Archiwum kategorii: Gruzja

Powrót do Tbilisi, czyli pożegnanie z Gruzją

Miasto miłości – Hajs musi się zgadzać – Macho nam nie wybaczą – Rocznica – Niebiańskie góry

Z Telawi postanowiliśmy wyskoczyć do Signagi, które jest podobno Paryżem Gruzji. Czyli, że miastem miłości. Pary młode z całego kraju przyjeżdżają tam, żeby wziąć ślub w pięknej scenerii. Miasteczko rzeczywiście jest zadbane, uliczki posiada wąskie i urocze, a panorama gór jest szeroka i monumentalna. Kiedy coś widać, rzecz jasna, bo my mieliśmy trochę pecha w tym względzie. Po kolei jednak. Najpierw musieliśmy tam dojechać. Levan podrzucił nas samochodem na drogę wyjazdową, skąd podjechaliśmy stopem do Gurjani, a potem do samego Signagi. Ostatnią część drogi pokonaliśmy w samochodzie przesympatycznego miejscowego, który podwiózł nas i jeszcze jedną panią do celu, mimo iż jego trasa kończyła się dobre 8 km wcześniej. Droga wijąca się serpentynami w górę, bardzo stroma, raj dla kolarzy amatorów, którzy lubią wyzwania.

wp_20160903_12_44_56_pro
Do widoków Kaukazu nie mieliśmy szczęścia

W Signagi spędziliśmy jeden miły dzionek, zjedliśmy po jednej milutkiej przepiórce (niestety mocno przeciętnej w smaku), a noc spędziliśmy w pokoju otoczonym ścianami, w których kuły jakieś gryzonie. Na pewno bardzo milutkie. Następnego dnia ruszyliśmy do Tbilisi, i udało nam się dotrzeć tam w dwóch odcinkach. Najpierw z rodzinką, której głowa wskazała nam tylne siedzenia z miną, mogącą równie dobrze oznaczać wypowiedzenie wojny, ale za to jego małżonka była przesympatyczna, a synek bardzo roześmiany. Drugi nasz kierowca był wielce milczący, ale może to dlatego, że wiózł w samochodzie trzy świeże ryby, a one jak wiadomo głosu nie mają. Zanim wziął nas do auta przypatrzył mi się uważnie, a pod koniec trasy poczynił wyznanie. Mimo przynajmniej 50tki na karku nie mówił dobrze po rosyjsku i stwierdził, że gdybyśmy byli Rosjanami, nigdzie by nas nie podwiózł. Nie dopytywaliśmy. Może jakaś osobista strata, kto wie… Dobrze, że tego dnia miałem na sobie koszulkę z małą, biało-czerwoną 😉

wp_20160903_13_58_12_pro
Ale nad samym miasteczkiem pogoda wyborna

Wysadził nas przy metrze, podziękowaliśmy gruzińskim "gmatlob!" i pojechaliśmy pociągiem do Maca, żeby połączyć się z internetem i dać znać naszemu gospodarzowi z couchsurfingu, Holendrowi Gijsowi, że jakby co, to już jesteśmy. Gijs, czyli fonetycznie Hajs (szybko ochrzciliśmy go "Kasą"), wyznaczył nam spotkanie na godzinę 19 w Hard Rock Cafe (dla ciekawskich, ceny bardzo podobne do tych w Polsce), więc mogliśmy przejść się do parku, trochę poczytać na Nelsonie (tak nazwaliśmy nasz Kindle) i generalnie wytracić prędkość. W końcu jednak wylądowaliśmy w przytulnym mieszkaniu naszego gospodarza. Gijs, to student prawa, który wpadł nagle na pomysł, że zainteresuje się historią i polityką regionu kaukazkiego, a następnie został przyjęty na staż do ambasady holenderskiej w Tbilisi. Był kiedyś w Polsce i zachwycił się Lublinem. Równy chłop! 

wp_20160904_11_24_39_pro
Wymarsz z twierdzy Signagi. Prowadzi plutonowa Malanowska.

Pogadaliśmy, napiliśmy się, zjedliśmy potrawkę z warzyw, a Gijs podzielił się z nami wieloma spostrzeżeniami na temat Gruzji i Gruzinów. W dużej części pokrywały się, chociaż Holender będzie mieć na pewno inny punkt siedzenia niż Polak. Niestety wspólnie ponarzekaliśmy na to, że serce nam się kraje, gdy widzimy jak ten piękny kraj jest zaśmiecony, jak często samochód ważniejszy jest od porządnego mieszkania czy domu dla potomstwa i, co się z tym wiąże, jak ciężki z naszej perspektywy jest los Gruzinki.

wp_20160906_14_20_02_pro
Gruzja w dwóch słowach. Palą tutaj prawie wszyscy i prawie wszędzie.

I teraz krótki wtręt natury ogólnej. Otóż słyszeliśmy już z kilku niezależnych od siebie źródeł, że zwłaszcza na prowincji, ale często i w większych miastach mamy do czynienia z klasycznymi podwójnymi standardami. Na dodatek nie mających zbyt wiele do czynienia z wszechobecną i ostentacyjną religijnością. Przykład – ponoć dość powszechnym zjawiskiem jest wczesna inicjacja seksualna u chłopców, nie tyle z własnej chęci, ile z inicjatywy starszych członków rodziny. Chłopak ma wiedzieć co robić już na starcie dojrzewania, by wyrosnąć na macho. Dziewczyny wręcz przeciwnie, cnotliwe aż do ślubu, bo inaczej wielka hańba dla rodziny, wioski czy miasteczka. Na tym jednak nie koniec. Chłopak może folgować swoim chuciom, ale że z Gruzinką nie może, to powszechne jest nagabywanie turystek. Jeśli do czegoś dojdzie, chłopak specjalnie się z tym nie kryje, a jego partnerka/przyszła żona musi pogodzić się z jego postępowaniem. Ani co prawda nikt nie zaczepiał, bo obrączka to dla nich świętość, ale gdy raz w Kutaisi poszedłem z koleżanką do sklepu, a ona została na papierosie (dosłownie 15 sekund bez mojego towarzystwa), już przypałętało się dwóch jurnych Gruzinów, których trzeba było spławiać. Ehhhh.

Pogaducha z Gijsem trwała sobie w najlepsze, ale nas zaczął morzyć sen, więc powiedzieliśmy sobie dobranoc i dalejże w kimono! Kolejny dzień musieliśmy zacząć wcześnie, ponieważ "Kasa" wychodził do pracy, a my musieliśmy opuścić lokum wraz z nim. Celem wędrówki ustanowiliśmy ogród botaniczny. Myślę, że dobrych parę kilometrów zrobiliśmy najpierw docierając do niego, a potem drepcząc wśród wielu gatunków roślin, które praktycznie w ogóle nie były opisane. Nie mówiąc już o piekielnej oranżerii, której szukaliśmy piekielnie dużo czasu, a którą minęliśmy chyba miliard razy, bo w ogóle nie wyglądała jak oranżeria ani nie była w żaden sposób onaczona. Niemniej ogród jest miejscem bardzo ładnym, cichym i położonym w szalenie malowniczym miejscu. Leży u stóp wzgórza fortecznego, a sam wspina się na sąsiednie wzniesienia, tworząc botaniczną nieckę.

wp_20160905_13_21_48_pro
Zielono nam

Wracając w stronę mieszkania, wpadliśmy w sam środek zgrupowania austriackich kibiców, tłumnie paradujących po starym mieście przed meczem eliminacyjnym MŚ. Śpiewali i bawili się świetnie, a i nam trochę tej wesołości się udzieliło. Nie koniec na tym. Tuż przy Placu Wolności trafiliśmy na bar "Warszawa". Nie będziemy się rozpisywać, sami zobaczcie 🙂

wp_20160905_15_55_47_pro
Tutaj szczęście można znaleźć, tutaj serce można zgubić 😉

Nie tylko dlatego ten dzień był dla nas szczególny. Obchodziliśmy bowiem pierwszą rocznicę ślubu i wieczorem wyskoczyliśmy do knajpki, znajdującej się niedaleko Gijsowego mieszkania. Sam Gijs udał się na stadion narodowy, żeby dopingować Gruzję (przegrali 1:2), a my zjedliśmy na spółkę pyszne, jagnięce kotleciki mielone oraz kurczaka z warzywami podanego z pysznym puree ziemniaczanym. Miodzio!

wp_20160905_19_48_31_pro
Wino dobre, a jedzenie jeszcze lepsze. Takie smaczne, że aż zdjęć brak.

Kolejny, czyli ostatni gruziński dzionek, spędziliśmy na praniu, sprzątaniu, pakowaniu oraz wyprawie po namiot. W trakcie ganiania między sklepem na peryferiach miasta, a najbliższym kantorem mignął mi pewien człowiek z torbą.

wp_20160906_13_50_59_pro
Nasi tu byli!

Niestety nie miałem czasu, żeby podbiec i zagadać, więc pomachaliśmy sobie tylko przez ulicę.


Na pożegnanie z Gijsem Ania zrobiła placki po zbójnicku. Na bigos i pierogi ruskie nie było czasu 😉

wp_20160906_19_19_24_pro
Dla nas porcja była za duża,ale Gijs dokończył bez mrugnięcia okiem 🙂

Pożegnaliśmy naszego Holendra i wsiedliśmy w autobus na lotnisko. Bardzo lubię ten moment. Wszystko co masz, spakowane w plecak, jedziesz przed siebie, w kolejne nieznane miejsce, gdzie czeka…Nie wiadomo co. Na lotnisku w Tbilisi kontrola praktycznie w drzwiach hali, a potem oczekiwanie na odprawę. Krótka drzemka przed wejściem na pokład, start, pyszna kanapka z serem, chrzanem i szynką, a o piątej lądowanie w Moskwie. Wschodzące Słońce nad Szermietiewem – w jego stronę będziemy się kierować. Senność trochę ustępuje, tuż obok ktoś odmawia szacharit. Nutka mistycyzmu w zamkniętej przestrzeni terminalu. Kolejny lot już dłuższy, ze śniadaniem. Pod nami spalone słońcem stepy Kazachstanu, które nagle zmieniają się w pola uprawne, swojsko kolorowe. Lądowanie, kontrola graniczna, odbiór bagażu, wymiana pieniędzy, karta sim, marszrutka do miasta. Robimy to wszystko automatycznie, oganiając się od natrętnych taksówkarzy, którzy biorą za przejazd 10-20 razy więcej niż ci z busików. Siedzimy za kierowcą, a na horyzoncie piętrzą się chmury. Przecieram okulary. To nie chmury, to Tienszan. Jesteśmy 🙂

Marek

Jak jedzą Gruzini, czyli podsumowanie żywieniowe i przepis Rusiko

Owoce i warzywa – Wiele odmian chaczapuri – Siorb i rządź – Przepis!

Tak, tak Kochani, nastał czas na pożegnanie z Gruzją, a co za tym idzie na podsumowania, również te związane z jedzeniem :D. Do rozważań żywieniowych dodam przepis na potrawkę z bakłażana Rusiko, znajdziecie go na końcu tego wpisu. Smacznego!

Na terenie Gruzji płody rolne rosną radośnie i chętnie, więc kuchnia jest dość zróżnicowana i barwna. Z pewnością można na ten temat znaleźć w internecie wiele stron jej poświęconych, skupię się więc na tym, czego nam udało się spróbować.

Po pierwsze – owoce! Zajadaliśmy się nimi wszędzie. Pyszne i słodkie, najlepiej kupić na targu, lub jednym z licznych stoisk. Są wszędzie: w miastach, miasteczkach, przy drogach. Okazałe arbuzy, melony, nektarynki, winogrona, granaty, figi. Na gorące gruzińskie lato są najlepszym wyborem. Trzeba jednak uważać na dwie rzeczy. W supermarketach owoce nie zawsze są tak soczyste i dojrzałe, jak te z targów i stoisk. Lepiej zrezygnować przy zakupie zarówno warzyw jak i owoców z sieciowych sklepów. Druga sprawa, to kwestia zdrowotna – przy temperaturze 40 stopni umyty i pokrojony owoc może się zepsuć nawet w 20 minut. Obawiam się np, że moja tutejsza chwilowa zapaść żołądkowa związana była z arbuzem, który przez kilkadziesiąt minut leżał niewinnie na talerzu. Na prawdę szkoda marnować sobie dzień przez taką drobnostkę, więc lepiej zjadać od razu, a jeśli już mamy dosyć resztki po prostu wyrzucić lub przynajmniej trzymać w lodówce. 

WP_20160824_19_17_51_Pro

Po drugie – warzywa! Co do zakupu i higieny jedzenia rady są oczywiście takie same. Gruzja ma do zaoferowania wspaniałe bakłażany, papryki (ostre i łagodne), aromatyczne pomidory, świetnej jakości cebule i czosnek. Warto z tego skorzystać.

Po trzeci przyprawy, zioła i orzechy! Co by nie przyszło Wam do głowy, tu prawdopodobnie znajdziecie. Królują kolendra i bazylia. Zestaw suszonych przypraw jest tak szeroki, że nie ma sensu go wymieniać. Najlepsze również na targach i stoiskach. Prawie każde danie gruzińskie jest mocno doprawione, czasem posypane orzechami, lub z dodatkiem orzechowej pasty. Pycha!

My postawiliśmy na proste jedzenie, które można przygotować samemu. Bo to i taniej, i często smaczniej niż w knajpie. Jednak kilka dań złapaliśmy w restauracjach i oczywiście w piekarniach.

Gruzińskie pieczywo nie jest zazwyczaj chrupiące, tak jak nasze. Tutejszy chleb to raczej placek, który rwie się palcami. Można go moczyć w potrawkach i sosach, a nawet używać zamias sztućca. Piecze się go tradycyjne w kamiennym piecu, podobnie jak najbardziej klasyczną przekąskę gruzińską – chaczapuri, czyli placek z serem. Odmian chaczapuri jest wiele, ale najbardziej widowiskowa, to chaczapuri ażaruli, czyli wklęsły bochen chleba z nadzieniem z sera i jajka. Mi smakował bardzo, Markowi umiarkowanie – co kto lubi ;). 

WP_20160827_17_50_42_Pro

O gruzińskich serach też można z pewnością napisać książkę. Odmian jest bardzo wiele i są dostępne na każdym kroku. Najczęściej klasyczne białe o różnej twardości i konsystencji, ale także wędzone, w smaku podobne do naszych oscypków. Brakuje tylko serów żółtych, te Gruzini importują. 

Badridżani jedliśmy w restauracji i jest zdecydowanie godne polecenia. To usmażone bakłażan z pastą orzechową. Można go dostać również w Polsce w gruzińskich knajpach, to klasyczna przekąska lub przystawka.

WP_20160825_19_49_14_Pro

Zup, potrawek i różnego rodzaju dań mięsnych jest cała masa. Preferowany wariant wegetariański zawiera najczęściej bakłażana, mięsny wołowinę lub baraninę, czasem drób (również podroby). Wieprzowina też jest używana, ale w znacznie mniejszym stopniu niż w Polsce.

WP_20160903_14_42_42_Pro

Bardzo charakterystyczne dla kuchni gruzińskiej są pierożki chinkali. Nie zdążyliśmy ich spróbować (moja wina, zacząłem od pielmieni i strułem się wystarczająco, żeby nie móc patrzeć na pierogi – M.), ale podobno są pyszne, wyglądają jak małe sakiewki z ciasta. Co ciekawe farsz oprócz mięsa lub wegetariańskiego nadzienia zwiera także bulion. Anna, nasza przewodniczka po Tbilisi zaznaczyła, że nie należy się do nich zabierać z nożem i widelcem, bo można spotkać oburzone spojrzenia Gruzinów ;). Chinkali łapie się w palce, podnosi do góry i wypija się nadzienie od dołu, a nastepnie zjada ciasto. Mlaskanie i siorbanie jest zatem dozwolone i w pełni usprawiedliwione :).

A teraz, zgodnie z obietnicą, przepis na wspaniałą potrawkę z bakłażana. Danie jest proste, ale jego wykonanie wymaga trochę czasu. To znakomite główne danie lub przekąska na imprezy. Można jeść na ciepło lub na zimno. 

Potrawka z bakłażana a'la Rusiko

Składniki:
3 średnie bakłażany
4 średnie pomidory
2 małe łagodne papryki
1 pęczek kolendry
1 pęczek bazyli (taka sama ilość co kolendry – my miałyśmy odmianę z filetowymi listakim, ale może być też zielona)
2 małe cebule
5 ząbków czosnku
olej do smażenia (o neutralnym smaku, może być słonecznikowy)
pieprz i sól do smaku

1. Bakłażan obieramy ze skórki, na następnie kroimy wzdłóż w plastry ok. 1 cm grubości.

WP_20160902_17_36_33_Pro

Na patelni rozgrzewamy olej i partiami smażymy plastry pod przykryciem (po ok 4 min. z każdej strony), aż zrobią się lekko brązowe.

WP_20160902_17_36_41_Pro


2. Pomidory zalewamy na 1 minutę wrzątkiem, obieramy ze skórki i ucieramy na tarce o grubych oczkach. Do powstałej masy dodajemy wyciśnięte przez praskę ząbki czosnku.

WP_20160902_17_36_27_Pro


3. Z ziół usuwamy co grubsze łodyżki i siekamy drobno, dodajemy do masy pomidorowej, doprawiamy solą i pieprzem, dokładnie mieszamy.
4. Paprykę kroimy w paski (ok. 0,5 cm)

WP_20160902_17_36_14_Pro


5. Cebulki przekrajamy na pół, a następnie siekamy w półplastry. Każdy plasterek rozwarstwimy. 

14218039_10209404822751614_915071227_n


6. Kiedy wszystkie plastry bakłażana zostaną opieczone odlewamy z patelni olej. Kolejno układamy na patelni warstwy bakłażana, masy pomidorowej, papryki, cebuli. Powtarzamy aż do skończenia się wszystkich składników.

14218072_10209404813071372_901856016_n


7. Patelnię stawiamy na małym ogniu, zapiekamy potrawkę przez 20-30 minut, aż wszystkie warzywa zmiękną.

WP_20160902_18_42_37_Pro

Wcinamy ze smakiem, popijając winem i zagryzając chlebem (najlepiej gruzińskim 😉 ).

Smacznego!

Chacha i potrawka z bakłażana, czyli jak goszczą Gruzini z Telavi

Piłkarski korowód – Powiew z Syberii – Młodzi mówią na to oldschool – Główka pulsuje w rytmie cha-cha

Doświadczenia z Gruzji potwierdzają moje dotychczasowe obserwacje życiowe – choćbym cały świat miała u stóp, nie mogę być prawdziwie szczęśliwa i spełniona, jeśli nie ma wokół mnie wspaniałych ludzi. Rustawi i Telawi, choć może nie tak bardzo znane jak inne miejsca w Gruzji, dały mi najsilniej odczuć jak bardzo poznanie i spotkanie wesołych, gościnnych i dobrych istot ludzkich jest kluczem do szczęścia i radości. 

Rustawi pożegnało się pięknie. Kilka kroków za miastem oczarował nas widok szerokiej równiny i wnoszących się za nią wzgórz. Stajemy, łapiemy. Nic. Pomyśleliśmy, że może miejsce nienajlepsze. Plecaki na bary, uszliśmy może pięć kroków i od razu ktoś się zatrzymał. Gruziński Denis Bergkamp (do niego się porównał, bo nie boi się latać), przewiózł nas parędziesiąt kilometrów. W drodze tradycyjny dialog przyjaźni czyli wymienianie coraz to innych nazwisk piłkarzy polskich i gruzińskich. Obok nieśmiertelnego już Lewandowskiego pojawiają się tym razem Boniek i Gadocha, a do Szoty Arweładze i Khabera Kaładze, dołącza Aleksander Cziwadze, kapitan reprezentacji ZSRR na mistrzostwach świata w Hiszpanii (1982 – zapunktowałem zwłaszcza tym wąsaczem – M.). Gaworzyło się miło, ale nadszedł czas wysiadki. 

WP_20160901_13_23_32_Pro
Widoki piękne, ale co dostaliśmy piachem po oczach, to dostaliśmy

Do Telawi nieco ponad 70 kilometrów. Zapatrzeni w widoki, ani się spostrzegliśmy, gdy zatrzymało się dwóch szalenie sympatycznych Rosjan z Jakucji. Podrzucili nas tylko do skrętu na Telawi. Może to i dobrze, bo ich samochód wydawał takie dźwięki, jakby zaraz miał zamiar pójść w ślady Gagarina. Panowie zamierzali nim dojechać do Azerbejdżanu (w sensie, że samochodem, a nie Gagarinem 😉 ). Trzymam za nich kciuki! 

WP_20160901_14_22_43_Pro
Ania sprawdza czy dobrze się ogoliła

Stałam zatem obok tablicy Telawi 68 w dość filozoficznym nastroju. Jakiż to zabytek motoryzacji teraz nas porwie? No i pojawił się…aż nam szczęki opadły. Panie i panowie, jechaliśmy idealnie zadbaną, wyklepaną i białą niczym śniegi na szczytach Kaukazu, Wołgą rocznik 60-ty.  Dokładnie był to GAZ M21 Wołga – szkoda tylko, że nie czarna ;). Nasz kierowca znał język Szekspira, więc komunikacja przebiegała dość sprawnie. Samochód dopiero co zakupił, ale widać było, że już go miłość do autka rozpiera. Kawałek świata też chłopak obejrzał. Ormianin, obywatel Portugalii, pracował bywał w Stanach Zjednoczonych. Niestety do Telawi nie jechał, więc znów podróż podzieliła się nam na więcej odcinków. 

WP_20160901_14_26_51_Pro
K-K-K-Klasunia 🙂

Ostatni odbyliśmy w BM-ce, która choć nowiutka, pachnąca i szybka, nie była w stanie dorównać swojej poprzedniczce w, co tu dużo mówić, zajebistości. Jednak i tym razem trafiliśmy na kierowców anglojęzycznych, którzy przewieźli nas do celu przez niesamowite serpentyny podjazdu na przełęcz Gombori (1620 m.n.p.m.). Okazało się z resztą, że znają naszych gospodarzy w Telawi, więc w centrum miasta po prostu do nich zadzwonili, a nastepnie przekazali nas z samochodu do samochodu. Zupełnie jakby niegodnym gospodarzy było dozwolić, by goście zbrukali sobie nogi w poszukiwaniu hostelu.

Tu zaczeła się nasza gościna u Rusiko i Levana. Jeśli kiedykolwiek wpadnie Wam do głowy odwiedzać Telawi, co z resztą polecam, to jest jedno miejsce, w którym musicie się zatrzymać – Dima's Guest House. To wszystko, co słyszałam o gruzińskiej gościnności właśnie tam uderzyło ze zdwojoną siłą. Rusiko, gdybyśmy tylko jej na to pozwolili, zakarmiłaby nas na śmierć ;). Ciężko było z resztą uniknąć jedzenia, bo Rusiko gotuje jak anioł. Gospodarze robią też wspaniałe domowe wino. Pierwszy wieczór u nich spędziliśmy objadając się do nieprzywoitości wspaniałamy owocami (winogrona z ogródka), potrawką z bakłażana i przepijając winem oraz chachą (gruzińska wódka na winogronach). Szczęśliwie u naszych wspaniałych gospodarzy zatrzymała się również para białorusko-rosyjska – Natasza i Fiodor.

WP_20160901_18_52_40_Pro
Natasza, Rusiko, Ania, Fiodor i Levan – wesoła kompanija.

Po odpowiedniej ilości chachy panowie mogli więc z radością wznosić kolejne toasty za rodzinę, przyjaciół i w ogóle dozgonną przyjaźń między naszymi narodami – z zaznaczeniem, że won z polityką, i ze wszystkimy politykami razem wziętymi! "My wszyscy bracia. Za prostych ludzi!" – podsumował Levan z radosnym uśmiechem :). Poranek już nie był tak radosny, chacha zebrał swoje żniwo, na szczęście pita jednak była z umiarem i panowie po prostu trochę dłużej pospali. Rozsądne panie raczyły się winem, więc wstały świeżutkie jak skowronki. Kochana Rusiko następnego dnia nauczyła mnie jak przygotować potrawkę z bakłażana. Ale na kuchenne sprawki poświęcę osobny wpis.

WP_20160902_16_35_48_Pro
Jest uliczka w Telawi… Niestety nie da się w tym kraju zrobić zdjęcia miasta bez przynajmniej dwóch samochodów.

Co do Telawi – jest to miasteczko bardzo ładnie położone i niezwykle czarujące. Są tu przepiękne uliczki do spacerów, a zboczenie z trasy turystycznej nie łączy się na szczęście z koniecznością obserwowania ruder. Miasto posiada niewielki, ale ładny park z bardzo ciekawie umieszczonymi tarasami widokowymi. Są też ruiny królewskiej fortecy i imponujący pomnik Herakliusza II, króla Kartli i Kachetii. Co prawda został królem z nadania perskiego szacha Nadera, ale sam pchnął kraj w ramiona Rosji, co skończyło się najazdem perskim, a niedługo po śmierci Herakliusza, aneksją jego ziem do Rosji.

WP_20160902_15_56_46_Pro
Herakliusz II, ostatni z wielkich królów gruzińskich.

Niestety wszystkie podpisy nadal tylko po gruzińsku (czasem cyrylicą), więc pewności, co do monumentów nie mamy. Jedynie stojący w parku pomnik kobiety z książeczką w ręku gospodarze przedstawili nam jako "Ukrainka-Poetka", ale bliższe szczegóły nie są nam znane.

WP_20160902_15_45_13_Pro
Obstawialiśmy, że nauczycielka, ale okazało się, że artystka

Podsumowując – Telawi serdecznie polecamy. Warto się tu wybrać na leniwe wakacje lub odpocząć po górskiej wędrówce, a na pewno warto usiąść przy stole z takimi Rusikami i Levanami, dzieląc się chlebem i winem 🙂

Ania
 

Była fabryka, nie ma fabryki, czyli międzynarodówka w Rustawi

Na pohybel pieszym – Stare-nowe miasto – Tygiel narodów – Co dwa kilo główek to nie jedna

Podróż pociągiem zajęła ponad cztery godziny, ale nikt nas nie gonił, a z naszą gospodynią z couchsurfingu umówiliśmy się dopiero na wieczór, więc napawaliśmy się wolną jazdą i widokami. W Tbilisi mieliśmy parę godzin do wytracenia i najwięcej wytraciliśmy, przechodząc przez jezdnię. Tam do kata! Niech zostanę domokrążcą, jeśli kiedyś byłem w mieście tak nieprzyjaznym piechurom. Owszem, w ścisłym centrum wygląda to dobrze, ale poza nim… Idzie sobie człowiek chodnikiem i idzie, aż tu nagle bez ostrzeżenia – bang! Koniec! Nie ma. Nie pójdziesz dalej panie pieszy. Nie dla psa kiełbasa! Pasów ani kładki też nie dostaniesz. Cofaj się tysiąc mil na szkitach, skoro tak lubisz chodzić!

Do Tbilisi jeszcze jednak wrócimy, a teraz pomknijmy marszrutką (tj busikiem) do Rustawi, bo to, choć  niezbyt piękne, ale całkiem ciekawe miasto. Ludzie mieszkali w tym miejscu od bardzo dawna ( IV w.n.e.), ale stara osada nie przetrwała niestety najazdu Tamerlana. Nowe miasteczko zostało wybudowane dopiero po II Wojnie Światowej, jako zaplecze dla zakładów metalurgicznych, azotowych i chemicznych. Jakiś czas później dobudowano jeszcze nowszą część, która jest po prostu wielkim blokowiskiem.

WP_20160830_16_33_15_Pro
Widoki aż nazbyt znajome

Obecnie Rustawi dzieli się na stare i nowe, a suma sumarum jest czwartym co do wielkości miastem w Gruzji. Niegdyś ważne centrum przemysłowe, a obecnie sypialnia dla Tbilisi. Jest dosyć rozległe i być może dlatego nie powiedziałbym, że mieszka tam ponad sto tysięcy mieszkańców. Niby przechodzi renowację, ale chodzi po prostu o to, że nowa ekipa rządząca rozkopała główną ulicę i od prawie roku nic z tym dalej nie robi. Szkoda, bo gdyby starą część odnowić, to robiłaby naprawdę korzystne wrażenie. Nic dziwnego, że miastem partnerskim Rustawi jest Łódź ;).

WP_20160830_15_31_55_Pro
Główna siedziba zakładów metalurgicznych świeci pustkami i duchami przeszłości.

Nie krajobraz miejski zwabił nas jednak w to miejsce, ale urocza Francuzka spod Paryża. Wdzięczne dziewczę o imieniu Laurie zgodziło się bowiem, zapewnić nam nocleg i dobre towarzystwo. Jest studentką i wolontariuszką w organizacji młodzieżowej, ale obecnie ma wakacje, po których wraca do Francji. Razem z nią mieszkały jeszcze: Słowaczka Tanya i Estonka Triin. Setne dziewuchy. Nasza gospodyni oprowadziła nas po mieście, pokazała co ciekawsze miejsca, obgadała z nami wiele ważnych i mniej ważnych spraw, no i zaprowadziła nas na bazar. Wielkiego doświadczenia z bazarami nie mamy, ale wydaje mi się, że nie na każdym zamiast 2 pomidorów chcą człowiekowi wcisnąć dwa kilo i śmieją mu się w twarz jak kupuje tylko jedną główkę czosnku. Z drugiej strony za tę główkę w ogóle nie musieliśmy płacić, bo to przecież nic. Egzotyczni ekscentrycy z nas, ani chybił. 

WP_20160830_15_27_47_Pro
Laurie, Anna i fontanna

Towarzysko poradziliśmy sobie całkiem nieźle. Ania przygotowała placki ziemniaczane z duszonymi warzywami, Laurie podzieliła się z nami swoim ulubionym białym winem. Triin z uporem maniaka próbowała nas karmić kaszą manną jak od mamusi, ale chyba nie wychodziła jej najlepiej i sama musiała zagryzać estońskim chlebem. Tanya zabrała nas na piwo do pubu Brooklyn, gdzie w polsko-słowackiej koalicji próbowaliśmy wytłumaczyć Laurie jak się robi oscypek. Sama zresztą spróbuje, bo w Gruzji poznała chłopaka spod Opola i w październiku jedzie do Polski.

WP_20160830_15_02_16_Pro
Były i trochę milsze dla oka miejsca w tym całym Rustawi

Dosyć beztrosko minęło nam kilka dni. Zobaczyliśmy swoje, odespaliśmy swoje, wypraliśmy co trzeba i nadszedł czas, gdy musieliśmy zostawić brzydkie jak noc, ale jak noc kojące nas Rustawi. Pożegnaliśmy więc nasze koleżanki i ruszyliśmy w drogę. Plecaki ciężkie, ale nogi i głowy bardzo lekkie.

Marek

Mała podróż w czasie, czyli Gori i Borjomi

Mylące wskazówki – Nawałnica stulecia – Oddech Stalina – Nie Borjo mi w smak

Wielkomiejskie życie, bankiety, rauty, bale dobroczynne i mecze polo zmęczyły nas tak bardzo, że postanowiliśmy wyskoczyć ze stolicy na prowincję. Pierwszym naszym celem było Gori. Wsiedliśmy tedy w autobus i pojechaliśmy w stronę autostrady złapać okazję, a przy okazji łapania okazji odwiedzić centrum handlowe. Jakiś młody człowiek, zapytany kiedy mamy wysiąść, powiedział, że nam powie. No i powiedział. Musieliśmy potem drałować godzinę na piechotę. Pewnie uznał, że spacer się nam przyda. Sytuacja taka jak ta powtórzyła się już tyle razy, że zaczyna nas zastanawiać, czy Gruzini nie znają swojego kraju, a nawet okolic swojego miasta? Bo ciężko uwierzyć, że naród, który tak chętnie bierze na stopa, próbuje jednocześnie, podstępnie skierować Cię w złą stronę ;).

WP_20160826_15_19_09_Pro
W oczekiwaniu na lepszą aurę…

Kiedy wyszliśmy z Tbilisi Mall i ustawiliśmy się na poboczu, lunął nasz pierwszy, gruziński deszcz. Zwęszyliśmy go trochę wcześniej, więc ekspresowo założyliśmy kurtki, ochraniacze na plecaki i oczywiście natychmiast ktoś się obok nas zatrzymał. Powiedzieliśmy, że na Gori, a kierowca na to, że nie ta droga, że na Gori odbija w lewo. Wycofaliśmy się więc do centrum, żeby się przegrupować i przeczekać najcięższy deszcz. Na skręt na Gori nie mogliśmy tak po prostu wyjść ze względu na wrogie ukształtowanie terenu i zdradziecki układ jezdni, dlatego cofnęliśmy się kilkaset metrów. Okazję złapaliśmy w -10 sekund. Słownie minus dziesięć. Kierowca już wcześniej nas wypatrzył i cofnął się w momencie, w którym położyliśmy plecaki na ziemi. Oczywiście okazało się, że wcześniej staliśmy przy dobrej drodze i nie musieliśmy się cofać. Kurde balans.

WP_20160827_12_18_54_Pro
Zdjęcie oczywiście pozowane, a samochody podstawione przez sponsorów

Tak czy siak zostaliśmy dowiezieni do zjazdu na Gori, skąd momentalnie przechwyciła nas wesoła rodzinka, radośnie paląca papierosy, w radosnym i rodzinnym vanie. Dzięki nam, mogli trochę poćwiczyć angielski. Podwieźli nas prosto pod naszą stancję, a kierowca poprosił, żeby pozdrowić jego zięcia, który tam pracuje. Właściciel nie miał bladego pojęcia, o co mogło chodzić. Dezinformacja, dezinformacja wszędzie! 

WP_20160827_11_11_52_Pro
Połowa miasta Gori. Ta mniejsza 😉

Gori to miasto bardzo stare, a imponująca forteca nad nim górująca była obsadzona aż do XIXw. Ponoć najstarsze archeologiczne ślady w tymi miejscu sięgają pierwszego wieku przed naszą erą.  Niestety nie jest ona jednak główną atrakcją turystyczną, bo miejscowi wolą zarobić na swoim najsłynniejszym obywatelu, czyli Josifie Wissarionowiczu Dżugaszwilim. Na szczęście w mieście nie było czuć oddechu Stalina, ale być może w muzeum… Tak, tak jest tutaj muzeum Stalina. Jak informuje strona internetowa, ekspozycja opowiada o jego życiu, wielkich dokonaniach, pokazuje rzeczy prywatne, przedstawia jego poezję. Nie wiem, nie byliśmy, nie będziemy łożyć na pomnik zbrodniarza. Za to forteca, nie dość, że wielkiej urody, to jeszcze do zwiedzenia za darmo ;). Oprócz murów (ale za to jakich!), wiele z niej nie zostało, ale widoki…Sami zobaczcie.

WP_20160827_11_13_49_Pro
Daleko, daleko na horyzoncie widać majestatyczne skały Kaukazu

Niezłe, nie? Nic dziwnego, że była tak ważnym strategicznie miejscem przez prawie dwa tysiące lat. 

WP_20160827_11_00_40_Pro
Moc-potęga

Następnego dnia czmychnęliśmy do Borjomi. Właściciel hostelu w Gori był tak miły, że podrzucił nas do autostrady. Tam czekała nas już konkurencja i to w przewadze liczebnej. Troje Włochów, którzy tak promiennie się uśmiechali, że ustąpiliśmy pola i nie absorbowaliśmy uwagi kierowców.  W końcu mogliśmy poczekać te 30 sekund dłużej. Nasz kolejny dobrodziej nie jechał w prawdzie do Borjomi, ale zgodził się wysadzić nas po drodze. Poczęstował też gruszkami i wyznał, że z Polaków to najlepsi są Robert Lewandowski i Konstanty Rokossowski. Bardzo egzotyczna para. Trzeba by kiedyś wyrychtować krótki komiks pod tytułem "Lewy i marszałek". Ktoś się podejmie? 😉

Do samego Borjomi dowiózł nas jakiś miejscowy mistrz ceremonii, bo ewidentnie czekał na wjazd do miasteczka, by odpalić na pełny regulator pieśń disco-folkową o Kaukazie, kochanym Kaukazie, najpiękniejszym. Mógłby jednak puszczać Czajkowskiego i Berlioza razem wziętych, a i tak wrażenie pozostałoby to samo. Wspaniałe okoliczności przyrody zbezczeszczone potworami minionego reżimu. Uzdrowisko, kurort górski, a do tego dom jednego z najsłynniejszych produktów gruzińskich – wody Borjomi – wygląda miejscami dość przygnębiająco, czasem wzbudza wspomnienia z wczesnych lat 90', a czasem nie wiadomo w ogóle co o nim myśleć. Swojskiego obrazu dopełnili: pracownik centrum informacji turystycznej, który pokierował nas w złą stronę, pani w sklepie, która gdyby tylko mówiła po Polsku, powiedziała by "jem przecież!" oraz pan w barze, który nawzdychał się i nachrząkał strasznie, bo swoim pojawieniem się, zmusiliśmy go do podejścia za ladę, po czym nic nie zamówiliśmy. 

WP_20160827_16_52_12_Pro
It's fun to stay at the…

Szkoda, że tłoczy się wielkie pieniądze w szklane molochy Batumi, a nie w nadanie Borjomi jakiegoś konkretniejszego i lepszego do strawienia kształtu. Oczywiście de gustibus i tak dalej, ale możemy z całą mocą stwierdzić, że po prostu nam się tam nie podobało. A do tego woda. Piliście kiedyś Borjomi? Smakuje jak sole emskie z dodatkiem rudy metalu. Podobno pomaga na wszystko z wyjątkiem samej siebie. Brrrr. 

WP_20160827_16_07_19_Pro
Stary kwasi-pawilon, w którym częstują Cię cudowną wodą.Można przyjść z własną butlą.

Może wrażenie polepszyła bym nam krótka wyprawa na szlak, ale z przyczyn obiektywnych nie byliśmy w stanie ruszyć się w góry. Za to nadrobiliśmy trochę we wspólnej lekturze. Zbliżamy się do końca "Całej prawdy o planecie Ksi" Janusza Zajdla, a w "Dowództwie na Mauritiusie" Patricka O'Briana, przekroczyliśmy równik. Do tego w końcu doszły nas radosne wieści z couchsurfingu. Znaleźliśmy w końcu kogoś kto nas przyjmie! Następnego dnia, o 7 rano wsiedliśmy więc w pociąg i ruszyliśmy w stronę Rustawi. Ale o tym już innym razem.

WP_20160827_14_59_48_Pro
Sam Czajkowski zdaje się mówić: "O nie, nie, nie. Mi już nie polewajcie".

Marek i Ania

Pij wino albo giń, czyli urodziny w Tbilisi

Każdy w swoim mieście – Różne zastosowania winorośli – Okiem Matki – Smakosze

Na samym wstępie muszę zaznaczyć, że to jest nasz pierwszy wpis o stolicy Gruzji, ponieważ jeszcze do niej wracamy na początku września. Zaczynamy zatem – Tbilisi po raz pierwszy!

Przyznam szczerze, że poczucia bycia w wielkim mieście i stolicy trochę mi już brakowało (ja się odżegnuję! 😉 – M.).  Tbilisi już na wstępie zapunktowało zatem w moich oczach. Jednak zmęcznie całodzienną jazdą dało się trochę we znaki. Krótki spacerek do Wendy's,którego w Polszy nie ma oraz zakupy w supermarkecie, to jedyne na co było nas stać po przyjeździe. Kolejny dzień spędziliśmy jednak aktywnie. Urodzin poza krajem jeszcze nigdy nie świętowałam, trzeba więc było pobiegać po fajnych miejscach i zakończyć dzień w jakiejś miłej knajpce. Plan może nie brzmi bardzo ambitnie, ale przy obecnym stanie pogodowym w Gruzji jest jedynym sensownym rozwiązaniem.

WP_20160825_13_45_17_Pro
Widok na drugą stroną rzeki. I trochę na pierwszą, ale głównie na drugą.

Free Walking Tour znaliśmy już z domu. Nasza przyjaciółka Patrycja oprowadza wycieczki po Warszawie i bardzo polecała zadzieżgnięcie znajomości z tą inicjatywą. Cóż, uznaliśmy, że jeśli mamy szanse spotkać w Tbilisi kogoś choć w połowie tak czarującego jak Pati, to trzeba spróbować. Nie zawiedliśmy się :). Gdyby ktoś z naszych czytelników jeszcze nie wiedział, przybliżę w skrócie o co chodzi z Free Walking Tour. W wielu miastach na świecie, zwłaszcza tych powszechnie uważanych za turystyczne, pojawiła się koncepcja wprowadzenia darmowych wycieczek. O oznaczonej godzinie i w określonym miejscu pojawia się przewodnik oraz zainteresowani tematem ludzie i bestie. Odbywają razem podróż po mieście, a osoba prowadząca nie otrzymuje za poświęcony czas zapłaty "z góry". W dobrym tonie jest zatem wręczyć przewodnikowi napiwek, zwłaszcza, jeśli zacnie wywiązał się ze swojego zadania. 

My szczęśliwie trafiliśmy na Annę, Ukrainkę, która przyjechała do Gruzji i miała nawet bilet powrotny, ale zakochała się w tym kraju tak bardzo, że osiadła tu na stałe. Została i zabrała nas na wycieczkę po swoim Tbilisi. Od razu zaznaczyła, że przez spędzone razem 3 godziny może nam jedynie dać poczuć klimat miasta. Zachęciła, żebyśmy wybrane aspekty zbadali sami i znaleźli swoje własne Tbilisi. Podejście Anny bardzo przypadło nam do gustu, więc z radością ruszyliśmy jej śladem wraz ze sporą grupą Polaków (wiela ich tu, wiela), a także mieszanką przedstawicieli różnych innych narodów.

Tak więc, miasto bażantów…Tak, tak, symbolem Tbilisi jest bażant. Otóż dawno, dawno temu król Vachtan Gorgasala (wcale nie zmyśliliśmy tego imienia) polował w okolicy ze swoim ulubionym sokołem. Królowie lubią polować w okolicach przyszłych stolic, to taka ich prerogatywa. Polował więc i polował, aż upolował bażanta. Zależnie od wersji legendy on albo jego sokół. To znaczy, istnieje jeszcze wersja z jeleniem. I nie, że jeleń upolował bażanta ani sokół jelenia – w tej wersji jelenia na pewno ustrzelił Vachtan. W każdym razie cokolwiek by nie zginęło spadło do gorącego źródła i od razu się ugotowało. Bażant brzmi nieco wiarygodniej, prawda? Poza tym jelenie nie latają.

WP_20160825_14_41_29_Pro
Bażant w stanie surowym

Ciekawą rzecz, którą już zauważyliśmy, a którą potwierdził nasz FWT, to fakt spokojnej i przyjacielskiej koegzystencji licznych religii na terenie tego pięknego, górzystego kraju. W Tibilisi jest wiele świątyń różnych wyznań i, jak dowiedzieliśmy się od Anny, odnoszą się one do siebie z symaptią, a nawet wykazują wsparcie. Przykładowo w świątyni katolickiej systematycznie goszczą baptyści oraz koptowie, a w meczecie można spotkać zarówno szyitów jak i sunnitów. Jest też synagoga i, oczywiście, pełno kościołów prawosławnych. 

WP_20160825_15_03_22_Pro
Kościół, meczet i łaźnia. Coś dla ducha, coś dla ciała

Jak zapewne łatwo się domyślić jednym z ukochanych świętych w Gruzji jest św. Jerzy. Jego wizerunki i pomniki zdobią wiele placów, i śwątyń. Giorgi to najczęściej nadawane chłopcom imię. Dziewczynki najchętniej chrzci się imieniem Nino (czyli nasza Nina). Św. Nino jest patronką Gruzji i zgodnie z tradycją uznaje się, że to za jej sprawą kraj przyjął chrześcijaństwo, jako drugi na świecie (po Armenii). Legenda głosi, że Nino pierwszy krzyż wykonała z gałęzi wszechobecnych na tym terenie winorośli,które splotła pasmem swoich włosów. To właśnie z uwagi na użycie pnączy wina ramiona krzyża św. Nino lekko opadają ku dołowi.

WP_20160825_12_42_16_Pro
Po lewej święta Nino i krzyż jej własnego pomysłu 🙂

Ale nie samą religią Gruzini żyją. To naród lubiący dobrze zjeść i wypić. Tradycja wielkich biesiad nie jest już może tak silna, jak kiedyś, jednak nadal żyje, zwłaszcza, że wieczory po upalnym dniu są stworzone do zabawy. Podczas klasycznej gruzińskiej uczty centralną osobą jest Tamada. To on wygłasza toasty, często długie, a nawet wierszowane. Jego zadaniem jest podnosić nastrój i zachęcać biesiadników do wspólnej zabawy. Tamada musi mieć zatem autorytet wśród zebranych, poczucie humoru i oczywiście najmocniejszą głowę. W Tbilisi na jednym ze skwerów można znaleźć pomnik Tamady, który trzyma w dłoni czarę wina.

WP_20160825_13_07_07_Pro
Urocza Anna i trochę mniej uroczy pomnik tamady

Wino dla przyjaciół ma również największy posąg w mieście – Kartwlis Deda, czyli Matka Gruzinów, nazywana zazwyczaj Matką Gruzją. Nasza przewodniczka Anna zwróciła nam uwagę na wyjątkowy charakter tego właśnie pomnika poprzez zabawne porównanie. Matka Rosja we Wołgogradzie trzyma wzniesiony w górę miecz, jej postawa jest ewidentnie dominująca. Matka Ukraina w Kijowie dzierży miecz i tarczę, kojarzy się z obroną. Z kolei Matka Armenia kieruje swą twarz w stronę Turcji, a miecz trzyma przed sobą w geście "spóbuj no tylko!". Matka Gruzja ma miecz i wino. Jak podsumowała żartobliwie Anna: "pij wino albo giń!" ;).

WP_20160825_19_14_22_Pro
Na degustację próbują wciągnąć człowieka do każdego sklepu z winem. Udaje im się.

Na wzgórze Sololaki, gdzie stoi Kartwlis Deda wjechaliśmy kolejką linową, co szczerze polecam każdemu, kto odwiedza Tbilisi. Z góry rozciąga się przepiękny widok na miasto. Można też spojrzeć na ogród botaniczny i wspiąć się na ruiny starej twierdzy, która niegdyś górowała nad Szlakiem Jedwabnym, a której najstarsze kamienie pamiętają IV w.n.e. Po zejściu ze wzgórza udaliśmy się  w okolice sławnych łaźni siarkowych i skorzystaliśmy z okazji (Ania), by schłodzić się pod wodospadem, który jest obiektem pielgrzymek nowożeńców. Ponoć uwielbiają sobie robić zdjęcia na jego tle. Ciekawa sprawa – panna młoda ubiera się w nowoczesną, białą suknię ślubną, a pan młody zwykle przyodziewa tradycyjny czarny strój, wyszywany srebrem, a nierzadko ma również szablę przy boku (a jak ja chciałem, to mi nie pozwolili! – M.).

WP_20160825_14_54_25_Pro
Szczęście

Annę pożegnaliśmy w szampańskim nastroju, który utrzymał się przez cały wieczór. Skoczyliśmy do knajpki, żeby po zadbaniu o dusze, zadbać wreszcie o ciało. Czerwone wino, bakłażany z orzechami, pyszna potrawka z wołowiny, ziemników, kolendry i całej masy wspaniałych gruzińskich przypraw pozwoliła cieszyć się do końca tym wspaniałym, urodzinowym dniem.

Ania (i trochę ja! – M.)

Teheran 1300, czyli jazda do stolycy

Ojciec chrzestny narodu – Gdzie się myć? – Spragnionych napoić – Ale numer!

Z łezką w oku pożegnaliśmy Sarę i Davida, ale przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda! Ruszyliśmy zatem żwawym krokiem w stronę najbliższego i najsensowniejszego, jak nam się zdawało miejsca na złapanie stopa do Tbilisi. Zatrzymało się obok nas dwóch panów, którzy na nasze pytanie czy zmierzają w stronę stolicy odparli, że nie. Poinformowali jednak uprzejmie, że stoimy jak sieroty nie tam gdzie trzeba. Oczywiście to nie jest dokładny cytat ;). Nie omieszkali bez zbędnych pytań, zapakować nas wraz z plecakami do swojego samochodu i zawieźć na właściwe miejsce. 

Nawiązała się natychmiast konwersacja na temat naszego pochodzenia ( "Aaaa, Polsza"-kciuk do góry), stanu cywilnego (przyznaliśmy, zgodnie z prawdą, że jesteśmy małżeństwem), a nastepnie padło pytanie o dzieci. No właśnie, te dzieciaczki kochane. Gdzież one są? Od pierwszego dnia spostrzegłam zdecydownie więcej niż w Polsce drobiazgu ludzkiego we wszelkich możliwych miejscach: ulicach, plażach, knajpach, barach; rano, w południe i w nocy. Dzieci są w strefie publicznej chciane i akceptowane. Jak poinformowała nas w Tbilisi (aaaaaa spoilery, spoilery! – M.) urocza przewodniczka Free Walking Tour, może się zdarzyć, że idąc z brzdącem przez miasto będziemy zbierać wszelkiego rodzaju ochy i achy. Kilka lat temu Eliasz II, głowa gruzińskiego kościoła prawosławnego, zaniepokojony zmniejszającym się przyrostem naturalnym, zadeklarował, że zostanie ojcem chrzestnym dla każdego trzeciego i kolejnego potomka w rodzinie. Dotrzymuje obietnicy i co roku trzyma do chrztu setki dzieci. Dla pobożnych Gruzinów jest to wielki honor i decyzja patrarchy, to z pewnością silny bodziec do poszerzania rodziny.

Ale wracając do sedna – sympatyczni panowie odstawili nas do właściwego wyjazdu z miasta, gdzie w krótkim czasie złapaliśmy podwózkę do dobrego miejsca przy jednopasmowej autostradzie w stronę Tbilisi. Staliśmy tam ze 3-4 minuty i porwał nas kolejny samochód, tym razem jadący już bezpośrednio do stolicy. Dwaj (na oko) bracia, w naszym (na oko) wieku nie byli zbyt rozmowni. Być może dlatego, że reprezentują półpokolenie, o którym mówiła nam Sara. Już nie musieli uczyć się rosyjskiego, a jeszcze nie przyszło im do głowy, żeby liznąć angielski. Jednak dzięki nim zapoznaliźmy się w czasie podróży z szerokim spektrum nowych gruzińskich hitów muzycznych. Preferowali pop i hip-hop, który przynajmnej w moich uszach brzmiał całkiem przyjemnie. W pewnym jednak momencie włączył mi się tryb "znajdź polskie frazy w piosence w obcym języku". Około 80 kilometrów od Tibilisi, nuciłam więc już razem ze śpiewającym dramatycznym głosem wokalistą: "Gdzie się myyyć, gdzie się myyyć?". Utrzymanie powagi przychodziło z coraz większym trudem. Na szczęście panowie postanowili zrobić przerwę "na fajka". Siedzieliśmy zatem grzecznie w cichym samochodzie, kontemplując piosenkę o myciu, gdy niespodziewanie jeden z naszych gospodarzy dostarczył specjalnie dla nas z pobliskiego sklepiku dwie mocno schłodzone Cole. Przy temeraturze 40 stopni, przyznać trzeba, był to prawdziwie samarytański gest. Nie można więc chłopakom zarzucić, żeby wszystkie rozliczne, czynione przez nich znaki krzyża przy każdym mijanym kościele były tylko pustym gestem. Wiedzieli co robią :).

WP_20160825_13_45_12_Pro
Tbilisi widziane spod miejsca u stóp Matki Gruzji, o której w następnym odcinku

Po dotarciu na obrzeża miasta rozpoczęliśmy poszukiwania autobusu do centrum, bo nasi Gruzini jechali dalej. Może hen w dalekie kraje? Po drodze minęliśmy tablicę z napisem Teheran 1300 – można poczuć gorący oddech pustyni. Odnalezienie autobusu czy busiku okazało się zadaniem wcale niełatwym. W pobliskim sklepie poinformowano nas, że mamy jechać nr 117. Kierowca stwierdził jednak, że on nie jedzie tam gdzie chcemy. Polecił 51, ale ten także nie jechał do centrum i nie potrafił wskazać, kto właściwie jedzie. W końcu dopadliśmy busik z nr 41, pierwszy lepszy jaki się nawinął i… Udało się! Wysiedliśmy też bardzo spontanicznie i okazało się, że przystanek był praktycznie w drzwiach naszego hostelu, który jest jak najbardziej godny polecenia. Oczywiście dla tych, którzy chcą podróżować tanio. Zwie się Tbilisi Rooms i znajduje się prawie w samym centrum wszystkiego. Ale o tym już w następnym wpisie :).

WP_20160824_18_37_15_Pro
Z hostelu mamy blisko do opery, ale nic dobrego nie grali 😉
 

Ania

Gorąco, oj gorąco, czyli bardzo gorąco

Miasto bezimiennych pomników – Brzoskwinie giganty – Cardio głupcze! – Kartka do świętego…

Kutaisi. Niektórzy znawcy mitologii uważają, że to właśnie tam, do legendarnego Ai, Jazon miał ostatecznie dotrzeć w wyprawie po złote runo. (Kut)Ai(si) – ewidentnie jest coś na rzeczy, prawda? 😉
Obecnie, położone na wzgórzach miasto jest stolicą regionu imretyńskiego, a niegdyś (X-XIIw.n.e) całego królestwa Gruzji. Trudno nam stwierdzić, czy jest w nim coś wielce charakterystycznego, bo to raptem trzecie miasto, któremu byliśmy w stanie przyjrzeć się bliżej. Na pewno jest tu bardzo gorąco,a do tego dosyć parno. Pod wieczór naprawdę trudno wytrzymać i nie wiadomo czy lepiej w domu czy na zewnątrz. W mieście są muzea, parki, kościoły, targ, opera, teatr, a także kilka pomników. Niestety zwykle bez podpisu albo tylko po gruzińsku, więc oprócz króla Dawida Budowniczego nie poznaliśmy tam nikogo. Sam Dawid to taki nasz Kazimierz Wielki, tylko, że dużo bardziej wojowniczy. Sprawił Turkom tak tęgie lanie w bitwie pod Didgori 1121, że przez długi czas nie chciało im się nawet patrzeć w kierunku północnym, a jednocześnie (znaczy nie w tej samej chwili, bez przesady) przeprowadził wiele ważnych reform. Tak mu się to wszystko dobrze udało, że ponoć rozpoczął złoty wiek w kraju, a po śmierci został kanonizowany. Można? Można. Ale dość o historii.

WP_20160821_11_02_44_Pro
Panorama miasta ze wzgórza katedralnego. Ex catedra 😉

Poszwędaliśmy się swoim zwyczajem po ulicach i uliczkach miasta. Pożarliśmy ze smakiem dwie ogromne brzoskwinie (giganty, mówię Wam), przysiedliśmy na sesję czytania w parku, a na końcu wspieliśmy się po stromych schodach do miejscowej katedry. Budowana była za króla Dawida (budowniczy, kapujecie?), ale zniszczona przez ukochanych ottomańskich sąsiadów kilka wieków później. Odbudowana też wygląda bardzo ładnie, a w środku…trafiliśmy na liturgię. Nie będziemy na siłę wyszukiwać opisów w internecie i udawac znawców ;). Po prostu opiszemy to co zobaczyliśmy. W kościele nie było ławek. Ludzie cały czas stali,a duża część chodziła w kółko. Znak krzyża czynili spontaniczniej, czasem w jednym momencie, czasem każdy sobie. Wiele osób modliło się do świętych, całując ikony, a potem dotykając je czołem lub całując swoją dłoń, a potem przejeżdżając przez cały rząd obrazków. Niedaleko ołtarza (w większości zasłonięty) przycupnął chórek pań w różnym wieku. Doprawdy wspaniały koncert dawały. Nie wyjąłem telefonu i nie nakręciłem, by nikogo nie urazić, ale później tego żałowałem. Otóż gdy ksiądz/pop/arcybiskup wyszedł w końcu na środek nawy, by zasiąść na swoim tronie, jeden z pomagających w mszy młodych ludzi odebrał komórkę, podszedł do arcybiskupa i zaczął normalnie z nim rozmawiać. Telefon od św. Dawida? Do hierarchy podchodziły po chwili kolejne osoby i wręczały mu kartki, które tamten czytał, a potem skinieniem głowy dawał znać, że owszem, będzie coś w tej sprawie u Najwyższego wyjednać. Lub przynajmniej się postara. Na tym zakończyliśmy wizytę w katedrze, bo jednak nie chcieliśmy zakłócać dekorum zbyt długo. 

WP_20160821_11_02_26_Pro
A oto i sama katedra, górująca nad miastem

Religijność jest dla Gruzinów bardzo ważna. Stanowiła o ich tożsamości przez piętnaście stuleci, a obecnie…nie wiemy jak z gorliwością, ale na pewno są ostentacyjni. Taki temperament. Znak krzyża wykonują szerzej, więcej u nich ornamentów religijnych, ikon itp. Niestety nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać o tym z żadnym miejscowym, więc jedyne co nam pozostaje to obserwacje. Na szczęście nie utrudniają nam ich 😉

Po dniu przerwy, spowodowanym małym kryzysem aklimatyzacyjnym, ruszyliśmy na pieszą wycieczkę do znajdującego się nieopodal monastyru Gelati. Swojego czasu było to najbardziej święta ze świętych budowli w całej Gruzji, a także miejsce spoczynku władców królestwa. Obecnie jest remontowane, i bryła została zakłócona rusztowaniami, ale kościoły św. Mikołaja i św. Jerzego nadal cieszą oczy pięknymi malowidłami. 

WP_20160823_10_28_48_Pro
Po renowacji będzie pewnie jeszcze lepiej

Po jakimś czasie ruszyliśmy w drogę powrotną. Mieliśmy w nogach 14 kilometrów i kiedy w myślach formowało się zdanie: "Dlaczego nie biegałem regularnie przed wyjazdem?", przejechał obok nas samochód. Nie łapaliśmy okazji, ale złapaliśmy kontakt wzrokowy z kierowcą. Musiał zobaczyć w naszych oczach strach i wielkie cierpienie, bo wyhamował, wycofał i bardziej stwierdził niż zapytał czy idziemy do Kutaisi. Zacne chłopisko i znakomity kierowca. Zapytał tylko skąd jesteśmy i bardzo się ucieszył, że z Polski. My też się bardzo cieszymy.

WP_20160823_10_43_35_Pro
A z monastyru Gelati (niestety lodow nie serwowano, ciao! ) taki widoczek

W "Starym Lwowie" goście przybywali i ubywali, ale stan osobowy polskiej załogi utrzymywał się na wysokim poziomie. Dołączył kolega z Zabrza, który udawał się na Kazbeg i znajomy Sary z Bydgoszczy, który stamtąd schodził. Pojawił się także kolejny Japończyk, który na oko jechał na rowerze z Sapporo do Grenady, ale okazało się w rzeczywistości przemierza trasę z Singapuru do Portugalii. I wcina tylko makaron. Podłamany upałem zapytał się nas tylko "Can you sreep?". Yes, we can! 🙂

WP_20160823_10_42_53_Pro
Na dowód, że nie wysłaliśmy na wycieczkę figurantów 😉

Marek

 


 

 

Autostop na raty, czyli podróż do Kutaisi

Podróż na drugi zamiar – Niespodziewany koniec trasy – Polka i Gruzin – Tylko we Lwowie

Drogę do Kutaisi rozpoczęliśmy kursem w autobusie miejskim. Wysiedliśmy przy porcie handlowym i podreptaliśmy do dworca kolejowego. Głównie po to, żeby stracić trochę wody, ale przy okazji sprawdziliśmy ceny biletów kolejowych. Na trasie Batumi-Kutaisi bywają tańsze niż 20-minutowy przejazd w Warszawie. Oparliśmy się jednak pokusie i drałowaliśmy dalej aż do miejsca, w którym zakończyliśmy naszą pierwszą jazdę autostopem. Znowu nie minęło dziesięć minut i zatrzymał się uczynny kierowca. Niestety nie jechał do Kutaisi, ale podrzucił nas do Kobuleti – takiej przerośniętej Juraty.

WP_20160820_09_09_33_Pro
Pożegnaliśmy tedy Reggae Hostel…

Miejsce na złapanie kolejnej okazji było więc wyśmienite, bo sporo ludzi wracało z wywczasu, ale czekała nas przykra niespodzianka. Na kolejną podwózkę musieliśmy czekać aż dwadzieścia minut! Doprawdy niezrozumiałe opóźnienie. 😉 Samochód miał jednak klimatyzację i przeurocze małżeństwo na przednich siedzeniach (częsty zestaw standardowy), więc wybaczyliśmy tę fatalną zwłokę i daliśmy się powieźć. Pogadaliśmy o pogidzue, krajobraie, wypadkach na drodze, czyli typowa konwersacja samochodowa. Mijaliśmy kolejne stada krów, idących do Drzewa, gruzińskie hacjendy od frontu drewniane lub murowane, a z boków wykończone blachą. 

WP_20160819_12_33_13_Pro (1)
Pożegnaliśmy też Batumi, chmury drapiące

Koniec trasy przebiegł nam w wyjątkowo wesołej atmosferze. Nasz wspaniały kierowca (oby…sami wiecie co) postanowił nie wlec się za ciężarówką wyładowaną gruzem i zamiast jechać obok lotniska umknął drogą do Tbilisi, z której później miał zjechać do Kutaisi. Jakież było jego zaskoczenie, gdy okazało się, że zjazd nie jest jeszcze ukończony. Sunęliśmy więc po piachu, żwirze i wertepach podobnie jak kilka innych zagubionych samochodów, unikając kolizji z pojazdami do robót drogowych. Kurzyło się, wytrzęsło nas pieruńsko, ale zawieszenie wytrzymało. Zwłaszcza żona kierowcy była bardzo rozbawiona całą sytuacją. Odwróciła się do nas i spuentowała: "No to już wiecie jak u nas wyglądają autostrady". Kiedy wreszcie wróciliśmy na asfalt, zapytała gdzie mają nas wysadzić. Powiedziałem, że tak jak im będzie najwygodniej, bo nie chcemy robić problemu, a ona na to: "To nie żaden problem, jesteście naszymi gośćmi". Przed szczerym sercem nie obroni się żadna kurtuazja – podaliśmy adres naszego hostelu i po kilkunastu minutach żegnaliśmy dobrodziejów rzewnymi łzami.

Jako, że na couchsurfingu znowu nie dopisało nam szczęście, postanowiliśmy się zatrzymać w hostelu "Stary Lwów", który współprowadzi Sara – Polka z Bydgoszczy. No nie uciekniesz ;). Niestety w związku z nietypową numeracją ulic w mieście, mieliśmy drobne problemu z trafieniem na miejsce. Pytaliśmy miejscowych, ale najpierw każdy udzielił innej odpowiedzi, a później zebrało się niewielkiej wielkości konklawe, złożone z pięciu mężów i jednej babinki, krzyczącej coś z głębi swojego pokoiku na parterze. Ostatecznie udało nam się dodzwonić do Sary i ta, razem z twórcą hostelu – Davidem, odebrała nas z pobliskiej stacji benzynowej. 

WP_20160821_16_32_35_Pro
Sara i David. Anioły ze Starego Lwowa.

"Stary Lwów" to miejsce przyjazne ludziom, tak jak przyjaźni ludziom są jego prowadzący. Sara i David starają się jak najlepiej przyjąć i nie tylko przenocować, czy zapewnić trochę wody do mycia, ale również ugościć. Jak sami mówią, nie śpią zbyt dużo, ale energii mają za stu. Każdemu pomogą, z każdym pogadają, zjedzą, napiją się, czasem wyjdą na miasto. Zresztą Sara sama jest zapaloną podróżniczką (prowadzi blog Zawód: Włóczykij) i bardzo dobrze rozumie wszelkie dole, niedole i perypetie ludzi, którzy się u niej zatrzymują. David to Gruzin, ale jego przodkowie przyjechali ze Lwowa – stąd nazwa hostelu.

WP_20160820_19_52_52_Pro (1)
Przez dwie pierwsze noce spaliśmy na tej kanapie

Obsada łóżek iście międzynarodowa. Chiński Japończyk (czy japoński Chińczyk?), dwóch Anglików podróżujących do Australii na motocyklach, para Włochów (także motocykliści) dzięki którym nad ranem można napić się pysznej kawy. Litwini, Polacy, można wybierać 🙂 Skwar panujący w mieście (38 stopni w cieniu – bagatela) nie przeszkadza wszystkim utrzymywać się w dobrych humorach i wymieniać się podróżniczymi opowieściami. Kutaisi przywitało nas więc bardzo gorąco, przy akompaniamencie około dwóch milionów świerszczy (ależ one nadają!) i w domowo-podróżniczej atmosferze "Starego Lwowa".

WP_20160821_09_14_42_Pro
Balkon. Gruszkek nie jemy, ale późnym wieczorem łapiemy promile chłodu.

Marek


 

Herbacianych pól nie ma, czyli obserwacje z kurortu

Śladami Argonautów – Szklane domy – Niepewność pieszego – Zakazana miłość

Ciepło i błogo. Organizm rozleniwiony, ale słowo się rzekło – trzeba pisać. Batumi przywitało nas wdzięcznie, więc konieczne było oddanie mu sprawiedliwości. Z Gonio, w którym znaleźliśmy przystań, można pojechać autobusem lub busikiem. Autobus tańszy. Różnica w prawdzie miedzy 65 gr, a 1,30 zł, ale po co płacić więcej? Ciekawa rzecz – na gruzińskim wybrzeżu cena z taką samą usługę lub produkt w miejscach oddalonych od siebie o zaledwie 10 metrów może być inna. Warto się zatem rozejrzeć.

Od razu powiem, że osoby oczekujące opisów sławetnych z piosenki Filipinek pól herbacianych, srogo się rozczarują. Podobno nieliczne jeszcze zostały, ale większość dokonała żywota wraz z końcem ery komunizmu. Nie powinno to jednak odstraszać wielbicieli kurortów wypoczynkowych. Batumi ma wszystko, czego można w tej kwestii zapragnąć.No, może prawie wszystko. Kamieniste  plaże nie umywają się bowiem do naszych. Za to morze – cudowne!

WP_20160819_11_54_17_Pro
Nadmorski bulwar w całej swojej szerokości. Palmy, latające ryby…
 

Do Batumi udaliśmy się w towarzystwie poznanego w hostelu Piotra, który niedawno odmroził paluch w czasie wspinaczki wysokogórskiej, jednak dzielnie dotrzymywał nam kroku. Miasto jest na swój sposób wdzięczne, idealne do powolnej przechadzki. Tu Posejdon ze swoim nieodłącznym trójzębem, w otoczeniu wdzięcznych nimf morskich pręży się dumnie na pięknej fontannie. Tam Medea, mściwa małżonka Jazona, stoi na wysokiej kolumnie, dzierżąc złote runo. Spotkaliśmy też Johna Travoltę. Gwiazdor i Marek byli skonfudowani w równym stopniu ;).

WP_20160819_11_53_32_Pro
Na szczęście zastrzyk z adrenaliny nie był potrzebny

Dla fanów architektury jest zabytkowa zabudowa starej części miasta, kościół katolicki, ormiański, meczet i synagoga. Szumią rozliczne fontanny, można przespacerować się bulwarem nadmorskim, zajrzeć na molo, albo po prosu zasiąść w cieniu bambusowego gaju, popijać chłodne wino (5 litrów a 10 zł) i wcinać placek z gruzińskim serem (niecałe 2 zł sztuka). Czego chcieć więcej? (dwa tysiące kolumbijskich pesos!!! dop. M 😉 ).

WP_20160818_13_02_01_Pro
Mała, przytulna uliczka – jedna z wielu

Jednak oczy uważnego obserwatora nie mogą ominąć starych, walących się lub wiecznie niedokończonych budynków. Na nic zdały się zapewnienia Marka i Piotra, że to taki element folkloru. Podobno im dalej od turystycznego centrum obraz się niestety nasila. Razi również tendencja do budownia molchów, drapaczy chmur – głównie hoteli. Te wielkie powierzchnie z czasem popadają w zapomnienie i ruinę. Stoją puste z zakurzonymi szybami, oblepione ogłoszeniami. Mimo to, wciąż powstają nowe! Trzymam kciuki za lokalne władze, by ten trend się zmienił. Dla dobra miasta i jego mieszkanców, mam nadzieje, że za 10-20 lat stare, ale wciąż piękne małe kamieniczki znów będą cieszyć oko przechodnia, a wielkie szklane potworki znikną na dobre.

WP_20160818_12_53_23_Pro
Medea ma nieco dziwną sylwetkę, ale generalnie dziwna z niej była dziewoja

A propos władz – Batumi jest stolicą autonomicznej republiki Adżarii i to właśnie tu znajduje się siedziba Gruzińskiego Sądu Konstytucyjnego. Tak ciekawostka dla Braci z Polski ;). Rzecz interesująca, jak już Marek wspominał Gruzini lubią nas jako naród. Kiedy oznajmisz skąd pochodzisz najprawdopodobniej spotka cię uśmiech, kiwanie głowa i pełne aprobaty "Aaaaa, Polsza". Wersja dla młodych: kiwanie głową i podniesiony do góry kciuk ;). Cytując klasyka – ważne jednak, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów. Żeby przejść w Gruzji przez ulicę potrzebne są nerwy ze stali. Tu zasadniczo pierwszeństwo ma kierowca, więc mnie, płochliwą sarenkę, Marek prowadzi za rękę jak trzyletniego brzdąca.

Wracając jednak do Batumi – jednym z najbardziej zapadających w pamięć monumentów miasta jest bez wątpienia rzeźba przedstawiająca tytułowych bohaterów książki "Ali i Nino". Ich pełen komplikacji i dramatycznych zwrotów romans rozgrywa się w latach 1918-1920. Ali był Azerem i muzułmaninem, Nino Gruzinką i chrześcijanką. Umieszczone na specjalnej platformie statuły kobiety i mężczyzny krążą wokół siebie powoli, by co jakiś czas połączyć się w pocałunku. Następnie ich idealnie dopasowane stalowe ciała przenikają się, oddalają i cały taniec zaczyna się od początku. Rzeźba gruzińskiego artysty podkreśla wspaniale eklektyczny charakter miasta i jest pięknym symbolem miłości, zrozumienia i pokoju.

WP_20160818_11_58_22_Pro
Niby się boczą, ale w końcu i tak się zejdą. I przejdą. I tak w kółko.

Ania