Archiwum kategorii: Japonia

Czas przekroczyć równik, czyli hajda na antypody!

Pożegnanie z Azją – Żar tropików – Zwierzyniec u Beau – Kraina ludzi radosnych

Ostatni dzień w Japonii zaczął się od…śniegu. Co za złośliwość. Wylot mieliśmy dopiero pod wieczór, więc mogliśmy zbierać się powoli. Śniadanie, kawa, potem lunch na słodko, czyli nasz ostatni wspólny posiłek z Emmą, a potem pożegnania czas. Trudno nam było opuszczać tak gościnne progi, bo czuliśmy się tam jak w naszym japońskim domu, a Emma obdarzyła nas siostrzaną troską. Trzeba było jednak wyjść na ten przeklęty śnieg, żeby polecieć tam, gdzie żaden śnieg nam nie groził.

wp_20161124_12_56_27_pro
Przed podróżą trzeba się wzmocnić!

Jedna linia metra, druga linia metra, trzecia linia metra i w końcu dojechaliśmy na lotnisko w Naricie. Odprawa, trochę opóźnienia (pewnie z powodu śniegu) i w końcu start. Nie przepadam za nocnymi lotami, bo niewiele widac z góry, a poza tym choćbym spał cały czas, to i tak się nie wyśpię. W efekcie traci się trochę z następnego dnia, ale przynajmniej nocleg wliczony jest w cenę biletu.

wp_20161124_15_04_36_pro
Pomimo nienajlepszej aury i porzucenia Emmy, nastroje mieliśmy całkiem niezłe.

Sześć i pół godziny lotu nie należało do najlepszych, zwłaszcza, że na fotelu przed nami leciało zestresowane dzieciątko, ale i ono, i my daliśmy radę. Australijskie służby celne powitały nas tyleż przyjaźnie co skrupulatnie. Prawa dotyczące przewożenia żywności, nasion, zwierząt, muszli etc. są w Australii bardzo restrykcyjne, więc zostaliśmy porządnie przemaglowani przynajmniej trzy razy. Widzieliśmy jak niektórzy podróżni musieli zjadać śniadanie w trybie przyśpieszonym, bo tofu, które kupili w Japonii, nie miało prawa znaleźć się na australijskiej ziemi.

wp_20161124_09_31_34_pro
Taka pogoda żegnała nas w Japonii…

Celnicy oczywiście szalenie sympatyczni, uśmiechnięci, ale bardzo uważnie przyglądają się, gdy wysłuchują odpowiedzi na zadane pytania. Delikatna presja, ale jednak presja. Przy czym nie bawią się w durne gierki uskuteczniane w Chinach, Japonii czy Tajwanie, gdzie trzeba wpisać adres hotelu lub domu w którym się zatrzymujesz. Wcześniej zmuszeni byliśmy podawać trefne adresy, pierwszych lepszych hosteli. Tutaj w odpowiedzi na nasze tłumaczenia, że nie będziemy mieć stałego adresu, pani w okienku wpisała w naszą kartę imigracyjną "Friend's house in Cairns". Proste? Proste.

wp_20161125_05_38_24_pro
A takie widoki powitały nas w Australii. I nie chodzi koniecznie o szlaban.

Po przejściu przez wszystkie kontrole, wyszliśmy do hali przylotów i daliśmy znać naszemu gospodarzowi z couchsurfingu, że przybyliśmy. Jeżeli chodzi o organizowanie sobie noclegów w Australii, to nie mieliśmy z tym najmniejszych problemów. Zaczęliśmy rozsyłać wiadomości jeszcze w Japonii i zanim wylecieliśmy, połowę trasy do Sydney mieliśmy zaklepaną. W kolejnych kilka dni uzgodniliśmy resztę i nie musieliśmy się o nic martwić. Australia! Beau, nasz gospodarz w Cairns już wcześniej napisał, że nie ma najmniejszego probemu, wyjedzie po nas na lotnisko o piątej rano, bo transport publiczny w zasadzie tam nie istnieje.

Zrzuciliśmy z siebie ciepłe ubrania, powiedzieliśmy "papa" butom górskim oraz nogawkom, a potem wyszliśmy z hali, by zobaczyć jak ta cała Australia wygląda. Ciepło, słońce leniwie wstaje i przebija się przez nieliczne chmury, powietrze pachnące lasem deszczowym, ptactwo tropikalne nadaje aż miło. W oddali wzgórza, zielone do zakochania, a przecież to "tylko" australijskie lato. Już pierwsze minuty w Queensland mowią nam, a raczej krzyczą do nas, że będzie nam tutaj wspaniale. Niedługo potem podjechał pod nas Beau. Potężnie zbudowany, eks pracownik zoo, obecnie pracujący z dziećmi, które przeszły różnego rodzaju traumy. Uśmiechnięty, wyluzowany, wita się z nami jakbyśmy się znali od dawna.

wp_20161128_11_05_10_pro
Nasze pierwsze, australijskie lokum 🙂

Ładujemy się do auta, a Beau opisuje nam okoliczną okolicę, niektóre gatunki zwierząt żyjące w buszu i w mieście. Kluczy trochę po samym Cairns, żeby pokazać nam co i gdzie. Jeszcze kontaktujemy, chociaż rozmowa nie idzie tak płynnie jak byśmy chcieli. Zaczyna dopadać nas senność. W końcu dojeżdżamy do domu. Przestronny, jeszcze w pełni nie urządzony, ale za to bardzo zamieszkany. Jest husky, jest buldog amerykański, jest kociątko, rybki, żółw wodny, smok (o imieniu Daenerys). Na koniec poznajemy też partnera Beau, Gary'ego – Amerykanina z Kolorado. Po krótkim zapoznaniu z całym towarzystwem, padamy na twarz i odsypiamy lot. Cairns może na nas poczekać.

wp_20161125_10_42_26_pro
Domownicy byli niezwykle przyjaźni

Pospaliśmy sobie smacznie – dobry początek w zupełnie nowym kraju. Na nasze szczęście Beau nie musiał tego dnia pracować i tylko kursował między centrum, a przedmieściami, żeby przywieźć jedzenie i krzesła na zbliżającą się imprezę. W związku z tym, że Gary to Amerykanin, postanowiono, że trzeba urządzić przyjęcie na Święto Dziękczynienia. To niechybnie wypada w czwartek i w związku z brakiem wolnego dnia piątkowego, świętować mieliśmy w sobotę.

wp_20161128_08_51_13_pro
Chociaż niektórzy okazywali sympatię w specyficzny sposób.

Beau podrzucił nas do miasta i powiedział, że zależnie od pory naszego powrotu on lub Gary zgarną nas później z powrotem. Zaczęliśmy od zakupów. Musieliśmy zorientować się w ofertach firm telekomunikacyjnych, kupić po koszulce i spodenkach na osobę, a także ogólnie zorientować się w cenach. W Australii tanio nie jest i promocje w supermarketach, miały stać się potężnymi sojusznikami w trzymaniu naszego budżetu na wodzy. Postanowiliśmy sobie, że na antypodach będzie mniej zwiedzania, więcej leniuchowania, więc czasu na zakupy i gotowanie również przybyło.

wp_20161128_08_51_07_pro
A niektórzy zachowywali stoicki spokój.

Znaleźliśmy się więc w centrum handlowym, w zupełnie nowej rzeczywistości. Nagle zaczęliśmy rozumieć wszystko, co mówią ludzie na około…Hahahahaha, no dobrze. Zaczęliśmy się domyślać, co ludzie mówią na około, bo do oswojenia się z australijskim akcentem trzeba czasu. Fakt pozostaje jednak faktem – bariera językowa przestała istnieć. Ostał nam się ino płot językowy. Taki do przeskoczenia. Oprócz tego zmieniło się nastawienie ludzi. Uśmiechy od ucha do ucha, wysokie prawdopodobieństwo, że mijana przez ciebie osoba powie ci nagle "Hello, how ar ya, noaff  sdfos ijgdb". Zrozumiesz drugą część, czy nie, banan na twarzy pojawia się sam i nie potrafisz go powstrzymać. Doprawdy nieznośne! 

wp_20161125_15_34_00_pro
Oprócz błękitnego nieba…W drodze nad ocean 🙂

Po zakupach wyszliśmy na miasto i poszwędaliśmy się po głównych arteriach, chociaż z trudem można je tak nazwać. Cairns nie jest duże, chociaż, jak wiele australijskich osiedli, rozległe. Przestrzeni życiowej na kontynencie nie brakuje, więc ludzie nie muszą się szczególnie tłoczyć. W ogóle wydaje się, że mało muszą. Luz, przyjacielskie podejście do bliźniego i do przodu. Kraj prosperuje, ceny są w porywach 3-4 razy wyższe niż w Polsce, a pensje 8-10 razy większe. Tak to bywa jeśli do dyspozycji ma się cały kontynent, pełen surowców naturalnych, wielkich przestrzeni do hodowli zwierząt czy uprawy sadów owocowych, trzciny cukrowej i wina. Oczywiście nie jest to wszystko tak proste, jak się wydaje, ale porównując z resztą świata, okoliczności bywają tu wyjątkowo sprzyjające. A do tego McDonald's nie jest najtańszym fast foodem! Aaaaaaa! 

wp_20161125_15_34_49_pro
Wszędzie, kurka wodna, daleko!

Przeszliśmy się nad ocean, zobaczyliśmy pierwszą choinkę wśród palm, złapaliśmy trochę życiodajnego słońca, które tutaj bywa wyjątkowo zabójcze. Na billboardach, w radiu, w telewizji pełno jest kampanii mówiących o tym, żeby dokładnie smarować się, przed wyjściem na zewnątrz. Rak skóry to w Australii bardzo poważny problem.

wp_20161125_15_55_02_pro
Krok po kroczku, krok po kroczku, najpiękniejszy w całym roczku…

Myśleliśmy, że naszą bolączką będzie wysoka wilgotność, ale tak po prawdzie, to nie była ona większa niż w Kutaisi czy w Kantonie. Było gorąco, owszem, ale bardzo przyjemnie gorąco. Pocieszyliśmy się jeszcze trochę widokiem oceanu i wesołych ludzi, a potem razem z Garym, który wracał z pracy, pojechaliśmy do domu. Wieczór upłynął nam na leniwej rozmowie przy kolacji i obejrzeniu paru odcinków The Walking Dead. Zmęczenie jakie odczuwaliśmy pod koniec wizyty w Japonii, ulotniło się gdzieś nie wiadomo gdzie.

wp_20161125_16_25_12_pro
No bo jak tu być zmęczonym? 😉

Marek

Zmęczeni w Tokio, czyli miasto totalne

Pies i złota kupa – Turytyczna atrakcja z tłumu – Świątynia i nie świątynia – Ostatnia pieśń

Tokio…kolejne miasto, które bardzo chciałam zobaczyć, ale jednocześnie wiedziałam, że najprawdopodobniej mogę mieć problemy z jego polubieniem. Japonia sprawdziła się we wszystkich moich przewidywanich, więc i to ostatnie nie mogło odbiegać od normy. Przyznam szczerze, że żadne miasto mnie do tej pory tak nie zmęczyło jak Tokio. Co nie oznacza, że nie warto tego wszystkiego przeżyć. Bo warto.

wp_20161123_15_06_46_pro
Jest kebab, jest KEN. Czasem można poczuć się w Tokio jak w domu 😉

Dlaczego Tokio tak męczy kogoś z zewnątrz? Z wielu powodów. Po pierwsze ciężko się w tym mieście zorientować. Jest olbrzymie i nie wiadomo do końca gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Nie ma centralnego punktu czy starówki (punkt odniesienia w mieście dla każdego Europejczyka). Są oczywiście mniej i bardziej uczęszczane miejsca, znane ulice i świątynie. Tu jednak pojawia się problem numer dwa – mrowie ludzi. Populacja Tokio wynosi ponad 13,5 miliona, a sytem podziału aglomeracji tokijskiej jest szalenie skomplikowany.

wp_20161123_14_53_17_pro
Czasem zdarzały się chwile wytchnienia i mieliśmy trochę miejsca dla siebie.

Do Tokio miałam jednak inne podejście niż do Kioto. Tu chciałam zobaczyć osobliwości miasta, które znałam z przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Świątynie? Ok, ale po drodze. Najpierw wybraliśmy się więc do sławetnego w całej Japonii pomnika psa Hachiko, którego historia jest bardzo wzruszająca. Otóż Hachiko, psina rasy akita mieszkał w Tokio ze swoim panem, profesorem uniwersytetu. Hachiko codziennie odprowadzał właściciela na stację metra, gdy ten podążał do pracy i czekał do wieczora na jego powrót. Profesor Hidesaburo Ueno zmarł w czasie pracy, jednak piesek nie zaprzestał swoich wycieczek na stację. Codziennie przez 10 lat nadal czekał aż jego pan powróci. Hachiko stał się bohaterem narodowym, symbolem oddania i przywiązania. Przyczynił się także do rozpowszechnienia rasy akita.

wp_20161123_14_34_12_pro
Symbol wierności i przywiązania. No i ten japoński pies w tle.

Pomnik Hachiko stoi tuż obok stacji Shibuya. Jeśli istnieje jekieś widoczne w europejskim rozumieniu centrum Tokio, to właśnie przy tej stacji. To taka warszawska "patelnia", miejsce spotkań, punkt turystyczny, przy którym znajduje się chyba najsławniejsze skrzyżowanie świata. Nietypowa zmiana świateł i kierowanie ruchu ulicznego powodują, że najpierw przejeżdżają w odpowiedniej kolejności wszystkie smochody, a następnie przechodzą piesi. Wszyscy na raz. Wygląda to, muszę przyznać, niezwykle spektakularnie. Podczas jednej zmiany świateł jednocześnie ze wszystkich stron rusza kilka tysięcy osób. Warto wspiąć się do pobliskiej kafejki Starbucksa i zobaczyć zmianę świateł z góry. 

wp_20161123_14_50_29_pro
Gotoooowiiii….

wp_20161123_14_51_21_pro
Start! I poszliiiiiiii….

Psa zobaczyliśy, skrzyżowanie Shibuya także, jedziemy dalej. Chciałam rzucić okem na budynek browaru Asahi. Philippe Strack, sławny architekt, zaplanował siedzibę firmy tak, że miała wyglądać jak kufel piwa ze złotą pianką na szczycie.Hmmm. Z pewnością udało mu się zaprojektować znany budynek, ale to co miało być pianką piwa kojarzy się tylko z jednym – ze złotą kupą. Tak z resztą nazywają ją bez skrępowania Tokijczycy. Tuż obok złotej kupy piętrzy się dumnie Tokyo Skytree – najwyższa na świecie wieża widokowa. Te dwa budynki znakomicie pokazują jak dziwne, jak spektakularne, i jak niezrozumiełe jest dla przyjezdnego Tokio. Patrzysz na to i myślisz sobie: "Co do jasnej ciasnej tu się dzieje?! Tu strzelista wieża, tam złota kupa! Co, jak, dlaczego?!".

wp_20161123_13_42_58_pro
Kupa czy nie kupa, sztuce należy się chwila zadumy. Nawet jeśli gówno z tego wyjdzie.

Co poradzić. Dla równowagi ducha mieliśmy w planie rzucić okiem na dwie świątynie. Pierwsza z nich – Senso-ji została po raz pierwszy wzniesiona w 628 roku. Oczywiście nie stoi na swoim miejscu od tego czasu, była zburzona w czasie bombardowania Tokio podczas II wojny światowej, tak jak niestety wiele zabytków stolicy. Przed świątynią znajduje się bardzo znany targ. Jego stoiska ciągną się kilkaset metrów od Bramy Kaminari. Senso-ji to niezwykle ważna świątynia buddyjska i warto tu zajrzeć, a na targu można kupić orginalne japońskie produkty.

wp_20161123_12_54_58_pro
Architektura sakralna wylewała się nam trochę przez uszy, ale i tak poszliśmy zobaczyć co nieco. 

Druga świątynia, którą pragneliśmy obejrzeć to chram szintoistyczny Meiji – zawierająca prochy cesarza, czczone jako narodowa relikwia. Świątynia stoi w pięknym parku, po którym spacer byłby prawdziwą przyjemnością, gdyby nie to, że już byliśmy wymęczeni chodzeniem, balansowaniem między jednym, a drugim strumieniem ludzi, przemykaniem się to tu, to tam w zawiłych podziemiach tokijskiego metra. No i gdyby nam nie zamknęli świątyni przed nosem…ehhhh. Spóźniliśmy się. Co robić?

wp_20161123_16_03_02_pro
Brama w gościnę zaprasza, ale niestety nie zdążyliśmy na czas i świątyni cesarskiej nie zobaczylismy.

Rzuciliśmy jedynie okiem na ofiarowane cesarskiej świątyni beczki sake i ruszyliśmy przez park w stronę dzielnicy Kabukicho. Ciekawa byłam jak wygląda sławna tokijska "dzielnica czerwonych latarni". Szczególnie, że system prawny w Japonii w pewnym stopniu zakazuje prostytucji, jak i pornografii. Prawo sformułowane jest jednak w taki sposób, że omijanie wszelkich zakazów nie stanowi problemu. Po prostu jak nie ma się na szyldzie napisane "Sklep z materiałami pornograficznymi", albo "Burdel – najpiękniejsze prostytutki w mieście", to raczej nie należy się spodziewać nalotu policji. Wszystko jest zawoalowane. Przy wejściu do wiadomego przybytku zobaczyć można zdjęcia półnagich dziewcząt, a obok ceny za godzinę. Za co? No za masaż! Drogi masaż. Bardzo, bardzo drogi masaż. Podobnie z pornografią. W co drugim kiosku biuściaste panie prężą się na okładkach pism wystawionych w takim miejscu, że każdy dzieciak sięgając po batonik zobaczy. Ale spokojnie, spokojnie, czarny kwadracik we właściwym miejscu i po problemie. Kotekst nie ma tu znaczenia. 

wp_20161123_16_13_18_pro
Sake. Sake wszędzie.

Tokio, miasto totalne, totalnie mnie wymęczyło. Na szczęście wracaliśmy do naszej kochanej Emmy, która tym razem gościła Jeremy'ego, sympatycznego Indonezyjczyka. Wybraliśmy się zatem we czwórkę najpierw na jedzenie, a następnie obowiązkowo na karaoke. Wybór piosenek był tym razem całkiem niezły. Wykonaliśmy kilka hitów solo, później ja z Emmą postawiłyśmy na duet z disneyowskiego "Alladyna", a następnie zgodnie zarżnęliśmy "I will always love you" i "Somebody too love". Piwo ukoiło rozpacz, a my powiedzieliśmy Tokio dobranoc.

wp_20161123_16_53_14_pro
Niestety telefon był już na wyczerpaniu, więc "salonów masażu" nie mogliśmy utrwalić na "kliszy".

Ania

Uratowani przez Emmę, czyli Tokio po raz drugi

Schronisko u Emmy – Wszystko do jednego gara – Z wizytą u Yakuzy – Wsztrząśnięci, nie zmieszani

Miało pójść jak z płatka i poszło. Poczekaliśmy 20 minut i zaoferował się nam kierowca jadący prosto do Tokio. Niestety nie mówił po angielsku i nawet nie próbował nawiązać kontaktu, ale za to obrał trasę bliżej góry Fudżi, za co będziemy mu dozgonnie wdzięczni. W Tokio znowu nie udało nam się znaleźć noclegu, ale na szczęście z pomocą przyszła niezawodna Emma. Pomimo iż zatrzymały się u niej już dwie osoby, zgodziła się nas przechować przez trzy noce! Chwała jej po wsze czasy.

wp_20161121_12_40_57_pro
I cały czas ją widać…

Jako się rzekło, do Tokio dojechaliśmy sprawnie, wsiedliśmy w metro i po niedługim czasie mogliśmy rozgościć się w przytulnym mieszkaniu kochanej Emmy. Oprócz nas, couchsurfingową rodzinkę tworzyły jeszcze Einat z Izraela i Kay z USA (Wisconsin). Na szczęście wszyscy drobnej postury, więc nie mieliśmy żadnych problemów, żeby pomieścić się na przytulnej podłodze. Pierwszyw wieczór spędziliśmy jednak w towarzystwie Osamu, poznanego przy poprzedniej podróży do Tokio radiowca i fana Behemota. To właśnie jego czarny image w połączeniu z różowymi skarpetkami tak nas rozczulił i to z jego rodziną odbyliśmy ostatni etap drogi do stolicy Japonii. Sam powiedział, że następnym razem musimy koniecznie spotkać się na piwo. Nie trzeba nam było dwa razy powtarzać.

wp_20161121_23_25_53_pro
Poczuliśmy więc zew nocy i ruszyliśmy na spotkanie z Osamu 🙂

Z Samem i jego kolegą wpotkaliśmy się przy stacji metra Ikebukuro. Panowie zaproponowali by najpierw coś przekąsić i daliśmy się zaprowadzić do polecanego przez nich miejsca. Była to restauracja all you can eat, która specjalizuje się w podawaniu shabu shabu. Zasiedliśmy wokół stołu, gdzie na płycie grzewczej stał garnek z gotującą się wodą. Każde z nas otrzymało porcję wołowiny i wieprzowiny, pokrojoną w cienkie plasterki, a do tego mogliśmy donosić z bufetu dowolną ilośc warzyw, grzybów i tofu. Zabawa polega na umeszczaniu w garnku kolejnych przysmaków i wyławianiu tego co już się ugotowało. Pełen freestyle – bardzo charakterystyczny dla japońskiej kuchni. Do maczania wybranych z zupy kawałków mięsa i warzyw podano dwa sosy – sezamowy i sojowy. 

wp_20161121_20_04_30_pro
Tak to wygląda na początku. WIemy, wiemy, trochę stan surowy…;)

Objedliśmy się po wręby, zapijając lekkim piwem. Wspaniały wywar, który powstał w wyniku naszych kulinarnych wybryków klenerka zaprawiła rozbełtanym jajkiem i rozlała do miseczek z odrobiną ryżu. Pycha! Gdy przyszło do płacenia rachunku, Sam oznajmił, że wczoraj otrzymał wyniki badań. Miał bowiem pewne wskazania do wykonania testów na obecność komórek rakowych. Z badań jasno wyszło, że nie jest chory, więc nie pozwolił nam płacić za kolację, stwierdził, że on stawia i tyle, bez gadania. Zdrowie Sama! 

wp_20161121_20_16_11_pro
Warzywa i grzyby w garze są, wiec można rzucać mięsem.

Wieczór jeszcze się nie skończył, bo panowie zabrali nas do północnego Ikebukuro (rejon, w którym ponoć dość mocno poczyna sobie Yakuza), gdzie siedliśmy w ich ulubionej izakayi. Izakaya to taki pub, w którym można również porządnie zjeść. My byliśmy już najedzeni, ale należało nieustająco pić zdrowie Sama, więc postanowiliśmy choć trochę odwdzięczyć się za kolację. Siedliśmy przy barze, a ja kursowałem do automatu, w którym płaciło się za piwo. Muszę przyznać, że ceny wysoce korzystne. Cztery piwka za 32 zł? Biorę w ciemno. Siedzieliśmy sobie, piliśmy i rozmawialiśmy. Głównie o muzyce i wieprzowinie, dwóch największych pasjach Sama. O tym jak wszyscy uwielbiamy Ennio Morricone, o tym jak Sabbaton na koncercie w Japonii ustawił na scenie wielki czołg, o tym, że Sam koniecznie musi przyjechać do Polski i spróbować wszystkich kiełbas pod słońcem. 

wp_20161121_21_31_51_pro
A kto spija ostatki…Ryż z jajkiem podlany tym, co sami sobie uwarzyliśmy, 

W końcu przyszedł czas na powrót do domu. Pożegnaliśmy się z towarzystwem i podreptaliśmy z powrotem do naszych dziewczyn, które już spały. Szybko położylismy się na futonie i wkrótce cała piątka smacznie chrapała. Poranek przyniósł jednak nowe atrakcje. Nie, żaden kac morderca ani nic takiego. Przeżyliśmy po prostu nasze pierwsze trzęsienie ziemi. Uczucie było…dziwne. Trochę jakby kołysanie na morzu, trochę jakbyśmy leżeli na taśmie produkcyjnej, która nie może się zdecydować czy jedzie w jedną, czy w drugą stronę. Jak się później okazało wstrząs miał siłę 7,3, ale nie znajdowaliśmy się w epicentrum, tylko na obrzeżach. Na szczęście nie było ofiar śmiertelnych i żadnych poważnych zniszczeń. Szczerze mówiąc byliśmy zbyt zaspani, żeby mocno się przejąć tą karuzelą. Ania rzuciła tylko okiem na Emmę, która usiadła na łóżku, ale nie rzuciła się do przytrzymywania mebli – znaczy się wszystko gra, można dalej spać. 

wp_20161121_23_17_28_pro
Siedzimy już w Izakayi. Nasz drogi Osamu, to oczywiście ten długowłosy brodacz na końcu. Tym razem bez różu. Za nami widać szafę do zamawiania piwa. Wrzucać piniądz, wypada kwitek, kwitek dajesz barmanowi, barman nalewa piwo.

Sen był nam potrzebny, bo zwiedzanie Tokio, to ciężkie zadanie. Prawie niewdzięczne. Wielkie, zatłoczone miasto nie było najlepszym miejscem do zakończenia wizyty w Japonii, ale stamtąd właśnie mieliśmy lecieć do Australii, więc cóż było czynić? Postanowiliśmy jednak nie przemęczać się i nie próbować zobaczyć wszystkiego. Oczywiście, jak zawsze trzeba było także uzupełnić bloga, rozejrzeć się trochę w temacie couchsurfingu i tras na najbliższe tygodnie. Zaczęliśmy więc od dnia przerwy, a potem ruszyliśmy do Tokio…

Marek

Fudżi to nie jama, czyli podróż do miasta Tsubasy

Milczący jegomość – Śpiewający strażak – Pomarańczowe małżeństwo – Gościnny konduktor

Dzień zaczęliśmy wcześnie i zaczęliśmy go dobrze. Na pierwszą okazję nie musieliśmy czekać długo. Co prawda nie pogadaliśmy sobie, bo angielski nie wchodził w tym przypadku w grę, ale za to sprawnie podwiózł nas dosyć spory kawałek, do stacji niedaleko Hamamatsu. To tam poprzednio odstawił nas niemy surfer Tatsuro, więc od razu zrobiło nam się błogo na duszach. Mieliśmy dużo czasu, nasz gospodarz w Szizuoce kończył pracę dopiero za parę godzin, więc postanowiliśmy trochę sobie posiedzieć w słońcu i spróbować lodów śmietankowych z posypką z zielonej herbaty. Japończycy dodają ją do wszelkich słodyczy i muszę przyznać, że całkiem mi to połączenie odpowiada. Matcha jest gorzka, ale ma trochę bardziej wyrazisty smak niż czarna herbata. Bardzo dobrze komponuje się ze słodyczą. 

wp_20161120_11_30_29_pro
Nasz pierwszy dobrodziej na drodze do Szizuoki 🙂

Pokrzepieni i w dobrych humorach,  rozpoczęliśmy kolejny etap. Postaliśmy trochę i poszczerzyliśmy zębiszcza, aż w końcu zgarnęło nas trzech, wielce wesołych chłopaków. Katsuhiro – strażak z talentami wokalnymi, Shoma – pracownik browaru i doskonały kierowca oraz…ten trzeci – bardzo cichy robotnik, pracujący na wysokościach. Radosne trio, z którym pogadaliśmy przyjemnie, zachwalaliśmy polskie piwo, śpiewaliśmy razem disneyowskie piosenki, a także "What does the fox say". Przejazd raczej z tych zabawnych. Chłopaki byli również bardzo zdeterminowani, żeby znaleźć nam dobre miejsce do podziwiania Góry Fudżi. Tak! W końcu! Pogoda była na tyle dobra, że rzeczywiście mogliśmy ją zobaczyć, bo poprzednie dwa przejazdy odbyły się w wielkiem zachmurzeniu. 

wp_20161120_14_00_07_pro
Wesoła kompanija. Szybkie chłopaki, piękne dziewczyny. Piękna dziewczyna. 

Tym razem nam nie uciekła. Jest absolutnie wspaniała. Na około piętrzą się wzgórza, niewysokie, porośnięte drzewami, a tu nagle…BACH! Fudżi-kurde-jama! Samotna królowa gór. Widok, który można podziwiać i podziwiać. Zresztą, co ja sobie będę tutaj strzępił paluchy. Sami zobaczcie.

wp_20161120_14_56_19_pro
No może nie najlepsze to miejsce, ale i tak góra robi wrażenie 😉

Wspaniała…No, w każdym razie, chłopaki odstawili nas na parking przy autostradzie i poradzili, żeby nie łapać stopa przy większej drodze, tylko by zejść na mniejszą, bo więcej osób będzie jechało do Szizuoki. Posłuchaliśmy i zrobiliśmy błąd. Dojście do drogi było żmudne, źle oznakowane i w pewnym momencie po prostu nie wiedzieliśmy dokąd iść. W związku z tym postanowiliśmy zawrócić na autostradę, ale zanim nam się udało, zatrzymało się obok nas auto, z którego wysiadł pan w średnim wieku i bardzo poprawną angielszczyzną zapytał gdzie zmierzamy. Powiedzieliśmy, że do Szizuoki, podaliśmy adres i okazało się, że to bardzo blisko miejsca gdzie mieszka, więc z chęcią nas podrzuci. Zapakowaliśmy plecaki, powiedzieliśmy "koniciła" jego żonie i ruszyliśmy drogą krajową numer 1, czyli najstarszą drogą w kraju. 

wp_20161120_14_57_15_pro
Trza było się pożegnać z Fudżi-Squadem.

Obrazki za oknem inne niż zwykle. Mijaliśmy małe miasteczka i sady pomarańczowe, z których słynie ten region kraju. Nasi dobrodzieje byli przesympatyczni i chociaż nie bardzo gadatliwy, to jednak starali się nas zabawić rozmową. Wjechaliśmy na przedmieścia, zobaczyliśmy pierwsze w życiu oznaczenia dla drogi ucieczki przed tsunami. Minęliśmy port, po czym państwo podjechali do ulubionego straganu, żeby kupić pomarańcze. Czyli wzięli dwie torby i zostawili pieniądze w słoiku, bo stoiska i tak nikt nie pilnował. Jedna torba natychmiast została wręczona nam, jako gościom 😃

15145130_731471007008295_377107861_o
A następnie przywitać się z Szizuoka-Squadem. Shohei z lewej, Wei z prawej.

Wysadzili nas przy stacji kolejki miejskiej, z której mieliśmy rzut beretem do mieszkania Shohei, czyli naszego gospodarza. Kopnęliśmy się na piechotę i już po 15 minutach siedzieliśmy w bardzo przytulnym i, jak na japońskie realia, dużym salonie. Shohei jest konduktorem w Szinkansenie, a więc człowiekiem, który nawykł do interakcji z podróżnymi, również tymi obcojęzycznymi. Po angielsku mówił nieźle, aczkolwiek często się zacinał. Nie ukrywał, że couchsurfing wykorzystuje do poprawy swoich umiejętności językowych. Jest przy tym bardzo sympatycznym i wielce gościnnym człowiekiem.

Oprócz nas, przyjmował w tym czasie jeszcze jednego gościa, Malezyjczyka o imieniu Wei. Pogadaliśmy trochę, odświeżyliśmy się, po czym pojechaliśmy na małą przejażdżkę. W jej trakcie Shohei przypomniał nam, że to właśnie w Szizuoce rozpoczynał swoją karierę legendarny kapitan drużyny Nankatsu – Tsubasa Ozora. Główny bohater japońskiego anime, które za szczeniaka oglądało się na Polonii 1, uczęszczał do jednej z tutejszych szkół. Pomnika nie uświadczysz, ale od razu cieplej się na duszy zrobiło na wspomnienie tygrysich strzałów, bramkarzy odbijających się od słupków, by w ten sposób obronić karne, bramki wyłaniające się zza horyzontu…Ahhh, to były czasy!

Najpierw restauracja sushi. Model znany w Polsce, z talerzykami, które podjeżdżają człowiekowi pod nos. Można wybrać te, które są już na taśmie albo zamówić specjalnie dla siebie za pomocą ekranu dotykowego. Wtedy mamy gwarancję, że będzie najświeższe jak to tylko możliwe. Podjedliśmy sobie zdrowo, płacąc jakieś 3 razy taniej niż w Warszawie. O różnicy w jakości chyba nie muszę wspominać ;). Ulubione: pasta z wątroby rybnej – delicja!

15127376_731471010341628_1478594926_o
Jedzenie, jedzenie, kocham je szalenie! 

Najedzeni i szczęśliwy ruszyliśmy dalej, na punkt widokowy, znajdujący się na górze miłości. To nie nazwa własna, nadaliśmy ją wzniesieniu, gdyż jest ono powszechnie znane w okolicy z tego, że pary jeżdżą tam w celu konsupmcji swoich afektów odwzajemnionych. Ściany japońskich mieszkań są dość cienkie, więc często nawet pary mające swoje własne lokum korzystają z uroków miłości "pod chmurką" lub zaglądają do specjalnych hotelików, tzw. rabu hoteru (od ang. love hotel), aby konsumować bez skrępowania. Zgodnie z przewidywaniami naszego gospodarza minęliśmy po drodze cztery czy pięć zaparkowanych aut ;). Najważniejszy był jednak widok jaki rozpościerał się z góry. Całe miasto jak na dłoni. Cudnie. 

wp_20161120_20_01_11_pro
Szizuoka nocą się mieni.

Wróciliśmy do domu, wypiliśmy po jednym piwie i poszliśmy spać. Shohei, jako wzorcowy gospodarz odstąpił nam swoje łóżko, a sam spał na futonie. Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, bo przed ruszeniem w dalszą drogę mieliśmy jeszcze jedno miejsce do zobaczenia. Shohei zabrał nas do świątyni Zen, którą opiekuje się jego mistrz. Sama świątynia owszem, ładna, ale najważniejsze, że poznaliśmy prawdziwego mnicha buddyjskiego. Przywitał nas, poczęstował przepyszną herbatą, którą sam hoduje, porozmawialiśmy o naszych krajach, o różnych wierzeniach. Mistrz zaproponował nam również spędzenie czasu na wspólnej medytacji. Trochę się śpieszyliśmy, ale, cholercia, jak często jesteś w stanie pomedytować pod okiem najprawdziwszego japońskiego mistrza Zen z Japonii i w Japonii? No właśnie.

15127582_731470997008296_1758333815_o
Herbatka była mistrzowska 😉

Ania miała wobec tego ambiwalentne uczucia, ale mi bardzo się owo doświadczenie podobało. Jednocześnie wyciszyło mnie i dodało energii, dlatego gdy Shohei odstawił nas na serbisu eria, byłem jak najlepszej myśli przed dalszą drogą. Musi pójść jak z płatka.

15182513_731470957008300_1744980246_o
Prawie fantastyczna czwórka. 

Marek

Dwa ostatnie dni w Kioto, czyli jelenie i nocleg alternatywny

Grunt to znajomości – No to Nara! – Szarmanckie jelenie – Kabina ciasna, ale własna

Gościna u Tommy'ego dobiegła końca i rano musieliśmy się wyprowadzić. Prysznic, szybkie pakowanie, parę zdjęć z balkonu, z którego rozciągał się bardzo przyjemny widok i zjazd małą windą (cud, że się do niej wszyscy zmieściliśmy) na parter. Pożegnanie serdeczne, ale nie wylewne, takie jak cały nasz pobyt u tego miłego, ale niespecjalnie gadatliwego faceta. Plan na dzień mieliśmy sprecyzowany: zjeść śniadanie, zostawić plecaki w Kioto, rozejrzeć się za miejscem do spania, pojechać do Nary, wrócić do Kioto. Zaczęliśmy wcześnie, więc nie mieliśmy problemów z tym, żeby ze wszystkim zdążyć. Nasze plecaki zostawiliśmy u Airy. Kim jest Aira?

wp_20161118_07_52_50_pro
Kioto bezchmurne, Kioto o poranku.

Będąc jeszcze w Tokio poznaliśmy Katsurę, która lata temu studiowała w Warszawie, trenowała tam szermierkę i całkiem nieźle się zadomowiła. Okazało się, że jej córka studiuje w Kioto i może mogłaby nam jakoś pomóc. Otóż, córka owa to właśnie Aira, u której zostawiliśmy plecaki :). Odciążeni, poszliśmy sprawdzić jak rysuje się kwestia noclegów na dwie najbliższe noce. Do tego momentu wciąż mieliśmy nadzieję, że ktoś odpowie na nasze wołania o pomoc i przygarnie, ale na couchsurfingu cisza, więc postanowiliśmy skorzystać z taniej opcji, jaką są…kawiarenki internetowe. Zwane tutaj netto cafes lub manga kissas. Zaopatrzone w komiksy, książki i prywatne kabiny z komputerami, są naprawdę bardzo popularne nie tylko jako miejsca rozrywki, ale także jako tania alternatywa dla hotelu. Czasem nawet dla własnego mieszkania.

wp_20161118_12_23_46_pro
To nie rezydent netto cafe, tylko porządnie wygrzewający się w słońcu pieseł 🙂

Coraz więcej w Japonii ludzi, których nie stać na wynajem mieszkania lub kapsuły w hotelu, więc co taki ma zrobić? Idzie na noc do netto cafe. Prysznic jest, jedzenie można zamówić taniej niż w większości restauracji, a kawa, herbata, woda, soki i inne napoje bezalkoholowe można pić za darmo w nieograniczonych ilościach. Nie mówiąc już o super szybkim internecie. Trzeba się tylko przyzwyczaić do nieco ograniczonej prywatności i niewielkiej przestrzeni. Wstąpiliśmy do dwóch takich przybytków, sprawdziliśmy ceny, ustaliliśmy, gdzie się zameldujemy wieczorem (nie można rezerwować) i poszliśmy poszukać pociągu do Nary.

wp_20161118_16_42_13_pro
A Nara całkiem piękna również.

Nara to miejsce bardzo piękne i wyjątkowe. Stolica prefektury o tej samej nazwie słynie ze swoich świątyń. Tych jednak widzieliśmy od metra. Pojechaliśmy tam, żeby zobaczyć jeden z najstarszych parków miejskich, założony w XIV wieku, a przede wszystkim mieszkające w nim jelenie. Przez lata były to zwierzęta święte, gdyż jeden z bogów opiekujących się jedną ze świątyń, miał przybyć tutaj na jednym wielkim, białym jeleniu. Obecnie są one uznane za skarb narodowy. Poruszają się swobodnie nie tylko po parku, ale po całym mieście, choć oczywiście najczęściej można je spotkać tam, gdzie roi się od turystów. Oczywiście chodzi o jedzenie. Jelenie są bardzo łase na żołędzie i wafelki, wypiekane przez miejscowych specjalnie z myślą o czworonogach. 

wp_20161118_16_26_24_pro
Ania nadal w fazie księżniczki disneyowskiej 😉

Zwierzaki w ogóle się nie boją, a bywają czasem bezczelne w wykradaniu frykasów – skubanie plecaków i torebek mają we krwi. Niektóre jelonki potrafią za to być bardzo szarmanckie. Otóż jeśli gość ukłoni się przed podaniem wafelka, jeleń ukłoni się swojemu dobrodziejowi w podzięce. Spędziliśmy w Narze kilka godzin, chodząc po parku, karmiąc jelenie i nie gnając za tłumami turystów. Owszem, nie zobaczyliśmy największego w Japonii posągu Buddy, ale nie było nam szkoda. No, może trochę. Wróciliśmy do Kioto bardzo zadowoleni, odebraliśmy swoje plecaki od Airy i poszliśmy do kawiarenki internetowej. 

wp_20161118_16_12_38_pro
Grzecznie zapytaliśmy czy można zrobić zdjęcie. Łaskawie się zgodził.

Z wielu opcji, jakie mieliśmy do wyboru wybraliśmy pobyt długoterminowy, dwa dni zamiast dwóch nocek. Wyszło trochę drożej, ale za to nie musieliśmy się martwić o to, co zrobić z plecakami, ani gdzie się podziać w ciągu deszczowego dzionka. Wybraliśmy, zapłaciliśmy i zostaliśmy skierowani do swoich kabin. Wygodna mata, regulowany fotel, lampka, no i komputer. Miejsca dosyć, żeby wyciągnąć nogi i swobodnie się ułożyć. Nie trzeba mówić, że kolejne trzydzieści parę godzin spędziliśmy dosyć leniwie. Nadrabialiśmy zaległości w The Walking Dead i South Parku, jedliśmy nasze ulubione trójkąty ryżowe z tuńczykiem, udało nam się nawet znaleźć dosyć tanie wino chilijskie w sklepie pod kawiarenką. Kulturalnie czas spędzaliśmy.

wp_20161118_20_36_42_pro
Pokój nieduży, ale dobrze zaopatrzony.

Jeżeli chodzi o warunki do spania to, cóż, nie są idealne. Chrapanie z kabiny obok, kroki na korytarzu, komuś ześlizgną się słuchawki i cały świat dowie się co ogląda. Wentylacja też nie pomaga, ale jak już się zaśnie, to spać można całkiem smacznie. Toaleta nowoczesna ze wszystkimi przyciskami, pod prysznicem dają nawet maszynki do golenia, a darmowe napoje to istne zbawienie. Soki w Japonii nie należą do najtańszych, więc radośnie uzupełnialiśmy witaminy. Ogólnie nasz pobyt w netto cafe można uznać za bardzo ciekawy eksperyment cywilizacyjny i dobre rozwiązanie awaryjne w razie braku noclegu. W dzień wyjazdu zebraliśmy się wcześnie. Mimo, że tym razem mieliśmy trochę mniej drogi do pokonania, postanowiliśmy nie ryzykować. Dotarliśmy metrem, a potem na piechotę do SA, który znaliśmy już z przejazdu do Tokio. Kolejny autostop czas zacząć! 🙂

Marek

Polowanie na gejsze, czyli druga odsłona Kioto

Kobieta do towarzystwa – Po polsku w Japonii – Wzruszony Tommy Lee Jones – Piękno zen

Wieczorny spacer po chyba najsławniejszej dzielnicy Kioto – Gion odbyliśmy dwa razy w nadziei, choć niewielkiej, że zobaczymy gejszę, a najlepiej młodą gejszę-praktykantkę – maiko. Szansa bardzo mała na takie przeżycia, ale może najpierw w bardzo wielkim skrócie – o co z tymi gejszami chodzi.

wp_20161116_16_13_22_pro
Polowanie na gejsze na ulicach Gion – trudna sprawa.

Gejsza to kobieta, która przez lata szkoli się w tradycyjnym śpiewie i tańcu japońskim, w ceremonii parzenia herbaty i ogólnie zabawianiu gości podczas przyjęć i bankietów. Słowo gejsza można przetłumaczyć na człowiek-sztuka, czyli krótko mówiąc – artystka. Gejsze to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i niezwykłych symboli Japonii – żywy zabytek. Obecnie zawód gejszy wykonuje niewiele pań. Dawniej było ich nie tylko więcej, ale miały one wielki wpływ na kulturę japońską, podtrzymywanie tradycji, a nawet, jako żony, czy kochanki ważnych osobistości, na politykę kraju. Często mylono je na świecie z prostytutkami. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że podczas okupacji amerykańskiej wiele prostytutek stylizowało się na gejsze, a żołnierze nie specjalnie dostrzegali różnicę. Można dyskutować o tym jak cienka linia jest między "prostytutką", a "utrzymanką", ale tą drugą prawdziwa gejsza mogła jeszcze być – tą pierwszą być jej się po prostu nie opłacało. Również dziś panowie płacą olbrzymie sumy jedynie za spędzenie wieczoru w towarzystwie kilku gejsz, które umilą im te chwile tańcem, rozmową, nalaniem herbaty, alkoholu, czy zapaleniem papierosa. Osobiście szalenie ciekawił mnie zawsze ten element kultury japońskiej.

wp_20161116_16_19_16_pro
Gion to miejsce obfitujące w turystów. Trudno się dziwić.

Chodziliśmy i chodziliśmy, zaglądaliśmy do uliczek, gdzie nie było tłumu turystów. Spoglądałam to tu to tam z nadzieją, że może gdzieś z jakiejś restauracji, czy z któregoś z samochodów wyłoni się maiko. Niestety, nie udało się. Przez chwilę wydawało mi się, że w samochodzie, który przemknął obok nas, na tylnym siedzeniu mignęła mi biała buzia (tradycyjny makijaż maiko wykonuje jaskrawobiałym pudrem). Kierowca skręcił jednak na światłach i tyle go widziałam. Ehhh, szkoda. Tak czy siak Gion warto jest odwiedzić dla samego obejrzenia pięknych uliczek i malowniczych budynków. Trzeba się jednak uzbroić w cierpiliwość, bo tłumy na głównych ulicach tej dzielnicy, zwłaszcza w godzinach wieczornych, są zatrważające.

wp_20161116_18_36_26_pro
Ramen – bardzo pożywna zupka. Ponoć Japończycy najczęsciej wyjadają mięso i kluski, a zupę zostawiają niemal
nietkniętą. 

Pierwszy wieczór po spacerze w Gion spędziliśmy w towarzystwie Marcina, mojego kumpla z liceum, który jest na tyle szalony, że upodobał sobie mieszkanie w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nasz gospodarz na kolejne dwa dni – Tommy – wracał późno do domu, więc wybraliśmy się na kolację i coś na rozgrzanie. Marcin zna Kioto bardzo dobrze, bo tworzy tu już od jakiegoś czasu swój doktorat. Mówi biegle po japońsku, magisterium również napisał o kulturze japońskiej, więc doradził nam gdzie się udać, żeby faktycznie zobaczyć coś, co koniecznie zobaczyć trzeba. No i oczywiście opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy o historii i kulturze kraju. Poszliśmy zjeść ramen (pożywna zupa z kluskami), a potem udaliśmy się do pubu na piwko, gdzie jak Polak z Polakiem w końcu pogadaliśmy. Pośmialiśmy się z memów o Kwaśniewski, bo okazało się, że wszyscy mamy do nich podobną słabość. Zrobiło się zatem bardzo swojsko i wesoło. Zwłaszcza, że pub prowadził stary, japoński rock'n rollowiec, więc hit się ścielił gęsto ;). 

wp_20161116_22_05_54_pro
Marcin i Ania, czyli ekipa z "Kamyka" po latach. Marek, czyli ekipa z Hawajskiej po kilku piwach.

Następne dwie noce spędziliśmy u Tommiego, który był wielce zapracowany (a to zaskoczenie), ale udostępnił nam swoją podłogę do spania i poczęstował sake. Mieszkał niedaleko rzeki Kamo, która przepływa przez Kioto i jest bardzo malowanicza. Poranny spacer jej brzegami to jeden z najpiękniejszych momentów i najmilszych wspomnień ze "Starej Stolicy". Iść tak sobie, cieszyć się kolorami jesieni, słuchać szumu wody, gadać o niczym i o wszytkim, wcianjąc przy okazji orzeszki w czekoladzie. Było poprostu wspaniale.

wp_20161117_08_39_52_pro
Nadeszła jesień – Tak dobrze z ukochaną – Czerwień i złoto

Czekało na nas jednak jeszcze sporo świątyń do obejrzenia. Na szczęście z pomocą przyszła kawa. Zazwyczaj nie pijam kawy, ale tym razem było mało czasu, a dużo do zobaczenia. Trzeba było się wziąć w garść. Automaty z napojami stoją w japońskich miastach co kilkaset metrów, a czasem nawet częściej. Co ciekawe do wyboru są nie tylko zimne napoje, ale również gorące. Bardzo smaczne. Naszą ulubioną kawę reklamował Tommy Lee Jones. Na maszynach z kawą marki Suntory wisiał plakat, na którym Tommy Lee Jones patrzy w zadumie na wschód (lub zachód, co kto woli) słońca, słucha muzyki w słuchawkach, pije kawę, a łza wzruszenia ścieka mu po policzku. No jakże mieliśmy nie kupić tak zacnego produktu!? Jak się z resztą okazało Tommy wie co dobre. Ze wszystkich zapuszkowanych lur, ta była najmniej lurowata. Tylko do dziś kombinujemy czy ta łza to z powodu pięknych okoliczności przyrody, wspaniałej muzyki, czy rewelacyjnej kawki :P.

wp_20161116_11_39_58_pro-1
Broni nas przed kosmitami, wyprawia pogrzeby Melkiadesowi Estradzie, ściga Harrisona Forda, płacze przy kawie.

Naładowani kofeiną ruszyliśmy do Świątyni Ginkaku-ji i jej Srebrnego Pawilonu – letniej rezydencji jednego z szogunów. Pawilony – symbole Kioto, są tak na prawdę do obejrzenia dwa: Złoty i Srebrny, ale ten pierwszy, jak nam objaśnił Marcin, to nówka sztuka – odbudowany w XX wieku. Srebrny Pawilon otoczony bajecznymi ogrodami jest faktycznie z XV wieku. Ginkaku-ji to świątynia Zen. Spokoju tego niezwykłego miejsca nie są w stanie zagłuszyć nawet dzikie tłumy turystów. Z resztą większość pędzi do Złotego Pawilonu, który jest znacznie bardziej okazały i faktycznie złoty. Tymczasem Srebrny Pawilon jest srebrny tylko z nazwy. Otaczają go za to przepięne drzewa oraz unikalne kamienne i piaskowe ogrody.

wp_20161117_11_51_49_pro
Co tu pisać jak nic nie trzeba pisać.

Na koniec przespacerowaliśmy się (odwiedzając po drodze jeszcze kilka miejsc) do Świątyni Heian – jednej z ważniejszych świątyń szintoistycznych na terenie Japonii. Świątynia, jak na standardy Kioto jest względnie nowa, ale jej rozmiary i bramy torii są doprawdy imponujące. Modlitwa w szinto nie jest zbyt skomplikowanym procesem. Pokłon, klaśnięcie dłońmi, chwila zamyślenia na wypowiedzenie życzenia czy podziękowanie bogom za przychylność. Można również zakupić tabliczkę dziękczynną (albo całą bramę świątynną, jak już wspominaliśmy) lub wróżbę. Ważną kwestią jest też proces oczyszczenia. Przed wejściem do świątyń japońskich często spotykanym widokiem jest obmywanie rąk, czy nóg. Rytułały szinto często związane są z wodą i myciem, co może wyjaśniać sławną na cały świat japońską manię czystości.

wp_20161117_13_55_29_pro
Świątynia Heian

Po zwiedzaniu Kioto byliśmy bardzo zmęczeni, ale wiedzieliśmy, że zobaczyliśmy jedynie niewielki fragment. Z jednej strony na własne oczy obejrzałam miejsca o których od tak dawna marzyłam, o których czytałam w książkach, które z lubością oglądałam w filmach. Z drugiej wiedziałam, że muszę odpuścić, że wszystkiego w Kioto nie zobaczę. Że musiałabym tu zamieszkać na dłuższy czas, żeby na prawdę poznać to niezwykłe miasto. 

wp_20161117_12_21_48_pro
Brama do nirvany?

Mieliśmy zostać w Kioto jeszcze dwie noce, a musieliśmy pożegnać się z naszym zapracowanym i nieśmiałym gospodarzem, Tommym. Niestety nie mógł nas już dłużej trzymać na swojej podłodze. Znaleźliśmy więc bardzo nietypowe miejsce na nocleg…ale o tym napisze Wam już Marek w kolejnym artykule.

Ania

Szczypta Kioto, czyli dwa futony i dwie świątynie

Przed tatami buty zdejm – Kąpiel po japońsku – Buddyzm i shinto – Brama sukcesu

Wreszcie Kioto…jak można wogóle zwiedzić to miasto? Robić zdjęcia wszystkim budynkom, zajrzeć w każdą uliczkę? Kioto było stolicą Japonii przez ponad 1000 lat. Ilość świątyń, ważnych historycznie lub pięknych miejsc jest tak wielka, że doprawdy trudno to wszystko objąć umysłem i zdecydować się na tylko jedną wycieczkę.

wp_20161116_16_24_51_pro
Takie zdjęcia można by cykać i cykać po całym Kyoto, aż do rąk omdlenia.

Trzeba też było zrobić trochę przerwy na wszystkie rzeczy, które musimy zazwyczaj załatwić w internecie. Samo stworzenie wpisu na blog i wstawienie galerii zdjęć to robota na kilka godzin. Na szczęście mieliśmy wspaniałe miejsce do tego celu. Ze względu na brak hosta z couchserfingu pierwsze dwie noce musieliśmy spędzić w hostelu. Z jednej strony – spory wydatek. Z drugiej…no czasem trzeba. Mieliśmy zatem do dyspozycji pokój tatami – taki, w którym podłoga jest wyłożona tradycyjną matą ze słomy ryżowej, czyli właśnie tatami. W dawnej Japonii, a często również współcześnie wielkość pomieszczenia podaje się nie w metrach kwadratowych, a w ilości tatami, które się w nim zmieszczą. Mata ma bowiem uregulowane, standardowe wymiary, czyli 90/180 cm. Tzn. przynajmnej tak być powinno, bo te z Tokio są nieco węższe. Jak zwykle jakieś komplikacje. Tak czy siak mata obszyta jest materiałem i wygląda bardzo elegancko.

wp_20161114_21_10_58_pro
Nie był to właściwie hostel a dom gościnny. Do dzisiaj wspominamy jak nam tam było wygodnie i, że fajnie było by mieć te miliony dolarów z powrotem 😉

Oczywiście w każdym japońskim domu trzeba przed wejściem zdjąć buty, ale na tatami jest to już nie tyle grzeczność, co konieczność. Ubrudzona słoma ryżowa nadaje się właściwie tylko do wyrzucenia. Trzeba więc o nią bardzo dbać. Maty tatami mają bardzo przyjemny zapach i posiadają walor dekoracyjny. Idealnie układa się na nich futon, czyli materac do spania. Osobiście preferuję spanie na materacu i lubię jak jest on nieco twardszy, więc tatami plus futon to dla mnie idealne łóżko. Dla Marka z resztą też. Spało się zatem wspaniale. Mieliśmy również do dyspozycji łazienkę z japońską wanną. W ogóle kąpiel w Japonii to poważna sprawa i warto znać etykietę, żeby w gorących źródłach, czy rozsianych po miastach publicznych łaźniach nie strzelić gafy. Po pierwsze nie włazi się od razu do wanny. Taplanie się we własnym "brudzie", jak to zazwyczaj robi się u nas jest dla przeciętnego Japończyka pomysłem odrażającym. Należy przed kąpielą wziąć prysznic, porządnie się namydlić, spłukać paskudny stary naskórek i dopiero wtedy można zanurzyć się w kąpieli. Właśnie do takich ablucji mieliśmy łazienkę. Prysznic osobno, obok wanna, głęboka, można w niej usiąść i zanurzyć sie po szyję. Czysta rozkosz. Z różnych względów gorące źródła i publiczne łaźnie nie wchodziły w grę, ale udało się nam choć odrobinę skorzystać na sławetnej japońskiej manii kompania się i mycia. 

Wypoczęci i wykąpani mogliśmy zatem ruszyć na podbój miasta. Kilka dni, a tyle do zobaczenia. Postanowiliśmy po pierwsze uderzyć do dwóch świątyń: To-ji i Fushimi Inari. Są to chyba jedne z najbardziej znanych świątyń Japonii, niezaprzeczalne symbole Kioto, więc daliśmy im pierszeństwo.

wp_20161116_12_00_29_pro
Pagoda w świątyni To-ji. A jesień dalej swoje. W Kyoto piękniejsza niż gdziekolwiek indziej.

To-ji to świątynia buddyjska, której początki sięgają VII wieku. Kompleks budynków położony jest w pięknym parku. Mieliśmy akurat szczęście i trafiliśmy na niesamowite jesienne kolory liści, co dodawało miejcu jeszcze więcej czaru. Jak się dowiedziliśmy, jeden z drewnianych pawilonów świątyni został zbudowany w stylu zwanym azekura – drewno łączy się bez pomocy gwoździ. Robi wrażenie. Niedaleko wejścia spostrzegliśmy posąg mnicha, identyczny jak przy świątyni w Osace. Po dokładnym sprawdzeniu i wypytaniu lepiej poinformowanych okazało się, że to niejaki Kukai – mnich, który w IX wieku rozprzestrzeniał w Japonii buddyzm. Był człowiekiem niezwykle wszechstronnym, miał zasługi w dziedzinie kaligrafii, lingwistyki, rzeźby, architektury, a nawet inżynierii. Nic zatem dziwnego, że jego pomnik stoi w wielu miejscach i przy wielu świątyniach.

wp_20161116_11_59_04_pro
Kukai w pełnej okazałości. Wędrowny mnich, misjonarz, eseista 😉

Fushimi Inari to z kolei świątynia shinto – tradycyjnej religii japońskiej. Można by o niej wiele opowiadać, ale że specjalistą nie jestem, więc tylko w skrócie. Shinto to religia politeistyczna, oparta na mitologii japońskiej, wielce różnorodna w swych przejawach i to zarówno jeśli chodzi o świątynie, jak i indywidualne wyznawanie, czy praktykowanie. Nie ma tu też jakiegoś kanonu, organizacji, czy świętej księgi. Świątynie i kapliczki poświęcane są konkretnym bogom, bóstwom, czy przodkom, którzy mogą załatwić pewne sprawy dla śmiertelników.

wp_20161116_13_48_23_pro
Takie oto bramy stawiają biznesmeni, małe firmy, wielkie korporacje. Nie tylko japońskie zresztą.

Fushimi Inari jest poświęcona bogini Inari, patronce biznesu, płodności, przemysłu, rolnictwa, pomyślności…no w każdym razie tego wszystkiego, co to byśmy chcieli, żeby tego było raczej dużo i raczej żeby nam sie pojawiało bez większych problemów, i żeby problemów nie przysparzało. Świątynia jest bardzo znana i łatwo rozpoznawalna ze względu na rozliczne pomarańczowe bramy – torii. Wykorzystano je między innymi w filmie "Wyznania Gejszy". Otóż, jeśli się chce, żeby bogini Inari była przychylna, to idzie się do świątyni, płaci odpowiednią cenę (w zależności od tego jak wiele przychylności bogini Inari nam trzeba) i ma się wtedy bramę z wypisaną na niej nazwą firmy. Wielkość bramy również zależy od darowizny na świątynię. Torii stoją jedna z drugą wzdłóż rozlicznych ścieżek prowadzących do kolejnych zabudowań świątyni.

wp_20161116_13_35_29_pro
Polsko-kanadyjska, improwizowana grupa uderzeniowia. Trochę jak w Normandii 44'.

Do Fushimi Inari wybraliśmy się w towarzystwie niejakiego Wyatta, Kandyjczyka, którego spotkaliśmy tak po prostu na ulicy. Gajdzini muszą trzymać się razem ;). W każdym razie wesoło nam z nim było, razem oglądaliśmy piękną świątynię i rozliczne pomniki pomocników bogini Inari – lisów.

wp_20161116_13_39_05_pro
Lisy pilnują biznesu. Doprawdy nie wiem czy to najlepiej nadające się do tego zwierzęta, ale w Japonii mają chyba inną sławę.

Przed świątynią stoją stragany ze wszelkim dobrem, więc i jedzenie, i pamiątki można tu kupić bez problemu. W końcu Inari to bogini biznesu, więc na pewno dobrze się wiedzie kupcom u jej progów. Zwłaszcza, że ruch duży. Mnóstwo turystów, ale także pielgrzymów, często ubranych tradycyjnie na okazję odwiedzenia przybytku. My w każdym razie pożegnaliśmy się z Wayattem i ruszyliśmy w stronę Gion, dzielnicy miasta, w której niegdyś królowały gejsze. Ale o tym już nastepnym razem. 

Ania

Pędzimy do Kioto, czyli co się stało, gdy się wcześnie wstać nie udało

Marzenia o szybkości – Uniform i wszystko wiesz – Surfing w cichym deszczu – Luksusy i luksusy

Spóźnieni ze względu na byczenie się w pierzynach dotarliśmy na SA, gdzie mieliśmy nadzieję na szybkie złapanie okazji. Najlepiej takiej, która będzie jechać daleko. Najlepiej takiej, która będzie jechać od razu do Kioto. Ale z dużym bagażnikiem, żeby plecaków na kolanach nie trzeba było taszczyć. A idealnie to by było, jakby jeszcze kierowca jechał tak ze 100 km/h cały czas…no czasem 110…120 najwyżej. Marzenia piękna sprawa, ale wcale nie było łatwo się na tego stopa ustawić. "Serbisu eria" była tak skonstruowana, że samochody rozjeżdżały się w różne strony, a przy głównym wyjeździe nie można, bo tam już ruch za szybki. Ehhh. Wyglądało na to, że trochę postoimy. Zrobiło się jednak bardzo miło, kiedy podszedł do nas młody robotnik i wręczył dwa pączki nadziewane curry, pokazując, że jak je zjemy, to będzie nam cieplej. Musieliśmy bardzo biednie wyglądać.

Skąd wiemy, że był robotnikiem? Po ubraniu oczywiście! I nie, że był brudny od smaru – nic z tych rzeczy. Poprostu w Japonii ludzie ubierają się często w odpowiednie uniformy. Zwłaszcza do pracy, co ułatwia rozróżnienie kto jest kim. Profesor? Sweter, kamizelka, sztruksy, szalik wokół szyi. Pracownik fizyczny? Specjalny kombinezon – spodnie połączone z bluzą. Pracownik korporacji, czyli tak zwany Sarariman? Czarny garnitur, czarny krawat, nieodłączna teczka. Nie pomylisz się. Wiesz kto jest kim, żadnej ściemy nie będzie. O japońskim zamiłowaniu do uniformów na świecie jest z resztą głośno. Potwierdzam jednak, to nie sterotyp.

Wracając do naszego miłego pana robotnika, pączka dał, ale nadzieję odebrał. – Hichichajku…uuu…- zdziwił się i łamaną angielszczyną dodał, że sobie ze 2 godziny postoimy pewnie. Mylił się jednak. Po pół godzinie stania wybraliśmy się na krótką przerwę toaletową, a w drodze powrotnej zagadał do nas sympatycznie wyglądający młodzieniec, który, jak sie okazało z radością do następnego SA nas zawiezie. Radował się bardzo, każde nasze zdanie powodowało u niego wybuchy śmiechu, wielce zaraźliwego z resztą. Bardzo się ucieszył kiedy Marek seriami zaczął wymieniać nazwiska japońskich skoczków narciarskich. Na koniec uraczył nas próbkami kremu do rąk, bo jak się okazało, handlem właśnie tym produktem się zajmował.

Kolejny przejazd –  dwóch panów, którzy skoczyli z nami o kilkadziesiąt km. Miejsce jednak nie było najlepsze – nie było to duże SA i niewielu kierowców się tu zatrzymywało, a zaczęło padać i robić się coraz ciemniej. Tak się kończy za późne wyjście na stopa, ale co było robić? Staliśmy i szczerzyliśmy zęby. Deszcz się wzmagał, więc przenieśliśmy się pod dach. Sytuacja wyglądała dość marnie. 

wp_20161114_13_10_58_pro
Takie obrazki na japońskich parkingach. Człowiek wyjdzie z Osi, ale Oś z człowieka nie zawsze…;)

Kiedy już rozważaliśmy którą toaletę trzeba wybrać na nocleg pojawił się wybawca. Zobaczył naszą karteczkę z napisem "Kioto", wyraził zainteresowanie, więc rzuciliśmy się do niego z mapą. Na migi wyjaśnił, że może podwieźć tylko do większego SA. Zaskoczyło nas trochę, że nie mówił ani po angielsku, ani nie zagadywał po japońsku. Większość kierowców nie zrażała się tym, że nie umiemy mówić w ich języku. Radośnie gadali do nas i do siebie samych. A tu cisza. Sprawa wyjaśniła się w samochodzie, gdzie nasz dobroczyńca napisał na karteczce: "Jestem głuchy". Wręczył nam wizytówkę i dowiedzieliśmy się, że ma na imię Tatsuro, a zajmuje się sprzedażą sprzętu surfingowego. Na koniec jazdy zarządził selfie i…wepchnął Markowi w ręce 2000 jenów. Próbowaliśmy jak mogliśmy odmówić – nie dało się. Pokazał nam żeby brać i zjeść jakiś ciepły posiłek przed łapaniem kolejnej okazji, bo tu dużo kierowców, więc na pewno coś złapiemy. 

wp_20161114_17_18_18_pro
Tatsuro – nasz wybawca i fundator kolacji. Surfer, znakomity kierowca. Filantrop.

Zgodnie z zaleceniem zjedliśmy pyszną zupę, wypiliśmy herbatę i czas był ruszyć w dalszą drogą. Zatrzymaliśmy się przy papierośnicy, gdzie właśnie nałogowi oddawał się młody jegomość. Tam wyszczerzyłam zęby i trzepocząc wdzięcznie rzęsami pomachałam mu przed nosem kartką z napisem Kioto. – Kioto – zawołał wesoło – Ja też Kioto – powiedział. A następnie zabrał nas do "porszaka" z napędem 4×4! Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło jechać taką marką i przyznać trzeba, że było wygodnie i szybko. Do hostelu zdążyliśmy w prawdzie na ostatnią chwilę (couchsurfing znaleźliśmy tylko na dwie noce), ale udało się. Plan wykonany, pokój z tatami, tradycyjne przesuwane drzwi, bardzo ładny, futon miękki, duża wanna. W końcu wanna! Wiedziałam, wiedziałam, że w Japonii prędzej czy później będą mogła się wykąpać :D. Pierwszy raz od ponad 3 miesięcy. I w końcu, na reszcie jestem w Kioto – marzenia się spełniają.

Ania

Floret, Francuzka i frykasy, czyli jak przez 3 dni nie zwiedzaliśmy Tokio

Tokijski puchar – Rosół uliczny – Zimno złe czy zimno dobre? – Zupa rybna i zmęczenie​

Trzy dni w hali sportowej. Taki był zasadniczy plan pierwszego "zwiedzania" Tokio. Dlaczego zrobiliśmy sobie taką pozorną krzywdę? A no dlatego, że po pierwsze w Tokio akurat rozgrywany był turniej z serii pucharu świata seniorów we florecie , więc Marek, jako florecista i fan szermierki miał zdecydowany prawo, a nawet obowiązek wziąć udział w tym wydarzeniu. No i do tego bardzo chciał. Po drugie w zawodach startowała reperezentacja Polski, więc trzeba nam było spełnić obowiązki patriotyczne i wiernie kibicować. Po trzecie spotkanie znajomych polskich twarzy po trzech miesiącach podróży to fajna sprawa. Zwłaszcza jak ci przywiozą z domu zapas magnesów na lodówkę z napisem "Warszawa", które następnie można rozdawać w ramach podziękowania za wsparcie wszelkiego rodzaju. Te zabrane z Polski skończyły się już jakiś czas temu, a tu jeszcze kawał drogi przed nami.

wp_20161113_10_36_44_pro
Ania delektuje się pięknem szermierki, delektując się pysznym nigiri z tuńczykiem. Delektecepcja!

W Tokio naszą gospodynią została wielce czarująca i kochana Francuzka Emma. Czuliśmy się u niej jak w domu. Mieszkanko, jak większość mieszkanek w Tokio było małe i obejmowało jeden pokój. Prywatności może niewiele, ale towarzystwo bardzo miłe. Czas dla Emmy mieliśmy jedynie wieczorami, ale i ona, zajęta studiami na uniwersytecie głównie wtedy miała czas. Posiedzieliśmy więc przy piwku i obgadaliśmy wszystko, co można było obgadać, zaczynając od muzyki i filmów, a na teorii ewolucji i tęsknocie za winem oraz serem kończąc. Jednego wieczora poznaliśmy też bardzo sympatyczną koleżankę Emmy – Stefanię, która pracuje w Toki jako niania. Niestety rodzina z którą współpracę podjęła nie specjalnie przypadła jej do gustu. Wybraliśmy się więc na pyszne kluski, które Emma zaproponowała, a które zdecydowanie podniosły Stefanię na duchu. Nas również – pyszota. 

wp_20161112_21_41_16_pro
Kluski tanie i pożywne. Nic, że trzeba jeść na stojąco. Po lewej ze świnią, po prawej ze świnią w curry.

Jedzenie właściwie odbywało się na ulicy. Dość popularne w Japonii są niewielkie bary szybkiej obsługi, gdzie możesz zamówić zupę z kluskami i różnymi dodatkami. Stanie z gorącą miską w ręku, w wąskiej uliczce i wsuwanie żarcia pałeczkami jest dość trudne, ale nie daliśmy się tym przeciwnościom. Zwłaszcza, że posiłek był tani, zdrowy i rozgrzewający, a jesienny wieczór nie należał do najcieplejszych. 

wp_20161112_21_38_21_pro
Stephanie, Emma i Anna. Zadowolone, bo wiedzą, że już niedługo zjedzą 🙂

Kiedyś w jednej z książek o Japonii, przeczytałam, że Japończycy preferują zimno. Podono ziębiony od maleńkości człowiek jest zdrowszy, dzielniejszy i ogólnie mniej marudny. Bardzo to możliwe, w końcu wiadomo, że zimno konserwuje i może to właśnie jeden z powodów długiej średniej życia Japończyków. Oseski z odkrytymi główkami i gołymi nóżkami, dzieci idące do szkoły w szortach i skarpetkach do kolanka, a tu temperatura 10 stopni zaledwie. Brak jest też wszędzie centralnego ogrzewania. Lekka konstrukacja większości domów może i jest bezpieczniejsza w czasie trzęsień ziemi, ale na pewno ciepła nie trzyma. Więc się tu ludzie trzęsą nie tylko razem z ziemią, ale i z zimna. Z tego ostatniego są chyba zadowoleni wszyscy oprócz "gajdzinów" (japoński wyraz określający obcokrajowca w Japonii). Emma przed spaniem nagrzewała pokój za pomocą klimatyzacji i był to jedyny luksus na jaki mogła sobie pozwolić, bo inaczej zapłaciła by za prąd jak za zboże. 

wp_20161113_15_40_23_pro
Tokijski fencing squad w komplecie. W środku Katsura, która trenowała niegdyś w Warszawie. 

Sala szermiercza też do ciepłych nie należała. Kiedy rano dotarliśmy do centrum olimpijskiego, radośnie powitaliśmy drużynę polską, czyli Leszka, dwóch Michałów, Piotrka, Kubę, Andrzeja i Ludwika oraz trenera naszej reprezentacji, fechmistrza Piotra Majewskiego, odrazu spostrzegliśmy, że i tu o ogrzewaniu możemy tylko pomarzyć. Wszyscy siedzą w bluzach, kapturach, zakutani w szaliki…jak tu się przebrać w strój szermierczy? Chłopaki  dali radę. W turnieju indywidualnym nasi spisali się całkiem dobrze, ale w drużynówce na pewno liczyli na więcej. Nic to, może następnym razem. Za to drużyna japońska zaskoczyła wysokim, czwartym miejscem i wygraną z reprezentacją Francji, która, jak mnie poinformowano, jest bardzo dobra. Gratulacje dla gospodarzy…chociaż moim zdaniem to oni fory mieli, bo im to zimno w sali najmniej przeszkadzało ;).

wp_20161113_11_01_48_pro
Leszek, Andrzej, Michał i Piotrek tuż przed rozpoczęciem meczu z Ukrainą. 

Ostatniego wieczora w Tokio porzegnaliśmy reprezentację Polski, a także przenieśliśmy się od Emmy do innego hosta z couchsurfingu, o imieniu Yonnie. Nasza kochana gospodyni nie mogła nas dłużej gościć. Na szczęście Yonnie, sympatyczny Japończyk, nie tylko udostępnił nam wąski kawałek podłogi swojego nieprawdopodobnie małego mieszkania. Zaopatrzył nas także na noc w wygodny futon, nakarmił pyszną zupą z małżami, rybami i warzywami oraz wręczył w prezencie pyszne migdałowe ciasteczka. Ma ewidentną słabość do Polaków, bo nasz kraj odwiedził, zwiedził, a obecnie ma nawet całą playlistę z polskimi przebojami.

wp_20161114_09_27_11_pro
Mieszkanie może małe, ale na selfie zawsze miejsce się znajdzie. Ania, Yonnie i ja.

Następnego dnia mieliśmy udać się bardzo wcześnie na parking przy autostradzie, by dojechać do Kioto o jakiejś rozsądnej godzinie. Znów 500 km przed nami. Plan – pobudka o 5.30…O 7.30 obudziliśmy się z przeświadczeniem, że kurczaki, za późno. Nie dało się jednak innaczej. Mój organizm poprostu odmówił współpracy. Pierwszy raz w życiu naprawdę nie byłam w stanie się podnieść. Można mnie było szczypać, skubać, pacać, nawet dźgać kijem, a i tak bym nie wstała. Cóż było robić? Pogodzeni z losem ruszyliśmy łapać stopa do Kioto z nadzieją, że uda nam się odtrzeć do hostelu na czas, by się zamledować. Czy nam się udało, dowiecie się już wkrótce.

wp_20161113_20_37_04_pro
Zupa była absolutnie przepyszna, bardzo pożywna i jeszcze zdrowsza 😉

Ania

Autostop w Japonii, czyli jak Yuki Ota pomógł nam dojechać do Tokio

W którym szaleństwie jest metoda? – Zorganizowana akcja – Lost in translation – Kaka demona

Autostop w Japonii to bardzo nieprzewidywalna sprawa i niezwykłe doświadczenie. Trudno znaleźć optymalny sposób łapania okazji, bo za tym co Japończyk za kierownicą pomyśli, gdy cię zobaczy, po prostu nie trafisz. Jedno jest pewne – trzeba dotrzeć na serbisu eria nad ranem, bo na to aż się ktoś zatrzyma, można czekać pięć minut albo dwie godziny. Gdy wyruszaliśmy z Osaki, dotarliśmy na SA około godziny 8. Zaopatrzyliśmy się w wysokokaloryczny prowiant na drogę, a potem zdobyliśmy dwie mapy okolicznych autostrad. Jedną po japońsku dla kierowców, a drugą po angielsku dla nas. Strzeżonego…i tak dalej. Zlustrowaliśmy nasze pole bitwy i znaleźliśmy najlepszy punkt do łapania okazji. Chcieliśmy, żeby kierowcy ze wszystkich pasów ruchu widzieli nas z daleka, w miarę możliwości nawet przez szyby sklepu czy restauracji. Mogą się wtedy dłużej namyślić, zobaczyć jak się zachowujemy i czy można nas zaprosić do samochodu. Nie zawsze można spełnić wszystkie te wymagania, ale trzeba się postarać, bo to ma tutaj większe znaczenie niż w Gruzji czy Kirgistanie. 

wp_20161110_08_33_40_pro
Serbisu Eria. To akurat niezbyt duże, ale bywają najprawdę ogromne. Rozpoczynamy autostop Osaka-Tokio!

Autostopowicz w Japonii nie jest bardzo częstym widokiem, chociaż ludzie są zaznajomieni z tym zjawiskiem. Hitchihaiku (serio) to coś co robią zwykle studenci albo przyjezdni z Europy, Stanów czy Australii. Dlatego od początku witały nas głównie uśmiechy i pokłony ze strony kierowców i pasażerów. Oznaczało to tyle, że rozumieją naszą sytuację i przepraszają, że nie mogą nas zabrać. Nawet jeśli po prostu nie chcą. Po jakimś czasie zatrzymał się starszy pan, biznesmen w garniturze, który po angielsku zapytał dokąd jedziemy, ale okazało się, że nie tam gdzie on. Minęło ledwie 10 minut, więc byliśmy dobrej myśli – nie powinno być problemu. Po kolejnej godzinie podszedł do nas pracownik ze stacji benzynowej, wyposażony w karton i flamaster. Gdy dowiedział się, że jedziemy do Tokyo, powiedział, że to bardzo daleko i wysmarował nam wielki napis "Nagoja", a na drugiej stronie "Tokio". Po japońsku i angielsku. Do dzisiaj nie możemy rozgryźć czy taki znak pomaga, czy przeszkadza.

Bardzo uprzejmy, japoński kierowca pomyśli być może: "Jadą do Nagoi, a ja skręcam 60 km wcześniej. Niegrzecznie byłoby ich zabrać i zostawić na drodze. Nie mogę ich wziąć. Uśmiech. Ukłon. Pomacham jeszcze."

Oczywiście nas uradowałaby podwózka do dowolnego SA przy trasie do Nagoi, a później Tokio, ale w czasie naszych podróży po Honsiu, korzystaliśmy z napisów tylko, gdy dostaliśmy takie od kierowców. Po niecałej godzinie podeszła do nas starsza pani i wytłumaczyła nam na migi, i za pomocą mapy, że jedzie ze swoim mężem tylko do Kyoto, ale mogą nas podrzucić do następnego serbisu eria, czyli nieco ponad dwadzieścia kilometrów. Dobrze było ruszyć się z miejsca. Państwo nie mówili po angielsku ani słowa, a nasz japoński był ograniczony tylko do: "dziękuję", "dzień dobry", "do widzenia", "zielony", "kot" oraz "panie Funaki jest pan ulubionym skoczkiem narciarskim mojego syna". Kapitał niewielki, ale momentami procentował.

Starsi państwo dowieźli nas do SA, z którego rozciągał się piękny widok na jezioro Biwa, największe w Japonii. Arigato gozaimassssssssss! (dziękuję bardzooooooo uprzejmieeeee!) Krótka przerwa, usadowienie się w strategicznym punkcie przed wyjazdem z parkingu i znowu dużo pokłonów, machania, uśmiechów. Trzeba przyznać, że nawet przy nienajlepszej pogodzie, lepiej się stało, gdy wszyscy się do nas uśmiechali. W pewnym momencie byliśmy tak uskrzydleni tą serdecznością, że lada chwila wyrosłyby nam skrzydła i tak wyposażeni, w huragan ludzkiej dobroci, polecielibyśmy aż do Tokio…Hiehiehie…No niestety aż tak dobrze się nie czuliśmy. Prawdę mówiąc, uśmiechy bardzo sympatyczne, ale po dłuższym czasie nie miały już większego znaczenia. Oczywiście nie zmieniliśmy się w cynicznych tetryków, a w naszej romantycznej skorupie nie powstało żadne pęknięcie, nic z tych rzeczy. Nadal czekaliśmy na księcia, na białym rumaku, ale wyobraźcie sobie, że pod Waszą zimną wieżą przejeżdża co chwilę jakiś baron czy inny hrabia, z hufcem zbrojnych, uśmiecha się do Was promiennie i krzyczy "Powodzeniaaaaa i nie przejmujcie się smokieeeem!". 

wp_20161110_10_37_02_pro
Jezioro Biwa. Dzięki częstym postojom, mogliśmy zobaczyć trochę Japonii 🙂

Postaliśmy trochę, poskakaliśmy, żeby się rozgrzać i w końcu zatrzymał się samochód, w którym dwóch gastronomów zasuwało w okolice Nagoi. Bariera językowa była w tym przypadku trochę mniejsza, ale raz, że pomogli trochę Hidetoshi Nakata i Shinji Kagawa (warto znać choćby dwóch piłkarzy z każdego kraju 😉 ), a dwa, że bardzo pomocny okazał się tłumacz google. Jakkolwiek tłumaczenie z japońskiego na polski nie wychodzi najlepiej, to zabawa jest przy tym przednia. Zostaliśmy na przykład zapytani, czy jesteśmy parą mężów, czy tylko dwoma facetami, podróżującymi razem. Ah te niuanse językowe.

wp_20161110_10_36_38_pro-1
Czasem trzeba przystanąć i zrobić romantyczne selfie 😉

Pogawędziliśy trochę w ten sposób o pracy, o jedzeniu o tym, co jedliśmy i dlaczego nie sashimi. Bardzo wszystkiemy się dziwili, entuzjastycznie reagowali na każdą udaną wymianę zdań i w ogóle super nam się jechało. Zapunktowaliśmy również tym, że wyznaliśmy iż jesteśmy fanami szermierki, a do Tokio jedziemy głównie po to, żeby w końcu zobaczyć na żywo japońskiego mistrza – Yukiego Otę. Ale się ucieszyli! Nie wiedzieli, że po igrzyskach Yuki skończył karierę, ale przecież mógłby wpaść do hali zupełnie przy okazji, prawda?

Dotarliśmy do kolejnego SA, na którym panowie wysadzili nas, a sami poszli na papierosa. W Japonii nie można palić na ulicach, w żadnym miejscu publicznym, więc nawet na wielkim parkingu, trzeba udać się do smoking-roomu. W takiejże to wędzarni nasi dobrodzieje zagadali do ludzi, czy ktoś nie jedzie w stronę Nagoi czy Tokio i nie ma ochoty podrzucić dwójki autostopowiczów, którzy są wielkimi fanami Yukiego Oty. Momentalnie znalazły się dwie koleżanki, Kyoko i Chika, które podjęły się wyzwania.

Po angielsku też nie mówiły zbyt dobrze, ale oznajmiły, że mogą nas zawieźć na SA, który znajduje się jakieś trzydzieści kilometrów za Nagoją. Miodzio. Dziewczyny były bardzo radosne, roześmiane i po krótkiej wymianie zdań między sobą, zagadały do nas. Na początku werbalnie, ale później również zdały się na translator. Okazało się, że szukają kogoś "przeprowadzającego się do Tokio, w książce z twarzami". Trochę zbaranieliśmy, ale zaproponowaliśmy, żeby tłumaczyły z japońskiego na angielski i od razu poskutkowało. Po prostu rozpowszechniły na facebooku informację, że jedziemy do Tokio (oglądać Yukiego Otę) i czy ktoś by nas nie przejął w drodze. Akcja zyskała więc wymiar krajowy.

wp_20161110_12_40_27_pro
Kyoko i Chika. Szalooone.  

Nikt chętny na nas się niestety w internecie nie znalazł, ale Kyoko i Chika nie poddawały się łatwo. Gdy dojechaliśmy na kolejny SA, najpierw zaczęły szukać rejestracji tokijskich, a potem łowić ludzi i wprost prosić o to, żeby podwieźli nas do Tokio albo w jego kierunku. Bo chcemy zobaczyć Yukiego Otę. Jedna para nawet im nie odpowiedziała, patrząc się tylko dziwnie, ale za to kolejny zapytany od razu się zgodził. Gościu ponad czterdziestoletni, w różowiutkim Subaru, w różowiutkich kroksach, z długimi blond włosami i złotym zębem. Po angielsku też ani w ząb (hłe hłe hłe). Powiózł nas jednak doskonale. Na japońskich autostradach, choć są na prawdę dobrej jakości, nie można przekraczać prędkości 100 km/h. Jednak nasz kierowca grzał dobrze ponad 130, dzięki czemu nadrobiliśmy trochę czasu.

wp_20161110_14_20_04_pro
Różowa torpeda

Ponieważ jechał sam i nie mogliśmy zajmować go rozmową przez translator, w ciszy podziwialiśmy piękne krajobrazy, a nawet zdrzemnęliśmy się zdziebko. Wysadził nas jakieś sto kilometrów od Tokio, więc byliśmy spokojni, że do mieszkania naszej gospodyni z couchsurfingu nie przyjedziemy o skandalicznej porze. W Tokio udało się bowiem załatwić noclegi na cztery noce – trzy u francuskiej studentki, Emmy, a jeden u Japończyka, Yonniego. Tym razem nie zostaliśmy przekazani kolejnemu kierowcy prosto do samochodu i musieliśmy, po zjedzeniu obiadu, znowu złowić coś sami. Tym razem odwróciliśmy tekturę na drugą stronę, gdzie dumnie prezentował się napis TOKYO. Byliśmy pewni, że w tak niewielkiej odległości od stolicy, ludzie będą się wprost zabijać w walce o to, żeby nas podwieźć. 

wp_20161110_14_51_26_pro-1
Kluchy, rosół, owoce morza – recepta na szczęście

Godzinę później musieliśmy zweryfikować nasze poglądy i chociaż widok na ocean mieliśmy całkiem niezły, zaczynało się już ściemniać, a to nigdy nie jest dobra wiadomość dla autostopowiczów. Nadzieja nie zaczęła nas może opuszczać, ale niecierpliwie przestępowała już z nogi na nogę. W tej właśnie chwili zatrzymał się rodzinny samochód, z bardzo rodzinną rodziną japońskich Japończyków.

wp_20161110_15_33_19_pro
Przed nami ostatni etap drogi do Tokio. 

Okazało się, że jadą do Tokio, do tej samej dzielnicy co my, a nawet tej samej stacji metra. Wspaniali ludzie! Dzieciątko nie było co prawda zachwycone naszym pojawieniem się, ale rodzice byli bardzo przyjacielscy. Zagadywał nas głównie on, czyli Osamu, bo ona prowadziła samochód. Sam powiedział, że jest DJem radiowym i dziennikarzem, który niegdyś grał na gitarze w zespole metalowym, a Polskę owszem kojarzy, bo jest fanem Behemota. Nie zdziwiliśmy się. Zdradziło go to, że był ubrany na czarno, miał długie włosy, brodę, niski, dudniący głos i różowe podkolanówki. Zaraz, co? Ah ten japoński eklektyzm!

Do Tokio dojechaliśmy bardzo sprawnie – niestety na obwodnicy i w samym mieście zaczęły się korki. Nie narzekaliśmy jednak. Siedzieliśmy wygodnie, rozmawialiśmy z Samem, który bardzo się ucieszył, że chcemy zobaczyć Yukiego Otę, ale "wydaje mu się, że ten już skończył karierę". Och nieee!  Wkrótce podjechaliśmy pod ich dom, pożegnaliśmy się serdecznie i zostaliśmy skierowani do najbliższej stacji metra. Stamtąd ruszyliśmy w stronę naszego lokum. Niestety używanie translatora w trakcie jazdy zużyło moją baterię, nawigacja ledwo zipiała i musieliśmy bardzo szybko znaleźć budynek, w którym mieszkała Emma. Wyszliśmy na powierzchnię i wystarczyła chwila zawahania, by pomocna Japonka zapytała się czego szukamy. Pokazaliśmy adres i chociaż nie wiedziała gdzie to jest, zaprowadziła nas do najbliższej budki dzielnicowego, który wyjął super-dokładną policyjną mapę i pokazał, gdzie mamy się kierować. Z małą pomocą miejscowego i kilku Holedrów, trafiliśmy za trzecim razem. Niech żyją miejscowi i Holendrzy!

Marek