Mała podróż w czasie, czyli Gori i Borjomi

Mylące wskazówki – Nawałnica stulecia – Oddech Stalina – Nie Borjo mi w smak

Wielkomiejskie życie, bankiety, rauty, bale dobroczynne i mecze polo zmęczyły nas tak bardzo, że postanowiliśmy wyskoczyć ze stolicy na prowincję. Pierwszym naszym celem było Gori. Wsiedliśmy tedy w autobus i pojechaliśmy w stronę autostrady złapać okazję, a przy okazji łapania okazji odwiedzić centrum handlowe. Jakiś młody człowiek, zapytany kiedy mamy wysiąść, powiedział, że nam powie. No i powiedział. Musieliśmy potem drałować godzinę na piechotę. Pewnie uznał, że spacer się nam przyda. Sytuacja taka jak ta powtórzyła się już tyle razy, że zaczyna nas zastanawiać, czy Gruzini nie znają swojego kraju, a nawet okolic swojego miasta? Bo ciężko uwierzyć, że naród, który tak chętnie bierze na stopa, próbuje jednocześnie, podstępnie skierować Cię w złą stronę ;).

WP_20160826_15_19_09_Pro
W oczekiwaniu na lepszą aurę…

Kiedy wyszliśmy z Tbilisi Mall i ustawiliśmy się na poboczu, lunął nasz pierwszy, gruziński deszcz. Zwęszyliśmy go trochę wcześniej, więc ekspresowo założyliśmy kurtki, ochraniacze na plecaki i oczywiście natychmiast ktoś się obok nas zatrzymał. Powiedzieliśmy, że na Gori, a kierowca na to, że nie ta droga, że na Gori odbija w lewo. Wycofaliśmy się więc do centrum, żeby się przegrupować i przeczekać najcięższy deszcz. Na skręt na Gori nie mogliśmy tak po prostu wyjść ze względu na wrogie ukształtowanie terenu i zdradziecki układ jezdni, dlatego cofnęliśmy się kilkaset metrów. Okazję złapaliśmy w -10 sekund. Słownie minus dziesięć. Kierowca już wcześniej nas wypatrzył i cofnął się w momencie, w którym położyliśmy plecaki na ziemi. Oczywiście okazało się, że wcześniej staliśmy przy dobrej drodze i nie musieliśmy się cofać. Kurde balans.

WP_20160827_12_18_54_Pro
Zdjęcie oczywiście pozowane, a samochody podstawione przez sponsorów

Tak czy siak zostaliśmy dowiezieni do zjazdu na Gori, skąd momentalnie przechwyciła nas wesoła rodzinka, radośnie paląca papierosy, w radosnym i rodzinnym vanie. Dzięki nam, mogli trochę poćwiczyć angielski. Podwieźli nas prosto pod naszą stancję, a kierowca poprosił, żeby pozdrowić jego zięcia, który tam pracuje. Właściciel nie miał bladego pojęcia, o co mogło chodzić. Dezinformacja, dezinformacja wszędzie! 

WP_20160827_11_11_52_Pro
Połowa miasta Gori. Ta mniejsza 😉

Gori to miasto bardzo stare, a imponująca forteca nad nim górująca była obsadzona aż do XIXw. Ponoć najstarsze archeologiczne ślady w tymi miejscu sięgają pierwszego wieku przed naszą erą.  Niestety nie jest ona jednak główną atrakcją turystyczną, bo miejscowi wolą zarobić na swoim najsłynniejszym obywatelu, czyli Josifie Wissarionowiczu Dżugaszwilim. Na szczęście w mieście nie było czuć oddechu Stalina, ale być może w muzeum… Tak, tak jest tutaj muzeum Stalina. Jak informuje strona internetowa, ekspozycja opowiada o jego życiu, wielkich dokonaniach, pokazuje rzeczy prywatne, przedstawia jego poezję. Nie wiem, nie byliśmy, nie będziemy łożyć na pomnik zbrodniarza. Za to forteca, nie dość, że wielkiej urody, to jeszcze do zwiedzenia za darmo ;). Oprócz murów (ale za to jakich!), wiele z niej nie zostało, ale widoki…Sami zobaczcie.

WP_20160827_11_13_49_Pro
Daleko, daleko na horyzoncie widać majestatyczne skały Kaukazu

Niezłe, nie? Nic dziwnego, że była tak ważnym strategicznie miejscem przez prawie dwa tysiące lat. 

WP_20160827_11_00_40_Pro
Moc-potęga

Następnego dnia czmychnęliśmy do Borjomi. Właściciel hostelu w Gori był tak miły, że podrzucił nas do autostrady. Tam czekała nas już konkurencja i to w przewadze liczebnej. Troje Włochów, którzy tak promiennie się uśmiechali, że ustąpiliśmy pola i nie absorbowaliśmy uwagi kierowców.  W końcu mogliśmy poczekać te 30 sekund dłużej. Nasz kolejny dobrodziej nie jechał w prawdzie do Borjomi, ale zgodził się wysadzić nas po drodze. Poczęstował też gruszkami i wyznał, że z Polaków to najlepsi są Robert Lewandowski i Konstanty Rokossowski. Bardzo egzotyczna para. Trzeba by kiedyś wyrychtować krótki komiks pod tytułem "Lewy i marszałek". Ktoś się podejmie? 😉

Do samego Borjomi dowiózł nas jakiś miejscowy mistrz ceremonii, bo ewidentnie czekał na wjazd do miasteczka, by odpalić na pełny regulator pieśń disco-folkową o Kaukazie, kochanym Kaukazie, najpiękniejszym. Mógłby jednak puszczać Czajkowskiego i Berlioza razem wziętych, a i tak wrażenie pozostałoby to samo. Wspaniałe okoliczności przyrody zbezczeszczone potworami minionego reżimu. Uzdrowisko, kurort górski, a do tego dom jednego z najsłynniejszych produktów gruzińskich – wody Borjomi – wygląda miejscami dość przygnębiająco, czasem wzbudza wspomnienia z wczesnych lat 90', a czasem nie wiadomo w ogóle co o nim myśleć. Swojskiego obrazu dopełnili: pracownik centrum informacji turystycznej, który pokierował nas w złą stronę, pani w sklepie, która gdyby tylko mówiła po Polsku, powiedziała by "jem przecież!" oraz pan w barze, który nawzdychał się i nachrząkał strasznie, bo swoim pojawieniem się, zmusiliśmy go do podejścia za ladę, po czym nic nie zamówiliśmy. 

WP_20160827_16_52_12_Pro
It's fun to stay at the…

Szkoda, że tłoczy się wielkie pieniądze w szklane molochy Batumi, a nie w nadanie Borjomi jakiegoś konkretniejszego i lepszego do strawienia kształtu. Oczywiście de gustibus i tak dalej, ale możemy z całą mocą stwierdzić, że po prostu nam się tam nie podobało. A do tego woda. Piliście kiedyś Borjomi? Smakuje jak sole emskie z dodatkiem rudy metalu. Podobno pomaga na wszystko z wyjątkiem samej siebie. Brrrr. 

WP_20160827_16_07_19_Pro
Stary kwasi-pawilon, w którym częstują Cię cudowną wodą.Można przyjść z własną butlą.

Może wrażenie polepszyła bym nam krótka wyprawa na szlak, ale z przyczyn obiektywnych nie byliśmy w stanie ruszyć się w góry. Za to nadrobiliśmy trochę we wspólnej lekturze. Zbliżamy się do końca "Całej prawdy o planecie Ksi" Janusza Zajdla, a w "Dowództwie na Mauritiusie" Patricka O'Briana, przekroczyliśmy równik. Do tego w końcu doszły nas radosne wieści z couchsurfingu. Znaleźliśmy w końcu kogoś kto nas przyjmie! Następnego dnia, o 7 rano wsiedliśmy więc w pociąg i ruszyliśmy w stronę Rustawi. Ale o tym już innym razem.

WP_20160827_14_59_48_Pro
Sam Czajkowski zdaje się mówić: "O nie, nie, nie. Mi już nie polewajcie".

Marek i Ania

Pij wino albo giń, czyli urodziny w Tbilisi

Każdy w swoim mieście – Różne zastosowania winorośli – Okiem Matki – Smakosze

Na samym wstępie muszę zaznaczyć, że to jest nasz pierwszy wpis o stolicy Gruzji, ponieważ jeszcze do niej wracamy na początku września. Zaczynamy zatem – Tbilisi po raz pierwszy!

Przyznam szczerze, że poczucia bycia w wielkim mieście i stolicy trochę mi już brakowało (ja się odżegnuję! 😉 – M.).  Tbilisi już na wstępie zapunktowało zatem w moich oczach. Jednak zmęcznie całodzienną jazdą dało się trochę we znaki. Krótki spacerek do Wendy's,którego w Polszy nie ma oraz zakupy w supermarkecie, to jedyne na co było nas stać po przyjeździe. Kolejny dzień spędziliśmy jednak aktywnie. Urodzin poza krajem jeszcze nigdy nie świętowałam, trzeba więc było pobiegać po fajnych miejscach i zakończyć dzień w jakiejś miłej knajpce. Plan może nie brzmi bardzo ambitnie, ale przy obecnym stanie pogodowym w Gruzji jest jedynym sensownym rozwiązaniem.

WP_20160825_13_45_17_Pro
Widok na drugą stroną rzeki. I trochę na pierwszą, ale głównie na drugą.

Free Walking Tour znaliśmy już z domu. Nasza przyjaciółka Patrycja oprowadza wycieczki po Warszawie i bardzo polecała zadzieżgnięcie znajomości z tą inicjatywą. Cóż, uznaliśmy, że jeśli mamy szanse spotkać w Tbilisi kogoś choć w połowie tak czarującego jak Pati, to trzeba spróbować. Nie zawiedliśmy się :). Gdyby ktoś z naszych czytelników jeszcze nie wiedział, przybliżę w skrócie o co chodzi z Free Walking Tour. W wielu miastach na świecie, zwłaszcza tych powszechnie uważanych za turystyczne, pojawiła się koncepcja wprowadzenia darmowych wycieczek. O oznaczonej godzinie i w określonym miejscu pojawia się przewodnik oraz zainteresowani tematem ludzie i bestie. Odbywają razem podróż po mieście, a osoba prowadząca nie otrzymuje za poświęcony czas zapłaty "z góry". W dobrym tonie jest zatem wręczyć przewodnikowi napiwek, zwłaszcza, jeśli zacnie wywiązał się ze swojego zadania. 

My szczęśliwie trafiliśmy na Annę, Ukrainkę, która przyjechała do Gruzji i miała nawet bilet powrotny, ale zakochała się w tym kraju tak bardzo, że osiadła tu na stałe. Została i zabrała nas na wycieczkę po swoim Tbilisi. Od razu zaznaczyła, że przez spędzone razem 3 godziny może nam jedynie dać poczuć klimat miasta. Zachęciła, żebyśmy wybrane aspekty zbadali sami i znaleźli swoje własne Tbilisi. Podejście Anny bardzo przypadło nam do gustu, więc z radością ruszyliśmy jej śladem wraz ze sporą grupą Polaków (wiela ich tu, wiela), a także mieszanką przedstawicieli różnych innych narodów.

Tak więc, miasto bażantów…Tak, tak, symbolem Tbilisi jest bażant. Otóż dawno, dawno temu król Vachtan Gorgasala (wcale nie zmyśliliśmy tego imienia) polował w okolicy ze swoim ulubionym sokołem. Królowie lubią polować w okolicach przyszłych stolic, to taka ich prerogatywa. Polował więc i polował, aż upolował bażanta. Zależnie od wersji legendy on albo jego sokół. To znaczy, istnieje jeszcze wersja z jeleniem. I nie, że jeleń upolował bażanta ani sokół jelenia – w tej wersji jelenia na pewno ustrzelił Vachtan. W każdym razie cokolwiek by nie zginęło spadło do gorącego źródła i od razu się ugotowało. Bażant brzmi nieco wiarygodniej, prawda? Poza tym jelenie nie latają.

WP_20160825_14_41_29_Pro
Bażant w stanie surowym

Ciekawą rzecz, którą już zauważyliśmy, a którą potwierdził nasz FWT, to fakt spokojnej i przyjacielskiej koegzystencji licznych religii na terenie tego pięknego, górzystego kraju. W Tibilisi jest wiele świątyń różnych wyznań i, jak dowiedzieliśmy się od Anny, odnoszą się one do siebie z symaptią, a nawet wykazują wsparcie. Przykładowo w świątyni katolickiej systematycznie goszczą baptyści oraz koptowie, a w meczecie można spotkać zarówno szyitów jak i sunnitów. Jest też synagoga i, oczywiście, pełno kościołów prawosławnych. 

WP_20160825_15_03_22_Pro
Kościół, meczet i łaźnia. Coś dla ducha, coś dla ciała

Jak zapewne łatwo się domyślić jednym z ukochanych świętych w Gruzji jest św. Jerzy. Jego wizerunki i pomniki zdobią wiele placów, i śwątyń. Giorgi to najczęściej nadawane chłopcom imię. Dziewczynki najchętniej chrzci się imieniem Nino (czyli nasza Nina). Św. Nino jest patronką Gruzji i zgodnie z tradycją uznaje się, że to za jej sprawą kraj przyjął chrześcijaństwo, jako drugi na świecie (po Armenii). Legenda głosi, że Nino pierwszy krzyż wykonała z gałęzi wszechobecnych na tym terenie winorośli,które splotła pasmem swoich włosów. To właśnie z uwagi na użycie pnączy wina ramiona krzyża św. Nino lekko opadają ku dołowi.

WP_20160825_12_42_16_Pro
Po lewej święta Nino i krzyż jej własnego pomysłu 🙂

Ale nie samą religią Gruzini żyją. To naród lubiący dobrze zjeść i wypić. Tradycja wielkich biesiad nie jest już może tak silna, jak kiedyś, jednak nadal żyje, zwłaszcza, że wieczory po upalnym dniu są stworzone do zabawy. Podczas klasycznej gruzińskiej uczty centralną osobą jest Tamada. To on wygłasza toasty, często długie, a nawet wierszowane. Jego zadaniem jest podnosić nastrój i zachęcać biesiadników do wspólnej zabawy. Tamada musi mieć zatem autorytet wśród zebranych, poczucie humoru i oczywiście najmocniejszą głowę. W Tbilisi na jednym ze skwerów można znaleźć pomnik Tamady, który trzyma w dłoni czarę wina.

WP_20160825_13_07_07_Pro
Urocza Anna i trochę mniej uroczy pomnik tamady

Wino dla przyjaciół ma również największy posąg w mieście – Kartwlis Deda, czyli Matka Gruzinów, nazywana zazwyczaj Matką Gruzją. Nasza przewodniczka Anna zwróciła nam uwagę na wyjątkowy charakter tego właśnie pomnika poprzez zabawne porównanie. Matka Rosja we Wołgogradzie trzyma wzniesiony w górę miecz, jej postawa jest ewidentnie dominująca. Matka Ukraina w Kijowie dzierży miecz i tarczę, kojarzy się z obroną. Z kolei Matka Armenia kieruje swą twarz w stronę Turcji, a miecz trzyma przed sobą w geście "spóbuj no tylko!". Matka Gruzja ma miecz i wino. Jak podsumowała żartobliwie Anna: "pij wino albo giń!" ;).

WP_20160825_19_14_22_Pro
Na degustację próbują wciągnąć człowieka do każdego sklepu z winem. Udaje im się.

Na wzgórze Sololaki, gdzie stoi Kartwlis Deda wjechaliśmy kolejką linową, co szczerze polecam każdemu, kto odwiedza Tbilisi. Z góry rozciąga się przepiękny widok na miasto. Można też spojrzeć na ogród botaniczny i wspiąć się na ruiny starej twierdzy, która niegdyś górowała nad Szlakiem Jedwabnym, a której najstarsze kamienie pamiętają IV w.n.e. Po zejściu ze wzgórza udaliśmy się  w okolice sławnych łaźni siarkowych i skorzystaliśmy z okazji (Ania), by schłodzić się pod wodospadem, który jest obiektem pielgrzymek nowożeńców. Ponoć uwielbiają sobie robić zdjęcia na jego tle. Ciekawa sprawa – panna młoda ubiera się w nowoczesną, białą suknię ślubną, a pan młody zwykle przyodziewa tradycyjny czarny strój, wyszywany srebrem, a nierzadko ma również szablę przy boku (a jak ja chciałem, to mi nie pozwolili! – M.).

WP_20160825_14_54_25_Pro
Szczęście

Annę pożegnaliśmy w szampańskim nastroju, który utrzymał się przez cały wieczór. Skoczyliśmy do knajpki, żeby po zadbaniu o dusze, zadbać wreszcie o ciało. Czerwone wino, bakłażany z orzechami, pyszna potrawka z wołowiny, ziemników, kolendry i całej masy wspaniałych gruzińskich przypraw pozwoliła cieszyć się do końca tym wspaniałym, urodzinowym dniem.

Ania (i trochę ja! – M.)

Teheran 1300, czyli jazda do stolycy

Ojciec chrzestny narodu – Gdzie się myć? – Spragnionych napoić – Ale numer!

Z łezką w oku pożegnaliśmy Sarę i Davida, ale przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda! Ruszyliśmy zatem żwawym krokiem w stronę najbliższego i najsensowniejszego, jak nam się zdawało miejsca na złapanie stopa do Tbilisi. Zatrzymało się obok nas dwóch panów, którzy na nasze pytanie czy zmierzają w stronę stolicy odparli, że nie. Poinformowali jednak uprzejmie, że stoimy jak sieroty nie tam gdzie trzeba. Oczywiście to nie jest dokładny cytat ;). Nie omieszkali bez zbędnych pytań, zapakować nas wraz z plecakami do swojego samochodu i zawieźć na właściwe miejsce. 

Nawiązała się natychmiast konwersacja na temat naszego pochodzenia ( "Aaaa, Polsza"-kciuk do góry), stanu cywilnego (przyznaliśmy, zgodnie z prawdą, że jesteśmy małżeństwem), a nastepnie padło pytanie o dzieci. No właśnie, te dzieciaczki kochane. Gdzież one są? Od pierwszego dnia spostrzegłam zdecydownie więcej niż w Polsce drobiazgu ludzkiego we wszelkich możliwych miejscach: ulicach, plażach, knajpach, barach; rano, w południe i w nocy. Dzieci są w strefie publicznej chciane i akceptowane. Jak poinformowała nas w Tbilisi (aaaaaa spoilery, spoilery! – M.) urocza przewodniczka Free Walking Tour, może się zdarzyć, że idąc z brzdącem przez miasto będziemy zbierać wszelkiego rodzaju ochy i achy. Kilka lat temu Eliasz II, głowa gruzińskiego kościoła prawosławnego, zaniepokojony zmniejszającym się przyrostem naturalnym, zadeklarował, że zostanie ojcem chrzestnym dla każdego trzeciego i kolejnego potomka w rodzinie. Dotrzymuje obietnicy i co roku trzyma do chrztu setki dzieci. Dla pobożnych Gruzinów jest to wielki honor i decyzja patrarchy, to z pewnością silny bodziec do poszerzania rodziny.

Ale wracając do sedna – sympatyczni panowie odstawili nas do właściwego wyjazdu z miasta, gdzie w krótkim czasie złapaliśmy podwózkę do dobrego miejsca przy jednopasmowej autostradzie w stronę Tbilisi. Staliśmy tam ze 3-4 minuty i porwał nas kolejny samochód, tym razem jadący już bezpośrednio do stolicy. Dwaj (na oko) bracia, w naszym (na oko) wieku nie byli zbyt rozmowni. Być może dlatego, że reprezentują półpokolenie, o którym mówiła nam Sara. Już nie musieli uczyć się rosyjskiego, a jeszcze nie przyszło im do głowy, żeby liznąć angielski. Jednak dzięki nim zapoznaliźmy się w czasie podróży z szerokim spektrum nowych gruzińskich hitów muzycznych. Preferowali pop i hip-hop, który przynajmnej w moich uszach brzmiał całkiem przyjemnie. W pewnym jednak momencie włączył mi się tryb "znajdź polskie frazy w piosence w obcym języku". Około 80 kilometrów od Tibilisi, nuciłam więc już razem ze śpiewającym dramatycznym głosem wokalistą: "Gdzie się myyyć, gdzie się myyyć?". Utrzymanie powagi przychodziło z coraz większym trudem. Na szczęście panowie postanowili zrobić przerwę "na fajka". Siedzieliśmy zatem grzecznie w cichym samochodzie, kontemplując piosenkę o myciu, gdy niespodziewanie jeden z naszych gospodarzy dostarczył specjalnie dla nas z pobliskiego sklepiku dwie mocno schłodzone Cole. Przy temeraturze 40 stopni, przyznać trzeba, był to prawdziwie samarytański gest. Nie można więc chłopakom zarzucić, żeby wszystkie rozliczne, czynione przez nich znaki krzyża przy każdym mijanym kościele były tylko pustym gestem. Wiedzieli co robią :).

WP_20160825_13_45_12_Pro
Tbilisi widziane spod miejsca u stóp Matki Gruzji, o której w następnym odcinku

Po dotarciu na obrzeża miasta rozpoczęliśmy poszukiwania autobusu do centrum, bo nasi Gruzini jechali dalej. Może hen w dalekie kraje? Po drodze minęliśmy tablicę z napisem Teheran 1300 – można poczuć gorący oddech pustyni. Odnalezienie autobusu czy busiku okazało się zadaniem wcale niełatwym. W pobliskim sklepie poinformowano nas, że mamy jechać nr 117. Kierowca stwierdził jednak, że on nie jedzie tam gdzie chcemy. Polecił 51, ale ten także nie jechał do centrum i nie potrafił wskazać, kto właściwie jedzie. W końcu dopadliśmy busik z nr 41, pierwszy lepszy jaki się nawinął i… Udało się! Wysiedliśmy też bardzo spontanicznie i okazało się, że przystanek był praktycznie w drzwiach naszego hostelu, który jest jak najbardziej godny polecenia. Oczywiście dla tych, którzy chcą podróżować tanio. Zwie się Tbilisi Rooms i znajduje się prawie w samym centrum wszystkiego. Ale o tym już w następnym wpisie :).

WP_20160824_18_37_15_Pro
Z hostelu mamy blisko do opery, ale nic dobrego nie grali 😉
 

Ania

Gorąco, oj gorąco, czyli bardzo gorąco

Miasto bezimiennych pomników – Brzoskwinie giganty – Cardio głupcze! – Kartka do świętego…

Kutaisi. Niektórzy znawcy mitologii uważają, że to właśnie tam, do legendarnego Ai, Jazon miał ostatecznie dotrzeć w wyprawie po złote runo. (Kut)Ai(si) – ewidentnie jest coś na rzeczy, prawda? 😉
Obecnie, położone na wzgórzach miasto jest stolicą regionu imretyńskiego, a niegdyś (X-XIIw.n.e) całego królestwa Gruzji. Trudno nam stwierdzić, czy jest w nim coś wielce charakterystycznego, bo to raptem trzecie miasto, któremu byliśmy w stanie przyjrzeć się bliżej. Na pewno jest tu bardzo gorąco,a do tego dosyć parno. Pod wieczór naprawdę trudno wytrzymać i nie wiadomo czy lepiej w domu czy na zewnątrz. W mieście są muzea, parki, kościoły, targ, opera, teatr, a także kilka pomników. Niestety zwykle bez podpisu albo tylko po gruzińsku, więc oprócz króla Dawida Budowniczego nie poznaliśmy tam nikogo. Sam Dawid to taki nasz Kazimierz Wielki, tylko, że dużo bardziej wojowniczy. Sprawił Turkom tak tęgie lanie w bitwie pod Didgori 1121, że przez długi czas nie chciało im się nawet patrzeć w kierunku północnym, a jednocześnie (znaczy nie w tej samej chwili, bez przesady) przeprowadził wiele ważnych reform. Tak mu się to wszystko dobrze udało, że ponoć rozpoczął złoty wiek w kraju, a po śmierci został kanonizowany. Można? Można. Ale dość o historii.

WP_20160821_11_02_44_Pro
Panorama miasta ze wzgórza katedralnego. Ex catedra 😉

Poszwędaliśmy się swoim zwyczajem po ulicach i uliczkach miasta. Pożarliśmy ze smakiem dwie ogromne brzoskwinie (giganty, mówię Wam), przysiedliśmy na sesję czytania w parku, a na końcu wspieliśmy się po stromych schodach do miejscowej katedry. Budowana była za króla Dawida (budowniczy, kapujecie?), ale zniszczona przez ukochanych ottomańskich sąsiadów kilka wieków później. Odbudowana też wygląda bardzo ładnie, a w środku…trafiliśmy na liturgię. Nie będziemy na siłę wyszukiwać opisów w internecie i udawac znawców ;). Po prostu opiszemy to co zobaczyliśmy. W kościele nie było ławek. Ludzie cały czas stali,a duża część chodziła w kółko. Znak krzyża czynili spontaniczniej, czasem w jednym momencie, czasem każdy sobie. Wiele osób modliło się do świętych, całując ikony, a potem dotykając je czołem lub całując swoją dłoń, a potem przejeżdżając przez cały rząd obrazków. Niedaleko ołtarza (w większości zasłonięty) przycupnął chórek pań w różnym wieku. Doprawdy wspaniały koncert dawały. Nie wyjąłem telefonu i nie nakręciłem, by nikogo nie urazić, ale później tego żałowałem. Otóż gdy ksiądz/pop/arcybiskup wyszedł w końcu na środek nawy, by zasiąść na swoim tronie, jeden z pomagających w mszy młodych ludzi odebrał komórkę, podszedł do arcybiskupa i zaczął normalnie z nim rozmawiać. Telefon od św. Dawida? Do hierarchy podchodziły po chwili kolejne osoby i wręczały mu kartki, które tamten czytał, a potem skinieniem głowy dawał znać, że owszem, będzie coś w tej sprawie u Najwyższego wyjednać. Lub przynajmniej się postara. Na tym zakończyliśmy wizytę w katedrze, bo jednak nie chcieliśmy zakłócać dekorum zbyt długo. 

WP_20160821_11_02_26_Pro
A oto i sama katedra, górująca nad miastem

Religijność jest dla Gruzinów bardzo ważna. Stanowiła o ich tożsamości przez piętnaście stuleci, a obecnie…nie wiemy jak z gorliwością, ale na pewno są ostentacyjni. Taki temperament. Znak krzyża wykonują szerzej, więcej u nich ornamentów religijnych, ikon itp. Niestety nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać o tym z żadnym miejscowym, więc jedyne co nam pozostaje to obserwacje. Na szczęście nie utrudniają nam ich 😉

Po dniu przerwy, spowodowanym małym kryzysem aklimatyzacyjnym, ruszyliśmy na pieszą wycieczkę do znajdującego się nieopodal monastyru Gelati. Swojego czasu było to najbardziej święta ze świętych budowli w całej Gruzji, a także miejsce spoczynku władców królestwa. Obecnie jest remontowane, i bryła została zakłócona rusztowaniami, ale kościoły św. Mikołaja i św. Jerzego nadal cieszą oczy pięknymi malowidłami. 

WP_20160823_10_28_48_Pro
Po renowacji będzie pewnie jeszcze lepiej

Po jakimś czasie ruszyliśmy w drogę powrotną. Mieliśmy w nogach 14 kilometrów i kiedy w myślach formowało się zdanie: "Dlaczego nie biegałem regularnie przed wyjazdem?", przejechał obok nas samochód. Nie łapaliśmy okazji, ale złapaliśmy kontakt wzrokowy z kierowcą. Musiał zobaczyć w naszych oczach strach i wielkie cierpienie, bo wyhamował, wycofał i bardziej stwierdził niż zapytał czy idziemy do Kutaisi. Zacne chłopisko i znakomity kierowca. Zapytał tylko skąd jesteśmy i bardzo się ucieszył, że z Polski. My też się bardzo cieszymy.

WP_20160823_10_43_35_Pro
A z monastyru Gelati (niestety lodow nie serwowano, ciao! ) taki widoczek

W "Starym Lwowie" goście przybywali i ubywali, ale stan osobowy polskiej załogi utrzymywał się na wysokim poziomie. Dołączył kolega z Zabrza, który udawał się na Kazbeg i znajomy Sary z Bydgoszczy, który stamtąd schodził. Pojawił się także kolejny Japończyk, który na oko jechał na rowerze z Sapporo do Grenady, ale okazało się w rzeczywistości przemierza trasę z Singapuru do Portugalii. I wcina tylko makaron. Podłamany upałem zapytał się nas tylko "Can you sreep?". Yes, we can! 🙂

WP_20160823_10_42_53_Pro
Na dowód, że nie wysłaliśmy na wycieczkę figurantów 😉

Marek

 


 

 

Autostop na raty, czyli podróż do Kutaisi

Podróż na drugi zamiar – Niespodziewany koniec trasy – Polka i Gruzin – Tylko we Lwowie

Drogę do Kutaisi rozpoczęliśmy kursem w autobusie miejskim. Wysiedliśmy przy porcie handlowym i podreptaliśmy do dworca kolejowego. Głównie po to, żeby stracić trochę wody, ale przy okazji sprawdziliśmy ceny biletów kolejowych. Na trasie Batumi-Kutaisi bywają tańsze niż 20-minutowy przejazd w Warszawie. Oparliśmy się jednak pokusie i drałowaliśmy dalej aż do miejsca, w którym zakończyliśmy naszą pierwszą jazdę autostopem. Znowu nie minęło dziesięć minut i zatrzymał się uczynny kierowca. Niestety nie jechał do Kutaisi, ale podrzucił nas do Kobuleti – takiej przerośniętej Juraty.

WP_20160820_09_09_33_Pro
Pożegnaliśmy tedy Reggae Hostel…

Miejsce na złapanie kolejnej okazji było więc wyśmienite, bo sporo ludzi wracało z wywczasu, ale czekała nas przykra niespodzianka. Na kolejną podwózkę musieliśmy czekać aż dwadzieścia minut! Doprawdy niezrozumiałe opóźnienie. 😉 Samochód miał jednak klimatyzację i przeurocze małżeństwo na przednich siedzeniach (częsty zestaw standardowy), więc wybaczyliśmy tę fatalną zwłokę i daliśmy się powieźć. Pogadaliśmy o pogidzue, krajobraie, wypadkach na drodze, czyli typowa konwersacja samochodowa. Mijaliśmy kolejne stada krów, idących do Drzewa, gruzińskie hacjendy od frontu drewniane lub murowane, a z boków wykończone blachą. 

WP_20160819_12_33_13_Pro (1)
Pożegnaliśmy też Batumi, chmury drapiące

Koniec trasy przebiegł nam w wyjątkowo wesołej atmosferze. Nasz wspaniały kierowca (oby…sami wiecie co) postanowił nie wlec się za ciężarówką wyładowaną gruzem i zamiast jechać obok lotniska umknął drogą do Tbilisi, z której później miał zjechać do Kutaisi. Jakież było jego zaskoczenie, gdy okazało się, że zjazd nie jest jeszcze ukończony. Sunęliśmy więc po piachu, żwirze i wertepach podobnie jak kilka innych zagubionych samochodów, unikając kolizji z pojazdami do robót drogowych. Kurzyło się, wytrzęsło nas pieruńsko, ale zawieszenie wytrzymało. Zwłaszcza żona kierowcy była bardzo rozbawiona całą sytuacją. Odwróciła się do nas i spuentowała: "No to już wiecie jak u nas wyglądają autostrady". Kiedy wreszcie wróciliśmy na asfalt, zapytała gdzie mają nas wysadzić. Powiedziałem, że tak jak im będzie najwygodniej, bo nie chcemy robić problemu, a ona na to: "To nie żaden problem, jesteście naszymi gośćmi". Przed szczerym sercem nie obroni się żadna kurtuazja – podaliśmy adres naszego hostelu i po kilkunastu minutach żegnaliśmy dobrodziejów rzewnymi łzami.

Jako, że na couchsurfingu znowu nie dopisało nam szczęście, postanowiliśmy się zatrzymać w hostelu "Stary Lwów", który współprowadzi Sara – Polka z Bydgoszczy. No nie uciekniesz ;). Niestety w związku z nietypową numeracją ulic w mieście, mieliśmy drobne problemu z trafieniem na miejsce. Pytaliśmy miejscowych, ale najpierw każdy udzielił innej odpowiedzi, a później zebrało się niewielkiej wielkości konklawe, złożone z pięciu mężów i jednej babinki, krzyczącej coś z głębi swojego pokoiku na parterze. Ostatecznie udało nam się dodzwonić do Sary i ta, razem z twórcą hostelu – Davidem, odebrała nas z pobliskiej stacji benzynowej. 

WP_20160821_16_32_35_Pro
Sara i David. Anioły ze Starego Lwowa.

"Stary Lwów" to miejsce przyjazne ludziom, tak jak przyjaźni ludziom są jego prowadzący. Sara i David starają się jak najlepiej przyjąć i nie tylko przenocować, czy zapewnić trochę wody do mycia, ale również ugościć. Jak sami mówią, nie śpią zbyt dużo, ale energii mają za stu. Każdemu pomogą, z każdym pogadają, zjedzą, napiją się, czasem wyjdą na miasto. Zresztą Sara sama jest zapaloną podróżniczką (prowadzi blog Zawód: Włóczykij) i bardzo dobrze rozumie wszelkie dole, niedole i perypetie ludzi, którzy się u niej zatrzymują. David to Gruzin, ale jego przodkowie przyjechali ze Lwowa – stąd nazwa hostelu.

WP_20160820_19_52_52_Pro (1)
Przez dwie pierwsze noce spaliśmy na tej kanapie

Obsada łóżek iście międzynarodowa. Chiński Japończyk (czy japoński Chińczyk?), dwóch Anglików podróżujących do Australii na motocyklach, para Włochów (także motocykliści) dzięki którym nad ranem można napić się pysznej kawy. Litwini, Polacy, można wybierać 🙂 Skwar panujący w mieście (38 stopni w cieniu – bagatela) nie przeszkadza wszystkim utrzymywać się w dobrych humorach i wymieniać się podróżniczymi opowieściami. Kutaisi przywitało nas więc bardzo gorąco, przy akompaniamencie około dwóch milionów świerszczy (ależ one nadają!) i w domowo-podróżniczej atmosferze "Starego Lwowa".

WP_20160821_09_14_42_Pro
Balkon. Gruszkek nie jemy, ale późnym wieczorem łapiemy promile chłodu.

Marek


 

Herbacianych pól nie ma, czyli obserwacje z kurortu

Śladami Argonautów – Szklane domy – Niepewność pieszego – Zakazana miłość

Ciepło i błogo. Organizm rozleniwiony, ale słowo się rzekło – trzeba pisać. Batumi przywitało nas wdzięcznie, więc konieczne było oddanie mu sprawiedliwości. Z Gonio, w którym znaleźliśmy przystań, można pojechać autobusem lub busikiem. Autobus tańszy. Różnica w prawdzie miedzy 65 gr, a 1,30 zł, ale po co płacić więcej? Ciekawa rzecz – na gruzińskim wybrzeżu cena z taką samą usługę lub produkt w miejscach oddalonych od siebie o zaledwie 10 metrów może być inna. Warto się zatem rozejrzeć.

Od razu powiem, że osoby oczekujące opisów sławetnych z piosenki Filipinek pól herbacianych, srogo się rozczarują. Podobno nieliczne jeszcze zostały, ale większość dokonała żywota wraz z końcem ery komunizmu. Nie powinno to jednak odstraszać wielbicieli kurortów wypoczynkowych. Batumi ma wszystko, czego można w tej kwestii zapragnąć.No, może prawie wszystko. Kamieniste  plaże nie umywają się bowiem do naszych. Za to morze – cudowne!

WP_20160819_11_54_17_Pro
Nadmorski bulwar w całej swojej szerokości. Palmy, latające ryby…
 

Do Batumi udaliśmy się w towarzystwie poznanego w hostelu Piotra, który niedawno odmroził paluch w czasie wspinaczki wysokogórskiej, jednak dzielnie dotrzymywał nam kroku. Miasto jest na swój sposób wdzięczne, idealne do powolnej przechadzki. Tu Posejdon ze swoim nieodłącznym trójzębem, w otoczeniu wdzięcznych nimf morskich pręży się dumnie na pięknej fontannie. Tam Medea, mściwa małżonka Jazona, stoi na wysokiej kolumnie, dzierżąc złote runo. Spotkaliśmy też Johna Travoltę. Gwiazdor i Marek byli skonfudowani w równym stopniu ;).

WP_20160819_11_53_32_Pro
Na szczęście zastrzyk z adrenaliny nie był potrzebny

Dla fanów architektury jest zabytkowa zabudowa starej części miasta, kościół katolicki, ormiański, meczet i synagoga. Szumią rozliczne fontanny, można przespacerować się bulwarem nadmorskim, zajrzeć na molo, albo po prosu zasiąść w cieniu bambusowego gaju, popijać chłodne wino (5 litrów a 10 zł) i wcinać placek z gruzińskim serem (niecałe 2 zł sztuka). Czego chcieć więcej? (dwa tysiące kolumbijskich pesos!!! dop. M 😉 ).

WP_20160818_13_02_01_Pro
Mała, przytulna uliczka – jedna z wielu

Jednak oczy uważnego obserwatora nie mogą ominąć starych, walących się lub wiecznie niedokończonych budynków. Na nic zdały się zapewnienia Marka i Piotra, że to taki element folkloru. Podobno im dalej od turystycznego centrum obraz się niestety nasila. Razi również tendencja do budownia molchów, drapaczy chmur – głównie hoteli. Te wielkie powierzchnie z czasem popadają w zapomnienie i ruinę. Stoją puste z zakurzonymi szybami, oblepione ogłoszeniami. Mimo to, wciąż powstają nowe! Trzymam kciuki za lokalne władze, by ten trend się zmienił. Dla dobra miasta i jego mieszkanców, mam nadzieje, że za 10-20 lat stare, ale wciąż piękne małe kamieniczki znów będą cieszyć oko przechodnia, a wielkie szklane potworki znikną na dobre.

WP_20160818_12_53_23_Pro
Medea ma nieco dziwną sylwetkę, ale generalnie dziwna z niej była dziewoja

A propos władz – Batumi jest stolicą autonomicznej republiki Adżarii i to właśnie tu znajduje się siedziba Gruzińskiego Sądu Konstytucyjnego. Tak ciekawostka dla Braci z Polski ;). Rzecz interesująca, jak już Marek wspominał Gruzini lubią nas jako naród. Kiedy oznajmisz skąd pochodzisz najprawdopodobniej spotka cię uśmiech, kiwanie głowa i pełne aprobaty "Aaaaa, Polsza". Wersja dla młodych: kiwanie głową i podniesiony do góry kciuk ;). Cytując klasyka – ważne jednak, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów. Żeby przejść w Gruzji przez ulicę potrzebne są nerwy ze stali. Tu zasadniczo pierwszeństwo ma kierowca, więc mnie, płochliwą sarenkę, Marek prowadzi za rękę jak trzyletniego brzdąca.

Wracając jednak do Batumi – jednym z najbardziej zapadających w pamięć monumentów miasta jest bez wątpienia rzeźba przedstawiająca tytułowych bohaterów książki "Ali i Nino". Ich pełen komplikacji i dramatycznych zwrotów romans rozgrywa się w latach 1918-1920. Ali był Azerem i muzułmaninem, Nino Gruzinką i chrześcijanką. Umieszczone na specjalnej platformie statuły kobiety i mężczyzny krążą wokół siebie powoli, by co jakiś czas połączyć się w pocałunku. Następnie ich idealnie dopasowane stalowe ciała przenikają się, oddalają i cały taniec zaczyna się od początku. Rzeźba gruzińskiego artysty podkreśla wspaniale eklektyczny charakter miasta i jest pięknym symbolem miłości, zrozumienia i pokoju.

WP_20160818_11_58_22_Pro
Niby się boczą, ale w końcu i tak się zejdą. I przejdą. I tak w kółko.

Ania

 

Coś na początek, czyli jak Ania z Markiem do Batumi dotarli

Autostop instant – Pies przewodnik – Polak potrafi – Turecki gambit

No to jedziemy – pierwszy wpis z Gruzji!

Lot jak lot – samolot. Pierwszy do Kijowa, a po kolejnej inspekcji naszych podejrzanie wyglądających ładowarek, przesiadka do Kutaisi. Pożegnaliśmy Dniepr szeroki (ale jaaaaki szeroki!) i Ukrainę, a noc zaskoczyła nas gdzieś nad Morzem Czarnym. Po kilku godzinach byliśmy już na gruzińskiej ziemi. Lot miał opóźnienie, więc nie było najmniejszego sensu telepać się po nocy busikami – zdecydowaliśmy przekimać się na lotnisku. Plecaki ułożyliśmy pod głowę, a kolejne komunikaty i fale coraz to nowych przybyłych miło ululały nas do snu.

Rano trzeba było jednak ruszyć w drogę. Przepakowaliśmy nasze plecaki z trybu "leć" na tryb "idź" i wyszliśmy na szosę w kierunku Batumi. Po dwóch kilometrach marszu wypatrzyliśmy całkiem dobry punkt do złapania stopa, wyciągnęliśmy ręce i…po niecałych dziesięciu minutach już siedzieliśmy w wygodnej Toyocie, mknącej prosto do Batumi. Pierwsza zasłyszana opinia o Gruzinach potwierdzona. Nie dadzą ci postać na poboczu zbyt długo 😉

IMG_20160817_102514
Raz na objad, raz na skrót – życie w drodze 

Nasz kierowca niestety po angielsku nie mówił, więc pozostała nam wielka rosyjska improwizacja. Trochę żeśmy pogadali, trochę pomilczeli, ale głównie napawaliśmy się krajobrazem. Góry, pola uprawne i gruzińskie domki. Wszystko bardzo malownicze, ale niestety w skutek urazu pamięci podręcznej autora, nie było jak zrobić zdjęć. Jeszcze będzie okazja. Bardzo charakterystyczny element ruchu drogowego to…krowy. Idą poboczem, środkiem jezdni, nawet na dwupasmówce, przy barierce, pod prąd i pod górę. Wydają się bardzo zdeterminowane i pewne swego. Dokąd zmierzają? Nie chciały tego zdradzić.

Nasz dobrodziej (z imienia nieznany, oby żył tysiąc lat!) wysadził nas przy posterunku policji, jakieś pięć kilometrów od centrum Batumi. Zarzuciliśmy nasze wierne plecaki na plecy i pomaszerowaliśmy. W drodze, prowadzącej praktycznie brzegiem morza, przyłączył się do nas pies i postanowił poprowadzić przez tory, mosty, kałuże (miał chyba swoje ulubione) aż do sklepu, gdzie zakupiliśmy kartę sim do telefonu. Uczynna bestia, oby żył tysiąc psich lat. Usiedliśmy na moment w jakiejś małej piwiarni i po kilku sekundach zagadał do nas miejscowy. Tym razem rozmowa była prowadzona w czterech językach: rosyjskim, angielskim, polskim i ukraińskim. Był to bowiem wnuk Polki ze Lwowa, która po wojnie została osiedlona w Katowicach. Bardzo sympatyczny jegomość. Wyjaśnił, które cyfry trzeba zignorować w trakcie wybierania numeru, pochwalił nasz kraj, nasz naród i podał trójkę, jego zdaniem, największych Polaków: Jan Paweł II, Lech Kaczyński i Robert Lewandowski. Co kto lubi ;).Najważniejsze, że udało nam się dodzwonić do koleżanki naszego kolegi, która prowadzi pod Batumi polski hostel reggae. Nasz nowy znajomy pożegnał się z nami bardzo wylewnie (a do tego dwa razy), krzyknął "Polak potrafi!", odśpiewał pierwsze linijki Mazurka Dąbrowskiego, po czym skierował nas do autobusu jadącego do Gonio, czyli naszego punktu docelowego.

WP_20160818_12_06_33_Pro
Wieża alfabetu w Batumi. Bardzo pouczająca.

Pani, która sprzedawała i kasowała bilety, zobowiązała się do tego, by w stosownej chwili zawiadomić nas, że już czas na wysiadkę. Spokojnie tedy usiedliśmy na swoich miejscach i podziwialiśmy drogę. Z jednej strony góry, z drugiej morze – bajka. Upłynęło juz jednak sporo czasu, a my nadal nie byliśmy na miejscu. Cytując klasyka: "Jedziemy, jedziemy a to miało być gdzieś pod Warszawą". I nagle – granica turecka. No to nas przewieźli. Na szczęście nie musieliśmy płacić za kolejny przejazd, a pani kasjerko-kontrolerka powiedziała, że coś jej się pomyliło, ale już wie i da nam znać. Oczywiście nie dała, ale na całe szczęście zorientowaliśmy się sami, więc wysiedliśmy tylko o jeden przystanek za daleko. Profit z tej całej przejażdżki mieliśmy taki, że ominęła nas wielka ulewa i złapał tylko lekki deszcz.

W końcu dotarliśmy do hostelu, znaleźliśmy Karolinę (właścicielka, pierwsza swojego imienia, oby żyła tysiąc lat), dostaliśmy pościel, umyliśmy się, zjedliśmy coś ciepłego i poszliśmy spać. To znaczy Ania coś tam jeszcze poczytała, a ja zasnąłem szybciej niż wynosi nowy rekord świata na czterysta metrów.

To tyle tytułem streszczenia, a już niebawem pierwszy wpis z włóczęgi po Batumi i trochę więcej zdjęć 🙂

Marek

Plany i wnioski, czyli jak pozbyć się szafy

Inspiracje – Domatorzy – Nędzna mamona – Doradca ze Spitsbergenu – Cudowne koszulki

Podróże różne bywają i każdy ma co do nich inne wymagania. Jeden osobnik najchętniej wakacje spędzi w wygodnym hotelu. Przejazdy muszą być nawet jeśli nie komfortowe, to szybkie, bo urlop ma swoje limity czasowe. Wybierze pomoc biura turystycznego lub sam zarezerwuje  loty, zakwaterowanie itp. Drugi wykorzysta zapewne opcję tańszą: namiot lub hostel, może autostop. Trzeci spokojne i leniwe wakacje nad morzem. Oczywiście generalizuję, ale tak to mniej więcej wygląda. Przygotowania wspomnianych wypraw są mniej lub bardziej oczywiste, ale jak zaplanować podróż, która potrwa od kilku miesięcy do "niewiadomo ile"? To pytanie, które zadawaliśmy sobie, odkąd podjeliśmy decyzję o wyjeździe.

Na szczęście marzenie nie powstało z dnia na dzień, a siedziało w głowach od czasów dzieciństwa, kiedy pierwszy raz trafiły w nasze ręce książki o podróżach, które czytaliśmy z wypiekami na twarzy. Programy telewizyjne też zrobiły swoje („Pieprz i Wanilia” rulez! wink ). Ale to oczywiście tylko inspiracje i pomysły. Trzeba było przekuć je w coś bardziej realnego. Z pomocą przyszedł oczywiście internet. Materiału o podróżach jest tyle, że głowa boli, ale po kilku miesiącach czytania, szukania i szperania, zaczęliśmy widzieć na co nas stać i to zarówno finansowo, fizycznie, jak i emocjonalnie.

Pierwsza i najważniejsza kwestia, którą sobie uświadomiłam, to że w podróży zachodzi ścisła relacja między pieniędzmi i czasem. Po prostu najczęściej wolniej = taniej. Stało się jasne, że jeśli chcemy jechać długo i daleko, to nie szybko. Po prostu nie stać nas na pośpiech. Bardzo jestem ciekawa, jak to wyjdzie w praktyce. A zatem kilka lat oszczędzania i pożegnanie z etatem stało się celem nr 1. Dość zabawny efekt uboczny – przyjaciele uznali nas za domatorów. Ale nasze myślenie było proste;obiad w knajpie jest droższy niż ten upichcony samemu. Koncerty, kina, teatry, puby, klubu zamknęły się dla nas. "Siedzenie domu macie opracowane do perfekcji, zrobiliście z tego sztukę"- usłyszałam kiedyś od kumpla wink. Ale efekt jest – jest kasa, jest czas. Trzeba jechać.

Pierwsze założenie – tanio. Wybraliśmy Azję, bo jest niedroga. Po drugie, nie jesteśmy fanami tropików i miejsc powszechnie znanych jako turystyczne. Stąd właśnie wybór krajów takich jak Kirgistan, czy Mongolia. Gdzie się da, pojedziemy autostopem. Czas nas nie goni, więc możemy poczekać, aż jakaś dobra dusza nas zabierze. Zakwaterowanie też postaramy się znaleźć tanie: couchsurfing, gościnność miejscowych, hostel. Dużo dyskusji odbyliśmy w kwestii namiotu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się go nie kupować. Może nie będzie potrzebny, a głupio przejechac pół świata z namiotem, którego nie użyjemy. Jeśli będzie trzeba, zdobędziemy go po drodze.

W końcu musieliśmy się przekonać, jak to jest nie mieć tych wszystkich rzeczy, które tworzyły nasze naturalne otoczenie. Brutalna selekcja już się zakończyła. Książki, których oczywiście wyrzucać nie chcieliśmy, pojechały do rodziców. Sprzęty domowe albo sprzedaliśmy, albo oddaliśmy, ubrania…no cóż, żadne z nas nie ma tendencji do strojenia się, ale i tak wyleciało 99% szafy. W końcu w takiej podróży wszystko co masz to plecak na plecach i to co w nim. I musisz to nosić! Większość sprzętu trzeba było dokupić. Shoppingu nie lubimy. Ja w galeriach handlowych dostaję czegoś, co można określić jako chorobę "wypuścić mnie!". Nie było jednak rady. Zabraliśmy mojego kochanego teścia – podróżnika i polarnika – w charakterze doradcy i ruszyliśmy na zakupy. Ostatecznie nie było tak źle. Plecaki, buty, spodnie, wybieraliśmy ze względu na praktyczne właściwości i dostępność cenową, a nie wdzięczny wygląd, więc było łatwiej. W przeciwieństwie do Taty, na Spitsbergen się nie wybieramy, a zatem konieczność posiadania śpiworów z komfortem do -30, ominęła nas. Muszę przyznać, że pomimo czytania rozlicznych blogów i stron o tej tematyce, nie zdawałam siebie sprawy, jak bardzo wyspecjalizował się biznes podróżniczy. Tylko czy to wszystko nam potrzebne? Nie porównuję oczywiście naszej eskapady do wypraw w Himalaje, czy na bieguny, bo to zupełnie inny level. Okazuje się jednak, że jeśli masz kasę, to można naprawdę zaszaleć: żywność, która przetrwa latami, worki na plecaki, cudowne koszulki z wełny merynosów (zabieramy po 7 szt., więc wyszło by 800 złotych na głowę), etc. Tylko, że my nie mamy do dyspozycji wygranej w lotto, a do tego targać później na plecach całe to obciążenie, wydaje się mocno chybionym pomysłem. Zwyciężył zdrowy rozsądek. Nie oszczędzaliśmy tylko na butach i skarpetkach, bo jak słusznie zauważył Tata – kiedy wysiądą nam nogi, to już będzie poważny problem.

Od początku zastanawialiśmy się też nad kwestiami zdrowotnymi. Ponad pół roku temu zaczęliśmy się szczepić. Opinie na ten temat wyszukałam różne. Jedni, że koniecznie, inni, że jeździli bez szczepionek i żyją. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie będziemy poddawać zdrowia pod test i zaszczepiliśmy się na najgroźniejsze choroby, z którymi możemy się zetknąć. Dobra rada – jeśli chcecie kiedyś jechać tam, gdzie zalecane są szczepienia, nie polegajcie na internetowych terminarzach. Jak tylko zacznie się planować podróż warto iść do lekarza medycyny podróży, bo może się zdarzyć, że szczepienie wymaga kilku dawek w odległości nawet 2 miesięcy. Wykupiliśmy też ubezpieczenie, więc jak nas złapie grypa (tfu-tfu) albo coś sobie skręcimy (tfu-tfu), to jakoś nas poskłądają.

Nachodziło nas sporo wątpliwości, ale ostatecznie trasę i czas wyjazdu zweryfikowała codzienność. Z różnych względów musieliśmy poczekać do połowy sierpnia, czyli pierwotny plan opóźnił się o ponad miesiąc. Stąd między innymi pierwszy skok samolotem do Gruzji i następnie szybkie przebicie się do Kirgistanu. Zima w Mongolii, choć z pewnością piękna, to nie jest coś, czego chcielibyśmy doświadczyć wink. Później już po ziemi, unikając lotów, unikając pośpiechu na tyle, na ile to tylko możliwe.

Ania

 

Palcem po mapie, czyli dlaczego warto marzyć na głos

Górska ścieżynka –  Wielkie marzenia – Zalążek planu – Stado pawianów

Wszystko zaczęło się na górskim szlaku, gdzieś pomiędzy Rusinową Polaną, a Polaną pod Wołoszynem. Nie byliśmy jeszcze beztroskim małżeństwem, ani trochę mniej beztroskim narzeczeństwem, lecz średnio zatroskaną o swoją przyszłość parą. W niepowtarzalnych okolicznościach przyrody, wczesnym tatrzańskim rankiem, rozmowa mogła brzmieć następująco:

– Chciałabym kiedyś pojechać w podróż! 
– Ja też 
– Ale taką daleką! 
– Ja też 
– Ale taką, że do przodu, a nie w tył! 
– Ja też 
– Tak jechać, jechać i poznawać ludzi, nowe miejsca, wielkie przestrzenie! 
– Ja też 
– Daleko jeszcze? 
– Ja też…Co? Nie.

na blog
Zdjęcie z Tatr Zachodnich, ale co tam

No i się zaczęło. Dokąd byśmy chcieli pojechać, czym, co zobaczyć, co zjeść, w jakim morzu się wykąpać, jakie pasma górskie przemierzyć. Takie jeżdżenie palcem po mapie, tylko bez mapy i z dwoma palcoma…dwyma palcy…dwami… W dwie osoby. Tak na początku łatwiej, bo można puścić wodze fantazji, zapomnieć o granicach swoich możliwości i pozwolić wyobraźni zrobić swoje. Niepoprawne marzycielstwo oboje mieliśmy we krwi od zarania dziejów, więc pomysł wielkiej podróży rozrósł się do absolutnie kapitalnych rozmiarów. Pół Europy, cała Azja, dwie Oceanie, trzy Ameryki, a wszystko zakończone wielkim piknikiem na Górze Stołowej: tylko my dwoje, miejscowe wino, zachód Słońca i stado pawianów. I wtedy…doszliśmy do głównego szlaku prowadzącego do Morskiego Oka, a jak wiadomo na asfalcie gorzej się myśli.

Kiedy siedliśmy w końcu na naszych ośmiu literach, zaczeliśmy się zastanawiać, co tak naprawdę jest realne. Wiadomo – nie można pojechać wszędzie i zobaczyć wszystkiego. Trzeba było wymyślić, dokąd najbardziej chcielibyśmy zawędrować, jaka trasa byłaby optymalna, która dałaby nam najwięcej radochy.
I tak krok po kroku zaczął się krystalizować plan finalny choć nie ostateczny. Oczywiście kwestie materialne, klimatyczne i terminowe również dały się nam we znaki, dlatego musieliśmy wykreślić z naszej listy kolejne kraje, a ostateczna trasa uformowała się następująco: Gruzja-Kirgistan-Kazachstan-Chiny-Mongolia-Chiny-Hong Kong-Tajwan-Japonia-Australia/Nowa Zelandia-Nowa Zelandia/Australia. 
No i z powrotem, do Warszawy, zapewne przez Londyn. Tak było wczoraj…

A dziś? Dwa plecaki, dobre buty, żeby nogi nie odpadły, trochę ubrań, apteczka, kosmetyczka, trochę elektroniki. To wszystko co mamy. Dziwne, ale i wyzwalające uczucie. Kilka lat przygotowań, oszczędzania, planowania. Ruszamy już za tydzień. Najpierw do Gruzji. Lecimy do Kutaisi przez Kijów. Potem łapiemy stopa i zasuwamy do Batumi. Nie powinno być z tym problemów, bo Gruzini, jak nas powszechnie informowano, są narodem przyjaznym, towarzyskim i maja słabość do Polaków. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie słyszeliśmy kilka, ale dość często pojawiał się w nich termin „Żubrówka” wink. Jak jest, przekonamy się już w krótce. Tymczasem wracamy do ostatnich przygotowań i pożegnań. To chyba najtrudniejsze. Przed wyjazdem spróbujemy jeszcze skrobnąć coś o tym, jak przygotowaliśmy się do naszej podróży. 

A&M