Ania na dodatek. Piękny kadr 😉

Pan domu był dużo bardziej rozmowny niż jego żona i wystawił nasze możliwości lingwistyczne na ciężką próbę. Niemniej zdaliśmy egzamin na jakieś 3 z dwoma. Poprosił nas, żebyśmy niczego sobie nie żałowali,że u nich naród gościnny, a goście nie powinni się powstrzymywać od pożarcia wszystkiego łącznie z meblami ;). Jak to przy stole – pogadaliśmy o jedzeniu, o wspaniałych właściwościach koniny, o pierogach (u nich pieróg oznacza po prostu ciasto), o tym, że my też lubimy flaki. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że przy kirgiskim stole je się wszystko na raz. Słodkie przeplata się mięsem, zapija herbatą z mlekiem (dolewają solidne ilości), a borsoki je jako pieczywo do zupy, jak i do dżemu. Państwo Kydyraliewowie wyszli następnie z domu, oznajmiając, że zostawiają nas na straży obejścia. Kiedy wrócili, zaproponowali wspólną herbatę, ale odmówiliśmy tak grzecznie jak się tylko dało, wymawiając się późną porą i ogólnym zmęczeniem.

Spaliśmy jak zabici. Rano w domu nie było już nikogo, rozpoczęło się bowiem Święto Ofiarowania. Dla muzułmanów bardzo ważne, a upamiętniające Abrahama (Ibrahima) i jego niedoszłą ofiarę z Izaaka (Izmaela). Pierwszy z trzech dni świątecznych spędza się w gronie rodziny i sąsiadów (niezależnie od wyznania), wspólnie idąc do meczetu i ucztując. Ponoć tego dnia na konto fundacji charytatywnych wpływają największe dary. Ja też dostałem jeden. Pan domu zostawił mi w prezencie kałpak – tradycyjne, kirgiskie nakrycie głowy. Niestety nie mogliśmy podziękować osobiście, ale przekazaliśmy wyrazy wdzięczności przez brata Aisuluu. Ten skierował nas na drogę w stronę Czołpon-Aty i rozpoczęliśmy swoją pierwszą przygodę z autostopem w Kirgistanie. 

A&M

Po nocy w namiocie, czyli wschód słońca nad Issyk-Kul

Plan namiot – Jak historyk z historykiem – Zostajemy! – Piękne okoliczności przyrody

Jeszcze w Tbilisi zakupiliśmy namiot, który został ochrzczony imieniem Jurtek (wiecie, od jurty, ha…haha…hahahaha). Ważna ta inwestycja miała teraz wydać swe pierwsze owoce w postaci nocowania nad jeziorem Issyk-Kul. Na couchsurfingu przyjęła naszą prośbę o nocleg śliczna Aisuluu, która wraz z rodziną mieszka w miejscowości Bałykczy. Miasto znajduje się nad samym brzegiem jeziora. Naszą gospodynię mieliśmy odwiedzić w niedziele, więc sobotnią noc postanowiliśmy spędzić w naszym pierwszym, osobiście zakupionym M-1 ;).

Wymarsz z Biszkeku rozpoczęliśmy dosyć późno, a do tego mieszkaliśmy daleko od drogi wyjazdowej, więc zrezygnowaliśmy z podróży autostopem i postawiliśmy na marszrutkę. Mieliśmy wszak do przejechania prawie 200 km., a nie chcieliśmy rozbijać Jurtka w nocy.

wp_20160910_17_16_21_pro
Stamtąd jechaliśmy…

Wyruszyliśmy zatem w stronę jeziora i gór. Ah te góry…zajmują 93 proc. Kirgistanu. Kiedy tylko wyjechaliśmy ze stolicy zaczęły nas otaczać ze wszystkich stron. Pomiędzy nimi nieliczne wypłaszczenia, doliny i przecinające je drogi. Krajobraz stawał się coraz bardziej malowniczy. Co jakiś czas migały za oknami jurty, przed którymi mieszkańcy prezentowali swoje wyroby – charakterystyczne czapeczki (kałpaki), wełnę i różnego rodzaju okrycia, miód, a bliżej jeziora ryby. Gdzieniegdzie posągi zwierząt żyjących na tym terenie – orła i śnieżnej pantery. Ta ostatnia występuje niezwykle rzadko i jest już niestety zagrożona wyginięciem.

wp_20160910_17_17_29_pro-1
…a tam zmierzaliśmy, ale to jeszcze nic.

Na postoju zagadał do nas młody, sympatyczny człowiek, który właśnie zakończył wolontariat w ramach dopiero co rozegranych Igrzysk Nomadycznych. Impreza niestety nas ominęła, czego bardzo żałowaliśmy. Okazało się, że nasz nowy znajomy studiuje historię na uniwersytecie w Biszkeku, a potem ma zamiar wyjechać do Niemiec w celu popełnienia magisterki. Pogadali sobie z Markiem o temacie pracy licencjackiej, wykopaliskach na terenie Kirgistanu i w końcu pojechaliśmy w przeciwnych kierunkach.

W Bałykczy wylądowaliśmy późnym popołudniem. Od razu po wyjściu z marszrutki kierowcy innych pojazdów, jadących w dalszą drogę zaczęli do nas poprzykiwać, że z radością zawiozą nas dalej. Rozmowy z kierowcami busików i taksówek są przekomiczne:
– Gdzie jedziecie? Podwieźć was?
– Dopiero przyjechaliśmy.
Za chwilę.
– Taxi, taxi? 
– Nie nada.
– Dlaczego nie nada? Gdzie jedziecie?
– Nigdzie.
– Jak to nigdzie? (wszak wiadomo, że jak ktoś ma plecak, to nieprzerwanie musi gdzieś jechać 😉 ).
– No nigdzie, tu zostajemy.
– Aaaa, to dzisiaj, a kiedy jedziecie? Jutro?
– Nie wiemy.
– Nie wiecie? Ale jak to? To może jutro?
– Nie, nie jutro, zostajem tu na zawsze – wyznajemy w końcu zmęczeni nagabywaniem i pozostawiamy osłupiałego kierowcę przy krawężniku. Weszliśmy do pierwszego lepszego baru, kupiliśmy wodę i poprosiliśmy o coś do jedzenia. Panie za ladą usadziły nas przy stole i zaserwowały po pierogu nadziewnym baraniną, kapustą i cebulą. Akurat to dzisiaj zrobiły i to podawały. Zjedliśmy ze smakiem, a potem ruszyliśmy nad jezioro, żeby rozbić namiot. 

wp_20160910_18_16_05_pro
Szczęśliwa Ania wraz z obiadem. Jak się później dowiedzeliśmy, potrawa ta nazywa się haszan. 

Kiedy docieramy nad brzeg w mojej głowie pojawia się myśl, że może wcale nie okłamaliśmy natrętnego kierowcy. Jezioro Issyk Kul, otoczone górami jest tak piękne, że chce się tylko stać i bez końca na nie patrzeć. Stoimy na pastwisku, wokół pasterze zaganiają trzodę na noc do zagród, słońce powoli zniża się nad górami, maluje swoim blaskiem chmury i ośnieżone szczyty. Dwóch chłopaków ściga się na koniach, galopują tuż obok nas, podjeżdżają do stada owiec, przeganiają je przez pastwisko. Nasz wzrok podąża za nimi i znów natrafia na szczyty górskie, odwracamy się – jezioro. Olbrzymie, końca nie widać, jak morze. Chciało by się tak stać i podziwiać bez końca.

wp_20160910_19_08_41_pro-1
Niestety aparat zbyt kiepski, by oddać całą tę cudowność.

Chłód i coraz większe chmary owadów przywołują nas do porządku. Rozstawiamy zatem naszego Jurtka. Noc w namiocie nie należy oczywiście do najwygodniejszych, ale ma też swoje zalety: cena jest przystępna, a widoki… No, nie da się tego opisać. Rano budzi nas głos muezzina z pobliskiego meczetu. Wstajemy! Obiecaliśmy sobie bowiem, że zobaczymy wschód słońca nad jeziorem. Kurtki na grzbiet, wychodzimy z namiotu i intensywnie wpatrujemy się w poświatę na linii horyzontu. Coraz więcej odgłosów zewsząd – stada zwierząt wracają na pastwisko, a my czekamy. Ręce zmarznięte, plecy trochę dokuczają po nocy na twardej ziemi, której karimata oczywiście zmiękczyć nie potrafi, ale co tam. Czekamy. W końcu chmury barwią się na różowo, złocisty blask słoneczny rozszerza się zza jeziora niczym wachlarz, ciesząc nasze oczy. Po kilku minutach już całe słońce przegląda się w olbrzymiej tafli wody. 

wp_20160911_06_38_55_rich
Ciepło robi się na samo wspomnienie tej chwili 🙂

Ania

 

 

Nie ufać kwiaciarzom, czyli jak po Biszkeku błądziliśmy

Biszkek da się lubić – Fantastyczny splot wydarzeń – Kwiaciarz, ale człowiek Plamy — Z ziemi kirgiskiej do Polski

Przygodę w Biszkeku zaczęliśmy od tego, że trochę się zgubiliśmy. Ale tylko trochę. Po prostu o raz za dużo zapytaliśmy o drogę. Nic to jednak, bo schodziliśmy ładny kawałek miasta. Czuliśmy się…Swojsko. Oczywiście otoczenie zupełnie inne, a ludzie z powierzchowności egzotyczni, ale czuliśmy się dużo bardziej na miejscu niż w Gruzji. Ludzie nie gapili się natrętnie, a raczej patrzyli z życzliwym zainteresowaniem. Dużo więcej niż Gruzini uśmiechali się, a zwłaszcza dziewczyny. Gruzinki są piękne, ale przynajmniej z pozoru wydają się wyniosłe i naburmuszone. Kirgizki są prześliczne, a do tego przepięknie się uśmiechają. Ruch uliczny jest spokojniejszy i chociaż pieszy również tu musi twardo dochodzić swoich praw (w końcu to pieszy), to jednak Kirgizi jeżdżą wolniej, zwykle trzymając się przepisów. Czasem nawet przepuszczą na pasach. Chodniki nie prowadzą do nikąd, a jeśli nagle się urywają, to zebra czeka na człowieka tuż obok.

wp_20160909_14_36_33_pro
Manas, czyli tytułowy bohater eposu narodowego, liczącego sobie ok. 500 000 wersów.

A jak my zadebiutowaliśmy w kirgiskiej stolicy? Wysiadając z marszrutki, zapytaliśmy kierowcy o drogę na ulicę Oszską, ale ten nie wiedział, że taka istneje. Owszem Bazar Oszski, bardzo proszę, jest tam, ale ulica? Pierwsze słyszał. Po chwili sam zaproponował, że zadzwoni do naszego hostelu. Narysował nam mapkę, która może nie była sztabowym majstersztykiem, ale wydawała się być wystarczająco przejrzysta. Idziemy, idziemy i w pewnym momencie postanowiłem zapytać się dwóch sympatycznych dziewczyn czy na pewno dobrze. Całe szczęście nie musieliśmy długo czekać, bo już po chwili dwie ewidentnie sympatyczne dziewczyny wyszły zza rogu, idąc w naszą stronę. Wymieniłem nazwę dwóch ulic, które podał kierowca. Powiedziały, że to dwa kompletnie różne kierunki. Pięknie. Zapytały dokąd idziemy, a ja na to że na Oszską. Nie wiedziały, że taka istnieje, ale jeśli chcemy na bazar Oszski, to bardzo proszę, jest tam. Podziękowaliśmy (rahmat!) i ruszyliśmy w jedną z tras, które nam wskazały. 

wp_20160907_17_36_05_pro
Siedziba parlamentu. Z państw Azji Centralnej Kirgistan uchodzi za najbardziej demokratyczny.

Maszerujemy sobie przepisowo, aż tu nagle z mijanej kawiarni zagaduje do nas po angielsku pewien jegomość, wyglądem przypominający połączenie Włóczykija z Tomem Bobadilem. Zasugerował, że tutaj wypijemy najlepszą kawę w okolicy. Cały obrazek trafił do nas dopiero kilkanaście metrów po fakcie, a Ania słusznie zauważyła, że jeżeli on gada po angielsku i wie gdzie kawa jest najlepsza, to może nam pomoże. Niestety nie wiedział gdzie jest ulica Oszska (co innego bazar…), ale za to po chwili okazało się, że to Polak. Jeździ po Azji i kręci materiał dla TV Polonia, a jak nie jeździ i nie kręci, to studiuje montaż w Łodzi, ale jest z Warszawy. My na to, że tak jak my i pytamy skąd dokładnie.
– Z Ursynowa
– No popatrz, my też.
– Może mi jeszcze powiecie, że z Kabat?
– Nie inaczej!
Imaginujcie sobie. Parę tysięcy kilometrów od domu. On jedzie ze wschodu, my z zachodu. On znajduje miejsce z najlepszą kawą, my gubimy się, pytamy, wybieramy jedną z możliwych dróg, po czym znajdujemy sąsiada. W środku azjatyckiej stolicy. Więcej – okazuje się, że mamy wspólnych znajomych i to nie "jakichśtam", tylko z naszego najbliższego kręgu. Tu nawet nie chodzi o to, że świat jest mały, tylko, że…No kurde balans! 😀

wp_20160907_18_41_47_pro
Marcin i jego kapelusz. Napis głosi: Życie w drodze

Nie było siły, musieliśmy usiąść, pogadać i wypić kawę. Rzeczywiście znakomita! Lepszą dają tylko u Malanowskich w Józefowie. Cały czas nie mogąc uwierzyć w cały ten zbieg okoliczności, przegadaliśmy  dobrą godzinę, ale przecież mieliśmy dotrzeć do naszej gospody. Marcin (tak mu bowiem na imię), wskazał nam naszą pozycję na mapie i zdawało się, że sytuacja jest pod kontrolą. Jednak kiedy chcieliśmy się upewnić, że idziemy dobrym szlakiem, trafiliśmy na kwiaciarza z piekła rodem. Był niezwykle pewny swego i zdawał się wręcz topograficznym arcykapłanem. Okazało się, że jego złośliwe wskazówki sprowadziły nas na manowce. No dobrze, trochę przesadzamy, bo na pewno bardzo chciała nam pomóc, ale byliśmy już tak zmęczeni (kilkanaście godzin w podróży, nie tak dużo snu), że wydawało nam się, że wszystko jest przeciwko nam. Rzuciliśmy ręcznik na ring i postanowiliśmy skorzystać z taksówki. 

wp_20160909_15_55_05_pro
Tan pyszny, kupiliśmy całą butlę. To różowe bardzo niedobre 😉

Akurat przechodziła koło nas jakaś ciocia-babcia, więc poprosiłem o pomoc. Zapytała dokąd chcemy dotrzeć. Powiedziałem, że na Oszską, a ona, że nie zna takiej ulicy i czy na pewno nie chodzi nam o bazar. Oglądaliście kiedyś western "Wielki Jack"? Następna osoba, która zada mi to pytanie…Nie ważne zresztą. Zamówiła nam taksówkę, poczekała aż ta przyjedzie, odprowadziła nas pod sam bagażnik i poprosiła na koniec, żebyśmy do niej zadzwonili kiedy będziemy na miejscu, bo inaczej będzie niespokojna. Gdybym nie był pewien czy wypada, to bym kobietę uściskał. Taksówkarz wiedział gdzie jest Oszska i zawiózł nas tam bez pudła. Przyśliśmy, zadzwoniliśmy do cioci-babci, umyliśmy się, padliśmy na nasze zmęczone ryjki i zachrapaliśmy smacznie. 

wp_20160909_15_11_56_pro
Pomnik Zwycięstwa. Nie jakiegoś tam zwycięstwa, tylko tego Zwycięstwa. Pary młode chętnie robią sobie tam zdjęcia. Optymiści…

Kiedy już odzyskaliśmy siły i uporaliśmy się z drobnymi niedyspozycjami, ruszyliśmy na spotkanie z Aiszą. Kirgizka maturzystka, która niestety nie mogła nas gościć w ramach couchsurfingu, ale powiedziała, że chętnie się z nami spotka i oprowadzi nas trochę po mieście. Parogodzinny spacer zdecydowanie należał do udanych. Aisza była dobrym przewodnikiem i starała się cały czas podtrzymywać konwersację. Okazało się, że marzy jej się studiowanie anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim, więc tak jak my do niej, tak i ona do nas miała wiele pytań. Bardzo przyjacielska duszyczka. Zafundowała nam degustację kirgiskich napojów, z których  zdecydowanie możemy polecić tan ( podobne do zsiadłego mleka), a na koniec wręczyła paczkę M&M's. Powiedziała, że chciała nam kupić tradycyjne borsoki (słodkie bułeczki z ciasta, przypominającego donutowe), ale nie zdążyła kupić. Odpowiedzieliśmy, że nic nie szkodzi, bo przecież myśmy nigdy kirgiskich M&M's nie jedli. Pożegnaliśmy Aishę, wsunęliśmy na obiad pyszne kotlety baranie i jęliśmy się gotować do wyjazdu z Biszkeku. Następny przystanek – Bałykczy nad jeziorem Issyk Kul!

Marek

Powrót do Tbilisi, czyli pożegnanie z Gruzją

Miasto miłości – Hajs musi się zgadzać – Macho nam nie wybaczą – Rocznica – Niebiańskie góry

Z Telawi postanowiliśmy wyskoczyć do Signagi, które jest podobno Paryżem Gruzji. Czyli, że miastem miłości. Pary młode z całego kraju przyjeżdżają tam, żeby wziąć ślub w pięknej scenerii. Miasteczko rzeczywiście jest zadbane, uliczki posiada wąskie i urocze, a panorama gór jest szeroka i monumentalna. Kiedy coś widać, rzecz jasna, bo my mieliśmy trochę pecha w tym względzie. Po kolei jednak. Najpierw musieliśmy tam dojechać. Levan podrzucił nas samochodem na drogę wyjazdową, skąd podjechaliśmy stopem do Gurjani, a potem do samego Signagi. Ostatnią część drogi pokonaliśmy w samochodzie przesympatycznego miejscowego, który podwiózł nas i jeszcze jedną panią do celu, mimo iż jego trasa kończyła się dobre 8 km wcześniej. Droga wijąca się serpentynami w górę, bardzo stroma, raj dla kolarzy amatorów, którzy lubią wyzwania.

wp_20160903_12_44_56_pro
Do widoków Kaukazu nie mieliśmy szczęścia

W Signagi spędziliśmy jeden miły dzionek, zjedliśmy po jednej milutkiej przepiórce (niestety mocno przeciętnej w smaku), a noc spędziliśmy w pokoju otoczonym ścianami, w których kuły jakieś gryzonie. Na pewno bardzo milutkie. Następnego dnia ruszyliśmy do Tbilisi, i udało nam się dotrzeć tam w dwóch odcinkach. Najpierw z rodzinką, której głowa wskazała nam tylne siedzenia z miną, mogącą równie dobrze oznaczać wypowiedzenie wojny, ale za to jego małżonka była przesympatyczna, a synek bardzo roześmiany. Drugi nasz kierowca był wielce milczący, ale może to dlatego, że wiózł w samochodzie trzy świeże ryby, a one jak wiadomo głosu nie mają. Zanim wziął nas do auta przypatrzył mi się uważnie, a pod koniec trasy poczynił wyznanie. Mimo przynajmniej 50tki na karku nie mówił dobrze po rosyjsku i stwierdził, że gdybyśmy byli Rosjanami, nigdzie by nas nie podwiózł. Nie dopytywaliśmy. Może jakaś osobista strata, kto wie… Dobrze, że tego dnia miałem na sobie koszulkę z małą, biało-czerwoną 😉

wp_20160903_13_58_12_pro
Ale nad samym miasteczkiem pogoda wyborna

Wysadził nas przy metrze, podziękowaliśmy gruzińskim "gmatlob!" i pojechaliśmy pociągiem do Maca, żeby połączyć się z internetem i dać znać naszemu gospodarzowi z couchsurfingu, Holendrowi Gijsowi, że jakby co, to już jesteśmy. Gijs, czyli fonetycznie Hajs (szybko ochrzciliśmy go "Kasą"), wyznaczył nam spotkanie na godzinę 19 w Hard Rock Cafe (dla ciekawskich, ceny bardzo podobne do tych w Polsce), więc mogliśmy przejść się do parku, trochę poczytać na Nelsonie (tak nazwaliśmy nasz Kindle) i generalnie wytracić prędkość. W końcu jednak wylądowaliśmy w przytulnym mieszkaniu naszego gospodarza. Gijs, to student prawa, który wpadł nagle na pomysł, że zainteresuje się historią i polityką regionu kaukazkiego, a następnie został przyjęty na staż do ambasady holenderskiej w Tbilisi. Był kiedyś w Polsce i zachwycił się Lublinem. Równy chłop! 

wp_20160904_11_24_39_pro
Wymarsz z twierdzy Signagi. Prowadzi plutonowa Malanowska.

Pogadaliśmy, napiliśmy się, zjedliśmy potrawkę z warzyw, a Gijs podzielił się z nami wieloma spostrzeżeniami na temat Gruzji i Gruzinów. W dużej części pokrywały się, chociaż Holender będzie mieć na pewno inny punkt siedzenia niż Polak. Niestety wspólnie ponarzekaliśmy na to, że serce nam się kraje, gdy widzimy jak ten piękny kraj jest zaśmiecony, jak często samochód ważniejszy jest od porządnego mieszkania czy domu dla potomstwa i, co się z tym wiąże, jak ciężki z naszej perspektywy jest los Gruzinki.

wp_20160906_14_20_02_pro
Gruzja w dwóch słowach. Palą tutaj prawie wszyscy i prawie wszędzie.

I teraz krótki wtręt natury ogólnej. Otóż słyszeliśmy już z kilku niezależnych od siebie źródeł, że zwłaszcza na prowincji, ale często i w większych miastach mamy do czynienia z klasycznymi podwójnymi standardami. Na dodatek nie mających zbyt wiele do czynienia z wszechobecną i ostentacyjną religijnością. Przykład – ponoć dość powszechnym zjawiskiem jest wczesna inicjacja seksualna u chłopców, nie tyle z własnej chęci, ile z inicjatywy starszych członków rodziny. Chłopak ma wiedzieć co robić już na starcie dojrzewania, by wyrosnąć na macho. Dziewczyny wręcz przeciwnie, cnotliwe aż do ślubu, bo inaczej wielka hańba dla rodziny, wioski czy miasteczka. Na tym jednak nie koniec. Chłopak może folgować swoim chuciom, ale że z Gruzinką nie może, to powszechne jest nagabywanie turystek. Jeśli do czegoś dojdzie, chłopak specjalnie się z tym nie kryje, a jego partnerka/przyszła żona musi pogodzić się z jego postępowaniem. Ani co prawda nikt nie zaczepiał, bo obrączka to dla nich świętość, ale gdy raz w Kutaisi poszedłem z koleżanką do sklepu, a ona została na papierosie (dosłownie 15 sekund bez mojego towarzystwa), już przypałętało się dwóch jurnych Gruzinów, których trzeba było spławiać. Ehhhh.

Pogaducha z Gijsem trwała sobie w najlepsze, ale nas zaczął morzyć sen, więc powiedzieliśmy sobie dobranoc i dalejże w kimono! Kolejny dzień musieliśmy zacząć wcześnie, ponieważ "Kasa" wychodził do pracy, a my musieliśmy opuścić lokum wraz z nim. Celem wędrówki ustanowiliśmy ogród botaniczny. Myślę, że dobrych parę kilometrów zrobiliśmy najpierw docierając do niego, a potem drepcząc wśród wielu gatunków roślin, które praktycznie w ogóle nie były opisane. Nie mówiąc już o piekielnej oranżerii, której szukaliśmy piekielnie dużo czasu, a którą minęliśmy chyba miliard razy, bo w ogóle nie wyglądała jak oranżeria ani nie była w żaden sposób onaczona. Niemniej ogród jest miejscem bardzo ładnym, cichym i położonym w szalenie malowniczym miejscu. Leży u stóp wzgórza fortecznego, a sam wspina się na sąsiednie wzniesienia, tworząc botaniczną nieckę.

wp_20160905_13_21_48_pro
Zielono nam

Wracając w stronę mieszkania, wpadliśmy w sam środek zgrupowania austriackich kibiców, tłumnie paradujących po starym mieście przed meczem eliminacyjnym MŚ. Śpiewali i bawili się świetnie, a i nam trochę tej wesołości się udzieliło. Nie koniec na tym. Tuż przy Placu Wolności trafiliśmy na bar "Warszawa". Nie będziemy się rozpisywać, sami zobaczcie 🙂

wp_20160905_15_55_47_pro
Tutaj szczęście można znaleźć, tutaj serce można zgubić 😉

Nie tylko dlatego ten dzień był dla nas szczególny. Obchodziliśmy bowiem pierwszą rocznicę ślubu i wieczorem wyskoczyliśmy do knajpki, znajdującej się niedaleko Gijsowego mieszkania. Sam Gijs udał się na stadion narodowy, żeby dopingować Gruzję (przegrali 1:2), a my zjedliśmy na spółkę pyszne, jagnięce kotleciki mielone oraz kurczaka z warzywami podanego z pysznym puree ziemniaczanym. Miodzio!

wp_20160905_19_48_31_pro
Wino dobre, a jedzenie jeszcze lepsze. Takie smaczne, że aż zdjęć brak.

Kolejny, czyli ostatni gruziński dzionek, spędziliśmy na praniu, sprzątaniu, pakowaniu oraz wyprawie po namiot. W trakcie ganiania między sklepem na peryferiach miasta, a najbliższym kantorem mignął mi pewien człowiek z torbą.

wp_20160906_13_50_59_pro
Nasi tu byli!

Niestety nie miałem czasu, żeby podbiec i zagadać, więc pomachaliśmy sobie tylko przez ulicę.


Na pożegnanie z Gijsem Ania zrobiła placki po zbójnicku. Na bigos i pierogi ruskie nie było czasu 😉

wp_20160906_19_19_24_pro
Dla nas porcja była za duża,ale Gijs dokończył bez mrugnięcia okiem 🙂

Pożegnaliśmy naszego Holendra i wsiedliśmy w autobus na lotnisko. Bardzo lubię ten moment. Wszystko co masz, spakowane w plecak, jedziesz przed siebie, w kolejne nieznane miejsce, gdzie czeka…Nie wiadomo co. Na lotnisku w Tbilisi kontrola praktycznie w drzwiach hali, a potem oczekiwanie na odprawę. Krótka drzemka przed wejściem na pokład, start, pyszna kanapka z serem, chrzanem i szynką, a o piątej lądowanie w Moskwie. Wschodzące Słońce nad Szermietiewem – w jego stronę będziemy się kierować. Senność trochę ustępuje, tuż obok ktoś odmawia szacharit. Nutka mistycyzmu w zamkniętej przestrzeni terminalu. Kolejny lot już dłuższy, ze śniadaniem. Pod nami spalone słońcem stepy Kazachstanu, które nagle zmieniają się w pola uprawne, swojsko kolorowe. Lądowanie, kontrola graniczna, odbiór bagażu, wymiana pieniędzy, karta sim, marszrutka do miasta. Robimy to wszystko automatycznie, oganiając się od natrętnych taksówkarzy, którzy biorą za przejazd 10-20 razy więcej niż ci z busików. Siedzimy za kierowcą, a na horyzoncie piętrzą się chmury. Przecieram okulary. To nie chmury, to Tienszan. Jesteśmy 🙂

Marek