Archiwum kategorii: Chiny

Miasto pięciu kóz, czyli jak smakują gołębie

Kozy czy barany? – Zośka czy badminton? – Nad rzekę czy wyżerkę? – Wolimy korniszony! 

Oczarowani Makao i gościnnością Andre, nieco ociężale ruszyliśmy do granicy, by w Zhuhai kupić bilety na pociąg do Kantonu. Wszystko udało się nam bardzo sprawnie i już po niedługim czasie pędziliśmy na północ. Momentami nawet 200 kilometrów na godzinę. Dojechawszy na dworzec południowy, przesiedliśmy się w metro i wróciliśmy do przytulnego mieszkania Lulu, której jeszcze nie było w domu, ale że dała nam klucze, to nie musieliśmy czekać pod bramą osiedlową. Swoją drogą, gdy za pierwszym razem odbierała nas z ulicy, nakazała ciszę, gdy przechodziliśmy obok ochroniarza. Każdy Chińczyk przyjmujący pod swój dach obcokrajowca, ma bowiem obowiązek zameldować o tym fakcie na policji. Z naszych doświadczeń jasno wynika, że nikt tego nie robi, niemniej na strzeżonych osiedach trzeba się mieć na baczności.

wp_20161028_16_39_04_pro
Słynna, Czerwona Wieża w Kantonie. Jest w Kantonie. Jest czerwona. Jest wieżą. 

Lulu to bardzo pracowita dziewczyna i codziennie późno wracała z pracy, więc wieczory, poza ostatnim, spędzaliśmy w sosie własnym. Jeden dzień poświęciliśmy na przepierkę absolutną, a drugiego i trzeciego ruszyliśmy na miasto. Musieliśmy zostać dzień dłużej, ponieważ nasza gospodyni w Hongkogu, wracała do domu dzień później niż planowaliśmy. No bezczelna 😉  Po Kantonie spodziewaliśmy się bardzo dużo i być może dlatego trochę się zawiedliśmy. Nie było oczywiście źle. Piękny parki, piękne świątynie, a nawet jedna katedra. Niestety zamknięta na cztery spusty, więc mogliśmy zobaczyć tylko z zewnątrz. Potem udaliśmy się do miejscowego muzeum, które jest polecane przez przewodniki i ma opinię najlepszego w Chinach południowych. Hmmm. Wydaje mi się, że czasy gdy oferuje się tylko eksponaty w gablotach już minęły, a wiele więcej tam nie zobaczyliśmy. Opisy nienajlepsze, historia zarysowana przeciętnie. Zarówno w Urumczi jak i w Lanzhou było pod tym względem zdecydowanie lepiej. 

wp_20161028_17_04_52_pro
Ot koza! No i ten pomnik sławetny.

Humory poprawiła nam wycieczka do parku, w którym oprócz pięknej natury, mogliśmy zobaczyć pozostałości murów miejskich, słynną, Czerwoną Wieżę oraz symbol miasta, czyli Posąg Pięciu Kóz, zwany, nie wiedzieć czemu, Posągiem Pięciu Baranów. Zadowoleni, ale zmęczeni rozpoczęliśmy odwrót strategiczny, urozmaicony porcją pysznego sushi. Z przyczyn oczywistych, dużo tańszego niż w Polsce. Powrót do domu, regeneracja, bo następnego dnia, wiele się miało dziać. Po pierwsze, mieliśmy spotkać się z Qian. Qian, czy też Cathy poznaliśmy jeszcze w Warszawie, gdy przyjechała na parę dni z Newcastle, gdzie studiowała. Została wtedy u nas cztery dni i bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Niestety nie była pewna czy wróci do domu na nasz przyjazd, więc nie mogła nas ugościć, ale na kilka godzin stała się naszym przewodnikiem. Miło było zobaczyć znajomą twarz i miło było zostać trochę oprowadzonym. 

wp_20161028_18_10_03_pro
Sushi po kantońsku. Tanie jak barszcz po ukraińsku.

Qian zaprowadziła nas do bardzo uroczego parku, gdzie ludzie ćwiczą tai-chi, kung-fu, grają w badmintona albo w coś na kształt naszej "Zośki". Sprzedawca lotek do tej gry rozegrał ze mną nawet mały sparing. Godzina dziennie przez miesiąc i kopałbym tyłki ;). Z parku wyszliśmy głodni, a Qian postanowiła zaprezentować nam klasyczną kuchnię kantońską. Najpierw spróbowaliśmy zupy z kluskami ryżowymi i grzybami, a potem innej, rybackiej. Przepis na nią jest prosty. Ryż, trochę chrupkiego pieczywa i to, co akurat wpadnie człowiekowi do sieci. Nie jestem pewien, co wpadło tego dnia, ale było bardzo dobre. To nie był jednak koniec naszych kulinarnych doświadczeń. Otóż zjedliśmy gołębia. Hodowlanego, młodego gołębia, który smakował jak coś pomiędzy kurczakiem, a kaczką, czy może gęsią. W każdym razie był naprawdę pyszny. 

wp_20161029_15_37_05_pro
Mały powiew warszawskich wspomnień, czyli spotkanie po latach z Qian vel Cathy 🙂

Na koniec wycieczki z Qian odwiedziliśmy akademię konfucjańską, czyli świątynię ku czci pracowitości i wiedzy. Siedemnastowieczna budowla, a właściwie kompleks, prezentowała się naprawdę imponująco, a rzeźbienia przy bramach i na niektórych ścianach, były po prostu wspaniałe. Kupiliśmy jeszcze Ani farbę do włosów, a potem pożegnaliśmy się z Qian, by pojechać na dworzec wschodni i spotkać się z Hazel, czyli naszą gospodynią z Hongkongu. Okazało się, że akurat jest w Guangzhou i postanowiliśmy kupić wspólnie bilety na pociąg. Pierwszy raz nie musieliśmy przy tym okazywać dokumentów. Qian powiedziała nam przed rozstaniem, że powinniśmy wieczorem pójść nad rzekę, bo jest tam naprawdę pięknie, ale okazało się, że Lulu uda się wcześniej wyrwać z pracy i będziemy mogli się w końcu zintegrować. Zaproponowaliśmy, że zrobimy coś polskiego do wspólnej kolacji, ale nie mogliśmy znaleźć produktów w pobliskim sklepie, więc Ania skonstruowała sałatkę ziemniaczaną, bo jakimś cudem udało sie nam zdobyć korniszony.

wp_20161030_12_16_01_pro
Wieża w świątyni Banyan. Odnowiona, ale fundamenty mają prawie 1500 lat.

Wieczór upłynął nam przeto wesoło, a oprócz Lulu i nas, przyszły jeszcze: Emma i….Chyba nie zostaliśmy sobie przedstawieni. W każdym razie ma męża i dziecko we Włoszech, ale mąż i dziecko to też Chińczycy. Oprócz wspomnianej sałatki ziemniaczanej, na kolację spałaszowaliśmy sałatkę z małymi rybkami na ostro, ogórek w sosie sojowym na ostro, coś na kształt szpinaku i świeże krewetki. Do tego stopnia świeże, że żywe tuż przed wrzuceniem na patelnię. Wszystko było pyszne, sałatka Ani cieszyła się wielkim powodzeniem u chińskich dziewcząt, a wieczór upłynął nam bardzo miłych rozmowach o niczym i wszystkim. Dosyć wcześnie poszliśmy spać, bo Lulu należał się porządny sen po ciężkim tygodniu pracy, a my mieliśmy jeszcze plany przed wyjazdem z Kantonu.

wp_20161029_20_22_01_pro
Uśmiechy promienne, bo zaraz rozpocznie się uczta. I picie dobrego wina.

Z ciężkimi tobołami wyszliśmy z mieszkania dosyć wcześnie, by po drodze zobaczyć jeszcze świątynia Banyan, a potem z zapasem czasowym dotrzeć do dworca. Dobrze się stało, bo okazało się, że odprawa paszportowa po stronie chińskiej ma miejsce jeszcze przed wejściem do pociągu. Zdążyliśmy na pociąg w ostatniej chwili. Może przedostatniej, bo w ostatniej zdążyła Hazel. Pogadaliśmy sobie o życiu i śmierci, zdrzemnęliśmy się kapkę i nim się obejrzeliśmy, byliśmy w Hongkongu. No dobra i tak byśmy się nie oglądali, ale wiadomo o co chodzi. Hongkong powitał nas niezłą pogodą i pieruńsko drogą komunikacją miejską. Przynajmniej w skali dotychczasowych naszych doświadczeń. Szok cenowy nam się przydał, przygotował nas trochę do pobytu w Japonii, ale najważniejsze jest to, co czekało nas na miejscu. O czym napisze Ania w następnym odcinku 🙂

wp_20161029_20_20_04_pro
Pożegnalna kolacja u Lulu. Lu-lu-lubimy ją bardzo.

Marek

Krótki tekst o pogoni za słońcem, czyli Czangsza-Kanton-Makao

Kot na katar – Deszcz od dołu – Niewypał – Znowu słońce!

wp_20161022_16_18_25_rich
Zaczynamy od zdjęcia kota. Zdjęcie kota jest piękne. Kot jest piękny. Życie jest piękne! Życie to taniec! Życie to śpiew!

Zgodnie z złaożeniami mój katar ostatecznie zwalczyły w Czangsza koty naszej gospodayni Nancy. Było ich aż 5, więc doleczanie przeszło w tryb ekspresowy. Czangsza niestety za bardzo nie obejrzeliśmy, a to z kilku przyczyn. Po pierwsze pogoda. Tajfuny znad morzac wpływają również na pogodę w głębi lądu, a że jeden właśnie na wybrzeżu przemknął, to aura była nieciekawa. Nie było nawet zimno, ale deszcz…i to nie ulewny, nieee…po prostu był wszędzie. Jest taka scena w filmie "Forrest Gump", kiedy główny bohater opisuje swoje przeżycia w Wietnamie, i mówi, że był deszcz z góry, z boku, a czasem nawet z dołu. Tak właśnie się czułam w Czangsza. Czy to już deszcz, czy tylko wilogoć się unosi w powetrzu? Gdzie jest granica!? Aaaaaa!

wp_20161022_12_06_51_rich
Kot leczy Anię. Ania lubi kota.

Po drugie musieliśmy truchę odpocząć – zwłaszcza ja, po mojej infekcji – i zrobić niewielkie zakupy, zatem pierwszy raz od dawna centrum handlowe ucieszyło moje oczy. Wieczorem mieliśmy nadzieję na obejrzenie fajerwerków. Jak reklamowała Nancy, te w Czangsza są podobno jednymi z najlepszych w Chinach. Wow, no to dawajcie, bo muszą być faktycznie super. Nic z tego! Poziom wilgotności powietrza niestety powstrzymał pokaz. Ostatecznie jedyne co w Czangsza zobaczyliśmy to brzeg rzeki, całkiem z resztą ładny. No i dbała o nas Nancy, więc było bardzo miło :).

wp_20161022_20_30_10_pro
Koooooochana Nancy :). A rzeka naprawdę szeroka.

Nasz kolejny przystanek – Kanton, ale tylko na jedną noc. Jazda pociągiem tym razem nie dłużyła nam się wcale, ponieważ dzięki naszemy kochanemu przyjacielowi Krzysiowi mieliśmy dostępne odcinki nowego serialu HBO "Westworld" :D! Nasz nałóg serialowy został więc zaspokojony. Przynajmnej narazie. Kantoństka gospodyni Lulu zgodziła się na taki wybryk z naszej strony, że zanocujemy u niej, następnego dnia ruszymy do Mako na dwa dni i wrócimy na kolejne trzy. Po ośmiu godzinach jazdy zawitaliśmy do Kantonu, gdzie czekało nas wygodne łóżko u Lulu i dramtyczna zmiana temperatury. Od ponad tygodnia zasuwaliśmy w długich spodniach, bluzach, butach trekingowych i często również kurtkach przeciwdeszczowych. Teraz dogoniliśmy słońce i wysoką temteraturę. W Kantonie obecnie jest ok 30 stopni i parno jak cholera.

wp_20161022_11_42_13_rich
Śniadanie u Nancy. Trzeba przyznać, że dziewczyna jest nieodrodną córką swojej mamy.

Do granicy z Makao jedzie się szybkim pociągiem (ok. godziny). Rachu-ciachu, dwie kontrole graniczne i po niedługim czasie byliśmy poza granicami Chin. Prawie miesiąc! Miesiąc w Kraju Środka, gdzie niespodziewanie musisz wylać herbatkę, gdzie są piękne pandy i gdzie korzystanie z internetu doprowadza człowieka do szaleństwa. Ponad 8000 km. Zrobiliśmy to, serio, przejchaliśmy przez Chiny – z jednego końca na drugi. Oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że to taki bardziej symboliczny niż faktyczny przejazd "przez całe Chiny". Że ledwo liznęliśmy chińskiej kultury, że nie zobaczyliśmy nawet setnej części tego wielkiego i różnorodnego kraju… A jednak dumna jestem z siebie niesłychanie. Oczywiście również z mojego Szanownego Małżonka. Z nas, bo razem jesteśmy w tej niezwykłej podroży i razem pokonujemy przeszkody.

wp_20161026_16_08_10_pro
Gongbei Port, czyli główne przejście graniczne dla pieszych  między Chinami, a Makao. 

Makao przywitało nas otwartym połączeniem internetowym, słońcem i deszczem jednocześnie. Póżniej dawało już tylko słońce i lekką bryzę znad oceanu oraz lekkie bryzy z każdego domu i sklepu, bo klimatyzacja jest w Makao rzeczą jak najbardziej konieczną. Udało się w każdym razie – dogoniliśmy słońce! Dłuższy tekst o słonecznym Mako już w krótce!

wp_20161024_16_25_24_pro
Portas do Cerco. Ania siedzi w starej bramie graniczne i korzysta z darmowego wi-fi. Niebo błękitne.

Ania

 

Jednak zwykle jest wesoło, czyli Kunmingu odsłona druga

Austin i Alian na ratunek – Cztery sery – Zjedliśmy wszystko – Wywieźliśmy się na leżący

W Salvadorze spędziliśmy sporo czasu, korzystając z potężnego wi-fi, a także z kibelka.W nim jednak możliwości były ograniczone:

wp_20161018_12_59_51_pro

wp_20161018_13_00_46_pro

Z Austinem umówiliśmy się w piekarni, w której szefuje jego dziewczyna, Alian. Dotarcie tam zajęło nam sporo czasu, bo przybytek znajduje się w ciemnej, wąskiej, krętej uliczce, której nie są w stanie umiejscowić nawet umiejscowieni miejscowi. Po kilku próbach poprosiliśmy Austina o pisemne instrukcje dla przygłupów i po dwóch kolejnych próbach trafiliśmy bez pudła ;). Austina jeszcze nie było, ale za to przywitała nas Alian, która pochodzi ze wschodniego wybrzeża Chin, rzut beretem od Tajwanu. Pogadaliśmy sobie trochę o naszej podróży, o dziwnej sytuacji z Heather, o piekarni, o ogórkach kiszonych. Pełen przekrój. Sama piekarnia nazywa się "As you like" i serwuje doprawdy przepyszne sałatki, pizze i ciasta. Kuchnia nie za bardzo chińska, ale kogo to obchodzi, kiedy wcina quattro formaggi? To najpopularniejsza pizza wśród obcokrajowców, bo Chińczycy generalnie nie lubią żółtego sera. Ma dla nich bardzo nietypowy zapach i smak, a pleśniowy to już w ogóle fuuu i ochyda. Mamy remis, bo niektóre odmiany cuchnącego tofu też pewnie by mi przez gardło nie przeszły. 

Austin dołączył do nas po jakimś czasie. Chudy, brodaty, szeroko uśmiechnięty Kalifornijczyk, którego nie sposób było nie polubić. Podpasowaliśmy sobie poczuciem humoru, więc cała nasza czwórka w najlepszych nastrojach powędrowała z piekarni, przez kampus uniwersytecki, do przytulnego mieszkania naszych gospodarzy, mieszcącego się na 27 piętrze. Powitali nas wietnamskim piwem, a rozmowa toczyła się dalej. Od paraliżu przysennego (trzeba było wytłumaczyć Alian kilka demonicznych koncepcji) do władzy w Chinach. No właśnie – w końcu. Trafiliśmy do domu, gdzie można było absolutnie szczerze porozmawiać i nie bać się zadawania pytań. I nie dotyczyło to tylko Austina, ale również Alian. Powiedzieli o kontrolach w internecie, o wielkim stopniu inwigilacji prywatnej korespondencji, o ludziach znikających w dziwnych okolicznościach, o tym, że pod płaszczykiem tolerancji, większość religii jest gnębiona. Ot na przykład w czasie ramadanu stałą zagrywką szefów jest zapraszanie pracowników na rozmowę i częstowanie herbatą. Jeżeli pracownik wzbrania się przed wypiciem, ciach, i jest ekspracownikiem. Zwłaszcza w Junnan jest to spory problem, bo mieszka tu pół miliona muzułmanów, którzy nie należą do innej grupy etnicznej. Pomimo kilku poważniejszych tematów cała rozmowa była dla nas wielkim odpoczynkiem psychicznym. Konwersacja niewymuszona, na naszym poziomie abstrakcji – miodzio 🙂

wp_20161018_23_57_05_pro
Nawet jeśli  rozmowa schodziła czasem na cięższe tematy, humory i tak dopisywały 🙂

W ogóle bardzo ciekawe było skonfrontować własne spostrzeżenia z obserwacjami Austina. Studiuje tutaj już kilka lat, dobrze zna język, zwyczaje, a myśli o pracy w konsulacie amerykańskim w Kantonie. Spośród kilku kwestii, które nam wyjaśnił, była ta najbardziej nas paląca. Otóż Chińczycy co chwila używają słowa, które brzmi jak nigga. Okazało się, że dosłownie oznacza ono tyle co "tamten", a dodatkowo używane jest jako najpopularniejszy przerywnik. Wstawiają go między słowa, gdy muszą nad czymś pomyśleć, kiedy szukają odpowiedniego określenia, a czasem po prostu z przyzwyczajenia. Nigga. Austin opowiedział nam historię, kiedy jeszcze w Kalifornii stał w kolejce sklepowej ze swoim chińskim znajomym. Ten rozmawiał przez telefon ze swoją mamą i kilka razy wtrącił rzeczony przerywnik do zdania, co natychmiast zwróciło uwagę czarnego jegomościa, stojącego przed nimi. Kolega musiał się naprawdę gęsto tłumaczyć 😉 Dowiedzielismy się też dlaczego Chińczycy, wpatrując się w nas uporczywie, sporo uwagi poświęcają naszym butom trekingowym. Otóż w tym kraju rzadko kto wędruje po górach. Zwykle ludzie dojeżdżają na miejsce, po czym zamiast wspiąć się na nogach, wjeżdżają kolejką lub samochodem. 

W Kunming wiele nie zobaczyliśmy. Niestety Ania, niemocą złożona oraz katarem, zaniemogła na parę dni. Odwiedziliśmy więc pobliski park, w którym znajduje się prawdziwy skarb, polecony nam przez Austina – buddyjska restauracja "all you can eat". Płacisz 8 zł i możesz jeść, i jeść, i jeść, i jeść. Pyszne, wegetariańskie specjały – palce lizać! Bierzesz michę i po cichu (nie można głośno rozmawiać przy nakładaniu) dodajesz do niej co raz to nowe dania, a potem repeta. Wszystko w całkiem przyjemnych okolicznościach przyrody. Ogród, staw, kaczki, ludzie ćwiczący tai-chi. Na chwilę nawet słońce wyszło.

wp_20161019_17_24_18_pro
Nawet chora, Ania zawsze znajdzie czas, żeby nacieszyć się jedzeniem 😉

wp_20161019_12_13_44_pro
One with everything

wp_20161019_17_25_05_pro-1
 

Sielanka nie trwała jednak bardzo długo, bo trzeba było podjąć decyzję. Co zrobić z Anią? Żłopała napar z imbiru i cytryny, zażywała chińskie lekarstwo od Austina (całkiem nawet smaczne), inhalowała się, ale poprawa była znikoma. Podjęliśmy decyzję, że trzeba ruszać dalej, do Czangsza. Tam czeka na nas Nancy i jej pięć kotów, które na pewno uleczą nas z wszelkich dolegliwości. W takim stanie 20 godzinna podróż na siedząco i w dymie papierosowym nie wchodziła w grę. Szybko zmieniliśmy nasze bilety na miejsca leżące. Odrobina luksusu od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nie bez żalu pożegnalismy się tedy z naszym dobrodziejem (Alian nie było już z nami, bo pojechała do Kantonu, zdobyć wizę amerykańską) i ruszyliśmy na dworzec. Tym razem nie musieliśmy się tłoczyć w ścisku, ponieważ wiedzieliśmy, że bagaż będziemy mieli przy sobie, w czteroosobowym przedziale. Miękkie łóżka, miarowy turkot pociągu i perspektywa długiego, niezakłócanego niczym snu sprawiły, że zasnęliśmy w ekspresowym tempie, a nad ranem Ania czuła się już zdecydowanie lepiej. Do Czangsza dojechaliśmy o 17, powitani przez chmury i deszcz, ale za to wypoczęci i w dobrych nastrojach. 

wp_20161021_16_36_03_rich
"Mówię ci kochana, jeśli podróżować, to tylko w taki sposób" 😉

Marek

Nie zawsze jest wesoło, czyli pierwsza odsłona Kunming

Pociągi pozornie są takie cudowne – Zgrzybiała poduszka – Wojna chińsko-rosyjska – Nowa nadzieja

Do Kunming, stolicy prowincji Junnan, jechaliśmy pociągiem kategorii "K", czyli z regularnie kursujących, tym o najniższym standardzie. Nie jesteśmy do końca pewni dlaczego, ale różnica była zauważalna. Zarówno in plus, jak i in minus. Pociąg zatrzymywał się na większości mijanych stacji, musiał ustępować tym nominalnie lepszym, a do tego jechał przez bardzo deszczową okolicę, więc podróż potrwała ponad 20 godzin. Kiedy wsiedliśmy do wagonu w Czengdu od razu zauważyliśmy, że w środku jest…czyściej. Trochę jakby więcej miejsca, toaleta o wyższym standardzie i nie tak usyfiona jak zazwyczaj. Ludzi też nie było zbyt wielu, więc w pewnym momencie mogliśmy się w miarę wygodnie wyciągnąć na siedzeniach i solidnie przespać.

wp_20161016_13_44_49_pro
Wsiąść do pociągu, ale nie byle jakiego, bo Cię nie wpuszczą.

Z drugiej strony byliśmy jeszcze większą atrakcją dla współpasażerów niż zwykle. Niektórzy przychodzili z innych wagonów, stawali obok nas, patrzyli się, zaczynali się śmiać i wracali do siebie. Ludzie gapili się na dosłownie wszystko co robimy. Wiązanie butów jeszcze nigdy nie było tak fascynujące. Nie mówiąc o tym z jakim napięciem wpatrywali się w nas, gdy otwieraliśmy nasze zupki, a potem zalewaliśmy wrzątkiem, a potem, o zgrozo, zaczęliśmy je jeść. Mam wrażenie, że nie chodzi tylko o to, że nasza skóra jest jaśniejsza, oczy inne, ubrania dziwne. Wydaje mi się, że ta inność kontrastuje z tym, że jedziemy akurat tym pociągiem, że nie lecimy samolotem, że jemy dokładnie takie samo jedzenie jak oni, a przecież jesteśmy inni. Może o to chodzi.

wp_20161017_07_31_09_pro
Hit poranka, czyli Marek wcinający coś na kształt kapuśniaka. 

Minusem był też fakt, że nikt nie przejmował się zakazem palenia. Początkowo wychodzili do łącznika, ale potem ktoś zapalił, siedząc na swoim miejscu i zaczęło się. Całopalenie. Solidny sen i przepiękne widoki za oknem wynagrodziły nam jednak stan uwędzenia. Jechaliśmy przez góry, więc często gościliśmy w tunelach wszelkiej maści, ale kiedy już mogliśmy pooglądać sobie widoki, oglądaliśmy z zapartym tchem. Wzgórza całe pokryte intensywną zielenią. Tak szczelnie, że skrawka ziemi spod niej nie było widać. Roślinność z wolna zmieniała się na naszych oczach. Pojawiły się palmy bananowe, uprawy herbaty, kilka mniejszych, tarasowych upraw ryżowych. Pola i poletka uprawne pouciskane wszędzie gdzie tylko się da, po obydwu stronach rzeki …, która wije się malowniczo wśród zielonych gór. Niestety tym razem okno było konkretnie ufajdane, więc pomimo najlepszych chęci zdjęć się za bardzo robić nie dało. 

wp_20161017_07_33_05_pro
Krajobraz za oknem przebija się przez błoto na szybie.

Nasza gospodyni, Heather (nie wiemy jak się naprawdę nazywa), miała być w domu o 11, więc poradziła nam jechać do siebie bezpośrednio z dworca. Pociąg spóźnił się prawie dwie godziny, więc nie martwiliśmy się, że przyjedziemy za wcześnie, ale mimo wszystko przyjechaliśmy za wcześnie. Dotarliśmy po 13, a jej nadal nie było w domu. Na szczęście drzwi otworzył nam inny couchsurfer, który akurat się u niej zatrzymał. Nic na ten temat nie wspominała (zwykle powinno się to zrobić), ale też nie bardzo nam to przeszkadzało. Igor jest Rosjaninem, ale bardzo dobrze mówi po polsku i zjechał kawał naszego kraju, a także studiował rok na UW. Pogawędziliśmy więc bardzo przyjemnie, czekając na Heather.

Mieszkanie było spore, mieściły się w nim trzy sale lekcyjne (wiedzieliśmy, że jest nauczycielką, ale nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieszkać w szkole 😉 ), jej pokój, kuchnia i dwa pokoje dla gości. Heather przybyła sporo spóźniona, no ale fryzjer – sami wiecie. Weszła do mieszkania, przywitała się z nami i praktycznie od razu poszła do swojego pokoju. Wyszła kilkanaście minut później, oświadczyła, że wychodzi, no i wyszła. Hm. Oczywiście na couchsurfingu jest tak, że gospodarz i gość nie muszą się jakoś straszliwie integrować, gadać godzinami i zajmować sobą nawzajem, ale tutaj mieliśmy do czynienia z czymś zupełnie nowym. Żadnych pytań, zagajenia, small talku, nawet zwyczajowego "how are you?". Poza tym otaczała ją jakaś dziwna aura. Inaczej tego nie ujmę. Przynajmniej na razie.

Po chwili dołączyła do nas jeszcze jedna couchsurferka, przeeeeeeurocza Rygina z Irkucka. Z miejsca zaoferowała nam makaron z jajkiem i warzywami, który właśnie kupiła dla siebie i Igora. Jedzenia było bardzo dużo, więc starczyło dla wszystkich. Rozmawialiśmy dalej o podróżach, o Chinach, o tym jak je postrzegamy jako obcokrajowcy, a w tym samym czasie rozglądaliśmy się nieco po mieszkaniu. Obok tablicy szkolnej wisiała rozpiska dni tygodnia po chińsku, a obok tłumaczenie na angielski. Kolejno: "Fucking day", "drugging day", "drinking day". Wybaczcie francuzczyznę. Interesujące podejście dydaktyczne i kolejny sygnał, że może jednak nie trafiliśmy najlepiej. Trzeci taki znak otrzymalismy bardzo wyraźnie, kiedy próbowaliśmy pościelić swoje łóżka. I znowu – gospodarz nie ma obowiązku zapewniać gościom pościeli, ale jeśli już decyduje się na to, lepiej żeby była wyprana i nie pokrywała jej pleśń. Tę zauważyliśmy również na ścianach. No zdarza się wiemy, ale poduszka z grzybem na poszewce, to już drobna przesada.

wp_20161017_18_18_36_pro
Makaron i małe piwo pozwoliły nam na chwilę zapomnieć o wątpliwościach dotyczących gospodyni. Do czasu.

Heather wróciła do domu po paru godzinach. Przyszły też dzieci, które odrabiały pracę domową, a w tym czasie ona miała czas trochę się z nami zapoznać. Z okazji owej nie skorzystała. Siedziała sobie w fotelu, zatopiona w komórkowym świecie, a na nasze próby zawiązania dialogu, odpowiadała bardzo lakonicznie, nie wykazując chęci do dalszej rozmowy. Czuliśmy narastający w nas dyskomfort, wyszliśmy więc, pospacerować po okolicy i wrzucić coś na ząb. Kiedy wróciliśmy, Heather nadal pogrążona była w przeglądaniu internetu i jakoś nie mieliśmy ochoty jej od tego odrywać. Siedliśmy na swoich łóżkach, otworzyliśmy piwo, a po jakimś czasie dołączyli do nas Igor i Rygina. Oboje mieli następnego dnia wyruszyć w dalszą drogę i oboje podróżować mieli autostopem. Nic dziwnego – znają język i łatwiej jest im się porozumieć z kierowcami. Pożartowaliśmy sobie, napiliśmy, podzieliliśmy się ciastkami, było dosyć błogo, do momentu, w którym do pokoju zapukała gospodyni.

W pierwszej chwili pomyślałem, że może nareszcie jakaś integracja, ale nie. Chodziło o to, że nazajutrz Heather potrzebuje pomocy. Zapytała  czy jedno z nas może, przed godziną 8, pójść w jakieś miejsce z jakimś nauczycielem, który miałby podpisać jakiś papier. My mielibyśmy tylko stać i wyglądać europejsko. Odpowiedziałem uprzejmie, że gdybyśmy nie mieli za sobą 20-godzinnej podróży, to pewnie bylibyśmy w stanie…Przerwała mi dosyć szybko i stwierdziła, że przecież nie musimy, ona nas gości z dobrej woli i nie musimy jej się niczym rewanżować. W rozmowę włączył się Igor, który chciał zażartować, odnosząc się do jakiejś sytuacji z przeszłości (znali się ponoć od dawna), ale to bardzo pogorszyło sprawę. Po kilkudziesięciu sekundach wywiązała się między nimi dyskusja, która następnie przerodziła się w zwykłą awanturę.

Siedzieliśmy we trójkę zażenowani, wysłuchując rzeczy, których naprawdę wolelibyśmy nie słyszeć, ale ostatecznie wyszło nam to na dobre. Kiedy Heather użyła kilku zwyczajnie rasistowskich argumentów, podjęliśmy decyzję, że rano ewakuujemy się do innej bazy. Napisałem (z bluzgającą Heather w tle) awaryjne prośby do innych couchsurferów w Kunming i na wszelki wypadek zarezerwowałem hostel, gdyby nikt nie odpowiedział. W tym czasie sytuacja uległa wyciszeniu. Rygina wkroczyła do akcji i zawodowo (jest psychologiem) rozdzieliła strony, a potem pogadała z obojgiem na tyle skutecznie, że już się do siebie nie odzywali. W końcu nad ranem i tak mieli się już nie zobaczyć. Niestety Igor i Rygina wyszli bardzo wcześnie rano, więc nie mieliśmy okazji pożegnać się z nimi, a przez nerwową sytuację zapomnieliśmy (jak to my) cyknąć wspólnej fotki. Czekała nas natomiast rozmowa z Heather, w której musiałem bardzo dyplomatycznie wyjaśnić dlaczego chcemy zmienić lokum. Udało mi się całkiem nieźle i pożegnaliśmy się z uśmiechem oraz pełnym zrozumieniem. 

wp_20161018_10_19_43_pro
Nie zrobiliśmy zdjęcia awantury, ale za to jest fotka z pierwszego śniadania po opuszczeniu nawiedzonego domostwa.

Wolni od dskomfortu, pleśni i innych trosk ruszyliśmy na śniadanie. Nie ma jak micha ciepłych kluch w rosole z kaczki. To chyba była kaczka. Za to na pewno pracowała tam bardzo miła kelnerka, która koniecznie chciała zrobić sobie z nami zdjęcie. Nie mogła co prawda wybrać gorszego momentu, bo wyglądaliśmy jak strachy na wróble, ale z drugiej strony może o to jej chodziło. Zapomniałem Wam wcześniej napisać, czytelnicy nasi drodzy, przyjaciele kochani, źrenice naszych serc, że udało nam się znaleźć gospodarza zastępczego na couchsurfingu. Kalifornijczyk Austin, studiujący na miejscowym uniwerku, instruktor yogi i, jak zapewnił, bez grzyba na poduszkach. Mieliśmy cały dzień, więc podjęliśmy karkołomną próbę dotarcia w okolice uniwersytetu, zamelinowania się w kafejce z dobrym internetem i uzupełnienia braków na blogu w oczekiwaniu na wyznaczoną godzinę spotkania. Wspaniały Austin i jego cudowna dziewczyna Alian muszą jednak poczekać na swoje sceniczne wejście do naszego kolejnego wpisu.

wp_20161018_12_59_51_pro
W Salvadorze mieli rury starego typu, więc…No właśnie.

Marek

Hej dziewczyno, czyli jak Ania spojrzała na misie

Jedziemy zobaczyć pandy – Widzimy pandy – Jeszcze więcej pand – Mnisi badmintonisi

Sian pożegnaliśmy w radosnym nastroju, pomimo konieczności bardzo wczesnego wyjścia na pociąg. Za to znowu jechaliśmy w ciągu dnia. Ruszyliśmy do Czengdu, bo właśnie tam znajduje się jeden z ośrodków, w których można obejrzeć pandy wielkie. Do sprawy podchodziłam szczególnie entuzjastycznie z wielu powodów, ale jednym z kluczowych, przynam z lekkim wstydem, był ten, że pandy są słodziachne i straszliwie milutkie ;). Na mój entuzjazm z gatunku "dziewczynka w podstawówce" Marek wznosił wzrok ku niebiosom, za co ciężko było mi go winić, ale co tam (po prostu szukałem korzystnych znaków w przestworzach – M.). Czasem można sobie pozwolić na trochę szaleństwa, zwłaszcza jeśli ma się szansę zobaczyć tak rzadko spotykane zwierzę.

wp_20161013_05_41_05_pro
Wymarsz ze Sian, kurs – Syczuan.

W Czengdu pierwszy raz mieliśmy okazję pojechać chińskim metrem, które jest bardzo czyste, schludne i znakomicie oznaczone. Wszystkie instrukcje od kupna biletu, wsiadania i wysiadania na właściwej stacji, po przesiadanie się między liniami, a nawet ostrzeżenia, by nie potknąć się na śliskiej podłodze są idiotoodporne i do tego po angielsku. Bez problemu zatem dotarliśmy do mieszkania naszych gospodarzy – Lilly i Crisa – bardzo sympatycznego małżeństwa, z którym wymieniliśmy mnóstwo zabawnych uwag na temat trudności języków chińskiego i polskiego. Najpierw zatem ponarzekaliśmy, że znaki chińskie trudne, i dużo, i uczyć się ich wszystkich trzeba. Potem wytłumaczyliśmy mniej wiecej na czym polega odmina przez liczby, przypadki, rodzaje i czasy i obydwoje stwierdzili, że bardzo nam współczują i zasadniczo powinniśmy dostać medale za dzielność. Przy okazji integracji międzykulturowej odmienialiśmy dla naszej gospodni słowo kot, bo kolekcjonuje ona karteczki właśnie z tym wyrazem w różnych językach. Sama posiada aż trzy kotki, z których jedna ewidentanie uznała Marka za najlepsze miejsce na spoczynek i wogóle bardzo się z nim zaprzyjaźniła.

wp_20161014_19_02_17_pro
Kot, kot. Pani matko, kot, kot…

Następnego dnia ruszyliśmy, zgodnie z planem do Chengdu Research Base of Giand Panda Breeding. Przyznać trzeba, że centrum jest na prawdę warte odwiedzenia i to nie tylko ze względu na "słoooodkie pandy". Teren bazy rozrodu czarujących niedźwiadków (że niby pandy to magowie? – M. )jest przygotowany z zachowaniem na prawdę wysokich standardów, a co za tym idzie zarówno jego zwierzęcy mieszkańcy, jak i odwiedzający je goście odczuwają jedynie radość ze współprzebywania. Cały teren obejmuje na prawde piękny park, w którym dominują drzewa bambusowe – ulubione pożywienie pand. Miejsce jest też odpowiednio przystosowane dla turystów, nawet tych najmłodszych. Język angielski znajdziemy na wszystkich tablicach informacyjnych. 

wp_20161014_11_21_15_pro
Park piękny i całkiem smaczny.

Oprócz pandy wielkiej i pandy małej (a właściwie pandy rudej) można tu również spotkać w sezonie letnim wiele odmian motyli oraz różne gatunki ptactwa, w tym czarne łabędzie. Spotkanie z pandą było doprawdy wspaniałym przeżyciem. Zwłaszcza, że właśnie w listopadzie urodzone w okresie wiosennym młode są na tyle duże, że można je już oglądać na wybiegu. W prawdzie maluchy jeszcze intensywniej kultywują tradycję starszych osobników i zasadniczo cały czas śpią, ale słodkości nie można im odmówić. Awwwwwww ;). 

wp_20161014_11_22_01_pro
Ania udaje, że obchodzi ją coś poza pandami, więc zdjęcie z czarnymi łabędziami musi być 😉

Jednak gdy poczyta się jak żyje panda wielka, zaczyna się zachodzić w głowę jak to się stało, że nadal mamy ich jeszcze tyle na świecie. Otóż moi drodzy: zwierzak jest zasadniczo mięsożercą, ale żywi się głównie bambusem. Ponieważ ma żołądek mięsożercy musi tego bambusa wcinać olbrzymie ilości, a przyswaja raptem kilkanaście procent. Zatem ok. 16 godzin spędza na jedzeniu i faktycznie, pandy, które widzieliśmy i które akurat nie spały futrowały się bambusem z prawdziwym upodobaniem.

wp_20161014_11_50_28_pro
No sami powiedzcie – futrują czy nie futrują? Futruuuują.

Jak się żre przez większość dnia, a i tak nic z tego za bardzo nie wychodzi, to nic dziwnego, że nie ma się ochoty na takie nadzwyczajne działania, jak rozmanżanie. Panda wielka kopuluje raczej niechętnie, a w dodatku przez swoje maskujące ubarwienie nie za bardzo ma jak wysyłać wabiące sygnały do partnera. Tak, tak, te cudne czarne plamy wokół oczu, nad którymi tak się wszyscy rozpływają, to dla pand swoisty i osobiście wyprodukowany "seksostop".

wp_20161014_11_43_48_pro
Zważywszy na talenta reprodukcyjne pandy, te maluchy to prawdziwe cudeńka natury 😉

Panda wielka jest też misiem-samotnikiem, lubi święty spokój i z rzadka wchodzi na teren innego misia, czy to samca, czy samicy. Jak już jednak nastąpi ten cud i pani panda zajdzie w ciążę, to zajmuje się tylko jednym potomkiem z miotu, a resztę zostawia na śmierć i nawet jej brewka nie tyknie. A jak już tego małego misia odchowa, to nieco zbyt wcześnie wyrzuca go z domu i większość młodzieży pada ofiarą drapieżników. No rany Julek! Ja na prawdę podziwiam naród chiński za to, że nie tylko uratował śliczne pandy od wyginięcia, ale zaczyna prowadzić ośrodki i rezerwaty przyrody, gdzie pandy żyją dziko. Czapki z głów!

wp_20161014_11_29_53_pro
Misie nie poruszają się może z wielką gracją, ale są za to słodkie i mechate. 

Panda mała, bardziej lubiana przez Marka, jest znacznie rozsądniejsza i trzeba przynać, również bardzo wdzięczna. Obserwowanie obydwu gatunków z bliska, czasem dosłownie na wyciągnięcie ręki, to na prawdę wielka przyjemność i szczerze polecam każdemu wizytę w bazie rozmnażania pandy wielkiej w Czengdu. Jak się okazało, można tam również spotkać starych znajomych ze szkoły. Marek nie został co prawda przez Weronikę rozpoznany, ale jak trafiliśmy na siebie drugi raz, to nie omieszkał się już przedstawić. Świat jest mały wśród pand wielkich.

wp_20161014_12_00_00_pro
Takie słodkie, czarujące i urocze…A, no i panda mała w tle 😉

Niestety następny dzień znowu powitał nas brakiem słońca – sytuacja od pewnego czasu dość męcząca. Lilly przytoczyła takie powiedzenie: "Kiedy w Czengdu zaświeci słońce, to psy zaczynają szczekać". Leżące w dolinie miasteczko jest prawie cały czas przesłonięte chmurami i mgłą, więc może faktycznie zaskoczone psy mogłyby zacząć na widok podejrzanego zjawiska przyrody ujadać. Pandom nie przeszkadza – one i tak albo jedzą, albo śpią. Nie przeszkadzało i nam, by zwiedzić piękną buddyjską Świątynię Wenshu z czasów dynastii Tang. Wspaniałe posągi, modlący sie ludzie, śpiewy i…mnisi grający w badmintona stanowiły ciekawą odmianę od wszystkich świątyń, jakie do tej pory widziałam. Do okoła przybytku pełno jest uliczek, gdzie można nabyć wiele pamiątek i skosztować lokalnych przysmaków łącznie ze skorpionami i szaszłykami z różnych innych robali. Nie chcieliśmy poddawać naszych żołądków pod taki test. Zostaliśmy przy pysznym daniu z indyka, na gorącym, syczuańskim półmisku. Znaleźliśmy też wielce czarującą piekarnię, tuż obok mieszkania naszych gospodarzy, gdzie można było zjeść bułkę z boczkiem! Wreszcie! Niech tam pandy wcinają swoje bambusy, ja ze wszystkich łakoci najbardziej lubię boczek! 😀

wp_20161015_13_05_54_pro
Interbuddyjski mecz badmintonowy? Poważna sprawa.

Ania

 

P.S. Pączka maczanego w świeżo roztopionej, białej czekoladzie Ania zjadła, nie bacząc na brak boczku 😛

 

Jeśli nie byłeś w Sian, nie byłeś tak naprawdę w Chinach, czyli ludzie z kamienia i czarujące dziewczyny

Pociąg do starożytnego miasta – Wieże i łakocie – Tłum wojowników, tłum turystów – Relaks z polskim akcentem

Do Sian pojechaliśmy pociągiem klasy Z, co oznacza, że miał takie same, twarde siedzenia, ale spomiędzy przedziałów nie dolatywały kłęby dymu tytoniowego, bo w Z-tkach jest już absolutny zakaz palenia. No i jechaliśmy szybciej. Luksus nad luksusy. Podróż odbywaliśmy w dzień, co też było znacznym plusem – nocne przejazdy jednak nie należą do najprzyjemniejszych. Tym razem nie zostaliśmy wzięci z zaskoczenia – wiedzieliśmy co nas czeka, więc głośne rozmowy sąsiadów, oglądanie filmów na pełen regulator, przejeżdżające co 15 minut wózki z jedzeniem i wszelkimi dobrami, oraz pan entuzjastycznie sprzedający paski do spodni, nie zrobili na nas aż takiego wrażenia. Pan z paskami udowadniał ich wytrzymałość wskazując, że są tak mocne, że nawet dorosły chłop się na nich powiesi i się pasek nie urwie…No nie wiem czy to tak do końca dobra rzecz. 

wp_20161010_19_28_33_pro
Wychodzimy sobie z dworca, jak gdyby nigdy nic, a tutaj mury, mury, mury.

Sian to stolica prowincji Szaansi. Miasto wielce starożytne, założone ponad 3000 lat temu, a co za tym idzie najstarsza ex-stolica Chin, siedziba wielu chińskich dynastii cesarskich, a także początek i zarazem koniec Jedwabnego szlaku. Istnieje zatem powiedzenie: "Jeśli nie byłeś w Sian, tak na prawdę nie byłeś w Chinach". Centrum miasta otaczają spektakularnie wielkie mury miejskie – częściowo pamiętające dynastię Ming, częściowo zrekonstruowane. Są tak obszerne, że odbywają się po nich wyścigi kolarskie. Co kilkadziesiąt metrów stoją wieże strażnicze z charakterystycznymi dla chińskiego budownictwa dachami. Właściwie ciężko wymienić wszystkie wspaniałości, w które obfituje Sian, bo są i pagody, i muzea, i różnego rodzaju zabytki. Skupię się więc na tym niewielkim (z konieczności) wycinku, który my obejrzeliśmy.

wp_20161010_21_09_45_pro
Mają rozmach…

Pierwszego dnia zajechaliśmy wieczorem, więc jedyne co mogliśmy zobaczyć, to światła Sian. Trzeba przynać, że są one niezwykle spektakularne – miasto lśni i błyszczy nocą, i nocą jest je bardzo dobrze zwiedzać, bo wszystkie zabytki również są podświetlane. Mury także – wszędzie blask i neony. Zrobiliśmy kilka zdjęć (niestety aparat kiepsko działa w nocy) tego przepychu i ruszyliśmy na spotkanie z naszą gospodynią. Kamila jest Polką, którą poznaliśmy poprzez Michała, którego, jak może nasi czytelnicy pamiętają, poznaliśmy w Kaszgarze. Kamila zgodziła się nas gościć przez 3 noce. Sama mieszka w kulturowej stolicy Chin już od 5 lat! Muszę przyznać, że budzi to mój nieskończony podziw, bo dla mnie różnice kultorowo-ustrojowe byłyby jednak zbyt duże. Kamila po prostu nas oczarowała – wspaniała, szalenie dowcipna i urocza dziewczyna. Dzięki niej w Sian czuliśmy się jak w domu.

wp_20161011_15_20_11_pro
Wieża Dzwonu. Taka od dzwonienia.

Następny dzień poświęciliśmy miastu. Po pierwsze postanowiliśmy przejść się do sławetnych wież, symboli Sian – Wieży Dzwonu oraz Wierzy Bębna – nazwy mówią oczywiście same za siebie – w jednej dzwon odzywał się swego czasu o świcie, a w drugiej bębniono na zachód słońca. Po drodze jednak wchłonęła nas uliczka, która stanowi prawdziwą gratkę dla miłośników kaligrafii. Można na niej dostać nie tylko piękne zwoje, wypisane wprawną ręką, ale również wszelki sprzęt konieczny do kaligrafii, a więc kamienie do tuszu, odpowiedni papier, pędzle od maleńkich, do wielkich niczym ogon konia.

wp_20161011_14_18_00_pro
Ania u wlotu (a może wylotu) ulicy kaligrafów i innych chytrych rzemieślników.

Nie daliśmy się jednak tak łatwo wciągnąć, choć faktycznie w Sian wiele uliczek wydaje się ciekawych, bo nawet zwykłe dzielnice, do których pod koniec dnia zawędrowaliśmy są dla obcokrajowca wielce egzotyczne i zajmujące. Ruszyliśmy zatem dalej na poszukiwania wież. Okazały się faktycznie piękne. Wrażenie potęgował fakt, że okoliczne budynki, nawet te najnowsze, zostały architektonicznie dostosowane do wyglądu zabytkowych. Mury, wieże, hotele, banki, sklepy, tworzą zatem harmonijną całość.

wp_20161011_15_39_26_pro
To z kolei Wieża Bębna. Taka od bębnienia.

Później postanowiliśmy zwiedzić ulicę muzułmańską. Nie wiem ilu na niej muzułmanów jest faktycznie, ale stoisk z jedzeniem – nieprzebrana ilość. Dla każdego smakosza to istny raj. Tanie i pyszne przysmaki, a do tego te zapachy, kolory, kucharze przygotowujący jedzenie na twoich oczach. Nie wiedzieliśmy gdzie się odwrócić, czego spróbować, bo ilość przysmaków jest tak wielka, że nie da się, pomimo najlepszych nawet chęci, chapsnąć wszystkiego. Smażone w różnych przyprawach tofu, wielkie sterty pokrojonych owoców, oliwki, sporej wielkości kalmary na patyku, ciasta, ciasteczka, szaszłyki…po prostu szaleństwo. Uliczka zatłoczona wszelkiej maści turystami. W końcu to trochę takie nasze Krupówki, tylko bardziej różnorodne kulinarnie.

wp_20161011_15_48_23_pro
Od razu zaznaczam – to nie są szczury, tylko kalmary pierwszej świeżości. Niemiec płakał jak wyławiał.

wp_20161011_15_44_04_pro
Owoce…Owoce, jak owoce.

wp_20161011_16_06_03_pro
Mięsa, desery, przekąski, zakąski, zdjęcia tego nie oddadzą. Kucharze oddadzą, jak im się zapłaci.

Następnego dnia trochę odespaliśmy i po południu ruszyliśmy do najbardziej znanej atrakcji, znajdującej się o godzinę drogi od Sian, czyli na spotkanie Armii Terakotowej. Składająca się z ok 7,5 tys. figur żołnierzy, na prawdę robi wrażenie. Wojownicy, według starodawnych wierzeń, mieli pomóc Pierwszemu Cesarzowi w życiu pozagrobowym. Musieli więc być solidnie przygotowani. Rzeźbiarze, trzeba przyznać, z zadania wywiązali się znakomicie. Każdy żołnierz jest unikalny, ma inną twarz, właściwą dla swojej jednostki zbroję i broń. 

wp_20161012_15_23_50_pro
Kamienne i przerażające ryje…No i armia z terakoty.

Muzeum składa się z 3 stanowisk archeologicznych. Armia została zakopana niedaleko grobowca cesarskiego, więc większość figur można oglądać jedynie z góry, zaglądając do olbrzymich dołów, w których cały czas trwają prace archeologiczne. Niektóre archeolodzy poskładali w całości i stoją w specjalnych gablotach. 

wp_20161012_15_27_29_pro
Rekonstrukcja. Chociaż wygląda trochę jak korporacyjny open space. Terakotowe pra-korposzczury?

Wiedzieliśmy, że Armia Terakotowa, to taki punkt, który trzeba w Sian zobaczyć – obowiązkowa sprawa. Niezwykły zabytek, wpisany na listę UNESCO, unikalny skarb, pomnik ludzkich możliwości, ważne wykopalisko archeologiczne. Nie zobaczyć go, to tak jak pojechać do Egiptu i bezczelnie pominąć piramidy czy Dolinę Królów. Jednak jego niezaprzeczalne walory wizualne, a co za tym idzie efekt i poczucie, że ogląda się coś wyjątkowego niszczy nieprzebrane mrowie ludzi. Tłumy są wielkie (choć przecież był to środek tygodnia, poza sezonem) i utrudniają oglądanie, zatem bardziej wiedziałam, niż czułam, że widzę coś wyjątkowego. Nie było dreszczyku emocji, który towarzyszy mi zawsze w takich chwilach. Armia Terakotowa zaspokoiła bardziej potrzebę umysłu, a nie serca.

wp_20161012_20_55_06_pro
Oooojojoooojjjj, jakie to dooobreeee. Normalnie pitoki z nieba lecieliiiii.

O potrzeby serca zadbaliśmy zatem sami. Po powrocie do mieszkania Kamili przygotowaliśmy dla niej i jej czarującej współlokatorki, Chinki Zoe, tradycyjny polski obiad. Na stół poszły kotlety a'la "schaboszczak" w panierce (zrezygnowaliśmy jedynie ze schabu na rzecz dietetycznego kurczaka), ziemniaki oraz surówka z marchwi. Kamila rzuciła się na jedzenie z radosnym okrzykiem: "schabowe!!!!". Zaserwowała pyszne, gruzińskie wino, którym podlaliśmy posiłek i w radosnych nastrojach siedzieliśmy, gadając przez cały wieczór. Może terakotowi wojownicy zaspokoili potrzebę umysłu, ale w kwestii pożywki dla duszy, Kamila i Zoe nie dały im szans :).

image2
Zdjęcie trochę pokręcone, podobnie jak chińsko-polska kompanija. Marek przez przypadek obraża Brytyjczyków.

Ania

Bao i Mao, czyli w stolicy kluch na wołowinie

Pociąg do algebry – Kacza zupa – Żółta rzeka – Czerwona wystawa

– Jedziecie do Lanzhou? Ale przecież nic tam nie ma, a do tego miasto jest strasznie zatłoczone i niezbyt ładne. No, mają najlepszą zupę z kluskami na wołowinie w kraju, ale poza tym… 
Usłyszeliśmy to od trzech osób i za każdym razem odpowiadaliśmy tak samo – musimy się gdzieś zatrzymać, bo dwadzieścia godzin jazdy to jednak dużo. Gdybyśmy mieli jechać dłużej, odpadłyby nam…uszy. Poza tym to stolica prowincji Gansu, więc na pewno jest tam coś, co warto zobaczyć. Albo zjeść – po takiej ilości baraniny, jaką zjadaliśmy do tej pory, wołowina z kluskami zabrzmiała całkiem przyjemnie.

wp_20161007_13_14_05_pro
Poczekalnia dworcowa w Urumczi. Jeśli w pociągu chcesz mieć bagaż nad głową, musisz być Januszem boardingu.

Po tradycyjnych, niezliczonych kontrolach, klapnęliśmy w zapchanym pociągu. Był to ostatni dzień święta narodowego, więc wielu ludzi wracało do domów razem ze swoimi tobołkami, pudełkami po czajnikach, walizami, wieszakami, dzieciakami i furą jedzenia. Czasami ma się wrażenie, że Chińczyk zabiera w podróż ze sobą cały dobytek oraz 20-kilowy worek ryżu – tak na wszelki wypadek. Tym razem nie mieliśmy żadnego komunikatywnego towarzystwa, więc byliśmy skazani na siebie. No i na gościa, który chodził po wagonach i sprzedawał różne rzeczy. Był to pierwszy pracownik kolei, który nie traktował pasażerów z wyższością, ale to logiczne, w końcu chciał im coś opchnąć. A do tego pokazywał nam sztuczki matematyczne. Takie mnożenie przez dodawanie. Szalenie zajmujące, a do tego chłopak naprawdę miał charyzmę sceniczną. To znaczy wagonową. Obserwowanie, jak próbuje sprzedać cudowny krem marki Biały Tygrys, na wszelkie dolegliwości stanowił zatem pewną rozrywkę.

wp_20161007_18_09_13_pro
Po każdym udanym działaniu przez wagon przelewała się fala braw.

Dwadzieścia godzin zleciało nam dosyć szybko. Chyba więcej niż za pierwszym razem udało nam się pospać, bo nikt nie prowadził dyskursów o Temudżynie. Dojechaliśmy zatem w znakomitych nastrojach, zwłaszcza, że udało się rzutem na taśmę znaleźć na couchsurfingu gospodynię, która zgodziła się przygarnąć nas na dwie noce. Posiedzieliśmy trochę w kawiarni, a następnie ruszyliśmy na przystanek autobusowy. Ciekawa sprawa – autobusy nie chodzą tu według rozkładu. Podjeżdża taki na pierwszy przystanek dla wsiadających, zabiera pewną pulę i rusza. Następny, zabiera kolejnych pasażerów i choćby upłynęły tylko trzy minuty, również rusza w trasę. Jeśli nie ma wystarczającej liczby, czeka aż miejsca się zapełnią. Jednak tylko te siedzące. Trzeba przecież zostawić miejsce dla ludzi na kolejnych przystankach. Cena biletu, podobnie jak w Urumczi i Kaszgarze – 1 juan.

Przez szyby autobusu spoglądaliśmy na kolejną chińską metropolię i rzeczywiście nie zobaczyliśmy nic szczególnego poza otaczającymi ją wzgórzami, na których czasem zamajaczyła się jakaś pagoda. Przez miasto przepływa Rzeka Żółta (zgadnijcie jaki kolor ma w niej woda ), a nad jej brzegami jest ponoć całkiem przyjemnie. Kiedy jest ciepło rzecz jasna. Ciepło niestety nam nie było, ale tak jak w przypadku Urumczi, tak i teraz, wielką pracę nad poprawieniem naszej kondycji psychofizycznej wykonali ludzie. Bao, bo tak nazywa się malutka Chinka, która nas gościła, jest przeuroczą dziewczyną, zapaloną podróżniczką i osobą bardzo entuzjastycznie nastawioną do świata. W ciągu tych dwóch dni nie mieliśmy okazji porozmawiać bardzo dużo, ale każda minuta złożyła się na szalenie przyjemne i bardzo wartościowe doświadczenie. Jej ukochanym miejscem w Chinach jest Tybet, do którego jeździ w miarę regularnie.

img_5735
Kochana Bao 🙂

Bao odebrała nas z przystanku i zaprowadziła na swoje osiedle. Już tutaj zrobiło nam się nieco weselej. Kiedy Justin przejeżdżał przez bramę do blokowiska, zatrzymywali go policjanci, sprawdzali bagażnik, bardzo skupieni i przez to niezbyt sympatyczni. Teraz, powitało nas dwóch starszych panów ochroniarzy, uśmiechniętych od ucha do ucha. Od razu poczuliśmy, że już nie znajdujemy się w regionie zapalnym kraju. Bao zapoznała nas z ciekawą paczką młodych ludzi, a mianowicie ze swoją siostrą, jej małżonkiem i ich kolegami. W prawdzie angielski nie królował w tej wesołej kompanii, więc rozmowa musiała być tłumaczona przez Bao, ale za to bardzo entuzjastycznie zostaliśmy zaproszeni na kolację i piwo. Dwa razy nie trzeba było nam powtarzać. 

Wyszliśmy niedaleko poza osiedle, gdzie znajomy Bao, prowadził restaurację, która serwowała przysmaki kuchni ujgurskiej, zwłaszcza różnego rodzaju szaszłyki; baranie, z kurczakiem, z pieczonym rdzeniem kręgowym, nerkami, grzybami, ciastem, ziemniakami. Chłopaki chyba próbowali nas zszokować tymi różnościami, bo przecież Europejczycy delikatni, zaraz się przestraszą i będzie się z czego pośmiać, ale jak się dowiedzieli o flakach, kaszance i czerninie, spasowali. Spróbowaliśmy też łazanek z wołowiną i papryką. Całkiem, całkiem. Chińskie piwo, choć słabe, bardzo do tego wszystkiego pasowało, a i rozmowa układała się zupełnie udanie.

Oczywiście rozmawialiśmy o jedzeniu, piciu, weselach, ślubach, zwyczajach, podobieństwach i różnicach między naszymi narodami. Wniosek generalny: bywamy bardzo podobni, ale również bardzo różni. Aaaaaa! Czacha rozsadzona. Szwagrowi Bao bardzo spodobała się koncepcja, że w polskiej tradycji to dziewoja ma wnieść posag w mężowy dom. Oni, biedaki, muszą za żonkę zapłacić. Na to Bao zwróciła mu żartem uwagę, że on to tam nic nie płacił i w ogóle to hańba i wstydzić się powinien. Swoją drogą okazało się, że siostra Bao, to nie siostra rodzona, ale cioteczna. Bardzo się wszyscy ucieszyli, że u nas na ciotecznych też mówi się per siostra/brat. Gawędziło się zatem bardzo sympatycznie, ale zmęczenie dało znać o sobie. Pożegnaliśmy zatem sympatyczną knajpkę z szaszłykami. O płaceniu za siebie nie mogło być mowy – znów nas nakarmili. Zaczynamy podejrzewać, że nas tu tuczą. Czyżby przy granicy z Hong Kongiem czekał na nas celnik z wagą?

wp_20161008_19_15_49_pro
Kluchy, krowa i papryczka chili. Nie dałem rady zjeść całego. Chcieliśmy zapakować na później, ale Bao zaprotestowała.

Bao wstała do pracy bardzo wcześnie, ale zostawiła nam klucz, także staliśmy się państwem na obejściu. Nie zamarudziliśmy zbyt długo. Pogoda była nie najlepsza, a my czuliśmy się tak sobie, więc zdecydowaliśmy się na wyprawę do muzeum. Wyczytaliśmy gdzieś, że jest warte odwiedzenia i rzeczywiście bardzo się nam spodobało. Oprócz ekspozycji na temat szlaku jedwabnego i historii samej prowincji, można było zobaczyć szczątki dinozaurów, mamutów, a także obejrzeć "Park Jurajski 3". Serio. Następnie wystawa ceramiki, kaligrafii, a także sztuki buddyjskiej, która zrobiła na nas na prawdę wielkie wrażenie.

wp_20161009_14_07_51_pro
Słodki Buddo!

wp_20161009_13_30_06_pro
Szlak by to trafił…

Na deser całe skrzydło poświęcone "Czerwonemu Gansu". Prowincja jest bowiem ważnym miejscem dla chińskich komunistów. Na jej wschodnich krańcach miało dojść do połączenia kilku armii rewolucjonistów, co zakończyło tzw. Długi Marsz i rozpoczęło nowy etap wojny z Kuomintangiem. Jak się pewnie domyślacie, zderzyliśmy się na tej wystawie, z cięższą i bardziej natchnioną propagandą niż dotychczas. To już nie tysiącletnie imperium, antyczny szlak handlowy, ale wydarzenia z XX wieku, które uformowały obecne państwo chińskie. Nie chodzi więc tylko o przekręcanie faktów, ukazywanie tylko jednego punktu widzenia, tylko o używanie mocnych, nacechowanych emocjonalnie słów i frazesów. Indoktrynacja pełną gębą i ciekawe doświadczenie historyczno-kulturowe. Ogólnie muzeum oceniamy na 4+ i zdecydowanie polecamy każdemu, kto przypadkiem lub rozmyślnie zabłądzi do Lanzhou.

wp_20161009_13_21_18_pro
Czeeeeeeerwoooono miiiii….

Kiedy myśleliśmy co by tu sobie sprawić na obiad, napisała do nas Bao i powiedziała, że jej mama zrobiła przypadkiem strasznie dużo pierogów, które ktoś musi zjeść. No trudno, mus to mus. Wtranżalaliśmy więc pierogi nadziane wołowiną, imbirem i czymś zielonym, a zagryzaliśmy grubymi kluskami o kwadratowym przekroju, podlanymi pikantnym sosem. Chcieliśmy kupić deser, ale Bao powiedziała, że mamy długą podróż przed sobą i musimy oszczędzać. I tak kupiliśmy. Nie zjadła. No, żesz kurka wodna…

wp_20161009_18_28_02_pro-1
Wcinaj pierożki, wcinaj…

Marek

 

Różne odcienie przyjaźni, czyli jak to w Urumczi wszyscy zgodnie żyją

Nie ma jak u mamy – Say no more – Kontrolowana przyjaźń międzykulturowa – Pobawimy się razem?

Kolej chińska jest punktualna i szybka. Taka prawda ogólna. Nawet najwolniejsze pociągi dojeżdżają do celu raz-dwa, biorąc pod uwagę jak wielkie odległości mają do pokonania. Te najszybsze i najbardziej komfortowe, na najlepszych trasach robią ponad tysiąc kilometrów w kilka godzin. My jednak więcej uwagi przykładamy do budżetu, a nie do czasu. Do Urumczi dojechaliśmy w związku z tym zmęczeni kilkunastogodzinną nocną jazdą. Kochana Nancy zabrała nas na szczęście do ciepłego i wygodnego mieszkania, gdzie jej wspaniała mama zrobiła pyszne śniadanie. W domu Nancy czuliśmy się bardzo swojsko i miło. Mama naszej koleżanki nie mówiła w prawdzie po angielsku, ale Nancy tłumaczyła. Po za tym bardzo łatwo było zrozumieć, że pani domu chce od nas tylko, żebyśmy jedli i jedli, i jedli, a potem coś przekąsili. Na prawdę wszystkie spotkane w tej podróży mamy uważają chyba, że w Polsce panuje głód ;).

wp_20161005_14_39_41_pro
"Skromny" obiad u mamy Nancy, czyli ujgurskie polu – ryż, warzywa, jagnięcina.
wechatimage636112585386894660
Zmęczeni i lekko przemarznięci z początku, tutaj już nakarmieni i radośni 🙂

Przedpołudnie spędziliśmy głównie na drzemce. Nancy ruszyła do Kaszgaru, a jej mama, obkarmiwszy nas po wręby (oprócz śniadania, kupiła nam również jagnięcinę na obiad) dopilnowała, byśmy zostali przejęci przez naszego gospodarza na dwa najbliższe dni – Justina. Ciekawostka – poznani przez couchsurfing Chińczycy przybierają na potrzeby gości spoza kraju łatwiejsze do zapamiętania i wymowy angielskie imiona. Justin okazał się wspaniałym gospodarzem: karmił nas, poił, woził, dawał wszelkie wskazówki, pomógł nam załatwić chińską kartę sim (wyzwanie nie lada). Wielkie są w każdym razie jego względem nas zasługi. Jednak nasze realcje mają być dokładne i prawdziwe, zatem…Na drzwiach Justina wisiała kartka z prośbami dla odwiedzających go z couchsurfingu gości. Większość oczywista – ot kwestie organizacyjne, które i my przekazywaliśmy czasem naszym surferom. Była jednak i taka, by nie podejmować dyskusji i nie wyrażać swoich negatywnych opinii na temat władz chińskich. Uszanowaliśmy. Raz, że to jego dom i jego zasady, a dwa, że pewnie się już w życiu nasłuchał, a samemu łatwiej narzekać, niż słyszeć to od obcokrajowca. Gospodarz może i u nas poprosić, i często tak bywa, by nie rozmawiać o polityce przy jego stole. Biorąc pod uwagę fakt, że byliśmy gośćmi w kraju, i w domu Justina, nie podejmowaliśmy tematu. Było z resztą tyle innych ciekawych kwestii, że nie kusiło nas jakoś bardzo…a jednak…wink, wink, nudge, nudge, say no more ;).

wp_20161005_21_52_13_pro
Restauracja, do której zabrał nas Justin (to ten pierwszy z prawej). 
wp_20161005_20_35_12_pro
A to jedno z dań, którym nas częstował. Wołowina w delikatnej panierce, delikatnie przyprawiona. Delikates 😉

Co do samego Urumczi – jest to wielka metropolia, stolica regionu Sinciang i największe miasto Chin zachodnich. Stężenie drapaczy chmur – olbrzymie, a nawet bloki mieszkalne mogą się do nich zaliczać, bo mają po kilkanaście, a nawet więcej pięter. Przykładowo, my mieszkaliśmy na "zaledwie" 17. W mieście wiele atrakcji, poza oczywistym faktem przebywania w chińskim mieście, nie ma. Ciekawe jest muzeum, które posiada w swoich zbiorach mumie ludzkie, zakonserwowane przez suchy klimat pustyni. Jedna z mumii kobiecych była ponoć niezłą laską w swoim czasie. Z resztą oceńcie sami ;).

wp_20161006_14_35_55_pro
Nieźle się trzyma jak na trzy tysiące lat

Muzeum przedstawia również analizę kultur i zwyczajów wielu grup etnicznych, które poprzez Jedwabny Szlak siłą rzeczy spotkały się ze sobą w tym regionie. Jak informuje muzeum, wszystkie te grupy współdziałały w pokoju i wzrastającej wzajemnej sympatii. Oczywiście dziś jest jeszcze lepiej i wspanialej, gdyby się kto pytał ;). Hmmmm…no ok, niech im będzie, że jest różowo, skoro tak być musi. Ciekawe jednak, że: do autobusów nie wolno wnosić żadnych płynów, nawet nasza niewinna herbata musiała zostać wylana, kontrole wszelkich bagaży i usuwanie z nich nawet zapalniczek z Hello Kitty odbywa się we wszelkich środkach transportu i budynkach publicznych (również w muzeach). A co najważniejsze, wszystkie te zabezpieczenia na prawdę mają swój sens. Nie obejmując szerokim rozważaniem sytuacji Ujgurów w tym regionie, bo po prostu się na tym nie znam, fakt pozostaje faktem – całkiem niedawno w Urumczi nastąpiły ataki na niewinnych cywilów, z których wielu poniosło śmierć. Bez względu na przekonania, których się broni, niezależność o którą chce się walczyć, jedno jest dla mnie jasne, takie ataki potępić należy. Zrozumiała jest też zatem wzmożona ostrożność miejscowych służb porządkowych. Przykra sprawa.

wp_20161006_16_56_49_pro-1
Miejska dżungla Urumczi

Wracając do weselszej nuty – całkiem ładnym miejscem w Urumczi jest także królujące nad miastem Czerwone Wzgórze, otoczone przez Park Hongshan. Wzgórze nie stanowi wyzwania alpinistycznego (nachylenie terenu mniej więcej jak w Łazienkach Królewskich), ale mieliśmy trochę trudności ze znalezieniem wejścia do parku. Zapytaliśmy parę młodych ludzi jak iść, a że dżentelmen znał kilka słów po angielsku i zasugerował byśmy poszli razem, wielce się ucieszyliśmy. Fakt, faktem, że swoją gotowość do towarzyszenia nam w czasie spaceru ujął w dość zabawny sposób: "We can play together!" połączone z wielce radosnym wyrazem twarzy :). W ogóle Chińczycy stosują angielskie słowa i zwroty dość frywolnie, często posiłkują się kalkami językowymi, co daje czasem komiczny efekt. Ot taka np tabliczka o tym, by nie niszczyć zieleni:

wp_20161006_16_52_41_pro
Poetycko dość

W każdym razie było to bardzo miłe nam towarzystwo, choć nie mogliśmy zbyt wiele uwag wymienić. Weszliśmy na szczyt wzgórza, gdzie znajduje się całkiem ładna pagoda. Największe wrażenie zrobiły na nas jednak góry. Urumczi leży bowiem u podnóża Tienszan. Trzeba przyznać, że ośnieżone szczyty górujące nad drapaczami chmur robią niesamowite wrażenie. Nasi przewodnicy byli tak mili, że zaprowadzili nas następnie na właściwy przystanek autobusowy i dopilnowali, byśmy wiedzieli czym i jak jechać. Znaki chińskie są bowiem tak skomplikowane, że znalezienie na tablicy z opisem trasy autobusu właściwego przystanku jest pewnym wyzwaniem. Obecnie chyba już nam lepiej idzie, choć do głowy by mi nie przyszło, żeby mówić, że cokolwiek z tego gąszczu linii i ogonków rozumiem. 

wp_20161006_16_57_08_pro
Urumczi jest jak ogr. Ma warstwy.

Ania

Jedwabny szlak na opak, czyli z Kaszgaru do Urumczi

Z ziemi chińskiej do Polski – Bezgłośni bandyci jezdni – Bileciki do kontroli! – Bileciki do kontroli! – Bileciki do kontroli!

Nadszedł następny raz, więc wypada napisać o tym, jak wdzięcznym miastem jest Kaszgar. Niestety relacja nie będzie tak obszerna, jak mogłaby być. Przekraczanie granic, duże wahania wysokości i być może ostatnie samsy, które zjedliśmy w Kirgistanie, sprawiły, że po pierwszej nocy w Old Town Youth Hostel musieliśmy przenieść się do hotelu o wyższym standardzie, gdzie mogliśmy wszystko wyżej wymienione odchorować. Szkoda, bo hostel był niesamowicie klimatyczny i roiło się w nim od ciekawych podróżników. Tradycyjnie spotkaliśmy również rodaka. Michał pochodzi z Kielc, studiował sinologię w Warszawie, a teraz postanowił przejechać na rowerze trasę z Xian do Polski. Udzielił nam wielu cennych wskazówek, a także przedstawił nas polskiej społeczności internetowej w Chinach. Nawet jeśli czasem możemy ponarzekać na pecha, to niezbyt długo 🙂

wp_20160929_10_19_45_pro
Michał – dzielny cyklista z Kielc. Otoczony przez trochę mniej dzielnych, ale jednak dzielnych nas.

Wróćmy jednak do samego Kaszgaru, czy też, jak mówią Chińczycy Han, Kashi. Wjechaliśmy do miasta po zachodzie słońca, więc pierwsze, co rzuciło nam się w oczy to iluminacja. Budynki podświetlone, rozświetlone, prześwietlone, naświetlone, główne ulice usiane lampionami i latarniami. Ruch uliczny bardzo niepoukładany dla niewprawnego oka turysty, ale pomimo pozornego chaosu nikt nikomu krzywdy nie robi. Samochody co i rusz zmieniają pasy, zdawałoby się na chybił trafił, piesi przechodzą gdzie się da, a w środku całej zawieruchy przemykają przerażające skutery. Idziesz pan sobie spokojnie ulicą, spacerując niby, a tu wyjeżdża ci taki jeden z drugim. Bezgłośnie, zza pleców, z boku, spod ziemi, z przestworzy. Przed tymi elektrycznymi mordulcami nie ma ucieczki. Na szczęście kierowcy bardzo uważają na pieszych i nie rozjeżdżają ich bezlitośnie.

wp_20161002_10_43_50_pro
Jedna z urokliwych i opanowanych przez ciche skutery uliczek w starej części Kaszgaru.

Swoją drogą sami piesi, gdy widzą turystę, również przełączają się na tryb "Uwaga, osoba specjalnej troski" i już pięć metrów przed zwiedzającym zwalniają, na wypadek gdyby ten w amoku zwiedzania miał stratować wszystkich na swojej drodze. Zamiaru takiego nie mieliśmy, bo, jako się rzekło, miasto wielce wdzięczne. Zwłaszcza stara, ujgurska jego część. Chińska jest nowoczesna na wskroś i nie ma w niej nic, czego już nie widzieliśmy lub nie zobaczymy w każdym innym mieście. Starówka natomiast, z wąskimi uliczkami, sklepikami, kuźniami i innymi zakładami rzemieślniczymi, straganami pełnymi owoców oraz aromatycznych przypraw zdecydowanie lepiej oddaje ducha szlaku jedwabnego.

wp_20161002_14_25_39_pro
Przyprawy, orzechy i wszelkie dobrości. Aż w nosie kręci.

Ducha tego na pewno nie oddają za to wszechobecne posterunki policyjne, patrole wojskowe i kontrole we wszystkich większych/ważniejszych przybytkach handlowych. Jest to niestety pokłosie ostatniej dekady, w czasie której nasiliły się ataki ujgurskich separatystów na Chińczyków Han. Nie będziemy tu przeprowadzać analiz, wskazywać przyczyn, czy silić się na wyciąganie wniosków. Sam pobyt tutaj nie otworzy nam oczu, ani nie rozjaśni w głowach. Z różnych względów, o których napiszemy za jakiś czas.

Po paru dniach rekonwalescencji i zwiedzania, przyszedł w końcu czas na to, by rozpocząć naszą żelazną drogę do Makao. Ponad 8000 kilometrów w trzy tygodnie, w tym pierwszy odcinek na trasie Kaszgar – Urumczi (ponad 1500 km), którego pokonanie zajmuje 17 godzin. Rozpocznijmy jednak od samego wjazdu na dworzec. Dotarliśmy tam autobusem miejskim (1 juan , czyli ok 60 gr za jeden przejazd) i musieliśmy przejść przez trzy punkty kontrolne, by dotrzeć do kasy biletowej, a potem jeszcze jeden, by usiąść w poczekalni. Na chińskich dworcach kolejowych panuje bowiem ład podobny do tego, który znamy z lotnisk. Bilet trzeba okazać już na wejściu do hali głównej, a tam należy skierować się do odpowiedniego sektora, gdzie znajdują się bramki wejściowe dla konkretnych pociągów. Mniej lub bardziej od siebie odgrodzone. Na 15-20 minut przed odjazdem bramki otwierają się i można, po powtórnym okazaniu biletu, przejść na peron, odnaleźć swój wagon, pokazać ponownie bilet, by w końcu usiąść lub położyć się na swoich miejscach. Kategorie biletów są różnorakie i zależą od klasy pociągu, ale zasadniczo dzielą się na: twarde siedzenia, twarde łóżka, miękkie siedzenia i miękkie łóżka. No i bilety stojące. Oczywiście ludzie nie stoją przez 1500 kilometrów jazdy, a raczej polują na miejsca, które są zwalniane przez wysiadających albo choćby tych, którzy idą zapalić do łącznika między wagonami. Bilety, oprócz tego, że sprawdzane są trzy razy przed wejściem do wagonu, kontrolowane są również przez konduktorów, a także przy wyjściu z dworca docelowego. Suma sumarum, przynajmniej pięć razy. Zastanawialiśmy się jak u kaduka ktoś miałby jechać na gapę przy takiej kontroli na wejściu, ale nic nie wymyśliliśmy.

wp_20161001_09_28_09_pro
Ostatnie śniadanie przed podróżą. Tofu z przyprawami, pieczona marchewka, pieczone, ale dość dziwne ziemniaki. Pycha.

Trzeba nam przyznać, że 17 godzin podróży znieśliśmy lepiej, niż się po sobie spodziewaliśmy. Miejsca nie mieliśmy co prawda zbyt dużo, a siedzenia nie były szczególnie wygodne, ale udało nam się parę razy zdrzemnąć, a głośne rozmowy sąsiadów przestały po pewnym czasie przeszkadzać. Rozmawiali po ujgursku, ale jeden temat udało się wyłapać. Chodziło o przywódców narodowych. Od Dżyngis-Chana do Mao Zedonga. Rozmowa musiała być diablo ciekawa, bo ludzie z całego wagonu (a może i z innych) zleźli się, żeby posłuchać. Nam udało się nawiązać kontakt z jakimś młodzieniaszkiem, który próbował zagadać po angielsku, ale w końcu przeszedł na translator internetowy. Jakoś to działało i okazało się, że młody ma piętnaście lat, lubi piłkę nożną (Messi, Ronaldo good!), koszykówkę i wyścigi samochodowe. Lubił również, kiedy jego młodszy brat strzelał do mnie i Ani z plastikowego pistoletu. Nawet po tym jak się poddaliśmy. Drań jeden.

wp_20161004_18_52_56_pro
Zdjęcie zrobione już z pociągu. Taki krajobraz towarzyszył nam przez setki kilometrów.

Czas leciał jakoś, odmierzany kolejnymi kursami wózka wypełnionego zupkami chińskimi, przemarszami gościa, który sprzedawał chusteczki higieniczne oraz 10-minutowymi komunikatami, płynącymi z głośników naprzemiennie z muzyką. Na około krajobraz pustynny, z początku zupełnie niesamowity, ale później monotonny. Nie płakaliśmy, kiedy zrobiło się ciemno. Po wagonie przeszedł wtedy policjant, który przypomniał każdemu, że przed zaśnięciem należy schować telefony do kieszeni lub plecaka. Powiedział to tonem tak nie znoszącym sprzeciwu, że na początku myśleliśmy, że rozkazuje nam wyłączyć wszystką elektronikę.

Pospaliśmy, podjedliśmy i dojechaliśmy. 7.30 czasu pekińskiego, czyli tak naprawdę 5.30. Zimno jak w psiarni, obsługa pogania, żeby szybko wysiadać i w ogóle wynosić się ze stacji. Przejechaliśmy pociągiem? Była zabawa? No to teraz spierniczać do wyjścia, w końcu jesteśmy zaledwie pasażerami. Wyszliśmy pośpiesznie za bramkę wyjściową, ubraliśmy się w cieplejsze ubrania i momentalnie zostaliśmy wyłowieni z tłumu przez Nancy. Nancy to nasza gospodyni, która będzie nas gościć w Changsha, a która w drodze do Kaszgaru przejeżdżała akurat przez rodzinne Urumczi. Parę dni wcześniej okazało się, że może nas odebrać i przechować do wieczora u swojej mamy, w oczekiwaniu aż nasz gospodarz z Urumczi – Justin – będzie nas mógł przechwycić. Tym sposobem uratowała nasze zmarznięte du… dusze. Pobyt w stolicy Xinjiang rozpoczął się od zimna i porcji deszczu, ale bardzo szybko przerodził się w doświadczenie pełne ciepła i wesołości. O tym jednak w następnym wpisie :).

Marek

Jak zostać zakładnikiem, czyli 6 punktów kontrolnych w Chinach

Pamir na śniadanie – Miłe złego początki – Europejski idealizm – Okup za paszport

Różnie różni w internecie o granicy kirgisko-chińskiej plotą, byliśmy więc mniej lub bardziej gotowi na ciekawe przeżycia. Przejścia graniczne są dwa, ale Turugard przeznaczono tylko dla obywateli Chin i Kirgistanu. Inni chętni potrzebują specjalnych zezwoleń – do tego płatnych. Wybraliśmy więc bardziej oczywiste, choć nadal mało popularne turystycznie Irkeshtam. Tu właśnie spotykają się góry Tien Szan z Pamirem. 

wp_20160928_10_32_48_pro
Pierwsza z górskich przełęczy na naszej drodze. Zaledwie jakieś 2400 m.n.p.m.

Pierwszą część trasy – ok 300 km między Osz, a granicą przejechaliśmy z Asadem. Można w prawdzie zdecydować się na bezpośredni autobus Osz-Kaszgar, ale po pierwsze kosztuje on 85$ od łebka, a po wtóre jedzie w nocy i nic byśmy nie zobaczyli. Poza tym byliśmy spragnieni nowych przygód po lenistwie w Osz. A przy okazji Asad opowiedział nam trochę o historii regionu. Jechaliśmy z Doliny Fergańskiej do Doliny Zmarźniętego Nosa, mijając wielkie pole bitwy, na którym starły się wojska rosyjskie i miejscowego ludu pod wodzą Kurmanjan-Datki, Królowej Południa, zwanej również Królową Gór. Rosjanie dostali ponoć takiego łupnia, że postanowili porzucić rozwiązania siłowe i przejść na ścieżkę dyplomacji.  Dumna przywódczyni zaś nakłoniła swoich poddanych do przyjęcia zwierzchnictwa rosyjskiego, póki wróg się nie rozmyśli i nie wyśle kolejnej ekspedycji. Ale o tym ostatnim Asad nam już nie powiedział, musieliśmy doczytać sami ;).

wp_20160928_12_51_00_pro
Wioska Sary Tash. Tutaj rozchodzą się drogi do Tadżykistanu i Chin. 

Mijaliśmy kolejne wzniesienia i przełęcze. Wjechaliśmy na prawie 3800 m, co poskutkowało lekkimi zawrotami głowy, bo Asad jechał dość szybko. Nagle jednak naszym oczom ukazały się ośnieżone szczyty – Pamir. Po raz kolejny w czasie tej podróży musiałam zbierać z podłogi opadniętą szczękę. Jak opisać piękno, majestat i potęgę tego widoku? Czy to w ogóle możliwe? Przed nami piętrzyły się 6 i 7-tysięczniki, skrzyły się w słońcu, masywne i wspaniałe.
– To najpiękniejszy widok, jaki widziałem w życiu – stwierdził Marek. Mogłam tylko przyznać mu rację.
– Teraz już wiecie dlaczego tak lubię tę trasę – powiedział z uśmiechem Asad. – Tu, w górach, ładuję baterie, nabieram energii. Te góry są za każdym razem inne. W słońcu, śniegu, deszczu, latem, zimą – zawsze inne. Zawsze piękne.

wp_20160928_13_16_19_pro
Może obraz jest wart tysiąc słów, ale nawet on nie odda całego piękna i majestatu tego, co tam zobaczyliśmy.

wp_20160928_13_16_45_pro
Ania zdecydowanie nie mogła udźwignąć całości, ale bardzo się starała. Postój na ponad 3700 m n.p.m.

Z prawdziwym żalem pożegnaliśmy widok Pamiru. Teraz czekało nas zmierzenie się z przejściem granicznym Irkeshtam. Asad miał zezwolenia umożliwiające mu podwiezienie  nas tuż pod samą chińską granicę. Przejechaliśmy zatem sprawnie przez dwie kontrole kirgiskie. Dostaliśmy pieczątki w paszportach, pomachaliśmy górom, pożegnaliśmy się z Asadem i ruszyliśmy do pierwszego punktu kontrolnego po stronie chińskiej. 

wp_20160928_14_18_04_pro
Ostatnie chwile z Asadem. Samo przejście na 2800 m n.p.m. , ale drałować tam z plecakami nadal było jakby ciężej 😉

Przeszliśmy przez sporych rozmiarów bramę i zobaczyliśmy grupę celników, którzy na spotkanie z nami wysłali chyba najmłodszego spośród nich. Młodzieniec rzucił okiem na paszporty i machnął ręką wskazując, że powinniśmy iść dalej drogą. Zdziwiła nas bardzo ta pobieżna kontrola w punkcie nr 1. Czyżby wszystkie opowieści o formalnościach na chińskiej granicy i upierdliwości celników mijały się z prawdą? A może tylko próbują uśpić naszą czujność? 😉 No nic, nie ma co marudzić jak jest dobrze – idziemy dalej. Po chwili dogonił nas busik. W środku celnik i kierowca. Byli całkiem mili, uśmiechali się, a celnik poprosił o paszporty. Zabrali nas do punktu kontrolnego nr 2. Wysiedliśmy przy budynku, w którym prześwietleniu poddano nasze bagaże. Jak na razie wszystko ok. Siadamy, czekamy na paszporty. Z nami czeka jeszcze jeden chłopak z Tadżykistanu. Mijają minuty.

Nagle, jak spod ziemi wyrasta znany już skądinąd kierowca busika. Ona nas przewiezie przez kolejne punkty kontrolne aż do punktu Ulugquat – mówi. Za 50$! Przez chwilę patrzymy na niego jak na szaleńca, poczym odmawiamy. Przecież do Ulugquat  jest raptem 150 km, więc 50$ to gruba przesada – wiem dobrze jakie są ceny taksówek, odrobiliśmy pracę domową! Okazuje się jednak, że to nie żadna przesada, a jedyna opcja. Czekający razem z nami Tadżyk tłumaczy cierpliwie jełopom z Polski, że albo pojedziemy z tym kierowcą za 50$, albo nigdzie się stąd nie ruszymy. Jechał tędy nie raz, więc wie. Jedyna możliwość dojechania do Ulugquat jest bowiem następująca…Paszporty trafiają w ręce kierowcy, on nas wiezie te 150 km, a następnie płacimy i wtedy dostaniemy nasze paszporty! Krew się w żyłach gotuje. Idziemy do celników. Oni nie rozumieją o co nam chodzi i nie jest to wynik bariery językowej, bo sympatyczny Tadżyk wspomaga nasze tłumaczenia. Celnicy nic nie pojmują – u nich to przecież normalna procedura. Tłumaczymy, że paszportów nie może dostać kierowca, osoba prywatna, że to niezgodne z międzynarodowym prawem, że nie chcemy, że nie wolno. Ehhh, te nasze głupie "z prawem", i "nie wolno", i "nie chcę". Tadżyk rozbawiony kręci głową. Budzimy ogólną wesołość. Tylko kierowca się burmuszy. Jak chcemy, możemy tu sobie zostać do jutra, albo i dłużej – mówi. Jemu się nie spieszy. Ale jak jutro wróci, to już będzie nie 50$, a 100. Łapiemy się za głowy na bezczelną groźbę. Słyszeliśmy w prawdzie, że możemy zostać postawieni w takiej sytuacji, ale mimo wszystko ciśnienie skacze.

Cóż czynić? Zgadzamy się, choć krew się burzy, a przekleństwa cisną się na usta. Zostajemy wszak de facto zakładnikami tego cholernego kierowcy! On i celnicy po prostu mówią nam otwarcie, że jeśli nie zapłacimy to nie dostajemy naszych paszportów. Nigdzie się bez nich ruszyć nie możemy z tego budynku, bo jak? Do Chin nas nie wpuszczą, cofnięcie się do Kirgistanu nie jest już możliwe. Możemy w prawdzie postawić się i zostać gdzie stoimy, ale wokół przecież góry i pustynia. Sklepów nie ma, toaleta w krzakach. I co dalej? Dzwonić po ambasadach? Składać skargi? No można, ale chyba z zapasami żywności i wody na miesiąc oraz żelazną wolą. A efekt niepewny.

Z urażoną dumą wsiadamy i ruszamy z nadal naburmuszonym kierowcą. Ah ci szurnięci Europejczycy i ich durne idee. Punkt nr 3 – celnik przygląda się nam i paszportom, robi notatki w wielgachnej księdze. Punkt nr 4 – kolejne oględziny twarzy i paszportów – tak, to nadal my – poprzedni by nas nie puścili, jakbyśmy nie byli podobni do naszych zdjęć. W końcu docieramy do Ulugquat, punkt nr 5, gdzie płacimy okup 50$ za paszporty i przechodzimy kolejną kontrolę bagażu. Nadal nie mamy w plecaku narkotyków i broni palnej, więc nas puszczają. Dużo bardziej już zresztą uprzejmi i mówiący po angielsku. Wraz z Tadżykiem ruszamy do taksówki. We troje taniej, a jeszcze kierowca jest znajomym naszego towarzysza podróży, więc płacimy 160 juanów mniej niż za klasyczną taxi do Kaszgaru. Zawsze coś :). Po drodze jeszcze jedna kontrola paszportów i twarzy – nr 6 – wciąż te same zdjęcia, wciąż te same buzie, więc po co? Nie wiadomo, ale teraz już oficjalnie jesteśmy w Chinach. Humory jednak nie najlepsze.

Podsumowując – droga Osz-Kaszgar bez udziału przewoźnika, który wiezie cię z punktu do punktu, to z pewnością niezła przygoda. Czy warto? Na pewno widok Pamiru wiele wynagradza. Osoby, które nie chcą wpaść w pułapkę okupu 50$ powinny jednak zrezygnować z jechania na własną rękę. Kaszgar jest za to miastem wielce wdzięcznym. Ale o tym już następnym razem :).

Ania