Archiwum kategorii: Hongkong

HK Disneyland Resort, czyli dlaczego z winy Marka nie obejrzeliśmy Hongkongu

Żegnajcie Chiny – Bajkowa niespodzianka – Juhuuuuu! – Hurrraaaa! – Jeeeeee!!!

Hogkong nie był w naszym pierwotnym planie wyjazdu. Podjeliśmy decyzję o odwiedzeniu go jeszcze w Kirgistanie, kiedy trasa przez Chiny ostatecznie się ukształtowała. Tak jak Makao, Hongonk jest specjalnym regionem administracyjnym, oddanym w 1997 roku przez Wielką Brytanię pod panowanie Chin z 50-letnim okresem karencyjnym. Spodziewałam się zatem ciekawego połączenia kultur i dużo zwiedzania. Mój podstępny Małżonek miał jednak inne plany…ale nie uprzedzajmy faktów.

wp_20161101_17_08_39_pro
Hazel kocha Szymborską. Poprosiła mnie nawet  bym przeczytał jeden z jej wierszy po polsku. Chyba mi się udało 😉

Wraz z naszą gospodynią w Hongkongu-Hazel pojechaliśmy pociągiem by ostatecznie i nieodwołalnie przekroczyć granicę Chin Ludowych. W sensie tą pewną, przez wszystkich uznawaną i niewątpliwą, bo z tym gdzie się Chiny kończą, a gdzie zaczynają można dyskutować (o tym więcej w następnym tekście o Tajwanie). Krajowi Środka zrobiliśmy pa-pa nie bez pewnej ulgi. Nie chodzi nawet o to, że różnice kulturówe i polityczno-organizacyjne nas zmęczyły choć pewnie, to także odczuliśmy. Poprostu zaczęliśmy tęsknić za odmianą, za innymi ludźmi, za nowymi, niespodziewanymi zwrotami akcji, za powiewem świeżości – takim, jaki ze smutkiem zostawiliśmy w Makao.

wp_20161030_18_41_42_pro
Jedzenie nie było powiewem świeżości, ale za to było bardzo świeże i pyszne. Kurczak i kaczka w jednym

Nostalgii zatem nie było, za to gdy zajechaliśmy z Hazel do jej mieszkania, wypiliśmy hongkonskie piwo (dobre) i zjedliśmy tradycyjną hongkonską kaczkę z pyszną, rumianą skórką, okazało się, że Marek ma coś do zakomunikowanie swojej małżonce. Otóż jeszcze w Kaszgarze, gdy stało się jasne, że Mongolia nas ominie, za to będzemy w Honkongu, zgadał się z naszymi Rodzinami i wspólnymi siłami wygospodarowali fundusze na dwa bilety do Disneylandu!!! Aaaaaaa!!! Mało nie zemdlałam z radości. Hazel, którą Marek siłą rzeczy musiał dopuścić do tajemnicy, miała niezły ubaw. Dla tych, którzy nie wiedzą – jestem wielkim fanem bajek Disneya, kolejek górskich i parków rozrywki jako takich. Tak się złożyło, że moi Rodzice gdym dzieckiem była jeszcze, zabierali mnie do takowych np w Danii i były rewelacyjne. Byłam nawet w Legolandzie. Każda kolejka górska to dla mnie wspomnienie dzieciństwa i wakacji z Rodzicami. Ale jakoś do Disneaylandu nie udało nam się nigdy zajechać. Jedno z marzeń mojego życia – zobaczyć zamek Śpiącej Królewny w fajerwerkach – miało się zatem spełnić.

wp_20161031_11_10_55_pro
Tyle miłości! 😉

Obcałowywanie męża, kicanie z radości, wysyłanie dziękczynnych wiadomości do całej Kochanej Rodziny w podzięce za piękny przedgwiazdkowy prezent zajęło mi kolejne 30 min. Później kazano mi się uspokoić, bo radosna grupa chciała w spokoju przy piwku obejrzeć na projektorze Hazel "Dzień Świstaka", co znacznie utrudniały moje piski i próby wykonania tańca wojennego Indian z "Piotrusia Pana".

wp_20161031_13_00_03_pro
Próbowałemł sił z Excaliburem już w 1992 roku. Wtedy się nie udało, a teraz…też się nie udało!

Następny dzień za to wolno mi było wszystko – bo kiedy przekracza się bramy Disnelandu, to wiek przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. A do tego Star Warsy stały się niedawno oficjalną częścią wytwórni Disneya!!! Juhuuu!!! Zdecydowanie dzień należy zaliczyć do najfajniejszych i najbardziej czarujących w moim życiu. Jazda na rollercoasterze, zdjęcia z Chewbaccą, Buzzem Astralem, pierwsza w życiu przejażdżka na karuzeli z kucykami (śmiejcie się, nic mnie to nie rusza :D), dom strachów, jazda w filiżankach a potem jazda na rollercoasterze, a potem jazda na rollercoasterze, a potem jazda na rolllercoasterze…a potem zobaczyłam jak fajerwerki otaczają zamek Śpiącej Królewny i rozpłakałam się jak dziecko…a potem jazda na rollecoasterze ;). Marek pomimo, że fanem kolejek górskich nie jest dotrzymywał mi dzielnie kroku, za co chwała mu i sława na wieki. Zwłaszcza, że musiał też wytrzymać mój szalony entuzjazm. Ale widziały gały co brały i wiedziały na co się pisały.

wp_20161031_11_31_29_pro
Niby szaleństwo w oczach, ale dopiero jak ja zakręciłem kółkiem, to zrobiło się ciekawie 😛

Obejrzeliśmy też częściowo dwie sławetne parady. Mieliśmy trochę szczęścia, bo akurat trafiliśmy dokładnie na Hallloween, więc najpierw Mickey ze swoimi kumplami przejechał w haloweenowych strojach, a wieczorem wyskoczyli disneyowscy antagoniści. Na każdym kroku rozdawano nalepki ze złymi królowymi i innymi okrótnymi i podstępnymi postaciami oraz słodkości w myśl hasła "Cukierek, albo psikus". Może się bali, że jak ci wszyscy dorośli, co tu przyleźli i bawią się w dzieciaki postanowią zrobić psikusy, to może być nieciekawie. W każdym razie parady choć z pewnością wielce zachwycające wytrzymaliśmy jedynie przez 10 min, bo tłum był srogi.

wp_20161031_10_55_30_pro
Szacun dla gościa za pozowanie! No i dla tego w kostiumie Astrala też.

Liczni zwiedzający to zdecydowany minus tego radosnego miejsca, ale z drugiej strony idąc do parku Disneya, nie możemy spodziewać się niczego innego. Cieszyłam się, że nie jesteśmy tam w sezonie i w weekend, bo stanie 20-30 min w kolejce jeszcze zniosę, ale jakby przedłużyło się ono do godziny, czy nawet dwóch, jak to podobno bywa w najgorętrzych miesiącach, to mógłby mnie jednak trafić szlag. Tak czy siak fajnie było się przez chwilę poczuć jak "turysta" nie jak "podróżnik" i być dopieszczanym. Bo obsługa parku jest tak wyszkolona, że właściwie nieba by Ci przychylili najchętniej. Muszą im chyba całkiem nieźle płacić, bo szczerzą się jak druchny na weselu i dają Ci poczucie, że choć zapłaciłeś, to nie jesteś tu klientem, tylko miłym gościem.

wp_20161031_15_10_25_pro
Dynia jak na paradzie, normalnie…

Zasuwanie od rana do wieczora po parku dało się jednak we znaki. Kiedy adrenalina opadła w pociągu wiozącym nas spowrotem do mieszkania Hazel, czułam, że następny dzień może należeć tylko do tych, w których się je i śpi na zmianę. Wiedziałam, że jeśli ruszę znów na miasto, będę latać i zwiedzać zabytki, to zmęczenie może po prostu zmienić się w jakąś wredną infekcję. 

wp_20161031_10_13_26_pro
Ania jeszcze przed wielkim otwarciem parku, ale już w zabawowym nastroju

Zostaliśmy więc następnego dnia w domu, śpiąc i gadając, i rozkoszując się wsponieniami. Bo czasami po prostu trzeba zrobić przerwę. Wieczorem Hazel przygotowała pyszną kolację, dodaliśmy od siebie makaron we włoskim stylu (polskich produktów nie udało się zdobyć). Nie zobaczyliśmy zatem Hongkongu wcale – z winy Marka i jego podstęnych knowań. I chyba nikt się nie dziwi, że nie mam mu tego za złe ;).

wp_20161101_20_44_03_pro
Jedzenie, jedzenie, kocham je szalenie!

Ania

Miasto pięciu kóz, czyli jak smakują gołębie

Kozy czy barany? – Zośka czy badminton? – Nad rzekę czy wyżerkę? – Wolimy korniszony! 

Oczarowani Makao i gościnnością Andre, nieco ociężale ruszyliśmy do granicy, by w Zhuhai kupić bilety na pociąg do Kantonu. Wszystko udało się nam bardzo sprawnie i już po niedługim czasie pędziliśmy na północ. Momentami nawet 200 kilometrów na godzinę. Dojechawszy na dworzec południowy, przesiedliśmy się w metro i wróciliśmy do przytulnego mieszkania Lulu, której jeszcze nie było w domu, ale że dała nam klucze, to nie musieliśmy czekać pod bramą osiedlową. Swoją drogą, gdy za pierwszym razem odbierała nas z ulicy, nakazała ciszę, gdy przechodziliśmy obok ochroniarza. Każdy Chińczyk przyjmujący pod swój dach obcokrajowca, ma bowiem obowiązek zameldować o tym fakcie na policji. Z naszych doświadczeń jasno wynika, że nikt tego nie robi, niemniej na strzeżonych osiedach trzeba się mieć na baczności.

wp_20161028_16_39_04_pro
Słynna, Czerwona Wieża w Kantonie. Jest w Kantonie. Jest czerwona. Jest wieżą. 

Lulu to bardzo pracowita dziewczyna i codziennie późno wracała z pracy, więc wieczory, poza ostatnim, spędzaliśmy w sosie własnym. Jeden dzień poświęciliśmy na przepierkę absolutną, a drugiego i trzeciego ruszyliśmy na miasto. Musieliśmy zostać dzień dłużej, ponieważ nasza gospodyni w Hongkogu, wracała do domu dzień później niż planowaliśmy. No bezczelna 😉  Po Kantonie spodziewaliśmy się bardzo dużo i być może dlatego trochę się zawiedliśmy. Nie było oczywiście źle. Piękny parki, piękne świątynie, a nawet jedna katedra. Niestety zamknięta na cztery spusty, więc mogliśmy zobaczyć tylko z zewnątrz. Potem udaliśmy się do miejscowego muzeum, które jest polecane przez przewodniki i ma opinię najlepszego w Chinach południowych. Hmmm. Wydaje mi się, że czasy gdy oferuje się tylko eksponaty w gablotach już minęły, a wiele więcej tam nie zobaczyliśmy. Opisy nienajlepsze, historia zarysowana przeciętnie. Zarówno w Urumczi jak i w Lanzhou było pod tym względem zdecydowanie lepiej. 

wp_20161028_17_04_52_pro
Ot koza! No i ten pomnik sławetny.

Humory poprawiła nam wycieczka do parku, w którym oprócz pięknej natury, mogliśmy zobaczyć pozostałości murów miejskich, słynną, Czerwoną Wieżę oraz symbol miasta, czyli Posąg Pięciu Kóz, zwany, nie wiedzieć czemu, Posągiem Pięciu Baranów. Zadowoleni, ale zmęczeni rozpoczęliśmy odwrót strategiczny, urozmaicony porcją pysznego sushi. Z przyczyn oczywistych, dużo tańszego niż w Polsce. Powrót do domu, regeneracja, bo następnego dnia, wiele się miało dziać. Po pierwsze, mieliśmy spotkać się z Qian. Qian, czy też Cathy poznaliśmy jeszcze w Warszawie, gdy przyjechała na parę dni z Newcastle, gdzie studiowała. Została wtedy u nas cztery dni i bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Niestety nie była pewna czy wróci do domu na nasz przyjazd, więc nie mogła nas ugościć, ale na kilka godzin stała się naszym przewodnikiem. Miło było zobaczyć znajomą twarz i miło było zostać trochę oprowadzonym. 

wp_20161028_18_10_03_pro
Sushi po kantońsku. Tanie jak barszcz po ukraińsku.

Qian zaprowadziła nas do bardzo uroczego parku, gdzie ludzie ćwiczą tai-chi, kung-fu, grają w badmintona albo w coś na kształt naszej "Zośki". Sprzedawca lotek do tej gry rozegrał ze mną nawet mały sparing. Godzina dziennie przez miesiąc i kopałbym tyłki ;). Z parku wyszliśmy głodni, a Qian postanowiła zaprezentować nam klasyczną kuchnię kantońską. Najpierw spróbowaliśmy zupy z kluskami ryżowymi i grzybami, a potem innej, rybackiej. Przepis na nią jest prosty. Ryż, trochę chrupkiego pieczywa i to, co akurat wpadnie człowiekowi do sieci. Nie jestem pewien, co wpadło tego dnia, ale było bardzo dobre. To nie był jednak koniec naszych kulinarnych doświadczeń. Otóż zjedliśmy gołębia. Hodowlanego, młodego gołębia, który smakował jak coś pomiędzy kurczakiem, a kaczką, czy może gęsią. W każdym razie był naprawdę pyszny. 

wp_20161029_15_37_05_pro
Mały powiew warszawskich wspomnień, czyli spotkanie po latach z Qian vel Cathy 🙂

Na koniec wycieczki z Qian odwiedziliśmy akademię konfucjańską, czyli świątynię ku czci pracowitości i wiedzy. Siedemnastowieczna budowla, a właściwie kompleks, prezentowała się naprawdę imponująco, a rzeźbienia przy bramach i na niektórych ścianach, były po prostu wspaniałe. Kupiliśmy jeszcze Ani farbę do włosów, a potem pożegnaliśmy się z Qian, by pojechać na dworzec wschodni i spotkać się z Hazel, czyli naszą gospodynią z Hongkongu. Okazało się, że akurat jest w Guangzhou i postanowiliśmy kupić wspólnie bilety na pociąg. Pierwszy raz nie musieliśmy przy tym okazywać dokumentów. Qian powiedziała nam przed rozstaniem, że powinniśmy wieczorem pójść nad rzekę, bo jest tam naprawdę pięknie, ale okazało się, że Lulu uda się wcześniej wyrwać z pracy i będziemy mogli się w końcu zintegrować. Zaproponowaliśmy, że zrobimy coś polskiego do wspólnej kolacji, ale nie mogliśmy znaleźć produktów w pobliskim sklepie, więc Ania skonstruowała sałatkę ziemniaczaną, bo jakimś cudem udało sie nam zdobyć korniszony.

wp_20161030_12_16_01_pro
Wieża w świątyni Banyan. Odnowiona, ale fundamenty mają prawie 1500 lat.

Wieczór upłynął nam przeto wesoło, a oprócz Lulu i nas, przyszły jeszcze: Emma i….Chyba nie zostaliśmy sobie przedstawieni. W każdym razie ma męża i dziecko we Włoszech, ale mąż i dziecko to też Chińczycy. Oprócz wspomnianej sałatki ziemniaczanej, na kolację spałaszowaliśmy sałatkę z małymi rybkami na ostro, ogórek w sosie sojowym na ostro, coś na kształt szpinaku i świeże krewetki. Do tego stopnia świeże, że żywe tuż przed wrzuceniem na patelnię. Wszystko było pyszne, sałatka Ani cieszyła się wielkim powodzeniem u chińskich dziewcząt, a wieczór upłynął nam bardzo miłych rozmowach o niczym i wszystkim. Dosyć wcześnie poszliśmy spać, bo Lulu należał się porządny sen po ciężkim tygodniu pracy, a my mieliśmy jeszcze plany przed wyjazdem z Kantonu.

wp_20161029_20_22_01_pro
Uśmiechy promienne, bo zaraz rozpocznie się uczta. I picie dobrego wina.

Z ciężkimi tobołami wyszliśmy z mieszkania dosyć wcześnie, by po drodze zobaczyć jeszcze świątynia Banyan, a potem z zapasem czasowym dotrzeć do dworca. Dobrze się stało, bo okazało się, że odprawa paszportowa po stronie chińskiej ma miejsce jeszcze przed wejściem do pociągu. Zdążyliśmy na pociąg w ostatniej chwili. Może przedostatniej, bo w ostatniej zdążyła Hazel. Pogadaliśmy sobie o życiu i śmierci, zdrzemnęliśmy się kapkę i nim się obejrzeliśmy, byliśmy w Hongkongu. No dobra i tak byśmy się nie oglądali, ale wiadomo o co chodzi. Hongkong powitał nas niezłą pogodą i pieruńsko drogą komunikacją miejską. Przynajmniej w skali dotychczasowych naszych doświadczeń. Szok cenowy nam się przydał, przygotował nas trochę do pobytu w Japonii, ale najważniejsze jest to, co czekało nas na miejscu. O czym napisze Ania w następnym odcinku 🙂

wp_20161029_20_20_04_pro
Pożegnalna kolacja u Lulu. Lu-lu-lubimy ją bardzo.

Marek