Archiwum kategorii: Tajwan

Śpiewanie na Tajwanie, czyli do tanga trzeba sześciorga

101 sposobów na herbatę – Strzelanie i węże – Takie Tango po chińsku – Ukłon w stronę Japonii

Kolejne dni zleciały nam bardzo towarzysko. Magda i Jason to bardzo gościnni ludzie, a oprócz nas, schronienie u nich znalazła kolejna para couchsurferów – Nina oraz Sam. Belgijka i Brytyjczyk. Wspólnie schodziliśmy kawał miasta, wjechaliśmy kolejką linową na pobliskie wzgórze, gdzie mieliśmy okazję napić się herbaty parzonej i podawanej w tradycyjny sposób. Później chcieliśmy wjechać do Starbuckska, znajdującego się na 38 piętrze Taipei 101, ale okazało się, że było już zamknięte. Drugi co do wysokości budynek na świecie zobaczyliśmy więc tylko z zewnątrz i trzeba przyznać, że stanowi ładny widok. Przy okazji zobaczyliśmy też pomnik Su Yan Tsena. Ojca założyciela ustroju republikańskiego w Chinach, który czczony jest na równi przez komunistów i narodowców. Farciarz.

wp_20161106_16_02_07_pro
Herbata piękna, widoki pyszne.

Potem udaliśmy się na jeden z nocnych targów. W Tajpej jest ich kilkanaście i każdy z nich to wielki bazar, gdzie można kupić, zjeść i pograć. Do wyboru: strzelanie do balonów, strzelanie do tarczy, stawianie butelki do pozycji pionowej za pomocą sznurka, rzucenie kulami do celu i wiele, wiele innych. Można wygrać misia. Grać, nie graliśmy, ale za to zjedliśmy zupę na wężu. Niestety nic szczególnego. Sam rosół niezły, ale mięso…aż za delikatne. Alkohol z dodatkiem żółci wężowej też bez smaku. Mieliśmy pecha albo za dużo się nasłuchaliśmy przed podróżą. Tak czy owak wyprawa była bardzo udana (za wyjątkiem wspomnianej zupy) i choć wróciliśmy zmęczeni, to bardzo zadowoleni, że dane nam było poznać trochę miejscowego folkloru turystycznego. Jak dziwnie by to nie brzmiało.

wp_20161106_19_44_05_rich
Taipei 101 w pełnej, nocnej krasie. 

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i organizowanie sobie noclegów w Japonii. Bardzo ciężka robota. Japończyków jest bardzo dużo, ale są bardzo zapracowani i mają niedużo przestrzeni życiowej, więc wyszukanie odpowiednich osób zajęło nam cały dzień. Zdążyliśmy zjeść śniadanie i lunch, składające się ze śmierdzącego tofu (oczywiście) oraz omletu ze smażonymi ostrygami, a potem pochłonęła nas praca. Na szczęście mieliśmy dobre towarzystwo w postaci dwóch kotów syjamskich, które głośnym miauczeniem motywowały nas przy robocie. Do wieczora wysłałem chyba z dwa miliony próśb do japońskich gospodarzy, ale na koniec dnia przyszedł czas na trochę rozrywki. Skorzystaliśmy mianowicie z tego, że jesteśmy na Tajwanie, a ceny nie są kosmiczne i wybraliśmy się całą szóstką do karaoke baru.

wp_20161106_20_50_13_rich
Takie niby nieskomplikowane, a takie trudne…

Karaoke jest tu bardzo popularne, ale zabawa wygląda zupełnie inaczej niż tradycyjne śpiewy w polskich pubach czy klubach. Grupa przyjaciół wynajmuje bowiem pokój z odpowiednim sprzętem grającym i oprogramowaniem, bawiąc się tylko we własnym gronie, bez ryzyka publicznej kompromitacji, które wielu osobom potrafi odebrać odwagę. Co prawda ledwo się znaliśmy, ale trochę piwa i ogólny klimat w grupie zrobiły swoje. Niestety nie było bardzo wielu hitów, które gdzie indziej bralibyśmy w ciemno, ale za to Jason rozpoczął swój występ od chińskiej wersji piosenki…"Takie Tango". Okazuje się, że cover utworu Budki Suflera był hitem na Tajwanie i mówi o czymś zupełnie innym niż oryginał. W ogóle nie o tangu. Dalej poszło już z górki i śpiewom nie było końca. To znaczy był po 4 godzinach, ale przez ten czas wyśpiewaliśmy wiele piosenek i ogólnie bawiliśmy się setnie. Nawet kiedy rachunek okazał się wyższy niż zapowiadano ;).

wp_20161107_22_04_43_pro
Celine Dion we wraku Titanica by się przewracała, gdyby usłyszała…Brawurowe wykonanie "My Heart Will Go On"

Była to nasza ostatnia noc w Tajpej, bo rano musieliśmy sprawnie zebrać się na samolot do Osaki. Pożegnaliśmy się z Jasonem i z Magdą, pożegnaliśmy skacowane i śpiące powłoki, znane nam jako Samuel i Nina, a potem ruszyliśmy na lotnisko. Droga była długa, odprawa też, więc chyba pierwszy raz dotarliśmy do bramki w trakcie trwania boardingu. Zwłaszcza, że chińska firma, od której kupiliśmy bilety nie dała mi okazji do wykupienia dodatkowego limitu na bagaż rejestrowany, a miesiąc przed wylotem chciała za to więcej kasy niż przewoźnik tuż przed startem. No nie ważne. 

wp_20161107_15_35_23_pro
Omlet z ostrygami, czyli klasyczne śniadanie po tajwańsku.

Po wylądowaniu powitały nas niezwykle uprzejme uśmiechy japońskiej służby celnej oraz emeryci-wolontariusze, którzy sprawdzając nasze odciski palców, wypytywali o to skąd jesteśmy. Jeden z nich był kiedyś w Warszawie, ale zna tylko niemiecką nazwę miasta. Podejrzana sprawa…

Niestety nie udało się znaleźć nikogo, kto by nas przenocował przez dwie noce, ale za to zarezerwowaliśmy bardzo tani hotel. Jak na japońskie standardy oczywiście. Dodatkowym plusem było to, że dało się tam pojechać bezpośrednio z lotniska i nie musieliśmy się nigdzie przesiadać. W godzinę dojechaliśmy do hotelu, który stoi tuż przy stacji metra (pewnie dlatego taki tani). Recepcjonista, kłaniając się średnio co trzydzieści osiem setnych sekundy, wyjaśnił nam co i gdzie, a potem wręczył klucz do pokoju. Lokum było w zasadzie jednoosobowe, ale co tam, nie jesteśmy tacy znowu wielgachni, więc się zmieściliśmy. Family Mart, znany nam z Chin i Tajwanu, był pod ręką, a w nim gotowy ZUT – zestaw ubogiego turysty – suhi, jakaś kiełbaska, jakiś omlet, jakieś takie kuleczki z jakiegoś takiego mięsa. W każdym razie zestaw bardzo smaczny, podlany łykiem Sapporo Gold sprawił, że spało nam się nieziemsko. Rano ruszyliśmy na zwiedzanie i zaczęliśmy liczyć niewymuszone ukłony od wszystkich mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni – takie zadanie matematyczne dla niewychowanych Europejczyków. Ciekawe wielce ile tego będzie na koniec. Po odkłonieniu się recepcjoniście wyszliśmy zatem na jesienne, ale słoneczne ulice Osaki…

wp_20161108_21_45_06_pro
Całkiem niezłe jak na kupione w ichniej Żabce 😉

Marek i trochę Ania

Z wizytą u dyktatora i mała wspinaczka, czyli kolejne dni w Tajpej

Zmiaaaaanaaaa waaaaartyyyyyy – Uśmiech rzeźnika – Cuchnący przysmak – Zmiana lokum

Na drugi dzień zwiedzania Wicherek zapowiedział deszcz i postanowiliśmy poszlajać się po muzeach, spędzając większość czasu pod dachem. Same muzea nie były szczególnie ciekawe, a w Muzeum Sił Zbrojnych niewiele dało się zrozumieć z ekspozycji, ale za to działo się trochę w pierwszym punkcie naszej wędrówki po mieście. Odwiedziliśmy mianowicie memoriał Czang Kaj-Szeka i, siłą rzeczy, zobaczyliśmy znajdujące się tuż obok gmachy filharmonii i teatru narodowego.

wp_20161104_11_16_18_pro
Po prawej filharmonia, a po lewej teatr. Albo na odwrót.

Przy pomniku dyktatora odbywała się akurat uroczysta zmiana warty. Choreografia nie była może porywająca, ale nie ze względu na brak umiejętności żołnierzy, tylko na tempo jej przeprowadzania. U nas sprawa jest szybka i prosta. Krok marszowy nieskomplikowany, ale zadziorny, z przytupem. U Amerykanów na wzgórzu Arlington celebra jest większa. Żołnierze chodzą jakby się skradali i maszerowali jednocześnie, a inspekcja broni jest bardzo rzeczowa. Tutaj wartownicy ruszali się dynamicznie, ale przede wszystkim klatka po klatce, zamierając w kolejnych pozycjach. Wyjątkiem były oczywiście elementy musztry i inspekcja broni, która miała charakter mniej fachowy, a bardziej pokazowy. Całość dłużyła się w pewnym momencie niemiłosiernie i z ulgą przyjęliśmy ostateczną zmianę warty.

wp_20161104_11_04_55_pro
Chłopaki muszą trochę jeszcze poćwiczyć nad synchronizacją.

Mogliśmy po niej bliżej przyjrzeć się pomnikowi samego generalissimusa. Niestety nastąpi teraz mała wrzutka historyczna. Pan generał, czy też pan generalissimus, czy też pan prezydent, to postać wielce kontrowersyjna. Dla jednych bohater, dla innych krwawy tyran, dla trzecich pół na pół. Postać jakich w historii bardzo dużo. Brał udział w rewolucji, która doprowadziła do powstania Republiki Chińskiej, a potem, jako naczelnik Kuomintangu, starał się powstrzymać kontrrewolucję komunistyczną. Z małą przerwą na rozejm i wspólną walkę z Japończykami w czasie Drugiej Wojny Światowej. To ostatnie udało mu się bardzo dobrze, natomiast w wojnie domowej przegrał z kretesem (i komunistami). On i resztki jego zwolenników schronili się na Tajwanie, gdzie kontynuował chińską tradycję repub….znaczy chińską tradycję kultu jednostki. Rządził twardą ręką, przeciwników mordował lub więził i dopiero pod koniec jego rządów, a także na początku rządów jego syna, system zaczął zakręcać troszeczkę w stronę tego, który na Tajwanie panuje obecnie.

wp_20161104_11_18_34_pro
Pogoda nienajlepsza, ale pogoda ducha dopisuje 😉

Wracajmy jednak do teraźniejszości i pomnika prezydenckiego. Wielki posąg, generał w pozycji siedzącej. Patrzy na ludzi i…uśmiecha się dobrotliwie. Wygląda bardzo zażywnie (Stachu, potwierdź!) i aż chciałoby się podejść i przytulić. "Chodźcie dzieci!" – zdaje się mówić "Każdy Chińczyk to mój przyjaciel i wnusio, pod warunkiem, że myśli dokładnie tak samo jak ja, he heeee!". 

wp_20161104_11_14_52_pro
Tradycyjnie ubrany, skromny, uśmiechnięty, zapożyczony. Na zachodzie mówili o nim –  generał Cash My Check.

Dzień zakończyliśmy pyszną kolacją u naszych kochanych gospodarzy, a potem spacerem z ich psem – Teddym. W czasie przechadzki rozmowy różne, w czasie których idzie (idzie – ha ha ha) poznać naszych gospodarzy lepiej. Oboje urodzili się już na Tajwanie, ale ich rodzice pochodzili z kontynentu. Mają podwójne obywatelstwo, bo kilkanaście lat mieszkali w Belize, gdzie Jimmy nadal prowadzi jakieś interesy. Zarówno on jak i Grace są już na emeryturze, bo zajmują sobie czas wolontariatem w różnej postaci. W przyszłym roku będą na przykład pomagać przy obsłudze uniwersjady, która odbędzie się w Tajpej. Łasy na to jest zwłaszcza Jimmy, pasjami ogląda koszykówkę. Oboje lubią baseball, który na Tajwanie jest sportem narodowym. Przede wszystkim jednak to zapaleni podróżnicy, którzy nie tak dawno jeszcze byli w Polsce. Oczywiście bardzo smakowały im pierogi i kiełbasa. O trunkach nic nie mówili, bo nie piją alkoholu. 

wp_20161104_17_52_26_pro
Dobrze nas karmili, nie ma co!

Ostatniego dnia gościny zabrali nas o poranku na wycieczkę po okolicznych wzgórzach, by pokazać swój ulubiony szlak oraz całkiem ładną panoramę Tajpej. Niestety widoczność nie była zbyt dobra, ale wspinaczka się przydała, bo na śniadanie kazali nam zjeść kluchy na parze, nadziewane mięsem, a potem bułeczki ryżowe z nadzieniem sezamowym. Nie protestowaliśmy szczególnie ostro.

wp_20161105_09_59_25_pro
Obelisk Twardziela. Jak tu dotarłeś znaczy, że jesteść gość. Czterech gościów, czyli Anna, Grace, Jimmy i ja.

Zresztą po wyprawie zaprowadzili nas do knajpki, gdzie podawano prawdziwie chiński przysmak. Cuchnące Tofu. Tak to się nazywa, serio. W ogóle chińskie jedzenie nazywa się zwykle tak, jak się je widzi. Żadne tam szatobriandy, bezy pawłowej. Po prostu kluchy z tym i tym albo ryż z owym. Wracając jednak do tofu – rzeczywiście cuchnie. Kiedy stoi się na zewnątrz knajpy, wyziewy cuchną najbardziej. W środku tylko śmierdzi, a jak już zaczyna się jeść, to zaledwie nieźle daje. W smaku jest bardzo dobre i szybko stało się ulubioną przekąską Ani. Jimmy i Grace byli bardzo zdziwieni, że nam smakuje. Nie próbowali kiszonych, kiedy byli w Polsce. 

wp_20161105_11_25_48_pro
Naprawdę bardzo dobre i pożywne. Smród da się wytrzymać. 

Po powrocie do domu jedzenia ciąg dalszy. Ania podjęła się przygotowania pożegnalnego obiadu. Tradycyjne zestawienie. Mięso w panierce, puree, marchewka. Nie ma czasu na kaczkę z jabłkami 😉 Dołączyły do nas dwie córki Jennifer i Jessica, więc całość zniknęła w sprawnym tempie. Dziewczyny bardzo sympatyczne, ale nie zdążyliśmy się lepiej poznać, bo musieliśmy wychodzić i zmienić lokum. Jimmy i Grace nie mogli nas dłużej gościć, więc przez CS zdobyliśmy nocleg na trzy noce u Magdy i Jasona, pary polsko-tajwańskiej. Mieliśmy im dać znać z autobusu miejskiego (wszystkie mają WiFi), że wysiadamy przy umówionej stacji metra i jedziemy do nich. Niestety pech chciał, że w tym jednym autobusie nastąpiła awaria sieci, a potem nigdzie nie mogłem złapać darmowego internetu (jak na złość, bo on naprawdę jest prawie wszędzie), więc pojechaliśmy dalej, nie informując nowych gospodarzy, o tym gdzie jesteśmy i licząc na to, że złapiemy internet na miejscu. wp_20161105_08_12_28_pro
Teddy był smutny, że już sobie idziemy…

Na stacji nie ma netu. Zostawiłem Anię i plecaki przy wejściu do metra i popędziłem szukać. W McDonalnd's nie ma. KFC nie ma. Knajpa sushi nie ma. Starbucks! Jest! Nie, nie ma…A jednak jest! Napisałem szybką wiadomość, gdzie czekamy i wróciłem do Ani dokładnie w momencie, gdy Magda i Jason (dla pewności z koszulką z orłem w koronie i napisem "Polska") przyszli po nas, bo, jak powiedzieli, "oszacowaliśmy, że akurat powinniście przyjeżdżać". Prorocy jacyś czy co? 

Marek

Wyspa uśmiechniętych ludzi, czyli Tajwan

Jadźka, pomóc Ci?! – No to ci pomogę! – Podróż z tysiącem uśmiechów – Gdyby Chiny… – Świątynie wielu wyznań

Wiedzieliśmy, że Tajwan obejrzymy jedynie przez 6 dni i jak się następnie okazło przez cały ten czas żałowaliśmy, że nie możemy zostać przez 6 tygodni. O wyspie wiedzieliśmy raczej niewiele, potraktowaliśmy ją jako odpoczynek i tani postój przed Japonią. Zdecydowaliśmy, że te 6 dni poświęcimy na stolicę. Wszelkie wypady wgłąb wyspy kosztowałyby nas sporo wysiłku, a Chiny trochę nasze siły nadszarpnęły. 

wp_20161103_12_13_14_pro
Ania nadal czuła się jak disneyowska księżniczka, więc zaczepiała zwierzęta w parku.

Pierwsze trzy dni gościć nas miało małżeństwo: Grace i Jimmi – pokoleniowo bliższe naszm rodzicom niż nam, co na chousurfingu jest raczej nietypowe. Wylądowaliśmy na lotnisku w Tajpei, stolicy Tajwanu i ruszyliśmy do autobusu, zgodnie ze wskazówkami naszej gospdyni, zdobywając po drodze plan miasta i metra. Musieliśmy w mieście zrobić przesiadkę, by dojechać do punktu docelowego. Tajwan posługuje się językiem chińskim tradycyjnym, który w odróżnieniu od kontynentalnego chińskiego uproszczonego jest dużo bardziej skomplikowany w piśmie. Liczba kreseczek, kropeczek i daszków w pierwszej chwili przytłacza. Staliśmy zatem przez chwilę przy planie autobusu, szukając właściwego przystanku w gąszczu znaków. Ten krótki, bo kilkunastosekundowy moment zawachania wystarczył, by podszedł do nas młody Tajwańczyk. Płynną i ładną angielszczyzną zagadnął czy może potrzebujemy pomocy. Nieco zaskoczeni tak nagłą chęcią wsparcia zaczęliśmy tłumaczyć, że szukamy przystanku. Miły pan rozpoczął poszukiwania wraz z nami. Następnie spytał o adres, pod który zdążamy i odnalzał najbliższy przystanek. Stwierdził, że trochę będziemy mieli do przejścia, więc ona nas zawiezie taksówką i zaraz dodał, że ona stawia. Dziękowaliśmy jak najęci, a młody człowiek zapakował nas sprawnie do taksówki. Okazło się, że jest lekarzem w pobliskim szpitalu. Nie tylko zawiózł nas pod drzwi, ale zadzwonił do Grace – naszej gospodyni, żeby nas przekazać "do rąk własnych". Nawet nie zdążyliśmy się dowiedzieć jak ma na imię, na nasze podziękowania uśmiechnął się jedynie, powiedział, że drobiazg, nie ma sprawy i zniknął. Łał! Godzina na Tajwanie i już honor lekarzy świata został przywrócony (kirgiski neurochirurg, jak może Czytelnicy pamiętają zbrukał go swymi podstępami). 

wp_20161103_14_46_30_pro
Spacer brzegiem rzeki umilały nam rozliczne parki i insze, miłe zakątki.

Grace i Jimmi przyjęli nas z równą serdecznością, posadzili przy stole, pogadali, nakrmili pyszną kolacją. Wygodne łóżko było wspaniłym dopełnieniem obrazu. Rano wstaliśmy wyspani, w doskonałych humorach, a Grace przygotowała omlety na śniadanie. Nic tylko ruszać i zwiedzać Tajpei!

wp_20161103_11_12_37_pro
Ściana najwyższej mądrości w świątyni konfucjańskiej. No i jakiś mur, z malowidłem w tle.

Może zanim przejdę do dalszych przygód – kilka wyjaśnień na temat Tajwanu, bo jest to państwo bardzo wyjątkowe. W skrócie rzecz ujmując – Tajwan uważa, że jest właściwą Republiką Chińską, czyli krótko mówiąc – to są zdaniem Tajwańczyków prawdziwe Chiny. Rząd Chiński po prostu czasowo przeniósł się na Tajwan w związku z rebelią komunistów na kontynencie. Jak wiemy, to "czasowo" trwa już od ładnych paru dekad, a właściwie od ponad półwiecza. Tymczasem Chiny Ludowe nie uznają Tajwanu – dla rządzącej krajem partii komunistycznej Tajwan należy do Chin, czyli do nich i koniec kropka, nie ma o czym gadać. Nie ma o czym gadać do tego stopnia, że Tajwanu nie uznaje większość społeczności międzynarodowej. Przykładowo w Europie – jedynie Watykan. Mało tego – Komunistyczna Partia Chin zagroziła, że jeśli Tajwan oficjalnie ogłosi, że jest oddzielnym krajem, to Chiny podejmą wszelkie środki, łącznie z siłowymi, by szybciutko zmienili zdanie. Tajwan zatem nie ogłasza, choć pomysły by ogłosić, co jakiś czas się pojawiają. Obecna partia rządząca bardzo by tego chciała.

wp_20161103_11_15_11_pro
Chińskie świątynie buddyjske i konfucjańskie akademie nie wiele się od siebie różnią pod względem architektonicznym.

Zatem wszyscy wiedzą jak jest – Tajwan to odzielne państwo, ma odzielny rząd, podejmuje decyzej sam, w większości krajów ma placówki dyplomatyczne, choć nieoficjalne. Na Tajwanie jest demokracja, wolność słowa, wolność wyznania, nie ma blokad internetu, wojska na ulicach, prześwietlania bagażu w metrze. Wszyscy to wiedzą, ale by nie drażnić Chńskiego Smoka nikt tego nie przynaje. 

wp_20161103_12_05_29_pro
Smoki. Smoki wszędzie!

Tymaczasem wystarczy wyjść z lotniska w Tajpei, żeby wiedzieć, że już nie jesteśmy w Chinach Ludowych. Nagle wszyscy się do Ciebie uśmiechają. Nagle jeśli pierwsza zapytana osoba nie zna angielskiego, to druga, już tak. Nagle nikt nie pluje i nie smarka na ulicę, nie rzuca pestkami słonecznika gdzie popadnie. Nagle samochody nie chcą Cię przejechać, skutery potrącić, a sygnalizacja świetlna ma faktyczne znaczenie. Nagle w metrze czekają wszyscy grzecznie w ogonku aż wysiądą ludzie z wagonika, a potem wsiadają – nikt nikogo nie przepycha, nikt nikogo nie zgniata. Nagle miejsca dla osób uprzywilejowanych są puste, nikt na nich nie siada, a nawet jeśli, to starszej osobie ustąpi. Nagle widzisz czym byłyby Chiny gdybi nie rewolucja, nie komnunizm, nie Mao…

Może kraj by nie był tak wielki. To centralne sterowanie w końcu utrzymuje go w całości. Jednak wielkość nie zawsze mierzy się kilometrami kwadratowymi i z tego też nagle zdajesz sobie sprawę. Nie twierdzę, że Chiny Ludowe, które przecież gościły nas przez ponad miesiąc, nie są ciekawe, że jest brud, syf i bieda z nędzą – nic z tych rzeczy, wcale nie! Wystarczy jednak polecieć na Tajwan by poczuć różnicę, by dojrzeć co ponad pół wieku pod rządami komunistów może zrobić. Jakie są zmiany nawet nie w budynkach, miediach, zabytkach, czy w gospodarce, ale w ludziach. Bardzo pouczające doświadczenie, polecane zwłaszcza młodym.

wp_20161103_15_17_04_pro
Świątynia Longsheng w Tajpei.

Wracając jednak do naszych przygód – ruszyliśmy przez Tajpei zadowoleni, na każdym kroku stykając się z uśmiechami, życzliwością i pomocą, jeśli była nam takowa potrzebna. Postanowiliśmy w pierszym dniu zwiedzić świątynie w mieście. Zaszliśmy zatem do buddyjskiej, taoistycznej oraz konfucjańskiej, gdzie Marek postanowił spróbować jednej z sześciu konfucjiańskich sztuk – powożenia. W prawdzie w wersji elektronicznej – na ekranie komputera, ale i tak zaraz władował konia do wody ;). 

wp_20161103_11_41_24_pro
To była trudna jazda. Strasznie tępe bydlę. No i jest jeszcze koń.

Następnie świątynia boga miasta. Spacer wybrzeżem rzeki był ostatnim punktem dnia – na więcej już sił nie starczyło, ruszyliśmy zatem do Grace i Jimmiego, by spędzić z nimi miły, spokojny wieczór i spróbować przyrządzonych przez Grace przysmaków. Na kolację czekała nas ryba, wieprzowina w jakimś sosie, ostre pikle, gotowane pataty i oczywiście ryż. Pyszne, wspaniałe, nie mam słów. Odwidzięczyliśmy się deserem – znaleźliśmy bowiem w supermarkecie lody Grycana! Na serduszku jakby cieplej (a to przecież lody – buahahahaha..hahaha..haha…ha – M.) 

wp_20161103_18_08_19_pro
Rybcia palce lizać.

Ania