Archiwum kategorii: Australia

W jak Wiktoria, W jak winnica, czyli jak sadziliśmy oliwki

Na Melbourne – Kucharka i lotnik – Milczenie owiec – Karmienie kóz – Kopanie rowów

Niezależnie od tego jak dobrze nam było w Sydney, musieliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Kolejnym przystankiem miało być Lauriston, nieopodal Kyneton, które z kolei znajduje się jakieś 70 kilometrów na północ od Melbourne. Tam czekali na nas Tracey i Derek, właściciele farmy, na której mieliśmy pracować w ramach Helpx. Na tymże portalu internetowym ludzie potrzebujący rąk do pracy mogą znaleźć pracowników. I vice versa ;). Standardowa umowa jest taka, że za dach nad głową i wyżywienie, pracuje się cztery godziny dziennie. Bardzo dobry sposób, by poznać przy okazji okolicę, miejscowych, no i zaoszczędzić trochę grosza. Najpierw jednak musieliśmy przeautostopować 900 kilometrów. 


No to w drogę

Wyruszyliśmy nieco później niż zwykle, ale przynajmniej nie musieliśmy się martwić o dotarcie do stacji serwisowej, ani o pierwszą podwózkę. Koleżanka Veronici podwiozła nas daleko za Sydney i tam nadszedł czas na ostatnie pożegnanie. Ehhhh…Co było nam czynić? Zjedliśmy lunch i zaczęliśmy łapać okazję. Tego dnia nie mieliśmy najmniejszych problemów. Najpierw jedna podwózka przez 80 kilometrów, a potem druga prosto do Melbourne. Długa droga, z ośmiu naszych liter każda solidnie rozbolała, ale grunt, że dojechaliśmy. Niestety godzina była już zbyt późna, by jechać pociągiem do Kyneton, ale w ostatniej chwili udało nam się znaleźć nocleg na couchsurfingu. Wietnamska Australijka, która ma polskiego chłopaka. Wiele, żeśmy się nie pointegrowali, bo wieczór był późny, a następnego dnia wyruszyliśmy wczesnym rankiem. 


Towarzysz Żukow też się chciał przejechać

Dystans do Kyneton nie był wielki, ale zdecydowaliśmy się zaoszczędzić na czasie i nie autostopować, tylko szybko i sprawnie zameldować się na stacji kolejowej, gdzie czekała na nas Tracey. Może zanim opiszę miejsce, w którym przyszło nam spędzić kolejne dwa tygodnie, przybliżę nieco sylwetki naszych gospodarzy, bo są to bardzo ciekawi ludzie. Parę lat temu siedzieli sobie kiedyś na swoim śródziemnomorskim jachcie, gdzieś u wybrzeży Corfu i zastanawiali się, co by tu zrobić, by nie zanudzić się na śmierć. Zdecydowali, że jeśli kupią farmę i zajmą się hodowlą zwierząt oraz roślin, będą mieć co robić do końca życia. Jak jednak doszło do tego, że jacht, że nuda i że farma? Historie ich są zgoła inne.


W Wiktorii pogoda raczej słoneczna, ale bardzo szybko potrafi się zmenić. Zawiewa, leje jak z cebra, a potem znowu patelnia.

Tracey – urodzona w bardzo małym miasteczku w Queensland, zdecydowała się w końcu wyrwać na świat szeroki, a uczyniła to dzięki nieprzeciętnemu talentowi kulinarnemu. Rozpoczynała karierę kucharską lokalnie, po czym wygrywała kolejne konkursy gotowania, pracowała w coraz lepszych restauracjach, zdobywała kolejne nagrody, po czym wyjechała do Wielkiej Brytanii. Tam święciła triumfy jako organizatorka, kucharka, menadżerka w różnych restauracjach, a nawet pałacach (Hampton Court na ten przykład). Gotowała dla księżnej Anny, gotowała dla nas. Kariera kompletna!


Po prawej widać winnicę numer 1, a na wprost The Dam. Staw, nad którym lubią leniuchować węże, i w którym nasi gospodarze zawzięcie łowili raki.

Derek – nigdy nie powiedział skąd konkretnie pochodzi, ale na pewno nie ma queenslandzkiego akcentu. Inżynier, który konstruował maszyny, systemy ostrzegania przed powodzią, instalcje elektroniczne na statkach, w samolotach, jak i same statki. Zapalony żeglarz, licencjonowany pilot i entuzjasta awiacji jako takiej. Rok temu, razem z Tracey rozbił się Jakiem-3 na jakimś trzęsawisku. W młodości ujeżdżał konie. Podobno świetnie tańczy i całkiem nieźle strzela. 


Winnica numer 2, najwięcej pracy wykonaliśmy właśnie tutaj. 

Tacy to właśnie ludzie kupili sobie ponad sto akrów ziemii w stanie Wiktoria i od niecałego roku gospodarzą tam zawzięcie. Oprócz nich na farmie żyje dziesięć owiec, dziesięć kóz angorskich, dwie kozy nieangorskie (Laurie i Lilly) oraz pies pasterski Lexi, jeszcze szczeniak, ale już kawał psiny. No i przez dwa tygodnie dołączyliśmy do tej gromadki my. Chyba nie trzeba przedstawiać. Zamieszkaliśmy w jednym z pokojów osiemdziesięcioletniego domu, który został już w dużej części odnowiony, a i my mieliśmy dołożyć swoją cegiełkę do jego renowacji. I tu dochodzimy, do  tego jakie właściwie były nasze obowiązki. 


Kuchnia, czyli królestwo Tracey.

Na farmie wstajesz wcześnie. Nie dlatego, że trzeba nakarmić kozy (choć trzeba). Wstajesz, bo słońce nie grzeje jeszcze jak wściekłe i im szybciej zaczniesz pracę, tym więcej zrobisz w temperaturze poniżej 30 stopni. Pierwsza zmiana do południa, a potem od czwartej/piątej. Dlatego zwlekasz się z łózka przed szóstą, a skoro już jesteś na nogach, karmisz kozy, bo one wiedzą, że już wstałeś. Siedzą u siebie w szopie, ale z chwilą gdy wchodzisz do kuchni, wyczuwają nadchodzące mleko. Tedy zanim zjesz śniadanie, bierzesz karton mleka, nalewasz do dwóch litrowych butelek, dopełniasz wodą, nakładasz smoczki i wychodzisz z domu.


Laurie i Lilly to bardzo urocze stworzenia. Lubią karesy, ale jeszcze bardziej lubią mleko.

Kozy meczą już potężnym głosem, a pies jest tak szczęśliwy, że cię widzi, że musisz go natychmiast uwiązać, by nie podrapał cię z radości do krwi. No i żeby nie przeszkadzał kozom kiedy piją mleko. Lexi, jako pies pasterski, miała bowiem we krwi potrzebę podporządkowania sobie każdego stworzenia w promieniu kilometra, a że jeszcze nie przeszła treningu, więc toczyliśmy z nią ciągłe boje, by nie podgryzała kozom nóg. Tresurę psa pracującego zaczyna się podobno w wieku ok. 8 miesięcy, bo dopiero wtedy zaczyna coś zapamiętywać. Tak przynajmnej powiedział Derek. Trzymamy kciuki, bo Lexi, choć bardzo ładna, była też strasznie męcząca.


Lexi we własnej, psiej osobie. Nie dajcie się zwieść pozorom, to diabeł wcielony 😉

Kiedy zwierzęta są już nakarmione, trzeba w końcu coś zjeść samemu, a potem pozmywać naczynia, które piętrzą się w zlewie od wczoraj. Nie z niedbalstwa, po prostu masz ograniczoną ilość ciepłej wody, dlatego zmywasz jak już się uzbiera. Potem możesz posmarować się kremem, ubrać stosowie do aury i wyjść do pracy w polu. Zależnie od własnego widzimisię lub priorytetów jakie mają gospodarze, może to być:
– kopanie rowów na instalację irygacyjną dla winorośli
– zasypywanie rowów na instalację irygacyjną dla winorośli
– nawożenie winorośli i obkładanie grządek słomą
– zakładanie drutu, który będzie w przyszłości pomagał winorośli rosnąć prosto
– sadzenie drzew oliwnych
– zakopywanie instalacji nawadniającej dla drzew oliwnych
– nawożenie drzew oliwnych i obkładanie ich słomą
– sadzenie róż na końcach grządek winnych
– koszenie trawy
– piaskowanie ścian domu przed malowaniem
– odłupywanie starego kitu z okien
– nakładanie nowego kitu
– malowanie domu
– obcinanie kozom paznokci (praca zespołowa)
– mycie samochodów i traktora (od zewnątrz i od środka)
– malowanie domu i okolicznych zabudowań


Ubranie jeszcze na poranny chłód. Kawał rowu wykopany, zaraz kabel wyląduje w środku, a potem się zasypie.

I tak dzień w dzień. Po jakimś czasie przyzwyczajasz się do tego, że bolą cię mięśnie, których wcześniej nie używałeś, do pęcherzy na dłoniach (ja tam pęcherzy nie miałam – A 😉 ). Nawet się cieszysz, bo i tak właśnie potrzebowałeś nowej skóry. Jedyne do czego nie możesz się przyzwyczaić to cholerne muchy. Wlatują do uszu, nosa, oczu, do ust. Pająki? Węże? A gdzie tam! To muchy są w Australii najgorsze. Nienawidzimy ich ssssskarbie! Ale o czym to ja? Aha. Śniadanie, praca, lunch, dłuższa przerwa, praca, kolacja, spać.  Cztery godziny roboty za wikt i opierunek, a kolejne za…wsparcie moralne i materiał do przemyślenia. Wink, wink, nudge, nudge 😉


Ania maluje sławojkę. Tak na wszelki, gdyby minister na kontrolę przyjechał 😉

Kilka dni przed wyjazdem mieliśmy jeszcze okazję pomagać przy organizacji siedemdziesiątych urodzin Dereka. Impreza na trzydzieści osób, wiele jadła i napitków, namiot, wielku mur z siana, a na dodatek jagnię z rożna. Osobiście nadziewałem, nie jest to łatwa robota. Impreza bardzo się udała. Ania sprawowała pieczę nad platerami przekąsek, a ja pilnowałem, żeby w wannie z lodem i w barku niczego nie zabrakło. Impreza trwała do trzeciej nad ranem, kiedy to córka Tracey ostatecznie zarzuciła pomysł nauczenia się polskiej deklinacji i poszła spać. To co miałem sam przy ogniu siedzieć i patrzeć w gwiazdy?


Pierwsze z wielu. Ania pogłębia rów, by umieścić w nim sadzonkę drzewa oliwnego. Can you dig it?

No dobrze, trochę posiedziałem. Gwiazdy mają tu zupełnie inne (już chyba wspominaliśmy), a tym czym dla nas jest Wielki Wóz, tym dla nich jest Wielki Rondel. Chociaż dla mnie wygląda to raczej jak Wielki Kanister. W każdym razie jest to konstelacja gwiazd Oriona. Orion ma pas oraz miecz, co razem daje rondel.


Impreza się rozkręca. Siedemdziesiątka Dereka rozpoczęta!

Kolejny dzień siłą rzeczy był nieco leniwszy, a dwa ostatnie spędziliśmy głównie na winnicy. Upały zaczęły osiągać już 38 stopni w cieniu, więc czasem nawet późnym popołudniem było zbyt gorąco i zbyt słonecznie na robotę. W końcu nadszedł czas, by pożegnać się z Lauriston i naszymi gospodarzami. Tracey i Derek podwieźli nas na lotnisko, obiecawszy, że za trzy lata dadzą nam znać czy wino wyszło dobre i wyślą zdjęcia drzew oliwnych, które posadziliśmy. Oliwki to rośliny długowieczne, więc jak wszystko dobrze pójdzie owoce naszej pracy będą spożywane długo po tym, jak my już przestaniemy pracować na tym łez padole. Siedząc w hali odlotów i czekając na samolot do Auckland, byliśmy mocno zmęczeni, ale odczuwaliśmy sporą satysfakcję z naszych dokonań. Jak na parszywych mieszczuchów całkiem nieźle się spisaliśmy.


Panie kochany ja nie architekt. Słomę kładę. Każą kłaść to kładę, nie każą – nie kładę.

Marek

Krewetki z bigosem i prawdziwe sztuczne ognie, czyli ostatnie dni w Sydney

Nawiedzone domostwo – Miliony pierogów – Niebiańskie eksplozje – No i znowu w drogę

Chata tylko dla nas okazała się wielce zaniedbanym miejscem z zapuszczonym psem na dodatek, ale przecież nie mamy w zwyczaju wybrzydzać. Jedyną rzeczą, na którą mogliśmy naprawdę narzekać, był brak porządnego snu. Owszem, mogliśmy się wylegiwać do późna, ale chyba nie czuliśmy się w tym domu najlepiej, bo sny mieliśmy męczące i często budziliśmy się w środku nocy. To z kolei przełożyło się na nasze ogólne zmulenie i brak energii. Na szczęście mieliśmy trochę do roboty, więc nie popadliśmy w marazm, a do tego nadeszły w końcu Święta. Jak już napisała Ania, wigilię spędzić mieliśmy w polskim gronie, więc postanowiliśmy zrobić pierogi. Może nie te najbardziej świąteczne, ale liczą się chęci, prawda?

WP_20161224_13_01_12_Pro
Połowa farszu znikła tajemniczo w trakcie lepienia, a i tak pierogów mieliśmy od metra.

Trzeba jednak przyznać, że choć farsz mięsny nie przypominał niczego, co dotąd jadałem w pierogach, to ruskie wyszły nam całkiem nieźle jak na pierwszy raz. Oczywiście zrobiliśmy ich dużo za dużo (podobno powszechny błąd debiutantów), ale wiedzieliśmy, co zrobić z nadwyżką. Wigilia miała pierwotnie odbyć się nie plaży, ale po niecałej godzinie nadchodząca burza zagnała nas do naszego lokum w dzielnicy Glebe, gdzie razem z polonusami żarliśmy pierogi, piliśmy wino i rozprawialiśmy o wielu sprawach. Na przykład o tym, że podróżujemy autostopem i nie, nie widzieliśmy jeszcze "Woolf Creek".

WP_20161224_13_07_17_Pro
Same się nie ulepią

Następnego dnia rano wybraliśmy się na West Pennant Hills, by w dobrze nam znanym i lubianym domu Tony'ego i spółki świętować Boże Narodzenie po australijsku. Co to oznacza? Duży lunch na zimno. Tradycyjnie podaje się nań szynkę, krewetki, sałatkę ziemniaczaną i insze przekąski. Trochę egzotyki wniosła na stół Ania, przygotowując bigos, ale przy trzydziestu stopniach na zewnątrz nie cieszył się wielkim powodzeniem. No nic, próbowaliśmy.

WP_20161225_13_31_22_Pro
Sianka pod obrusem nie uświadczysz.

Na deser podano naleśniki i dom z piernika, który został skonstruowany, a potem wyburzony pod konsumpcję przez Tony'ego i Ali. W końcu to para inżynierów. Tym się parają. Po słodkim część gości wróciła do siebie, a my zostaliśmy przedstawieni niezawodnemu sposobowi na natychmiastowe spalenie świątecznych kalorii. Zagraliśmy mianowicie w grę karcianą "Cards Against Humanity" i prawie zdechliśmy ze śmiechu. Kto zna ten wie, kto nie zna niech spróbuje. Ostrzegamy tylko, że humor uzyskiwany w trakcie rozrywki może być wielce absurdalny, wisielczy lub obrzydliwy. Przynajmniej dla niektórych ;).

WP_20161225_17_09_34_Pro
Ale za to była chatka z piernika, słodkości i innych różności.

Wieczorem wróciliśmy do Glebe, czy też jak mawialiśmy – na glebę, i przez kilka dni nie robiliśmy nic pożytecznego poza pisaniem artykułów i zajadaniem pierogów. Raz wybraliśmy się też z Anią na Bondi Beach, plażę niezwykle popularną wśród surferów, a innym razem skoczyliśmy do kina na "Rogue One". Bilety kosztowały tylko trochę więcej, niż wynosił nasz dzienny budżet, a że mieliśmy jeszcze pierogi w lodówce…

WP_20161224_13_27_06_Pro
Pierogi jedliśmy przez cztery dni i cztery noce.

Ostatni dzień starego roku zaczęliśmy od pożegnalnej kawy z Anią, która wyjeżdżała na Sylwestra do Sunshine Coast. I znowu lata rozłąki. No, może krócej, ale lekkie wzruszenie i tak było. Za to bez większych emocji pożegnaliśmy dom i psinę, by znów wyruszyć na spotkanie z naszą australijską rodziną numer jeden. Tony i Ali postanowili nas bowiem zabrać na piknik w Clarkes Point, skąd mieliśmy mieć wspaniały widok na sztuczne ognie. Jak było naprawdę? Pozwólcie, że zacznę od początku.

WP_20161231_17_38_36_Pro
Na Clarkes Point humory dopisywały na długo przed północą.

Kiedy miałem sześć lat rodzice zabrali mnie i moją siostrę na wakacje do Francji, gdzie podziwiać mogliśmy wspaniałe fajerwerki z okazji 14 lipca. Myślałem wtedy, że nic efektowniejszego w życiu nie zobaczę. Siedemnaście lat później miałem okazję oglądać pokaz sztucznych ogni nad Waszyngtonem, w Dzień Niepodległości. Pomyślałem sobie, że zdecydowanie nic efektowniejszego w życiu nie zobaczę. Trzy tygodnie temu witaliśmy nowy rok, oglądając wspaniały show fajerwerkowy w Sydney i wiecie co? Nie sądzę, żebym w życiu zobaczył coś efektowniejszego ;).

WP_20170101_00_00_46_Pro
Most sydneyski pali się, pali się, pali się…

Wróciliśmy do domu, przespaliśmy się i jeszcze przed południem pochłonęliśmy naleśniki z syropem klonowym na śniadanie. Po tej słodkiej chwili nadszedł czas na pożegnanie z Ali. Napisałbym, że gorzko płakaliśmy, ale Ania już wyjaśniła, że Ali jest najsłodszą osobą na tej planecie i nawet w tak smutnych okolicznościach nie sposób było się nie uśmiechać. W uszczuplonym gronie ruszyliśmy na jedną z podmiejskich plaż, gdzie Ania znowu mogła sobie popływać, a ja posiedziałem na brzegu. Hura. Nie mogę być jednak do końca sarkastyczny, bo poszliśmy jeszcze z Tonym i Jess na krajoznawczy spacer, a potem zjedliśmy wyborny obiad. Może nie byłem w najlepszym humorze, bo wiedziałem, że następnego dnia opuścimy naszą przyszywaną rodzinę.

WP_20170101_15_35_53_Pro
Trochę popadało, ale można było się popluskać.

Co prawda traf chciał, że Veronica jechała z koleżanką w stronę Melbourne i mogła nas wywieźć dwieście kilometrów za Sydney, ale nawet ta dogodność nie umiliła nam perspektywy rozstania. Bardzo nam było markotno, bo w żadnym innym miejscu nie czuliśmy się tak "u siebie". Tony i Jess byli dla nas niczym rodzeństwo, Ali jako szwagierka, a Veronica matkowała nam po prostu wspaniale. Niech no tylko przyjadą do Polski, a ugościmy ich tak, że im bokiem wyjdzie!

WP_20170102_09_35_23_Pro
Rodzinka.au-pl

Marek

Relaks przedświąteczny, czyli Tony jako niegłupi kaowiec

Bez odpowiedzialności – Buszmeni – Łatwopalne wzniesienia – Niech żyje naaaaam!

Kolejne dni w Sydney spędziliśmy z Tonym i jego rodziną. Mama – Veronica oraz siostra Jess zadbały o nas tak, że zachodzi podejrzenie, iż znów przytyliśmy. Karmiono nas, zabawiano grami planszowymi, obwożono to tu, to tam, prowadzono na wycieczki.  Anthony po prostu zdjął z nas ciężar myślenia o tym, co będziemy robić następnego dnia. Poznaliśmy również szalenie czarującą dziewczynę Tony'ego – Ali. Czarująca to zresztą mało powiedziane – w encyklopedii pod hasłem "najsłodszy człowiek na świecie" powinno widnieć jej zdjęcie. W tym, jakże doborowym, towarzystwie spędzaliśmy błogo kolejne dni, na przemian leniąc się i zażywając odpowiedniej dawki ruchu.

WP_20161219_14_38_41_Pro
Wyprawa w busz.

Ponieważ Tony mieszka tuż obok parku narodowego, wybraliśmy się więc we czwórkę na wycieczkę po australijskim buszu. Teren bardzo ładny i malowniczy, nie przedstawiał wielkich trudności, choć w pewnym momencie trzeba było śmignąć przez pień i konary powalonego drzewa. Po drugiej stronie parku Veronica odebrała nas samochodem. Byśmy się broń Boże nie przemęczyli.

WP_20161219_15_23_24_Pro
Klub AAA – Ania, Ali i Anthony. Przeprawili się przez drzewo i cieszą japy.

Na następną wycieczkę Tony zawiózł nas na kilka punktów widokowych, z których mogliśmy podziwiać Góry Błękitne. Jak sama nazwa wskazuje pasmo górskie, oglądane z pewnej odległości rzeczywiście wygląda na niebieskie. Wzniesienia pokryte są bowiem gęsto drzewami eukaliptusowymi. Parujący z roślin olejek daje błękitną mgiełkę o niezwykle aromatycznym zapachu. Jest również, jako substanacja łatwopalna, jedną z przyczyn licznych pożarów w Australii. Wystarczy jedna iskierka i cały las stoi w płomieniach. Co ciekawe pożary, które dla ludzi, jak również dla wielu zwierząt są dramatyczne w skutkach, dla roślin są konieczne. Jak powiedział nam Anthony, wiele gatunków roślin australijskich potrzebuje pożaru, aby się rozmnażać. Jak widać nawet samosiejki lubią tu sporty ekstremalne.

WP_20161221_12_09_05_Pro
Góry Błękitne, a konkretnie formacja skalna zwana Trzema Siostrami.

A propos spraw ekstremalnych – w prawdzie nie spotkaliśmy żadnych jadowitych paskudników, ale za to u Tony'ego naszą sypialnię odwiedziła wielgachna mrówka z takimi szczypcami, że słabo się robiło na sam widok (szczypce jak szczypce, czego się pietrać – M.). Podobno jak dziabnie, to boli pieruńsko. Została jednak złowiona, zanim dobrała się nam do skóry. Przy suficie zaczaił się także pająk z gatunku spachaczów. Jadowite to to nie jest, ale mnie w popłoch wprawiają nawet małe pająki w Polsce, więc przeżycie było mocne. Z resztą tu strach jest racjonalny, bo mimo, że jadowity nie jest, to jak dziabnie, to podobno bardzo boli. Na szczęście również został schwytany, zanim wpadł na pomysł zbliżenia się do mnie, ale przez jakiś czas dreptałam do kibelka schowana za Markiem, bo ta dziadyga czatowała w korytarzu. Oczywiście pająk, a nie Marek. 

WP_20161218_21_43_56_Pro
A oto Antonina. Antonina to zdecydowanie największa mrówka jaką widzieliśmy. Spójrzcie no na szczypce Antoniny.

Wieczorem udaliśmy się na wieczór quizowy – popularną w Australii rozrywkę rodzinną. Wygląda to mniej więcej tak: organizujesz ze znajomkami drużynę, idziecie do klubu, gdzie odpowiadacie drużynowo na pytania. Kategorie mogą być bardzo różne. Przy okazji można wypić piwo i zjeść oraz wygrać jakąś nieszczególnie zatrważającą ilość mamony, czyli kilkadziesiąt dolarów. Jak przyznał sam Anthony, przychodzą tam z rodziną tylko dla pieniędzy ;). Dzień zakończyliśmy wypadem na punkt widokowy, z którego można było podziwiać pięknie podświetlony budynek sławetnej opery.

WP_20161220_22_35_21_Pro
Opera, Most Milenijny, Sydney by night.

Kolejny wieczór, który zorganizował Tony jeszcze bardziej podniósł nasze i tak już radosne nastroje. Typowa domowa imprezka, gdzie pojadaliśmy kiełbaski, popijaliśmy piwo i poznaliśmy bardzo sympatycznych znajomych naszego gospodarza. Była też niespodzianka dla Marka, który dostał tort urodzinowy, taki prawdziwy, ze świeczkami. Wszyscy też odśpiewali mu "Happy Birthday!", a także tradycyjną piosenkę z krainy Oz. W Australii jest tradycją, że solenizant po wysłuchaniu pieśni na jego cześć i zdmuchnięciu świeczek powinien duszkiem wypić trzymany w ręku napitek. Reszta kibicuje. Markowi nie trzeba było dwa razy powtarzać :).

WP_20161222_21_08_07_Pro
Przed śpiewami i piciem na hejnał musiałem wygłosić spontaniczną mowę. Dobrze, że przed, a nie po.

Następnego dnia pożegnaliśmy na pewien czas gościnne progi. Mieliśmy powrócić do Anthony'ego na pierwszy dzień świąt oraz na Sylwestra. Zbliżała się Wigilia, więc wieczór 24 grudnia postanowiliśmy spędzić w gronie rodaków. Nasza przyjaciółka Ania organizowała wieczorek wigilijny na plaży, a następne kilka dni mieliśmy opiekować się psem jej znajomych, którzy wyjeżdżali na święta. Dawo już nie mieliśmy "chaty dla siebie", a tu dostaliśmy takową, więc wdzięczność nasza dla Ania nie znała granic. Z tej wdzięczności postanowiliśmy wyszykować wygilijne pyszności. Już w krótce napiszemy jak nam wyszło.

Ania

Sydneeeeeeeeeey, czyli spotkania po latach

Trzydziestka na antypodach – Wilczy Potok – Człowiek z krainy kiwi – Anny dwie – Anthony jeden

13 grudnia obudziłem się nieco ciężkawy, bo mecz siatkówki poprzedzony był porządną rozgrzewką. Przez ostatnie cztery miesiące schudłem i nabrałem wprawy w chodzeniu z 15 kilowym plecakiem, ale sprinty to jednak co innego, więc naprawdę poważnie się wymęczyłem. Znowu wstaliśmy wcześnie, bo Lara jechała do pracy, a my chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Sydney. Zostaliśmy podrzuceni na stację benzynową przy drodze wyjazdowej na autostradę, a po niedługim czasie złapaliśmy pierwsza okazję. Debbie, rentierka i autorka książki obyczajowej, połączonej z dramatem psychologicznym (długo by tłumaczyć), zostawiła nas na stacji serwisowej, już na trasie głównej. 

wp_20161214_22_47_24_pro
Zdjęć z drogi nie zrobiliśmy, więc od razu zaczniemy wrzucać fotki z miasta. Spoilers! 😉

Zrobiliśmy sobie krótką przerwę. W łapaniu okazji pomogła nam ciężarówka, która zepsuła się z wdziękiem blokując jedyny wyjazd na autostradę. Ludzie w bardzo długiej kolejce samochodów mogli nam się dobrze przypatrzeć i dobrze przemyśleć swoje dobre chęci. W końcu podszedł do nas Nigel, bardzo sympatyczny (no bo jak inaczej) rudzielec, który okazał się pracownikiem firmy sprzedającej sprzęt górniczy, również do Polski. Gawędziliśmy sobie przyjemnie, a Nigel nie omieszkał zadać nam standardowego pytania, które zadawał nam prawie każdy nasz kierowca i każda osoba, która dowiadywała się, że podróżujemy autostopem. "Czy widzieliście Wolf Creek?". 

wp_20161217_17_47_37_pro
Dobra perspektywa na ratusz miejski wzdłuż Queen Victoria Building 

Okazuje się, że jakiś czas temu, w Australii żył seryjny morderca, który zabijał m.in. autostopowiczów, a jego historię przeniesiono na ekran. Po raz pierwszy w roku 2005, drugą część można było obejrzeć osiem lat później, a w tym roku światło dziennie ujrzał 6 – odcinkowy serial. Oczywiście w związku z tematyką, trafił na naszą listę filmów do obejrzenia.

wp_20161217_17_24_59_pro
Budynek Królowej Wiktorii. Stoi przed nim pomnik królowej Wiktorii. Królowa Wiktoria, wyprzedza królową Wiktorię, a za nią królowa Wiktoria…

W końcu wjechaliśmy jednak do Sydney – sukces! Prawie trzy tygodnie autostopowania po Australii i dotarliśmy do punktu docelowego nr 1. Zabawna sytuacja, wysiadamy, żegnamy Nigela, ruszamy przed siebie, spotykamy pierwsze osoby w Sydney – kobieta idzie chodnikiem z małą córeczką. Przechodzą sobie takie koło nas i oczywiście okazuje się, że mówią do siebie po polsku. Uśmialiśmy się z tego nieźle (ale umiarkowanie). Oczywiście powiedzieliśmy dzień dobry i ruszyliśmy dalej.

wp_20161217_17_23_43_pro
Ratusz miejski, tym razem z bliska.

W mieście gorąco jak diabli, a do przejścia mieliśmy jeszcze trochę. Wytopiliśmy więc nieco tłuszczu (taką mam przynajmnej nadzieję) i dotraliśmy do domu Justina. Justin to nasz przyjaciel, którego Ania poznała ponad dziesięć lat temu na wakacjach w Bułgarii. Nowozelandzki Maorys, były gracz rugby, zapalony podróżnik, który zjeździł Europę, Azję, Amerykę Południową i część Afryki, a szczególnym sentymentem darzy Polskę.

W ostatnim czasie widywaliśmy go dosyć często, bo to i na weselu, i niedługo przed wyjazdem, kiedy już zbierał się na dłuższy pobyt w domu. Zanim dotarł na antypody przejechał przez Azję, zahaczając o Gruzję i Kirgistan, niejako przecierając nam szlaki. Zatrzymaliśmy się u niego na pięć dni i było to pięć dni odpoczynku absolutnego. Tego psychicznego i tego fizycznego również. Spotykaliśmy już w drodze znajome twarze, ale teraz mogliśmy być po prostu u siebie. Pokój Justina nie był duży, ale wciąż lepiej nam tam było niż w willi z basenem. Z całym szacunkiem dla Lachlana ;). Rozmowy, wspólne gotowanie, zakupy, oglądanie filmów, krótkie wypady do miasta, granie na konsoli (w końcu zagrałem w "The Last of Us") albo po prostu nic-nie-robienie wypełniły nam dni.

wp_20161213_18_37_26_pro
Srebro skrzy się już na skroniach…

Najpierw jednak, gdy odpoczęliśmy trochę po podróży, Justin zabrał nas na kolację urodzinową do miejsca bardzo dla Australii charakterystycznego. Było to coś na kształt kasyna, połączonego z klubem, połączonego z nie jedną, a wieloma restauracjami. Na całość mówi się po prostu "club". Żeby wejść, trzeba się wylegitymować, ale nie trzeba być członkiem. W niektórych częściach obowiązuje dress code, ale w Australii oznacza to zwykle tyle, że nie można przyjść w klapkach. W większym mieście każda dzielnica będzie mieć przynajmniej jeden taki przybytek, a zwykle więcej – o różnych grupach docelowych i różnej wielkości. 

wp_20161213_20_26_57_pro
Ale apetyt nadal dopisuje! Kolacja z masą cholersterolu, żeby uczcić trzeci krzyżyk.

Zwiedziliśmy, przypatrzyliśmy się restauracjom i pubom, decydując się ostatecznie na knajpę, w której mieli dobry wybór piw, smaczne frytki i hamburgery z soczystą wołowiną. Jakoś nie miałem ochoty na nic bardziej fikuśnego. Wszystko było pyszne, a piwa mieli naprawdę porządne, co rzadko się tutaj zdarza. Wróciliśmy do domu i walnęliśmy się spać, bo nazajutrz czekało nas kolejne urodzinowe piwo, tym razem z Anią.

wp_20161214_23_24_10_pro
Polski wieczorek w Sydney. Z odrobiną świątecznego nastroju.

Nie widzieliśmy jej od trzech lat, kiedy to wyjechała do Australii, zostawiając nas i jeszcze kilka innych osób w wielkim żalu oraz bólu ogromnym. Kto ją zna, ten wie, że zawsze zagada, zawsze rozbawi i poczęstuje zaraźliwym śmiechem. Długa rozłąka i trzydziestka – było co opijać, ale nie było za dużo czasu. Jedno piwo, a potem wieczorny spacer po centrum Sydney poprawiło nam jednak i tak już bardzo dobre humory. 

wp_20161218_17_19_50_pro
Świąteczny nastrój przybrał na sile w momencie kiedy znaleźliśmy kapustę kiszoną na bigos ;).

Kolejne dni dzieliliśmy między leniuchowanie u Justina, który też zabrał nas na spacer po centrum, a…leniuchowanie u Justina! Ania mogła trochę poczarować w kuchni, ja w małym stopniu zaspokoić głód gracza, a oboje po prostu porządnie się wyspać i niczym nie przejmować. W końcu przyszedł jednak czas na opuszczenia tych gościnnych i przyjacielskich progów, by zamienić je na inne gościnne i przyjacielskie progi.

wp_20161217_18_40_31_pro
Oczywiście nie mogło zabraknąć opery. 

Otóż tak się składa, że na przedmieściach Sydney (które składa się głównie z przedmieść) mieszka nasz wspaniały przyjaciel Anthony. Nasz wspaniały przyjaciel Anthony to australijski florecista, który lata temu przyjeżdżał do Polski ze swoimi kolegami i koleżankami z klubu, a także polskim trenerem, na długie obozy treningowe. Warszawa służyła im też za bazę wypadową na europejskie puchary świata juniorów. Sześć lat już będzie jak się nie widzieliśmy. Szmat czasu. Zwłaszcza, że Tony miał wtedy lat 18, czy 19, a teraz jest już poważnym człowiekiem, dobijającym ćwierćwiecza. 

wp_20161217_17_38_41_pro
Nie mogło też zabraknąć okrętu wojennego. HMS Vampire.

Zanim jednak doszło do przenosin, Ania postanowiła zabrać nas na przejażdżkę po Royal National Park. Przeszliśmy się po buszu, zobaczyliśmy naprawdę wzburzone morze, bo pogoda była bardzo niespokojna, a na koniec nie dotarliśmy do Figure Eight Pools, bo fale były zbyt wysokie. Szkoda, bo na zdjęciach wyglądają bardzo pięknie. Cała eskapada zajęła nam dobrych kilka godzin, i późnym popołudniem zajechaliśmy do rodzinnej chałupy Tony'ego, gdzie mieliśmy spędzić kolejne pięć dni. 

wp_20161218_15_00_29_pro
A tak cieszyły się dziewczyny, kiedy dowiedziały się, że zdjęcie trafi na blog.

Marek

Las deszczowy i zwierzyniec, czyli jak przyroda Australii​ w końcu się objawiła

Deszczowy las deszczowy – Zwierzaki z torbami – Siła oceanu – Gierki na piasku

Do tej pory mieliśmy sporo szczęścia, jeśli chodzi o gospodarzy, a stawka została jeszcze bardziej podbita przez kolejnych. Karl okazał się bardzo sympatycznym i zabawnym nerdem. Informatyk z zawodu, wiadomo. Pogadaliśmy o grach, kinie, serialach. Zrelaksowaliśmy się oglądając filmy z jego kolekcji. Karl był dodatkowo tak miły, że zabrał nas swoim samochodem na wycieczkę.

wp_20161210_11_39_11_pro
Mgły lasu deszczowego.

Samo Coffs Harbour znane jest przede wszystim z pięknych plaż (a to nowość) i rezydencji Russella Crowe'a (na couchsurfingu jednak go nie ma), ale wystarczy wskoczyć kilkanaście km za miasto i wjeżdża się do parku narodowego. Można pospacerować po lesie deszczowym. Niestety, pogoda nie była tego dnia po naszej stronie. Nad lasem rozpościerała się gęsta mgła, która zmieniała się co jakiś czas w drobny, nieco dokuczliwy deszcz. Co robić? Las deszczowy postanowił nam pokazać, że jest faktycznie deszczowy, więc w sumie nie ma co marudzić. Zwłaszcza, że zaraz potem skoczyliśmy na piękną plażę, gdzie mogliśmy podziwiać potężne fale Pacyfiku. Niestety tym razem zbyt wielkie, by można było się w nich kąpać. Wystarczyło wejść po kostki do wody, żeby wiedzieć, że wejście dalej może grozić śmiercią lub kalectwem. Jednakowoż widok był niesamowity. Białe pióropusze fal z hukiem rozbijające się na przybrzeżnych skałach – coś wspaniałego.

wp_20161210_12_56_27_pro
Straszne z nich bałwany.

Następny przystanek – Newcastle. Tym razem dostaliśmy nagrodę za dobre sprawowanie – podwózkę złapaliśmy w tempie ekspresowym. Karl był tak miły, że zawiózł nas na stację benzynową przy autostradzie, a po kilkudziesięciu minutach siedzieliśmy w samochodzie z parą przesympatycznych Francuzów z Montpellier. Jechali aż do Sydney, ale podrzucili nas po drodze do Newcastle. Kucharze z zawodu, przebywają w Australii na wizie typu "pracuj i zwiedzaj". Gadaliśmy zatem o jedzeniu, piciu i o wszystkim co nam do głowy wpadło. Wesoło dobrnęliśmy do domu naszej kolejnej gospodyni – Lary, która mieszka w Newcastle ze swoją dziewczyną i dwoma czarującymi psiakami.

wp_20161211_15_06_10_pro
Glawdys i Pierre jechali prosto do Sydney, ale my mieliśmy jeszcze zaplanowany pobyt w Newcastle.

Lara była na prawdę kochana. Zabrała nas najpierw na wycieczkę do miejsca, gdzie można spotkać dziko żyjące kangury. Opowiedzieliśmy jej bowiem, jak to fauna australijska omijała nas dotychczas szerokim łukiem. Zabraliśmy więc worek marchewek i ruszyliśmy na skraj lasu, gdzie, jak zapewniała Lara, mieszkają kangury szare. Rzeczywiście, tym razem nie zawiedliśmy się w naszych nadziejach. Całe stado dzikich, ale bardzo przyjaźnie nastawionych kangurów z wielkim zaangażowaniem zabrało się za jedzenie przyniesionych przez nas marchewek. W nagrodę za prowiant dawały się nawet głaskać. Moim szczególnym zainteresowaniem cieszyła się samiczka z młodym kangurem w torbie, który nonszalacko wystawiał na świat głowę oraz jedną z tylnich nóg. Wyglądało to po prostu przekomicznie.

wp_20161212_12_33_28_pro
What's up Doc?

wp_20161212_12_28_43_pro
Kangurzyca z kangurzątkiem. Ktoś tu pójdzie z torbami.

Następnie wybraliśmy się do niewielkiego ogrodu zoologicznego, który znajduje się w pobliżu Newcastle, by zobaczyć niedźwiadki koala. Lara powiedziała nam, że zobaczenie misia w stanie dzikim jest dosyć trudne. Koale siedzą bowiem wysoko na drzewie i prawie cały czas śpią. Zoo było kameralne, ale bardzo sympatyczne. Oprócz osławionych misiów zobaczyliśmy też wombaty i wiele gatunków ptactwa.

wp_20161212_15_39_01_pro
Drzemiące koala w kameralnym zoo o bardzo niefortunnej nazwie "Blackbutt".

Zgodnie z przewidywaniami mogę przyznać, że misie koala są w prawdzie bardzo słodkie, ale nudne jak flaki z olejem. Jeden z niedźwiadków w czasie naszych odwiedzin postanowił wprawdzie wykonać szaleńczą ewolucję i przeniósł się z jednej gałęzi na drugą. Zaraz jednak znowu zapadł w sen, a Lara pogratulowała nam szczęścia, że w ogóle zobaczyliśmy jak miś się rusza.

wp_20161212_15_44_36_pro
Papuga jak papuga. Wszędzie tu pełno tego tałatajstwa , co spać nie daje.

Poznaliśmy też bardzo sympatyczną mamę Lary, która postanowił nas nakarmić. Mamy już tak mają. Zjedliśmy zatem pyszny lunch. Szczególnie wspaniałe były oliwki, faszerowane serem. Chyba najlepsze jakie jadłam w całym swoim życiu. Mam teraz taką traumę, że już mi żadne nie będą tak smakować. Ehhh. 

wp_20161212_13_32_03_pro
Nie me jak u Mamy…Lary.

Późnym popołudniem wybraliśmy się z Larą na plażę. Muszę przyznać, że plaża w Newcastle dostarczyła mi najwięcej radości ze wszystkich odwiedzonych do tej pory. Po pierwsze – były cudowne, wysoki fale, jednak nie tak wielkie, żeby nie można było wejść do wody. Pół godziny czystej frajdy. Uwielbiam niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju uczucie, gdy silna fala pozbawia mnie na chwilę kontroli nad ciałem, pcha z całej siły w stronę brzegu i nie mogę przed nią uciec. Mogę się tylko poddać, być w zgodzie z tą niezwykłą siłą. Wszyscy Australijczycy, którym opowiadam jaka to dla mnie radość, twierdzą, że powinnam spróbować surfingu. Kto wie…

wp_20161212_17_59_04_pro
Plaża bardzo przyjemna i nieszczególnie zaludniona, a do tego wspaniałe fale.

Marek, który do włażenia do wody podchodzi z, delikatnie mówiąc, dużym dystansem, na szczęście się nie nudził. Na plaży odbywał się bowiem traning siatkówki plażowej. Lara przychodzi tu co tydzień, żeby towarzysko sobie pograć. Kiedy więc wróciłam na plażę po kąpieli Marek właśnie rozgrywał zacięty mecz "chłopacy na dziewczyny!". Z wielkim zainteresowaniem śledziłam zmagania. Zwłaszcza, że spotkanie nie było jednostronne i w pewnym momencie obie drużyny szły łeb w łeb. Niestety chłopcy przegrali, ale tylko dwoma punktami, więc wstydu nie było 😉

Ania

Droga przez mękę, czyli męki w drodze

Ze stolicy bydła na wybrzeże – Król Queenslandu – Syzyfowa droga – Trzech wybawców – Królowa nocy

Jak się pewnie domyślacie, w związku z tym, że w Rockhampton spróbowaliśmy goon i spędzaliśmy czas w imprezowym gronie, nie zobaczyliśmy właściwie nic. Samo miasto nie jest zresztą ciekawe. Słynie przede wszystkim z tego, że jest stolicą bydła w Queensland. Chodzi oczywiście o krowy. Jako, że Ben musiał wyjechać do pracy wcześnie rano, wstaliśmy bladym świtem, co przy autostopowaniu zawsze popłaca. Zwłaszcza, że do przejechania mieliśmy tym razem dłuższy dystans. Do Maroochydore, mieliśmy ponad 400 km.  Niestety tego dnia musieliśmy przejść 9 km do miejsca, gdzie łapanie okazji miało większy sens, a potem przyszło nam trochę poczekać. Pierwsza podwózka podrzuciła nas tylko trochę dalej, a potem nastąpiły dwie godziny czekania. 

Na szczęście nauczeni jedną, niewielką wpadką z opalaniem, zaopatrzyliśmy się w krem z filtrem 50+, ale stanie w pełnym słońcu, tuż przed południem i tak do najzdrowszych ani najprzyjemniejszych nie należy. Co jednak było robić? Na szczęście zanim skończyła nam się woda zatrzymał się przy nas duży jeep, a w nim para australijskich "bogan", czyli ichnich "rednecks". Nie zrozumieliśmy wszystkiego, co mówili, ale byli bardzo przyjaźni (też mi nowość) i podrzucili nas na stację benzynową, gdzie mieliśmy dostęp do wody, cienia i kierowców. Odpoczęliśmy trochę, napiliśmy się i postanowiliśmy uderzyć na wprost, czyli nie łapać na kciuk, tylko pytać bezpośrednio. Już za drugim razem sztuka się udała. Kierowca jechał nawet do Maroochydore, ale niestety dopiero następnego dnia. Podwiózł nas 50 km i zostawił w całkiem korzystnym miejscu, gdzie mogliśmy nagabywać kierowców przy stacji benzynowej albo łapać bezpośrednio z drogi.

wp_20161206_11_14_29_pro
Krótki odpoczynek w zbawiennym cieniu

Tym razem poszło jak z płatka. Jeden z kierowców podsłuchał rozmowę Ani z pewną kobieciną i powiedział, że jedzie do Brisbane, więc może nas wyrzucić po drodze. Rzucił jeszcze, że musi poczekać 10 minut, bo regulaminowa przerwa, ale żebyśmy poczekali przy jego wozie. Oto wóz:

wp_20161206_12_04_29_pro
Nasz nowy Volvo, czyli 25 metrów, 70 ton i bardzo wygodna kabina 🙂

Spełniło się więc kolejne, wielkie marzenie Ani – miała podróżować wielgachną ciężarówą. Andy, nasz kierowca, dbał bardzo o to, by podróż zleciała nam w jak najlepszych humorach i przy jak najlepszej muzyce. Jeździ ciężarówkami już 35 lat, sporo w życiu widział, sporo przeżył, a że nigdy nie ruszał się poza Australię, wie wszystko najlepiej i nie sposób z nim dyskutować ;). Nie było to jednak konieczne. Andy rozśmieszał nas co chwila kawałami, anegdotami, opowieściami o Qeenslandzie, a to wszystko przy akompaniamencie Creedence Clearwater Revival. Bawiliśmy się naprawdę wspaniale i żal było wysiadać. Jeszcze na odchodnym Andy zostawił nam numer telefonu i powiedział, że gdybyśmy jadąc dalej za kilka dni utknęli w okolicach Brisbane, mamy śmiało dzwonić, bo on i tak nie będzie mieć nic do roboty. Przyjedzie po nas swoim zielonym porszakiem i podrzuci kawałek. Nawet gdyby miało to oznaczać, że przekroczy granicę między Queensland i Nową Południową Walią. 

wp_20161206_12_04_15_pro
Ania bardzo ucieszona takim potworem. Ciężarówką też.

W Maroochydore nie zobaczyliśmy wiele, bo dopadła mnie mała niestrawność, ale mogliśmy bardzo wygodnie odpocząć w mieszkaniu Laury i Mirko, pary Niemców. Niestety przyjechaliśmy w tygodniu, więc zbyt wiele się nie pointegrowaliśmy, ale wieczorami mogliśmy miło pogadać, a Laura podwiozła nas na autostradę, jadąc do pracy. Niestety na stację benzynową miała za daleko, więc wylądowaliśmy przy bardzo szybkim odcinku Bruce Highway, która przestała być jednopasmową ścieżynką,a przedzieżgnęła się w motorway z prawdziwego zdarzenia. Samochodów od groma, ale wszystkie grzały naprawdę szybko, więc trudno było coś zatrzymać. Poszliśmy więc przed siebie, szukając trochę lepszego i bezpieczniejszego miejsca.

wp_20161207_19_18_31_pro
Laura, Ania i kolacja.

Niedługo potem ulitował się się nad nami gentleman z RPA – podwiózł na stację benzynową i postawił kawę. Pół godziny później podeszła do nas kobieta i sama zaproponowała podwiezienie w okolice Brisbane, dokąd podróżowała ze swoją siostrą. Bardzo sympatycznie się gawędziło, a panie wyrzuciły nas w bardzo wygodnym miejscu, ale znajdującym się nie przy tej drodze co trzeba, a do tego przy pasie, jadącym w przeciwnym niż my kierunku. Droga do Coffs Harbour, prawie 500 kilometrowa, miała się trochę skomplikować. Pogłowiliśmy się trochę nad wyjściem z sytuacji, a potem zdecydowaliśmy się skontaktować z Andym. Odpisał, że za godzinę powinien pojawić się na horyzoncie,  jadąc bokiem i zostawiając za sobą kłęby dymu. 

wp_20161208_06_53_56_pro
Kawa kupiona przez kierowcę smakuje dwa razy lepiej 🙂

Jak powiedział, tak zrobił. Może bez tych kłębów. Znowu było nam bardzo wesoło, Andy wyłożył nam kilka swoich niezaprzeczalnie prawdziwych teorii o życiu,  śmierci i życiu po śmierci, a następnie wydał z siebie przerażający wrzask, który niechybnie oznaczał, że wjechaliśmy do Nowej Południowej Walii. Na całe szczęście nie spłonęliśmy od tego na popiół, za to Andy podrzucił nas do naprawdę wielkiej stacji serwisowej. Parking jak się masz, restauracje całodobowe, prysznice, masa ludzi. Dziękowaliśmy mu długo i wylewnie.  W końcu znowu uratował nam zadki i wydawało się, że dalsza droga będzie tylko formalnością. 

wp_20161206_17_59_50_pro
Andy, czyli najlepszy kierowca ciężarówek na południe od bieguna północnego! Zdjęcie zrobione po pierwszej podwózce.

Niestety szło nam jak po grudzie. Po dwóch godzinach czekania, byliśmy trochę zniecierpliwieni, więc skorzystaliśmy z pierwszej okazji, by chociaż trochę posunąć się naprzód. Upewniliśmy się, że kierowca będzie mógł nas dowieźć do jakiejś stacji, podobnej do tej, na której akurat byliśmy i…okazało, się, że kierowca się pomylił. Miejsce było fatalne, nie przy samej autostradzie, ludzie jechali właściwie tylko do pobliskiego Byron Bay. W końcu machnęliśmy ręką i powiedzieliśmy sobie, że może przy wyjeździe z miasta będziemy mieli lepsze szanse. Ehhhh…

wp_20161206_13_37_32_pro
Niestety widok z kabiny Andy'ego był już tylko odległym wspomnieniem…

Nikt, po prostu nikt nie jechał dalej na południe. Wszyscy na zachód albo północ. Kolejne godziny bezowocnego autostopowania, słońce powoli zbliżało się do horyzontu, więc podjęliśmy decyzję, że jeśli będzie okazja, to cofniemy się do wielkiej stacji serwisowej, na którą podrzucił nas Andy. To raptem 40 kilometrów, szanse będziemy mieli większe, a w razie czego jedzenie i spanie na wyciągnięcie ręki. Niestety nikt nie jechał aż tak daleko na północ i kiedy już zaczęliśmy planować jak zorganizować sobie nocleg w Byron Bay, zatrzymała się Toyota z kolejnym naszym wybawcą. Bez był Izraelczykiem, który prawie całe życie spędził jeżdżąc po świecie, a ostatnie 16 lat mieszka w Brisbane. Jak twierdzi, wiele podróżował autostopem, więc teraz zawsze wypatruje ludzi przy drodze i pomaga. Aj waj!

Mimo, że jechał do Brisbane, zgodził się na chwilę zawrócić do znajomej nam już stacji. Sytuacja była kiepska, ale ostatni epizod podniósł nas na duchu i z lżejszym sercem próbowaliśmy wykorzystać ostatnie promienie słoneczne, by złapać okazję. Nie udało się, a do tego zaczęło padać. Wzięliśmy plecaki na bary i wycofaliśmy się do wnętrza, żeby zjeść coś ciepłego. Usadowiliśmy się wygodnie, karton z napisem "Coffs Harbour" ustawiliśmy tak, by jak najwięcej ludzi go widziało i czekaliśmy. Zaznajomiliśmy się w tym czasie z polskim Amerykaninem, który dorabiał sprzątając na stacji. Pogadaliśmy raz, drugi, postawił nam kawę, pozwolił uzupełnić wodę w pokoju dla personelu. Wyglądało na to, że noc spędzimy w średnich warunkach, ale wśród życzliwych ludzi. 

wp_20161208_18_50_49_pro
Fotografia zawiera lokowanie produktu.

Oczywiście już wcześniej nawiązałem kontakt z gospodarzem w Coffs Harbour, przepraszając za sytuację i pytając czy możemy do niego dołączyć nazajutrz. Odpowiedział, że nie ma problemu, a gdybyśmy dojechali w nocy, to mamy po prostu głośno zapukać. Ania na dobrą sprawę już spała, a moje oczy też zaczynały się kleić, kiedy usłyszałem głos, jakby z zaświatów: "Going to Coffs?". Uniosłem głowę i zobaczyłem uśmiechniętą blondynkę, która oznajmiła, że nie ma za dużo miejsca w samochodzie, ale jedzie do Coffs Harbour i chętnie nas zabierze. Ależ się ucieszyliśmy! Pożegnaliśmy się szybko z Amerykaninem i zapakowaliśmy do samochodu naszego trzeciego wybawcy. 

Katie należy do tych kierowców, którzy kochają podróżować nocą, trasę do Coffs robi regularnie i zawsze zatrzymuje się na "naszej" stacji, żeby zatankować i coś przekąsić. Ależ się ucieszyliśmy! Aż zapomnieliśmy, że chce się spać. Oczywiście nie wypadało też nie dotrzymywać towarzystwia kierowcy. Gadaliśmy więc o filmach (Katie to prawdziwa kinomanka) i muzyce, a skoro rozmawialiśmy o muzyce, Katie puściła swoją playlistę, która równie dobrze mogła być moją playlistą. Czyli kapitalny gust muzyczny posiada ;).

Rozmawialiśmy i śpiewaliśmy na przemian, w szampańskich humorach mknąc do Coffs Harbour. Poznaliśmy się trochę lepiej i przy okazji standardowych pytań o pracę, usłyszeliśmy od Katie, że jest prostytutką. Żartowała tego wieczoru wiele razy, a po ciszy jaka zapadła w samochodzie, roześmiała się bardzo głośno, ale okazało się, że owszem, to właśnie jest jej zawód. 

Pierwszy raz przyszło nam rozmawiać z osobą pracującą, jak to ona ujęła, w seks biznesie, więc nie bardzo w pierwszej chwili wiedzieliśmy jak ugryźć temat. Katie była jednak tak pozytywna i tak otwarta, że nie czuliśmy się nieswojo. Skupiliśmy się głównie na prawnych i społecznych aspektach zawodu, a rozmowa była naprawdę bardzo interesująca. Katie lubi swoją pracę i mogła nam opowiedzieć jak cały ten sektor jest regulowany, jak działa w poszczególnych stanach, jak odbierany przez ludzi en masse, a jak przez rodzinę. 

O 2.30 w nocy, po 16 godzinach autostopowania, dojechaliśmy w końcu do celu. Pożegnaliśmy się z roześmianą Katie i zostaliśmy przywitani przez rozespanego Karla, który pokazał nam tylko nasz pokój, a potem wszyscy zasnęliśmy snem zbawiennym, sprawiedliwym i zasłużonym.

Marek

Surfowanie po wybrzeżu, czyli powoli przez Queensland

Dziękczynienie australijskie – Pierzchła fauna – Wojskowy i hipiska – Witaminy i złe wino

Tak oto zaczęła się nasza wielka australijska przygoda. Marzenie zobaczenia tego miejsca zrodziło się po raz pierwszy w moim sercu, gdy dzieckiem będąc, przeczytałam książkę "Tomek w Krainie Kangurów" Alfreda Szklarskiego.

wp_20161128_13_15_59_pro
Ocean, Beau i my, czyli beaux 😉 Z tyłu widać instalację sieci przeciw płaszczkom. Nie sprawdza się przeciw meduzom.

Przez kolejne dwa tygodnie powoli podróżowaliśmy przez Queensland (jeden z sześciu stanów Związku Australijskiego), jadąc wybrzeżem w stronę Sydney. Najpierw jednak czekało nas przyjęcie u Beau i Gary'ego z okazji Święta Dziękczynienia. Poznaliśmy podczas imprezy bardzo sympatycznych znajomych naszych gospodarzy. Okazało się, że jeden z nich – Peter, były marynarz australijskiej marynarki wojennej, grywa na gitarze w pobliskiej knajpce. Następnego wieczora trochę się więc ukulturalniliśmy i poszliśmy na kameralny występ. Później wraz z Peterem i jego dziewczyną Nicky, siostrą Vicky i jej przyjaciółką Frances, skoczyliśmy obejrzeć Cairns nocą z bardzo ładnego punktu widokowego.

wp_20161127_17_02_03_pro
Peter vel Ino Reeves, to duży facet z wielkim sercem. Wykonał też najlepszy cover "I will survive" jaki w życiu słyszeliśmy 😉

Mieliśmy sporo szczęścia, bo w tym samym dniu, w którym zmierzaliśmy do kolejnego miejsca – Townsville, w interasach jechał tam również Beau. Zawiózł nas, a po drodze starał się pokazać trochę fauny australijskiej, a mianowicie walabie (mylone często z kangurami), kazuary oraz emu. Jako expracownik zoo wiedział gdzie szukać. Niestety zwierzaki chyba usłyszały, że zbliżają się dwaj groźni, jadowici Polacy i dały nogę. Nie wychyliły zza krzaków nawet pazura i niestety taki właśnie pech towarzyszył nam przez dłuższy czas. Na szczęście Beau raczył nas różnego rodzaju opowieściami o zwierzakach, co trochę złagodziło cios. Obejrzeliśmy też sporo pól uprawnych, gdzie rosła gęsto trzcina cukrowa, oraz sadów pełnych drzew mango. Co jakiś czas z oddali wyłaniał się komin fabryki cukru. Gęsty dym wydobywający się z niego to jednak tylko para wodna i nie szkodzi środowisku.

wp_20161128_14_11_34_pro
Pola trzciny cukrowej ciągną się w Queenslandzie po horyzont, co jakiś czas ubarwiane pióropuszem z fabrycznych kominów.

Nie mieliśmy szczęścia jeśli chodzi o obserwowanie zwierzyny, ale kolejni gospodarze trafiali się znakomici. W Townsville zaopiekował się nami kapitalny kapitan Lachlan – pilot helikoptera w armii australijskiej, służący w pobliskiej bazie wojskowej. Wraz z dwoma kolegami, również pilotami, wynajmują w mieście wielgachną dwupiętrową willę z basenem.

wp_20161129_18_26_09_pro
Taras w "Villa Lachlania". Ania relaksowała się cały dzień, więc teraz musi się zrelaksować przed wieczornym relaksem.

Samo Townsville nie jest zbytnio ciekawe turystycznie. Oczywiście, jak każde miasto na wybrzeżu ma plaże, a dodatkowo bardzo malownicze wzgórze, które stanowi także punkt widokowy, ale to wszystko. Przynam jednak szczerze, że dom Lachlana był tak nieprzyzwoicie wygodny i miły, że nawet nam do głowy nie przyszło opuszczać teren posesji przez następny dzień. Pisaliśmy, pojadaliśmy mango i słchładzaliśmy się w basenie, a wieczorem gadaliśmy z Lachlanem przy pysznym, australijskim winie.

wp_20161130_07_00_06_pro
A oto i kapitan Lachlan O'Kane we własnej osobie. Podrzucił nas na autostradę. Niestety nie helikopterem.

Następny przystanek – Bowen. Autostop nie przedstawiał żadnych większych trudności. Lachlan podwiózł nas do Bruce Highway, głównej drogi na południe, a oczekiwanie na złapanie okazji nie przekraczało 15 minut. Do tego już pierwszy kierowca jechał dokładnie tam, gdzie my.  Bowen to maleńka mieścina, która chwali się tym, że ma najpiękniejsze plaże w Australii. Jak się następnie okazało jest to wspólna cecha wszystkich miasteczek nabrzeżnych w tym kraju – mieszkańcy każdego z nich twierdzą, że to właśnie oni mają najpiękniejsze plaże. Faktem jest jednak, że Bowem jest stolicą mango. Tutejsze owoce uchodzą za najlepsze w całym kraju.

wp_20161202_09_41_52_pro
Anji przygarnęła nas na dwie noce i trochę rozruszała nasze mózgownice egzystencjalnymi rozmowami 🙂

Zamieszkaliśmy na dwa dni u Anji – sympatycznej, umiarkowanej hipiski. Wyskoczyliśmy razem na plażę, pozbieraliśmy muszelki, pojedliśmy owoców, pogadaliśmy o życiu, ponuciliśmy piosenki. Brzmi może jak lenistwo, ale to lenistwo zaplanowane. Obiecaliśmy sobie, że po Australii będziemy surfować powoli. Z resztą człowiek tu ma takie poczucie, że nie trzeba się spieszyć. Po co? Jest ciepło. Co ja mówię – gorąco! Tak gorąco, że można robić dwie rzeczy – leżeć w cieniu i kąpać się w morzu. Nawet jeść sie za bardzo nie chce. Aczkolwiek stek na pół zawsze brzmi jak dobry wybór na kolację. 

wp_20161201_11_27_40_pro
Plaże w Bowen są rzeczywiście przepiękne i bardzo nastrojowe 🙂

Mackay – kolejny przystanek i kolejny łatwy autostop. Anji wywiozła nas za miasto i nim zdążyła zniknąć nam za horyzntem, pojawiło się dwóch uśmiechniętych koleżków, prosto z siłki. Zawieźli nas prosto do Mackay. Dojechaliśmy tak wcześnie, że na naszego gospodarza musieliśmy czekać sześć godzin. Na szczęście niedaleko jego mieszkania znajduje się Blue Water Lagoon – darmowy basen miejski. Walnęliśmy się w cieniu i poczytaliśmy trochę.

15311040_10157763756375237_1858183316_o
Razem z Gregiem upichciliśmy tradycyjne polsko-australijskie spaghetti z meksykańskim sosem.

Kolejny gospodarz to kolejny uśmiechnięty Australijczyk – Greg. Zostaliśmy mile zaskoczeni faktem, że posiadał, oprócz przestronnego mieszkania, grę planszową "Świat Dysku", w którą grywaliśmy w Polsce. Greg od razu zarządził partię i mimo, że skopał nam tyłki, graliśmy z prawdziwą przyjemnością. Dawno już nie było okazji spędzić wieczoru przy winie i grach.

wp_20161202_21_42_15_pro
Walka o dominację w Ankh Morpork rozpoczęta. Kto zwycięży? Już napisaliśmy, że Greg, ale mimo wszystko…kto? No dobrze, dobrze, Greg.

Greg dał nam również spróbować australijskiego specjału, vegemite. Ciekawa sprawa – jest to zasadniczo produkt uboczny produkcji piwa, wzbogacona doatkami warzywnymi, ciemnobrązowa, lśniąca pasta. Nie zawiera jednak alkoholu,  za to sporo witamin i minerałów. Jest zatem bardzo, bardzo zdrowy. Każda porządna australijska mama serwuje go na kanapkach dzieciom, zalecany jest także kobietom w ciąży, jako bogate źródło kwasu foliowego. Jedni go uwielbiają, inni nie znoszą, a my uplasowaliśmy się gdzieś po środku. Vegemite smakuje trochę jak magi, więc jakieś strasznie niedobre nie jest, ale też nie powala. Wszyscy, którzy je jadają, tłumaczą, że to "cienką warstwą na chlebku trzeba" i wtedy będzie pycha. Ok, ok, se smarujta te Vegete jak musicie – ogórasa kiszonego i tak nic nie przebije!

wp_20161203_10_18_09_pro
Ludzie jedzący vegemite, zwani są również Vegemitami. Przez niektórych. Przeze mnie.

Z Mackay musieliśmy wyruszyć na piechotę, bo Greg ze swoją dziewczyną ruszyli w góry poprzedniego wieczoru, ale był tak miły, że zostawił nam klucze. Wymaszerowaliśmy za miasto i szybko złapaliśmy okazję. Tristan, wielki podróżnik i wielki gaduła – podwiózł nas w swoim białym furgonie pod drzwi kolejnego gospodarza, Bena, studenta politechniki z Rockhampton.

wp_20161204_13_18_54_pro
Podczas jazdy z Tristanem musieliśmy wypić cały nasz zapas wody, bo gadaliśmy bez ustanku.

Młodzieniec ten wraz ze swoimi kolegami przedstawił nas tradycyjnemu napitkowi australijskich studentów. Goon to teoretycznie wino, a właściwie zlewki z produkcji wina. Sprzedaje się je w 4 litrowych kartonach. Już od Cairns słyszeliśmy jakie to jest blee i fuj, i w związku z tym musieliśmy oczywiście spróbować. Chcieliśmy przekonać się na własnej skórze, a chyba nie było lepszej okazji do takiego wybryku, jak w grupie studenckiej. Eksperyment podsumować można w jeden sposób – goon jest faktycznie wyjątkowo kiepskim napitkiem, a jego wypicie może powodować przykre konsekwencje o poranku. Może to i dobrze, że Vegimite zjedliśmy wcześniej.

wp_20161204_20_03_38_pro
Chryste….

Kolejne dni obfitowały w ważkie wydarzenia i mrożące krew w żyłach…no dobrze, może nie mrożące, ale na pewno ważkie. Zwierzęta przestały nas w końcu unikać, spotkałam się z prawdziwą siłą oceanu i spełniłam marzenie, które powstało już na początku naszej podróży, a Marek rozegrał dramatyczny mecz w siatkówkę plażową…ale o tym już następnym razem.

Ania

Czas przekroczyć równik, czyli hajda na antypody!

Pożegnanie z Azją – Żar tropików – Zwierzyniec u Beau – Kraina ludzi radosnych

Ostatni dzień w Japonii zaczął się od…śniegu. Co za złośliwość. Wylot mieliśmy dopiero pod wieczór, więc mogliśmy zbierać się powoli. Śniadanie, kawa, potem lunch na słodko, czyli nasz ostatni wspólny posiłek z Emmą, a potem pożegnania czas. Trudno nam było opuszczać tak gościnne progi, bo czuliśmy się tam jak w naszym japońskim domu, a Emma obdarzyła nas siostrzaną troską. Trzeba było jednak wyjść na ten przeklęty śnieg, żeby polecieć tam, gdzie żaden śnieg nam nie groził.

wp_20161124_12_56_27_pro
Przed podróżą trzeba się wzmocnić!

Jedna linia metra, druga linia metra, trzecia linia metra i w końcu dojechaliśmy na lotnisko w Naricie. Odprawa, trochę opóźnienia (pewnie z powodu śniegu) i w końcu start. Nie przepadam za nocnymi lotami, bo niewiele widac z góry, a poza tym choćbym spał cały czas, to i tak się nie wyśpię. W efekcie traci się trochę z następnego dnia, ale przynajmniej nocleg wliczony jest w cenę biletu.

wp_20161124_15_04_36_pro
Pomimo nienajlepszej aury i porzucenia Emmy, nastroje mieliśmy całkiem niezłe.

Sześć i pół godziny lotu nie należało do najlepszych, zwłaszcza, że na fotelu przed nami leciało zestresowane dzieciątko, ale i ono, i my daliśmy radę. Australijskie służby celne powitały nas tyleż przyjaźnie co skrupulatnie. Prawa dotyczące przewożenia żywności, nasion, zwierząt, muszli etc. są w Australii bardzo restrykcyjne, więc zostaliśmy porządnie przemaglowani przynajmniej trzy razy. Widzieliśmy jak niektórzy podróżni musieli zjadać śniadanie w trybie przyśpieszonym, bo tofu, które kupili w Japonii, nie miało prawa znaleźć się na australijskiej ziemi.

wp_20161124_09_31_34_pro
Taka pogoda żegnała nas w Japonii…

Celnicy oczywiście szalenie sympatyczni, uśmiechnięci, ale bardzo uważnie przyglądają się, gdy wysłuchują odpowiedzi na zadane pytania. Delikatna presja, ale jednak presja. Przy czym nie bawią się w durne gierki uskuteczniane w Chinach, Japonii czy Tajwanie, gdzie trzeba wpisać adres hotelu lub domu w którym się zatrzymujesz. Wcześniej zmuszeni byliśmy podawać trefne adresy, pierwszych lepszych hosteli. Tutaj w odpowiedzi na nasze tłumaczenia, że nie będziemy mieć stałego adresu, pani w okienku wpisała w naszą kartę imigracyjną "Friend's house in Cairns". Proste? Proste.

wp_20161125_05_38_24_pro
A takie widoki powitały nas w Australii. I nie chodzi koniecznie o szlaban.

Po przejściu przez wszystkie kontrole, wyszliśmy do hali przylotów i daliśmy znać naszemu gospodarzowi z couchsurfingu, że przybyliśmy. Jeżeli chodzi o organizowanie sobie noclegów w Australii, to nie mieliśmy z tym najmniejszych problemów. Zaczęliśmy rozsyłać wiadomości jeszcze w Japonii i zanim wylecieliśmy, połowę trasy do Sydney mieliśmy zaklepaną. W kolejnych kilka dni uzgodniliśmy resztę i nie musieliśmy się o nic martwić. Australia! Beau, nasz gospodarz w Cairns już wcześniej napisał, że nie ma najmniejszego probemu, wyjedzie po nas na lotnisko o piątej rano, bo transport publiczny w zasadzie tam nie istnieje.

Zrzuciliśmy z siebie ciepłe ubrania, powiedzieliśmy "papa" butom górskim oraz nogawkom, a potem wyszliśmy z hali, by zobaczyć jak ta cała Australia wygląda. Ciepło, słońce leniwie wstaje i przebija się przez nieliczne chmury, powietrze pachnące lasem deszczowym, ptactwo tropikalne nadaje aż miło. W oddali wzgórza, zielone do zakochania, a przecież to "tylko" australijskie lato. Już pierwsze minuty w Queensland mowią nam, a raczej krzyczą do nas, że będzie nam tutaj wspaniale. Niedługo potem podjechał pod nas Beau. Potężnie zbudowany, eks pracownik zoo, obecnie pracujący z dziećmi, które przeszły różnego rodzaju traumy. Uśmiechnięty, wyluzowany, wita się z nami jakbyśmy się znali od dawna.

wp_20161128_11_05_10_pro
Nasze pierwsze, australijskie lokum 🙂

Ładujemy się do auta, a Beau opisuje nam okoliczną okolicę, niektóre gatunki zwierząt żyjące w buszu i w mieście. Kluczy trochę po samym Cairns, żeby pokazać nam co i gdzie. Jeszcze kontaktujemy, chociaż rozmowa nie idzie tak płynnie jak byśmy chcieli. Zaczyna dopadać nas senność. W końcu dojeżdżamy do domu. Przestronny, jeszcze w pełni nie urządzony, ale za to bardzo zamieszkany. Jest husky, jest buldog amerykański, jest kociątko, rybki, żółw wodny, smok (o imieniu Daenerys). Na koniec poznajemy też partnera Beau, Gary'ego – Amerykanina z Kolorado. Po krótkim zapoznaniu z całym towarzystwem, padamy na twarz i odsypiamy lot. Cairns może na nas poczekać.

wp_20161125_10_42_26_pro
Domownicy byli niezwykle przyjaźni

Pospaliśmy sobie smacznie – dobry początek w zupełnie nowym kraju. Na nasze szczęście Beau nie musiał tego dnia pracować i tylko kursował między centrum, a przedmieściami, żeby przywieźć jedzenie i krzesła na zbliżającą się imprezę. W związku z tym, że Gary to Amerykanin, postanowiono, że trzeba urządzić przyjęcie na Święto Dziękczynienia. To niechybnie wypada w czwartek i w związku z brakiem wolnego dnia piątkowego, świętować mieliśmy w sobotę.

wp_20161128_08_51_13_pro
Chociaż niektórzy okazywali sympatię w specyficzny sposób.

Beau podrzucił nas do miasta i powiedział, że zależnie od pory naszego powrotu on lub Gary zgarną nas później z powrotem. Zaczęliśmy od zakupów. Musieliśmy zorientować się w ofertach firm telekomunikacyjnych, kupić po koszulce i spodenkach na osobę, a także ogólnie zorientować się w cenach. W Australii tanio nie jest i promocje w supermarketach, miały stać się potężnymi sojusznikami w trzymaniu naszego budżetu na wodzy. Postanowiliśmy sobie, że na antypodach będzie mniej zwiedzania, więcej leniuchowania, więc czasu na zakupy i gotowanie również przybyło.

wp_20161128_08_51_07_pro
A niektórzy zachowywali stoicki spokój.

Znaleźliśmy się więc w centrum handlowym, w zupełnie nowej rzeczywistości. Nagle zaczęliśmy rozumieć wszystko, co mówią ludzie na około…Hahahahaha, no dobrze. Zaczęliśmy się domyślać, co ludzie mówią na około, bo do oswojenia się z australijskim akcentem trzeba czasu. Fakt pozostaje jednak faktem – bariera językowa przestała istnieć. Ostał nam się ino płot językowy. Taki do przeskoczenia. Oprócz tego zmieniło się nastawienie ludzi. Uśmiechy od ucha do ucha, wysokie prawdopodobieństwo, że mijana przez ciebie osoba powie ci nagle "Hello, how ar ya, noaff  sdfos ijgdb". Zrozumiesz drugą część, czy nie, banan na twarzy pojawia się sam i nie potrafisz go powstrzymać. Doprawdy nieznośne! 

wp_20161125_15_34_00_pro
Oprócz błękitnego nieba…W drodze nad ocean 🙂

Po zakupach wyszliśmy na miasto i poszwędaliśmy się po głównych arteriach, chociaż z trudem można je tak nazwać. Cairns nie jest duże, chociaż, jak wiele australijskich osiedli, rozległe. Przestrzeni życiowej na kontynencie nie brakuje, więc ludzie nie muszą się szczególnie tłoczyć. W ogóle wydaje się, że mało muszą. Luz, przyjacielskie podejście do bliźniego i do przodu. Kraj prosperuje, ceny są w porywach 3-4 razy wyższe niż w Polsce, a pensje 8-10 razy większe. Tak to bywa jeśli do dyspozycji ma się cały kontynent, pełen surowców naturalnych, wielkich przestrzeni do hodowli zwierząt czy uprawy sadów owocowych, trzciny cukrowej i wina. Oczywiście nie jest to wszystko tak proste, jak się wydaje, ale porównując z resztą świata, okoliczności bywają tu wyjątkowo sprzyjające. A do tego McDonald's nie jest najtańszym fast foodem! Aaaaaaa! 

wp_20161125_15_34_49_pro
Wszędzie, kurka wodna, daleko!

Przeszliśmy się nad ocean, zobaczyliśmy pierwszą choinkę wśród palm, złapaliśmy trochę życiodajnego słońca, które tutaj bywa wyjątkowo zabójcze. Na billboardach, w radiu, w telewizji pełno jest kampanii mówiących o tym, żeby dokładnie smarować się, przed wyjściem na zewnątrz. Rak skóry to w Australii bardzo poważny problem.

wp_20161125_15_55_02_pro
Krok po kroczku, krok po kroczku, najpiękniejszy w całym roczku…

Myśleliśmy, że naszą bolączką będzie wysoka wilgotność, ale tak po prawdzie, to nie była ona większa niż w Kutaisi czy w Kantonie. Było gorąco, owszem, ale bardzo przyjemnie gorąco. Pocieszyliśmy się jeszcze trochę widokiem oceanu i wesołych ludzi, a potem razem z Garym, który wracał z pracy, pojechaliśmy do domu. Wieczór upłynął nam na leniwej rozmowie przy kolacji i obejrzeniu paru odcinków The Walking Dead. Zmęczenie jakie odczuwaliśmy pod koniec wizyty w Japonii, ulotniło się gdzieś nie wiadomo gdzie.

wp_20161125_16_25_12_pro
No bo jak tu być zmęczonym? 😉

Marek