Archiwum kategorii: Nowa Zelandia

Poczucie misji, czyli nasze początki w Kalifornii

Aloha USA! – Od polonii do polonii – U Jana Chrzciciela – Stalowy gigant

No dobrze już dobrze nooooo! Ok, rozumiemy, mamy pisać, a nie zbijać bąki! Na swoje usprawiedliwienie możemy tylko wtrącić, że naprawdę, ale to naprawdę nam się nie chciało! No dobrze, może i się chciało, ale dopiero ostatnio uzbierało się na tyle dużo materiału, że da się z niego co nieco sklecić. O czym my to….aha! Jeszcze w Auckland pożegnaliśmy się z Jackiem i Moniką po raz trzeci (doprawdy trudno nas się pozbyć) i polecieliśmy na Hawaje. Lot w ogóle się nam nie dłużył, bo w końcu lecieliśmy porządnymi liniami hawajskimi, ostatnimi krajowymi w USA, które zapewniają darmowy posiłek w samolocie. Nie mówiąc już o pakiecie filmów. Nie lecieliśmy więc ani głodni, ani umęczeni i mogliśmy z werwą oraz humorem przystąpić do odprawy w Honolulu. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce i tuptaliśmy grzecznie do okienka. 


Pożegnanie ze Śródziemiem. Znaczy Nową Zelandią.

Trochę nam to zajęło, bo tu zawsze dużo turystów, ale i tak mniej niż w Nowym Jorku, czy innych, większych czy popularniejszych miastach. Krótka rozmowa z celnikiem, który z umęczoną miną próbował nas podejść i wybadać, jak to się stało, że chcemy zostać w stanach aż trzy miesiące, bo przecież praca, życie rodzinne i tak dalej. Kiedy zobaczył nasze itinerarium, zrozumiał, że raczej nie chcemy tu zostać na zawsze, ale jeszcze postraszył nas, mówiąc, że potrzebujemy biletu powrotnego, bo inaczej nas nie wpuści. Dosłownie dwie sekundy później, zanim zdążyłem powiedzieć, że taki przepis nie istnieje, zmienił temat i po pobraniu odcisków palców, mogliśmy wejść na amerykańską ziemię. Niezdecydowany typ.


To niestety najbardziej hawajskie zdjęcie jakie mogłem zrobić. Wszystkich kolegów i koleżanki z SLO nr 4 przepraszam ;).

Odebraliśmy bagaże, by natychmiast zdać je na lot do San Francisco i poszliśmy złapać samolot. Wszystko poszło bez najmniejszych problemów i tak oto, dolatując do miejsca przeznaczenia, odmłodnieliśmy o jeden dzień. Wylecieliśmy z Auckland pół godziny po północy, szesnastego lutego, a dolecieliśmy do San Francisco o dziewiątej wieczorem…piętnastego lutego. Poczuliśmy się niczym Fileas Fogg i Jean Passepartout. Na lotnisku odebrali nas wujek Marian i ciocia Stasia, co oznaczało, że po pół roku podróżowania, znowu trafiliśmy na łono rodziny. Wspaniałe uczucie :).


Słooooooodki Jezu! Już tak dawno nam nic nie smakowało.

Wujek i ciocia mieszkają w Hollister, ok 150 kilometrów od San Francisco, więc czekała nas jeszcze wieczorna jazda samochodem, ale gdy już dojechaliśmy do najmilszego nam domu na zachodnim wybrzeżu, poczuliśmy, że mamy prawo poczuć się zmęczeni. U wujostwa zakotwiczyliśmy na nieco dłużej, niż to mieliśmy do tej pory w zwyczaju. Dzięki rodzinnej gosicinności możemy porządnie zaplanować dalszą podróż, wyselekcjonować rzeczy, które chcemy zobaczyć.


Zoooooo…Ve meet again Delicje…

Przejazd przez Stany Zjednoczone nie był bowiem w naszym pierwotnym planie, dlatego dopiero teraz mogliśmy się porządnie wziąć za ustalanie, co właściwie chcemy tu zobaczyć. Było już jednak późno, a my mieliśmy jeszcze kolację do zjedzenia, a taka kolacja u rodziny to poważna sprawa. Zwłaszcza, że w samolocie poczytaliśmy sobie trochę "Chłopów", więc nic się tak nie marzyło jak swojskie jadło. A tu ogórek kiszony i polska kiełbasa z porządnym chlebem. Nareszcie!


Nad ranem przywitał nas taki widok. Jeszcze się nam nie znudził.

Pokrzepiliśmy się, wyspaliśmy za wszystkie czasy, odpoczeli, pogadali z wujkami oraz ciociami, w międzyczasie rozsyłając wiadomości na couchsurfingu, szukając biletów autobusowych (mają je tutaj tanie jak diabli) i darmowych atrakcji turystycznych. Oczywiście musieliśmy też wytyczyć trasę naszej podróży na wschodnie wybrzeże, wybierając w końcu wariant południowy. Arizona, Teksas i Luizjana, wygrały z Kolorado, Utah i Kansas. Nie uprzedzajmy jednak faktów, zwłaszcza, że ich nie znamy. Zwiedzanie USA zaczęliśmy od Kalifornii. 


No to zaczynamy zwiedzanie US of A.

Pierwsze miejsce jakie mogliśmy zobaczyć poza samym Hollister, to San Juan Bautista. Niestety Panie i Panowie nastąpi teraz krótka wstawka historyczna. Dojechaliśmy do Nowego Świata, czyli w moje ulubione rejony na tym polu. Z góry tedy przepraszam, że będzie trochę więcej różnego typu dykteryjek. Wróćmy jednak do San Juan Bautisty. Miasto położone jest naokoło hiszpańskiej misji franciszkańskiej, która została założona jeszcze pod koniec osiemnastego wieku. Misje takie budowane były wzdłuż całej Kalifornii, czasem bliżej, czasem dalej wybrzeża. Miasta takie jak San Diego, San Jose i San Francisco wzięły swój początek właśnie od zabudowań klasztornych wzniesionych wzdłuż drogi El Camino Real. Misja Świętego Jana Chrzciciela została wybudowana jako piętnasta z dwudziestu jeden takich przybytków. 


Wejście do kościoła w San Juan Bautista z bardzo charakterystyczną dla tutejszej architektury dzwonnicą. 

Obecnie miasteczko ma niecałe dwa tysiące mieszkańców, a jego główną atrakcją są właśnie mury starej, frańciszkańskiej misji, wybudowane w stylu adobe, czyli z cegieł zrobionych z gliny, wody, trawy, a często i gnoju. Absolutnie nie możemy jednak powiedzieć, że to gówniany zabytek, a i w samym miasteczku jest parę miejsc, bardzo ważnych dla historii całego kontynentu.


Bang!

Widzicie? Nieasmowite. A tak serio, to zwiedziliśmy jeszcze Castro-Breen Adobe. Rezydencja należała niegdyś do meksykańskiego komendanta głównego departamentu Alta California , Jose Castro. Ten sprzedał dom irlandzkiemu osadnikowi, Patrickowi Breenowi, a rodzina Breenów z kolei, stanowi Kalifornia, który przekształcił posiadłość w muzeum. Do Irlandczyków i osadników, wrócimy jeszcze w następnym wpisie. Bądźcie czujni.


Casa Castro, Casa Breen.

Po pysznym lunchu w meksykańskiej knajpie (prawdziwa meksykańska kuchnia, a nie tex-mex), wróciliśmy do Hollister wielce kontenci. I najedzeni. Apetyt na zwiedzanie mieliśmy nadal wielki, a naszym następnym punktem programu było San Francisco we własnej osobie. Na samo wspomnienie zaczyna mnie boleć noga. Wstać musieliśmy bladym świtem, żeby ciocia mogła nas podrzucić do kolejki Caltrain. Pierwsza stacja mieściła się w Gileroy, czyli amerykańskiej stolicy czosnku, a ostatnia już w samym San Fran. Przejechaliśmy całą trasę, zajęło nam to dwie i pół godziny, więc o godzinie 9.00 mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. 


Prawdziwa quesadilla, a nie jakieś coś, nie wiadomo co.

Najpierw podjęliśmy próbę nie spóźnienia się na free walking tour przez most Golden Gate. Niestety ukształtowanie terenu w mieście nie sprzyja szybkiemu chodzeniu i trochę się spóźniliśmy. Nic to jednak – bo San Francisco bardzo przypadło nam do gustu, a gdy już doszliśmy nad zatokę i zobaczyliśmy na żywo most…Jest absolutnie niesamowity. Wspaniały. Nieprawdopodobnie monumentalny. Monstrualnie spektakularny. Prawdziwa perła inżynierii amerykańskiej, nazywana "mostem, który nie miał prawa powstać".


Ehhhhhhh. Wspaniały…

Całość konstrukcji jest długa na ponad 2,5 kilometra, wysoka na prawie 230 metrów w najwyższym punkcie. Kosztowała niecałe 34 miliony dolarów, a ekipa inżynierów i robotników pod kierownictwem Josepha Straussa uporała się z budową w 4 lata, 4 miesiące i 3 tygodnie. Stalowy, pomarańczowy gigant, wykończony w stylu art deco, do dzisiaj jest jednym z symboli Stanów Zjednoczonych. Ależ zrobiło się podniośle!


Widok na San Francisco z mostu Golden Gate. Po lewej stronie widać Treasure Island i fragment mostu Bay Bridge, nad budową którego pieczę sprawował pionier budownictwa mostów wiszących, inżynier Rudolf Modrzejewski, mentor m.in. Josepha Straussa.

Wracając jednak na ląd stały – zawróciliśmy do miasta, ale najpierw zobaczyliśmy Presidio. Hiszpański, osiemnastowieczny fort, rozbudowany potem przez armię Stanów Zjednoczonych, funkcjonował bez przerwy, aż do 1995 roku, co uczyniło go najdłużej działającą placówką wojskową w historii kraju. Obecnie jest to wielki park, który stanowi własność agencji rządowej, a na którego terenie znajduje się między innymi rodzinne muzeum Walta Disneya oraz siedziba główna LucasArts. Ej! Nie wiedziałem tego ostatniego, kiedy tam byliśmy! No nieeeeee…Trudno. Z tego wszystkiego kończę na chwilę, a dalszy ciąg naszej wędrówki po San Francisco opiszemy już za tydzień! Żartuję, zapewne już jutro. Trzymta się!


Fort Presidio. Tu stacjonowało wiele jednostek wojskowych przed wyruszeniem do walk z Japończykami na Pacyfiku.

Marek

 

„W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit”, czyli szukamy Śródziemia

Fanem być, to zobowiązuje – Nieprzeznaczona nam góra – Nory w pagórkach – Małe piwko

Jak do tej pory jest tylko jeden pisarz, który zawładnął moją wyobraźnią tak mocno i bezsprzecznie, że nie wiem, jak mogłabym żyć bez jego książek. Mowa o Johnie R.R Tolkienie. Jeśli bym miała zabrać ze sobą jedną książkę na bezludną wyspę i tam dokonać żywota, to z pewnością zabrałabym "Władcę Pierścieni". Poza niewątpliwymi atrakcjami Nowej Zelandii jako takiej ciągnęła mnie na nią również świadomość, że tu właśnie sir Peter Jackson nakręcił adaptację mojej ukochanej powieści.


Widoki na Nowej Zelandii nie zawodzą niezależnie od miejsca, w którym się znajdziemy.

Pomimo wielu zastrzeżeń i wątpliwości co do filmów, bardzo je lubię, a nawet można powiedzieć, że jestem ich fanem. Widziałam wszystkie trzy, oczywiście wielokrotnie, wszelkie dodatki, materiały o kręceniu i odtwarzaniu bogatego tolkienowskiego świata. Jak na fana przystało bardzo pragnęłam zobaczyć na Nowej Zelandii te lokalizacje, które w adaptacjach "grały" znane mi z książki miejsca. Na północnej wyspie można zobaczyć dwa. Pierwsze to Hobbiton Movie Set, gdzie odtworzono książkową osadę hobbitów. Drugie to Ngauruhoe – czynny wulkan w Parku Narodowym Tongariro, który imitował Orodruinę – Górę Przeznaczenia. To właśnie w niej wykuto Jedyny Pierścień i to w jej ogniu znaleźć miał swój koniec. My też mieliśmy uczynić wyprawę do Góry Przeznaczenia. Los chciał jednak innaczej.


Jak welcome to welcome.

Jak zapewne pamiętacie z poprzedniego artykułu nie układało nam się za bardzo z naszymi ostatnimi gospodarzami. Skróciliśmy o jeden dzień pobyt u nich z nadzieją, że po zwiedzeniu Hobbitonu skoczymy gdzieś w okolice parku Tongariro. Niestety jakiś czas po znalezieniu przyjaznej duszy, która zgodziła się nas przenocować u siebie, okazało się, że jednak plany niedoszłego gospodarza uległy zmianie i zostaliśmy na lodzie. Zdesperowani, byliśmy gotowi już ruszyć na chybił-trafił, najwyżej przenocować gdziekolwiek, choćby pod drzewem.


Ania zażyczyła sobie, żeby zrobić zdjęcia wszystkim hobbicim norom. Więcej ukaże się w galerii na Fb.

Jednak nasz dobry duch na Nowej Zelandii – Jacek (który zabronił zwracać się do niego per "pan", więc się stosuję) w rozmowie telefonicznej zwrócił naszą uwagę na prognozę pogody. Dramat – nad Tongariro na najbliższe kilka dni zebrały się gęste deszczowe chmury. Zapowiadano spore opady i obniżenie temperatury. Trochę nas to podłamało. Tongariro bardzo chcieliśmy zobaczyć nie tylko ze względów tolkienowskich. Park Narodowy jest ponoć niezwykle piękny. Jednak rozsądek musiał przeważyć. Rozmoknięte górskie szlaki, słaba widoczność z powodu chmur i deszczu to nie jest dobry scenariusz na wycieczkę. Z żalem musieliśmy poddać Tongariro – jedną z największych atrakcji, jakie mieliśmy nadzieję tu zobaczyć – jeden z najpiękniejszych i najstarszych parków narodowych na świecie. Smuteczek…


Powiedziano nam, że nie można wchodzić do środka, bo hobbici nie lubią nieproszonych gości. Żadna nowość ;).

Hobbiton przywitał nas jednak mile i przez dwie godziny bawiliśmy się całkiem, całkiem. Plan filmowy znajduje się na farmie, która został specjalnie wyselekcjonowana na potrzeby ekranizacji. Dla tych, którzy opowieści Tolkiena nie znają – hobbici, to istoty wymyślone przez autora. Mają wzrost mniej więcej połowy ludzkiego i wyglądają faktycznie jak mali ludzie. Lubują się w sielskich, wiejskich klimatach, chętnie mieszkają w pełnych wygód i dobrze urządzonych norach, które ryją w pagórkach. Zasadniczo lubią jeść, pić, palić i wypoczywać. Hobbiton, to jedna z wielu hobbickich osad.


A to już legendarne Bag End, czyli dom rodzinny Bilba i Froda. Niestety gospodarzy nie było w domu.

Odtworzenie wioski hobbitów na potrzeby filmu wykonano w sposób spekatakularny. Wizyta na planie uświadamia, że po prostu zbudowano to miejsce – stworzono całość od podstaw. Są domki hobbitów, drogi, most, młyn, karczma etc.


Nie mogło również zabraknąć młyna Przy Wodzie. To znaczy mogło, ale…nie zabrakło.

Niesamowite jest wykorzystanie natury w tworzeniu wioski. Cały Hobbiton pokryty jest roślinnością – pełno tu drzew, pól, ogrodów i ogródków, kwiatów, grządek warzywnych. Wydaje się, że zza dzwi hobbickiej norki za chwilę wyjdzie niewielki jegomość i zacznie zbierać dynie, pielęgnować kwiaty, albo wybierze się nad rzekę łowić ryby. Oczywiście nic takiego się nie dzieje i to nie tylko dlatego, że hobbici to postacie fikcyjne. Za drzwiami i oknami hobbickich norek w rzeczywistości nic lub prawie nic nie ma. Sceny kręcone we wnętrzach były efektem prac w studiu. Tu mamy tylko fasadę, ale trzeba przynać – wykonaną perfekcynie.


A tu jeszcze okna Bag End.

Jedyne wnętrze, które można odwiedzić to karczma Pod Zielonym Smokiem, gdzie według książki można było dostać wyborne piwo. Potwierdzam – piwo dają przednie. W cenę wycieczki wliczony jest kufelek…No właśnie – cena wycieczki…Nie mogę powiedzieć, że wizyta w Hobbitonie nie sprawiła mi przyjemności. Nie mogę też negować, że dostarczyła paru wzruszeń i miłych sercu widoków. Koszt jednak jest niewspółmierny do tego, co się dostaje.


Ania zadowolona, bo zaraz czeka ją piwo w Zielonym Smoku.

Podróż po Hobbitonie odbywa się w grupie i pod okiem przewodnika. To oczywiście jedyna opcja. Z miejsca poza farmą autobus zabiera cię na plan, który jest sprytnie umiejscowony między wzgórzami, tak, że z zewnątrz go nie widać. Co więcej, samoloty nie maja prawa przelatywać nad farmą – tak zazdrośnie strzeże ona swojego wielkiego, hobbickiego sekretu. Przez godzinę przewodnik pędzi cię od nory do nory, nie podając przy tym zbyt wielu informacji. Miałam nadzieję, że dowiem sie jakichś ciekawostek, ale było tego jak na lekarstwo, a ktoś, kto oglądał materiały dodatkowe o tworzeniu filmu raczej nie dowie się tu niczego nowego. Kiedy przegonią cię już przez Hobbiton masz jakieś 15 min. na wypicie kufelka piwa. Jego wielkość przyprawiłaby każdego szanującego się hobbita o śmiech, a potem czkawkę na dodatek. Jak już płaci się tyle kasy, to mogliby wystąpić z porządnym półlitrowym kuflem i dać chociaż pół godziny, a najlepiej godzinę na jego wychylenie. Zwłaszcza, że karczma Pod Zielonym Smokiem jest całkiem spora.


W samej karczmie atmosfera nienajlepsza. Przydałyby się jakieś kostiumy, muzyka z filmu, czy krótka inscenizacja…

Nie jestem tak naiwna, by nie wiedzieć dlaczego farma jest tak ukryta, dlaczego wycieczka jest kosztowna i wiem, że odcinanie kuponów od filmu "Władca Pierścieni" i od jego, niestety bardzo już słabego, prequelu "Hobbit" musi i będzie trwać. Z pewnością drogie jest nawet wyprodukowanie biletu do Hobbitonu, bo każda literka, czy obrazek tolkienowskiej franczyzy to majątek. Wiem zatem skąd dość wysoka cena biletu. Spodziewałabym się jednak za nią trochę więcej: przewodnika, który wie ciekawe rzeczy, porządnego kufla piwa, trochę czasu, żeby spokojnie przy nim posiedzieć i popatrzeć na Hobbiton. Wiecie co? Chyba jednak jestem naiwna.


Piwo jednakowoż mieli bardzo dobre :).

Mimo wszystko bawiłam się nieźle. Jeśli ktoś ma czas i lekką górkę w budżecie, to może się tam wybrać i mieć z tego niezłą frajdę. Krótko mówiąc odwiedziny polecam tylko pod dwoma warunkami: jeśli jesteś wielkim fanem filmów i masz kasę, której nie będziesz żałował. Ja spełniłam tylko ten pierwszy i dlatego teraz marudzę ;). No może też trochę marudzę, bo nie udało się odwiedzić Tongariro. Nie mogę tego parku odżałować.


Ogólnie wyszliśmy z Hobbitonu zadowoleni, ale drugi raz już byśmy nie poszli.

W każdym razie z Hobbitonu wróciliśmy autostopem do Auckland. Znów przyjęli nas Jacek i Monika. Deszczowe dni przesiedzieliśmy więc w ich przytulnym domu, pisząc teksty, publikując albumy, odpoczywając i przygotowując się na następną przygodę. Wielką, wspaniałą przygodę, którą będzie road trip po Stanch Zjednoczonych! Tak, tak Kochani – następna relacja już z Ameryki Północnej!

Ania

Z Kaikohe do Cambridge, czyli od winiarzy do koniarzy

Rechoczący kuzyni – Zosia i Osculati – Zmienność danych – Idiotą być

Tydzień na winnicy u Rae i Steve'a zleciał nam naprawdę bardzo szybko. Pracowaliśmy zdecydowanie mniej niż w Australii, a robota była mniej różnorodna, ale za to mieliśmy więcej planowania, polowania na bilety lotnicze, no i blue ray w swoim pokoju. Nie mogliśmy tak tego zostawić i odgrzaliśmy parę klasyków, których dawno nie oglądaliśmy. Z gospodarzami dogadywaliśmy się bardzo dobrze, ale trzeba przyznać, że nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Nie ciągnęliśmy ich za języki i dowiedzieliśmy się o nich tyle, że Steven projektował systemy obronne dla nowozelandzkiej armii. Sam nie był jednak wojskowym. Postanowiliśmy nie dociekać, żeby nie posądzono nas o szpiegostwo międzynarodowe.


Wyjeżdżaliśmy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Będąc w Kaikohe umówiliśmy się z kolejnymy gospodarzami na helpx i wiedzieliśmy już, że kolejne miejsce, gdzie zatrzymamy się na dłużej leży niedaleko Cambridge, skąd bardzo blisko do Hobbitonu, czyli planu filmowego, gdzie kręcono część scen do "Wałdcy Pierścieni", a także "Hobbita". Nie mogliśmy pojechać tam jednak prosto z Kaikohe, bo nasi przyszli gospodarze mieli już plany na weekend, ale na całe szczęście zaproponowali, by umówić się z nimi w Auckland. Daliśmy więc znać panu Jackowi, który już wcześniej zapowiedział, że mamy się nie krygować, tylko walić jak w dym w razie jakiejkolwiek potrzeby, z koniecznością wpłacenia kaucji za areszt włącznie. 


Ania po ostatnim dniu pracy, przed domem Stevena i Rae.

W piątek nad ranem Rae wywiozła nas do Kawakawa, skąd najlepiej było nam łapać okazję i gdzie mogliśmy zjeść śniadanie, gdyż tego dnia nie wykonaliśmy już żadnej pracy, więc nie przysługiwał nam posiłek na winnicy. Wciągneliśmy co tam w piekarni dawali, pogadaliśmy chwilkę z dwojgiem Maorysów, którzy zainteresowali się gdzie zachrzaniamy z tymi plecakami, a w końcu wyszliśmy na drogę. Największym problemem było znalezienie dobrego miejsca. Nie chodziło o natężenie ruchu, ale o to by kierowca miał się gdzie zatrzymać, no i żebyśmy nie stali jedną nogą na stromym zboczu. Te względy wyeliminowały najdogodniejszą lokalizację, czyli okolice skrzyżowania dwóch dróg krajowych, a my musieliśmy ustawić się przy mniej uczęszczanej z nich i to tuż obok budynków mieszkalnych. 


No i znowu w drodze przy drodze 🙂

Piętnaście minut później jechaliśmy już w stronę Auckland z sympatyczną panią w średnim wieku, która była bardzo ciekawa gdzie ta Polska leży, jaka jest u nas sytuacja ekonomiczna, polityczna i społeczna. Opowieść skończyłem na rozbiciu dzielnicowym…Oczywiście żartuję, ale czasu nie było dużo, więc postanowiliśmy rzecz potraktować ogólnikowo, pobieżnie, z grubsza i po łebkach. Ciężko było ;). Dojechaliśmy do Whangarei i tam przyszło nam łapać…No właśnie, nie zdążyłbym nawet wypowiedzieć całego zdania, a już się ktoś zatrzymał. Pamiętacie tych Maorysów, z którymi gadaliśmy przy śniadaniu? Nie? No to niedobrze, bo to właśnie oni podwieźli nas dalej, aż do samego Auckland, prawie że pod drzwi pana Jacka i pani Moniki. 

Kuzyn i kuzynka, bardzo zabawni, co chwila dowcipkowali i nawet jeśli nie rozumieliśmy żartu, śmialiśmy się razem z nimi, bo oboje mieli bardzo zaraźliwy rechot. O Annie (owszem) nie dowiedzieliśmy się właściwie nic, ale Francis opowiedział nam o tym jak swojego czasu podróżował po USA i po Europie, a tam gdzie mógł, utrzymywał się z kucharzenia. Bardzo sympatyczny chłop. Zboczył nawet ze swojej trasy, żebyśmy nie musieli drałować ostatnich kilometrów na piechotę. Pożegnaliśmy się serdecznie i żegnani klaksonem, udaliśmy się w gościnne progi naszych polskich dobrodziei. 


Mówiliśmy im, że nie trzeba, że możemy przejść się trochę na piechotę, ale nie – podwieźli prawie pod drzwi 🙂

Odpoczęliśmy trochę, a w niedzielę pani Monika zawiozła nas na spotkanie z naszymi nowymi chlebodawcami. Otóż Natasha i Pedro (ona Nowozelandka, on Portugalczyk) to właściciele koni wyścigowych, a do Auckland przybyli na zakupy. Okazało się, że całkiem udane, bo nabyli dwa młode ogiery, które Pedro wytrenuje i albo zachowa albo odsprzeda z zyskiem. Na całe szczęście nie jechały z nami samochodem, więc pomieściliśmy się bez problemu. Oprócz naszej czwórki, była jeszcze bardzo urocza, 17- miesięczna łobuziara imieniem Ellie, którą staraliśmy się utrzymać w dobrym humorze przez całą podróż. Udało się całkiem zacnie wykonać to zadanie, co nie było z resztą bardzo trudne, bo Ellie to panna z natury pogodna.


Zapomnieliśmy się zapytać, czy możemy wrzucić zdjęcie młodej, więc zamiast tego – labrador Lucy. Też sympatyczna.

Początek pobytu w domu Tashy i Pedra mieliśmy bardzo miły i wydawało nam się, że znowu trafiliśmy w dziesiątkę. Niestety nie można mieć zawsze szczęścia. Od razu zaznaczę kilka rzeczy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że problemy, które napotkaliśmy, a które za chwilę wymienimy nie są wielką tragedią i ludzie miewają dużo gorzej. Absolutnie nie uważamy też, żeby którekolwiek z naszych gospodarzy celowo robiło nam krzywdę. W ogóle rzadko narzekamy tutaj na ludzi, a jeśli już to bardziej dla żartu. Sytuacja jednak przedstawiała się w sposób następujący…


Trzeba przyznać, że domostwo mają całkiem udane.

Przede wszystkim między Natashą i Pedro był jakiś problem. On, zgodnie ze stereotypem południowca, podchodził do wszystkiego z większym luzem, a ją tym bardziej wszystko wyprowadzało z równowagi. Znaleźliśmy się po środku i oberwaliśmy rykoszetem, bo zdarzały się momenty kiedy Tasha była nabzdyczona i zapominała, że to nie nasza wina. To jednak mały pikuś. Chodziło przede wszystkim o organizację pracy. Na profilu helpxowym wyraźnie stało, że pomocnik dostaje wikt i opierunek za cztery godziny pracy dziennie. Chcieliśmy więc sumiennie swoje wypracować, a trafialiśmy czasem na zaporę nie do przejścia.


Posiadłość całkiem spora i trzeba było trochę poganiać, żeby w ogrodzie zapanował jako-taki ład.

Otóż Natasha to Zosia Samosia. Najchętniej wszystko zrobiłaby za nas, demonstrując jak mamy wykonać daną czynność. Często zresztą brała się za pokazywanie, po czym patrząc na nasze skupione miny, wtrącała: 
– Wiecie co? To już może ja to zrobię.
Zwykle udawało się ją przekonać, że absolutnie nie, że przecież jesteśmy tu po to, żeby jej pomagać. To samo tyczyło się sytuacji, kiedy nad ranem siedzieliśmy sobie dosyć długo bezczynnie i zastanawialiśmy się, czy zaraz nie wypadnie nam pracować w największym upale. W końcu zapytaliśmy się, co możemy zrobić. Wtedy zaczęła nam wymieniać, co ona musi zrobić i dlaczego, wtrącając genezę zjawiska i wykładając nam teorię wielkich procesów. Kiedy tak prowadziła narrację, staraliśmy się uważnie słuchać, co, zdaje się, jeszcze pogarszało sprawę.


Młoda i bardzo zgrabna, często towarzyszyła mi, gdy przy płocie wyrywałem chwasty. Klacz w tle też bardzo towarzyska.

Milczenie wywoływało bowiem reakcję alergiczną i Natasha zaczynała dopytywać się, czy wszystko w porządku, czy może chcemy zrobić coś innego albo wypić herbatę lub zjeść lunch. W moim przypadku skupiony wyraz twarzy owocował ewidentnym posądzeniem o kretynizm i o brak zrozumienia najprostszych czynności. Z tym drugim trudno było nie mieć kłopotu, bo Natasha zmieniała często zdanie. Raz mówiła, żebym nie wstawiał naczyń do zmywarki, tylko zmywał ręcznie, by następnego dnia powiedzieć, że niepotrzebnie zmywam ręcznie, skoro jest zmywarka. Doprowadziło to wszystko do sytuacji, że nie bardzo dowierzała mi, gdy mówiłem, że rozumiem, co do mnie mówi. W pewnym momencie wprost powiedziała, że wyglądam jakbym nie rozumiał, "ale może to kwestia kulturowa". Zresztą, dosyć już – przywoływanie wszystkich sytuacji podobnych do wyżej opisanych, zajęłoby wiele czasu i byłoby zupełnie niepotrzebne. Grunt, że przeraźliwie nas te okoliczności męczyły psychicznie, a żadne z nas nie należy do ludzi, którzy machną na to ręką i powiedzą "ich problem". Tak pewnie byłoby zdrowiej. 


Pogoda ducha często nas opuszczała, ale za to warunki atmosferyczne mieliśmy bardzo dobre.

Staraliśmy się jednak jak mogliśmy. Zajmowaliśmy się małą, wyrywaliśmy chwasty, spryskiwaliśmy te, których nie trzeba było wyrywać, usuwaliśmy trawę, przycinaliśmy róże, ścieraliśmy kurze, odkurzaliśmy, sprzątaliśmy w kuchni, usuwaliśmy badyle z posesji, walczyliśmy z pleśnią i mchem za pomocą całej baterii specyfików. U Dereka i Tracey, czy Stevena i Rae, byłaby to ciekawa praca, a tutaj po prostu się umęczyliśmy. Co chwila zastanwialiśmy się "co powie nam zaraz Natasza". Bo Natasza mówiła sporo. Albo nic, kiedy była obrażona. A bywała dość często. 


Mimo pracy w alejce różanej, nie mieliśmy tam jakoś nadzwyczajnie usłanego żywota ;).

Taki stan rzeczy wyprowadził nas nieco z równowagi i w związku z tym, postanowiliśmy skrócić nasz pobyt (zwiewać w podskokach zanim ktoś kogoś zabije 😉 – Ania), wybrać się do Hobbitonu, a potem znaleźć nocleg w pobliżu parku narodowego Tongariro i stamtąd, po jakimś krótkim trekingu, wrócić do Auckland. Na odwiedzenie tych miejsc mieliśmy, w oryginalnym planie, wypracować sobie dwa dni wolnego robiąc po sześć godzin dziennie, zamiast czterech. Jednak wydobycie z Nataszy tego, co my właściwie mamy zrobić, choćby przez te cztery godziny nastręczało zbyt wiele trudności, żeby dało się dobić do sześciu. Plan trzeba było zatem zmienić, a o tym jak nam się to odbiło czkawką, napiszemy w następnym odcinku.

Marek

Kia toitu he kauri, czyli w cieniu olbrzymów

Nie krzywdź wina – Filary nieba – Morderczy plechowiec – Wyczyścić but najeźdzcy

Na północy połnocnej wyspy Nowej Zelandii mieszka dużo mniej ludzi. Wiele osób przyjeżdża jednak w te strony na wakacje, bo tutejsza przyroda jest niezwykła. Najczęściej turyści kierują się do Bay of Islands, zagłębia wędkarsko-żeglarskiego lub zwiedzać Waipoua – las nowozelandzki. My jednak mieszkaliśmy niedaleko Kaikohe, a najbliżej nas był las Puketi i to właśnie tam wybraliśmy się pewnego dnia na wycieczkę.


Ania w drodze na front robót 🙂

Naszymi gospodarzami na kolejny tydzień pobytu w Nowej Zelandii zostali Raewyn i Steven – sympatyczne małżeństwo, które na obrzeżach Kaikohe ma winnicę i produkuje wino. Pracowaliśmy u nich dzielnie – przygotowywaliśmy sauvignon blanc na zbiory. Niesforne gałęzie winorośli przycinaliśmy nieco i obrywaliśmy część liści, a zawłaszcza te, które przesłaniają winogrona. Owoce potrzebują jak najwięcej słońca pod koniec dojrzewania. Zapewnialiśmy więc nad ranem życiodajne słońce, a pod wieczór integrowaliśmy się z gospodarzami przy zacnym trunku, dobrym jedzeniu i australijskiej edycji programu Master Chef. To też była dla nas pewna egzotyka, bo w Warszawie nie mieliśmy telewizji i ogólnie nie interesujemy się programami z ramówek.


Przyciąć, obciąć, liczbę liści zredukować. I tak panie przez tydzień…

Praca na winnicy bardzo mi odpowiadała i byłoby naprawdę super, bo Raewyn i Steven byli bardzo spympatyczni, mieliśmy ładny pokój i mogliśmy napić się co wieczór czerwonego wina, ale…w winogronach czyhała na mnie straszliwa zagłada! Otóż w tych pięknych winnych krzewach bardzo lubią wić sobie gniazda wstrętne i paskudne osy. Jak zapewne wiecie, osy są wredne tak sotte, bez gniazda, a te w gnieździe jeszcze bardziej. A jeśli na winnicy jest gniazdo os, to kto będzie miał na tyle szczęścia, żeby wsadzić w nie rękę? Ania oczywiście! Przez dwa dni miałam spuchnięty kciuk, co spowodowało, że dostałam ksywkę "claw" – czyli "szpon". No bardzo zabawne. 


Przytulne gniazdko, tylko lokatorzy lekko zżądliwi 😉

Na szczęście nogi miałam sprawne i dobrze, bo w dzień wolny od pracy nasi gospodarze byli tak mili, że podrzucili nas do rezerwatu Puketi. Tam właśnie mieliśmy okazję zobaczyć sławne drzewa nowozelandzkie – kauri. Po olbrzymich sekwojach to one właśnie są największe na świecie. Agathis nowozelnadzki, znany przede wszystkim pod swoją maoryską nazwą – kauri, robi niesamowite wrażenie. Drzewa mają po 50 metrów wysokości, olbrzymią średnicę pnia, żyją setki, a nawet tysiące lat. Gałęzie i liście rosną wysoko, na samym szczycie drzewa, co sprawia, że wydaje się ono jeszcze wyższe i jakby nie z tego świata.


Gigant z lasu Puketi. W tle dwa drzewa kauri.

Nic więc dziwnego, że kauri zawsze były dla Maorysów świętymi drzewami, włączonymi w mit o stworzeniu świata. Ojciec Niebo i Matka Ziemia zostali rozdzieleni przez swoje najsilniejsze dziecko – Boga Lasów, tak by jego potomstwo mogło cieszyć się słońcem i ziemią. Pnie największych kauri miały być jego nogami. Nadawano im imiona i uznawano za wodzów lasu. Kauri wykorzystywano w rytuałach, a także jako budulec kapliczek, totemów, czułen wojennych. Przydatna była również żywica drzewa, używana do przygotowania pochodni i jako produkt zbliżony do gumy do żucia.


Ania słusznie pokazuje drzewa w lesie. Jest ich tyle, że można nie zauważyć.

Na to wszystko musieli przyleźć oczywiście koloniści z Europy i zacząć systematyczną wyciknę wielkich drzew. Drewno kauri jest bardzo przydatne – można z niego wykonać wiele przedmiotów, znakomicie sprawdza się jako budulec łodzi i statków. Na szczęście udało się powstrzymać wycinkę na tyle wcześnie, by właściwy dla Nowej Zelandii gatunek Agathis przetrwał. Jednak kiedy już się wydawało, że walka skończona pojawił się kolejny problem.


Paproć i kauri w jednym lesie stoją.

Wspominaliśmy, że Australia, a także Nowa Zelandia zorientowaly się w pewnym momencie jaki dewastujący wpływ na ich unikalny ekosystem, ich florę i faunę może mieć przywiezienie nowych roślin z innych części świata. Wwożeni czegokolwiek, nawet małego ziarneka, czy piórka jest surowo zakazane. Na lotnisku w Auckland sprawdzano nawet podeszwy naszych butów. Teraz dowiedzieliśmy się dlaczego. 


Zawikłana sprawa…

Narodowe drzewo Nowej Zelandii – kauri jest zagrożone wyginięciem z powodu choroby zwanej kauri dieback, powodowanej przez grzyb, który niszczy korzenie drzewa. Cały czas trwają prace nad tym, by chorobę powstrzymać, jednak na dzień dzisiejszy jest ona nieuleczalna – raz zainfekowane drzewo zginie niechybnie. Naukowcy podejrzewają jednak, że grzyb przyjechał do Nowej Zelandii z sadzonkami innych drzew, również z gatunku Agathis, które postanowiono tu sadzić. Pomysł może nawet nie głupi, jak sie wycięło, to sadzić. Jednak okazało się, że natury tak łatwo przebłagać sie nie da i chorobotwórczy grzyb zaczął siać zniszczenie.


Kolejne zdjęcie drzew. A czego się spodziewaliście?

Obecnie jednym sposobem, który działa i który uniemożliwia grzybowi się rozprzestrzeniać jest szczególna dbałość o nie wnoszenie do rezerwatów kauri ani odrobiny ziemi z innych miejsc. Przed wejściem do każdego lasu jest ostrzegawczy znak, który tłumaczy jakie są zasady poruszania się po tym niezwykłym i pięknym miejscu. Buty trzeba dokładnie wyszczotkować, a następnie nałożyć na nie sprej dezynfekujący. Wszystkie rezerwaty mają na początku szlaku stacje ze sprzętem do takich właśnie działań. W lesie nie można zejść ze ścieżki, a jeśli system korzeniowy drzewa na ścieżkę nachodzi, to jest on otoczony specjalną platformą. Mówiąc krótko – wara od korzeni!


Zanim wejdziesz do lasu, wytrzyj buty!

Nowa Zelandia walczy z zanikaniem lasów kauri przede wszystkim poprzez kampanie uświadamiające jak choroba się rozprzestrzenia i jak można temu zapobiegać. "Keep kauri standing – Kia toitu he kauri"- akcja ratowania drzew przynosi rezultaty. Jeśli wyjeżdżasz do Nowej Zelandii, a zwłaszcza, jeśli planujesz wycieczkę do lasu kauri, warto zajrzeć na stronę kampani: www.kauridieback.co.nz. To właśnie człowiek jest bowiem tym zwierzęciem, które przenosi ze sobą największe ilości sporów zabójczego grzyba. 


Wyglądamy z lasu, a tam…las.

Las Puketi, to tylko jeden z rezerwatów olbrzymich kauri. Majestatyczne i piękne drzewa robią proporcjonalne do swej wielkości wrażenie, a otaczają je wspaniałe srebrne paprocie i mnóstwo innych roślin. W tym lesie żyje też ptak kiwi – kolejny symbol Nowej Zelandii. Niestety, by go spotkać trzeba wstać wcześnie rano, wiedzieć gdzie iść i mieć sporo szczęścia. Nawet koala i kangur nie stawiały nam aż tak twardych warunków, więc musieliśmy się poddać. Nie rozpaczaliśmy. W końcu mogliśmy posiedzieć w cieniu jednego z największych drzew świata. Kia toitu he kauri.

Ania

Luz w Edenie, czyli największe miasto Nowej Zelandii

Miasto na luzie – Zielone kratery – Twarzą w twarz z wodzem – Krakowianka z Kerikeri

Po wycieczce krajoznawczej przyszedł czas na doznania miastowe. W Auckland, dzięki gościnności Pana Jacka i Pani Moniki, spędziliśmy kilka dni. Był więc czas i na odpoczynek, i na pranie, i na pisanie, i w końcu na wyprawę do miasta. Pierwsze wrażenie – w Auckland jest bardzo spokojnie. Oczywiście w naszych oczach tak to wygląda. Zarówno miasta europejskie, jak i azjatyckie (te ostatnie w szczególności) przytłaczają ilością samochodów i spieszących się ludzi. Tu owszem, też wszyscy rano zdążają do pracy, ale ich sposób poruszania się jest znacznie mniej energiczny, czy nawet można powiedzieć, mniej agresywny. 


Selfie zrobione na Mount Eden, a w tle widać One Tree Hill. Tam się zaraz wybierzemy.

Myślę, że wpływa na to nie tylko mniejsza liczba ludzi (choć nadal mieszka tu 1,5 miliona człekowatych), czy specyfika kulturowa, ale również fakt, że Auckland jest bardzo zielonym miastem. Jak udowodniły niejedne badania, ludzie, którzy na codzień widzą naturę i stykają się z zielenią są zasadniczo mniej zestresowani, i ogólnie bardziej wyluzowani. Potwierdzają to również moje obserwacje – mniej zielonego to więcej biegnących, zestresowanych ludzi o błędnym, nieobecnym spojrzeniu. Auckland znajduje się na wybrzeżu, więc dostęp do wody, plaży, słońca, zieleni – to wszystko sprawia, że na prawdę przyjemnie tu żyć. Klimat jest łagodny i przyjazny – słoneczne lata, ale bez spiekoty, jak w Australii, oraz łagodne zimy, w których temperatura najczęściej oscyluje w okolicach kilkunastu stopni. Wszystko mówi – uspokój się człowieku, wyluzuj, zrelaksuj, odpocznij. Właśnie dlatego spacer po największym mieście Nowej Zelandii wcale nie przypomina przedzierania się przez miejską dżunglę.


Nowozelandzkie drzewa tracą czasem cierpliwość do samych siebie i decydują się na małą przechadzkę.

Ukształtowanie terenu miasta jest związane z procesami wulkanicznymi. Pagórki, mają specyficzny wygląd wielowarstwowego tortu – kolejne warstwy pokazują gdzie zatrzymywała się lawa. Kratery, teraz zupełnie wygasłe, porosłe zielenią, stanowią atrakcję turystyczną. Postanowliśmy zdobyć dwa zgórza Auckland – najwyższy wygasły wulkan, czyli wzgórze Eden (196 m n.p.m) to wspaniały punkt widokowy. Miasto ma w prawdzie, jak większość metropolii na świecie, swój Sky Tower, gdzie można wiechać windą i podziwać widoki. Zrezygnowaliśmy jednak, bo po pierwsze wjazd jest płatny, a po drugie, jeśli można wleźć za darmo na wygasły wulkan i mieć równie wpaniały widok (a może nawet lepszy), to wybór jest oczywisty. Głęboki krater, porosły zieloną trawą, niezwykle rozłożyste drzewa, które go otaczają – ma się wrażenie, że to raczej jakieś wiejskie rejony, a nie cetrum miasta.


Krater na Mount Eden.


A to już początek podejścia pod One Tree Hill. Wśród wielkich korzeni pasą się owce.

Następnie podrałowaliśmy do One Tree Hill (nazwa maoryska to Mungakiekie – nie ma nic wspólnego z angielską), na którym przed czasami kolonizatorów znajdowało się największe i bardzo istotne maoryskie pa*. Władza nad dobrze ufortyfikowanym wzgórzem była bowiem kluczowa dla utrzymania władzy nad regionem oraz nad szlakami, które przebiegały w jego pobliżu. Nazwa wzniesienia, którą można przetłumaczyć na Wzgórze Jednego Drzewa, jest faktycznie związana z drzewem, a raczej drzewami, które je porastały. Drzewo, które kiedyś wyróżniało się na tym miejscu i dało mu angielską nazwę zostało ścięte przez kolonistów i prawdopodobnie przeznaczone na opał. Kolejne, sadzone na jego miejscu padały już pod piłami maoryskich aktywistów, którzy protestowali w ten sposób przeciwko sadzeniu na wyspie drzew nie będących rdzennie nowozelandzkimi lub po prostu się nie przyjmowały. I tak wzgórze drzewa pozostało bez drzewa – znajduje się na nim jedynie obelisk, który w prawdzie zmieniał swoją symbolikę, ale przynajmniej nikt go nie próbował spalić, ani pociąć. Drzewa mają niestety więcej słabych punktów niż kamień i metal. 


Zamiast drzewa stoi obelisk. Kiepski erzac.

Na koniec dnia postanowiliśmy odwiedzić Auckland Art Gellery. Po pierwsze – wiele wystaw w tym przybytku sztuki było daromowych, co zawsze budzi nasz etuzjazm. Po drugie, mieliśmy okazę obejrzeć ekspozycję The Maori Portraits, która zawierała portrety wodzów i przywódców plemion maoryskich oraz sceny z życia Maorysów na przełomie XIX i XX wieku. Namalowane przez czeskiego malarza Gottfrieda Lindauera olejne obrazy robią niezwykłe wrażenie. Maorysi przedstawieni są na nich w sposób bardzo europejski, co kontrastuje z charakterystycznymi tatuażami na twarzy, ozdobami z tutejszej odmiany jadeitu, ptasich piór, tradycyjną maoryską bronią. Trzeba przynać, że ekspozycja przygotowana jest bardzo dobrze, bo szczegółowe opisy każdego dzieła pozwoliły nam nieco bliżej poznać historię kultury maoryskiej. Ciekawe i barwne życiorysy wodzów są niezwykle różnorodne. Uświadomiły mi, że postrzeganie tej grupy etnicznej jako jednolitej, co często zdarza się w sytuacjach, gdy mówimy o mniejszościach, jest wielkim błędem. Losy utrwalonych na płótnie przez Lindauera ludzi były bowiem bardzo różnorodne, wybory życiowe, czasem zaskakujące i niespodziewane. 


Na przykład ten jegomość popłynął do Anglii, zakochał się w londyńskiej pokojówce i już się do ojczyzny nie wrócił. Obraz pędzla Gottfrieda Lindauera.

Poza może jeszcze ekspozycją historycznych zdjęć, pozostałe zdecydowanie nie przyciągnęły mojej uwagi aż tak bardzo. Nie znam się na obrazach i jedyne co potrafię naprawdę docenić to dzieła klasyczne, realistyczne, no może w przypływie szaleństwa jakiś Picasso mi się spodoba. Sztuka nowoczesna wogóle nie trafia do mojego skostniałego, nieartystycznego serca ;).  Zresztą, jeśli już człowiek chce się zanurzyć w dziełach, czy to wielkich klasyków płótna, czy w nowoczesnych eksperymentach nowych mistrzów powinien raczej wybrać się gdzie indziej, bo w Auckland wybór jest raczej skromny.


A to jeszcze panorama Auckland z Mount Eden. 

Zmęczni, ale zadowoleni poszliśmy w końcu na umówione miejsce, by spotkać się z Panią Moniką, z którą zabraliśmy się do domu. Przeszliśmy tego dnia ponad 21 kilometrów, więc byliśmy wieczorem trochę nieobecni i wcześnie zebraliśmy się spać, by następnego dnia po południu ruszyć z Auckland w dalszą drogę. Kolejnym etapem naszej podróży był przejazd do Kaikohe i, co tu dużo kryć, mieliśmy dużo szczęścia. Autostopowanie w Nowej Zelandii na pewno nie jest wiele trudniejsze niż w Australii, ale tym razem nie mieliśmy jeszcze tego doświadczyć, bo zabrała nas ze sobą Pani Jadwiga, albo jak tu ją wszyscy nazywają – Wiga. Przyjaciółka naszych gospodarzy to również Polka, która przyjechała tutaj stosunkowo niedawno, bo dwanaście lat temu, ale wcześniej trochę ją z rodzinnego Krakowa po świecie poniosło. Mieszkała i pracowała we Francji, później we Włoszech, aż w koncu wylądowała tutaj. Akurat odwiedzała Auckland, by tego samego dnia, co my wracać do Kerikeri, które leży niedaleko Kaikohe. Zabrała więc rodaków-tułaczy i odstawiła prosto na winnicę, gdzie przywitali nas Raewyn i Steven – straszne równiachy. O ich przytulnym zakątku napiszemy w następnym odcinku.

Ania

*o pa możecie przeczytać więcej w poprzednim artykule

W krainie srebrnej paproci, czyli piękna wyspa i pa

Vis-a-vis konsula – Państwo Geografowie – Falowanie i spadanie – Wielka woda i mała woda

Jeszcze na farmie Tracy i Dereka podjęliśmy decyzję, że zanim znów zawitamy na Stary Kontynet, odwiedzimy Stany Zjednoczone. Zawsze chciałam zobaczyć USA. Marek już trochę zobaczył, ale jemu nigdy nie dość. Wszak studentem jeszcze będąc, to właśnie w historii tego kraju zapragnął się specjalizować. Plus, Stany przecież duże, można zwiedzać i zwiedzać. Plus mamy tam i rodzinę, i kilku przyjaciół, których zawsze miło odwiedzić. Plus, dzięki temu zabiegowi uczynimy pełną pętlę wokół Ziemi i naszą podróż będzie można oficjalnie zakwalifikować do grupy "dookoła świata". No same plusy! Jednak by cel ten osiągnąć musiałam zdobyć najpierw wizę do USA. Ponieważ Australii mówiliśy już "do widzenia", postanowiłam moją radkę z konsulem umówić już na Nowej Zelandii – naszym następnym przystanku. Jednym z tych wymarzonych.


Widok z okna naszych gospodarzy. W oddali widać centrum Auckland.

Jak postanowiłam, tak też uczyniłam. Marek wizę już ma, farciarz, więc tylko ja musiałam przejść przez wypełnianie bardzo szczegółowej ankiety wizowej. Tak, tak, proces zdobywania pozwolenia na wjazd do Stanów to nie przelewki. Musisz przynać otwarcie i szczerze, że nie zamierzasz się tam zajmować terroryzmem, handlem ludźmi i narkotykami. Ale to nie wszystko! Nie mogłeś się tymi rzeczami również zajmować w przeszłości. A i twoi rodzice, lub najbliżsi krewni też nie. Potem już z górki: jakie jest Twoje ulubione ciasto, czy kiedykolwiek śpiewałeś w chórze i którą nogą zazwyczaj wstajesz z łóżka. Żarty, żarciki, ale na prawdę, pytają o mnóstwo rzeczy. Potem już tylko skromna opłata (aaaaa!) i wizyta w konsulacie w Auckland, gdzie czekała mnie ostateczna rozmowa.

Nowa Zelandia też rzeczy nie ułatwiła. Obywatel Polski może w prawdzie bez wizy wjechać do Nowej Zelandii na trzy miesiące, ale musi mieć wykupiony bilet na wyjazd. Ponieważ my jeszcze nie wiedzieliśmy czy wiza amerykańska zostanie mi w Auckland przynana, więc zakupiliśmy bilet spowrotem do Australii, z możliwością refundacji. Na prawdę nie rozumiem niektórych tych obostrzeń wjazdowo – wizowych. Czy władze Nowej Zelandii myślą, że jeśli ktoś na prawdę chce tu przebywać nielegalnie, to czy powstrzyma go od tego konieczność zakupu biletu, który można przecież za niewielką opłatą następnie zwrócić?


Widoki pyszne, ale wieje na tej wyspie niemożebnie.

Nic to, trzeba, to trzeba. W każdym razie uzbrojeni we wszelkie bilety i formularze wkroczyliśmy na pokład samolotu, który z Melbourne zabrał nas do Auckland. Tam na lotnisku czekał już Pan Jacek, przyjaciel Taty Marka. Panowie poznali się, studiując na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych UW, a i zdarzyło się im wspólnie brać udział w ekspedycji na Spitsbergen. Tak się złożyło, że Pan Jacek, razem ze swoją żoną Moniką, również absolwentką geografii, prawie 30 lat temu dotarli na Nową Zelandię. Przyjechali z wyprawą geograficzną…i tak już zostali. Tu urządzili sobie życie, tu urodziły się ich dzieci.  Niezwykle sympatyczni i gościnni, przygarnęli nas, rodaków i tułaczy.


Przypływ, więc trzeba się ewakuować po schodach. Nieco u góry widać pozostałości stanowiska dla żołnierzy rozpoznania baterii nabrzeżnych z czasów II WŚ.

Mogliśmy więc trochę odpocząć po ciężkiej pracy na farmie i załatwić formalności wizowe, co zajmuje kilka dni. Rozmowa w konsulacie mało mnie do zawału nie doprowadził, ale to pewnie dlatego, że akurta dwie osoby tuż przede mną odprawili bez wizy. Trzecia musiała przysłać wyciąg z banku. Mnie jednak wizę dali bez problemów. Jeśli nie liczyć konieczności zrobienia nowego zdjęcia, bo to, które miałam jakoś im nie pasowało. Cud! Teraz to już na prawdę nie jestem terrorystą.

W międzyczasie nasi gospodarze zabierali nas na wycieczki po okolicy. Najpierw razem z Panią Moniką podeszliśmy na wzgórze, gdzie kiedyś znajdowały się maoryskie fortyfikacje wojenne – pa. Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, mianem pa określali wioskę lub osiedle, ale też umocnienia z drewnianych pali, często budowane na wzgórzach i usiane przemyślnymi pułapkami. Mieli znaczną wprawę w prowadzeniu walk na swojej ziemii, znakomicie znali ukształtowanie terenu, możliwości zdobywania pożywienia, czy wody na danym terytorium. Często zdarzało się, że Brytyjczycy przez długi czas próbowali zdobić jakieś pa, atakując zawzięcie i tracąc wiele sił, a kiedy już wdarli się do środka, okazywało się, że nikogo tam nie ma, bo całe plemię ewakuowało się ukrytym wyjściem.


Pozostałości po palisadzie pa.

Tak się Maorysi Brytyjczykom dali we znaki, że ci ostatni postanowili wystąpić z propozycją traktatu pokojowego, który podpisało wielu maoryskich wodzów. Traktat Waitangi uznawant jest przez wielu historyków za początek Nowej Zelandii. Nadawał on Maorysom prawa do własności prywatnej i ziemi, a także uznawał ich za obywateli brytyjskich. Jak wiadomo europejscy koloniści mieli oczywiście problemy z dotrzymywaniem takich umów, ale to już zupełnie inna historia. Może Marek Wam przy okazji coś opowie, w końcu kto tu jest historykiem? 😉

Z Panią Moniką skoczyliśmy także na pobliską plażę. Nareszcie mam z kim popływać! Fale były wspaniałe i skakanie w nich sprawiło mi prawdziwą radość. Już myślałam, że jeszcze lepiej być nie może, ale następnego dnia wybraliśmy się na Bethells Beach, która znajduje się kilka km od Auckland. Wiatr wiał solidny, akurat trwał przypływ, a fale duże – nawet się przez chwilę zawahałam. Byli jednak ratownicy, którzy instruowali jak sobie z takimi wyzwaniami poradzić i obserwowali kąpiących się z brzegu, by w razie czego śpieszyć z pomocą. Wejść pozwolili – dobra nasza.


Wskoczyć, czy nie wskoczyć?

Pani Monika to zawojowany pływak, a jak ona stwierdziała, że wchodzi, to i ja nie mogłam sie oprzeć. Dwie drobne, jakby nie patrzeć, kobitki wskoczyły zatem do wody, w której już pływało czterech potężnych Maorysów. Poczułam się jak prawdziwy twardziel. Marek i Pan Jacek przezornie zostali na plaży. Jak to później stwierdził Pan Jacek – "ktoś musiał zostać, żeby w razie czego poinformować rodzinę". Kąpiel w takich falach jest oczywiście przeżyciem nie do opisania. Trzeba wleźć samemu i się przekonać. Dobrym pływakom – polecam. Tym, którzy czują się niepewnie – odradzam. W każdym razie było cudownie i tyle :).


Wskoczyć!

A, właśnie, jeśli jeszcze nie wspominałam, że Nowa Zelandia jest bajecznie piękna, to teraz czas na to najwyższy. Nie widzieliśmy jeszcze zbyt wiele, ale wcale wiele nie trzeba, by oczarowała człowieka wszechobecna (tak, nawet w mieście) zieleń, soczyste kolory, niezwykła różnorodność krajobrazu, a nawet zmienność pogody. Jest tu takie powiedzenie – jeśli nie podoba Ci się pogoda w Auckland – poczekaj dwie godziny, będzie wtedy taka jak chcesz. Faktycznie, zmiany potrafią być  bardzo niespodziewane. Słońce, trzy minuty deszczu, słońce…ale jak tu się złościć, kiedy te trzy minuty deszczu rozepną Ci nad głową przepiękną tęczę?


A jeszcze dziesięć minut temu prażyło słońce. Za piętnaście kolejnych znowu będzie żarówa. Lato w Nowej Zelandii.

Tak właśnie stało się nad jeziorem Wainamu, dokąd wyruszyliśmy prosto z Bethell Beach. Leży ono w niewielkiej dolinie i jest niezwykle malownicze. Wycieczkę rozpoczyna się od spaceru przez czarne wydmy, które wyglądają, jakby je ktoś wyjął prosto z filmu o obcej planecie. Nagle wydmy się urywają i przed oczami roztacza się obraz łagodności i sielskości – złoto-zielone pagórki oraz spokojna tafla jeziora. 


Jezioro Wainamu widziane ze szczytu czarnej wydmy. 

Ruszyliśmy ścieżką prowadzącą dookoła, po drodze mijaliśmy kolejne czarujące i malownicze zakątki. Poznaliśmy się także z nowozeladzką paprocią drzewiastą (w języku maori – ponga) – endemicznym gatunkiem, który może osiągnąć ponad 20 metrów wysokości i ma srebrne liście od spodu. Cyathea dealbata, czyli tzw. srebrna paproć to jeden z symboli Nowej Zelandii. Występuje w godle kraju, Nowozelandzkiego Komitetu Olimpijskiego i reprezentacji sportowych. W czasie dyskusji o zmianie flagi kraju wszelkie projekty również odnosiły się do srebrnego liścia. 


Jako żywo – z wierzchu zielona, a rewers…Mówią, że to srebrny. Niech im będzie ;).

Po godzinie maszerowania doszliśmy nad wodospad, którym woda spływała do jeziora. Miejsce to jest bardzo istotne dla kultury maoryskiej – dawniej w tych wodach odbywały się przygotowania młodych pływaków przed wysłaniem ich na połów w oceanie. Na wodospad spogląda figurka pou – maoryski totem. Powstała by upamiętnić Kowhatukiteuru – wielkiego budowniczego pa. Została odsłonięta w 2014 roku i znajdują się na niej charakterystyczne dla maoryskiej kultury zdobienia. 


Totem potem!

Do domu wróciłam oczarowana. Jezioro i jego okolice to stosunkowo niewielki fragment terenu, ale niezywkły i bardzo różnorodny. Pani Monika przynała, że choć mieszka już na Nowej Zelandii od wielu lat, to nadal zachwyca się nad jej pięknem. A podobno jezioro Wainamu to ot, takie sobie, nie, że jakieś najpiękniejsze. Jeżeli to było przeciętne, to nie mogę się już doczekać na te ładniejsze!


Zielsko rozrasta się sielsko. Wiele odcieni zieleni.

Ania