Archiwum kategorii: Przed podróżą

Plany i wnioski, czyli jak pozbyć się szafy

Inspiracje – Domatorzy – Nędzna mamona – Doradca ze Spitsbergenu – Cudowne koszulki

Podróże różne bywają i każdy ma co do nich inne wymagania. Jeden osobnik najchętniej wakacje spędzi w wygodnym hotelu. Przejazdy muszą być nawet jeśli nie komfortowe, to szybkie, bo urlop ma swoje limity czasowe. Wybierze pomoc biura turystycznego lub sam zarezerwuje  loty, zakwaterowanie itp. Drugi wykorzysta zapewne opcję tańszą: namiot lub hostel, może autostop. Trzeci spokojne i leniwe wakacje nad morzem. Oczywiście generalizuję, ale tak to mniej więcej wygląda. Przygotowania wspomnianych wypraw są mniej lub bardziej oczywiste, ale jak zaplanować podróż, która potrwa od kilku miesięcy do "niewiadomo ile"? To pytanie, które zadawaliśmy sobie, odkąd podjeliśmy decyzję o wyjeździe.

Na szczęście marzenie nie powstało z dnia na dzień, a siedziało w głowach od czasów dzieciństwa, kiedy pierwszy raz trafiły w nasze ręce książki o podróżach, które czytaliśmy z wypiekami na twarzy. Programy telewizyjne też zrobiły swoje („Pieprz i Wanilia” rulez! wink ). Ale to oczywiście tylko inspiracje i pomysły. Trzeba było przekuć je w coś bardziej realnego. Z pomocą przyszedł oczywiście internet. Materiału o podróżach jest tyle, że głowa boli, ale po kilku miesiącach czytania, szukania i szperania, zaczęliśmy widzieć na co nas stać i to zarówno finansowo, fizycznie, jak i emocjonalnie.

Pierwsza i najważniejsza kwestia, którą sobie uświadomiłam, to że w podróży zachodzi ścisła relacja między pieniędzmi i czasem. Po prostu najczęściej wolniej = taniej. Stało się jasne, że jeśli chcemy jechać długo i daleko, to nie szybko. Po prostu nie stać nas na pośpiech. Bardzo jestem ciekawa, jak to wyjdzie w praktyce. A zatem kilka lat oszczędzania i pożegnanie z etatem stało się celem nr 1. Dość zabawny efekt uboczny – przyjaciele uznali nas za domatorów. Ale nasze myślenie było proste;obiad w knajpie jest droższy niż ten upichcony samemu. Koncerty, kina, teatry, puby, klubu zamknęły się dla nas. "Siedzenie domu macie opracowane do perfekcji, zrobiliście z tego sztukę"- usłyszałam kiedyś od kumpla wink. Ale efekt jest – jest kasa, jest czas. Trzeba jechać.

Pierwsze założenie – tanio. Wybraliśmy Azję, bo jest niedroga. Po drugie, nie jesteśmy fanami tropików i miejsc powszechnie znanych jako turystyczne. Stąd właśnie wybór krajów takich jak Kirgistan, czy Mongolia. Gdzie się da, pojedziemy autostopem. Czas nas nie goni, więc możemy poczekać, aż jakaś dobra dusza nas zabierze. Zakwaterowanie też postaramy się znaleźć tanie: couchsurfing, gościnność miejscowych, hostel. Dużo dyskusji odbyliśmy w kwestii namiotu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się go nie kupować. Może nie będzie potrzebny, a głupio przejechac pół świata z namiotem, którego nie użyjemy. Jeśli będzie trzeba, zdobędziemy go po drodze.

W końcu musieliśmy się przekonać, jak to jest nie mieć tych wszystkich rzeczy, które tworzyły nasze naturalne otoczenie. Brutalna selekcja już się zakończyła. Książki, których oczywiście wyrzucać nie chcieliśmy, pojechały do rodziców. Sprzęty domowe albo sprzedaliśmy, albo oddaliśmy, ubrania…no cóż, żadne z nas nie ma tendencji do strojenia się, ale i tak wyleciało 99% szafy. W końcu w takiej podróży wszystko co masz to plecak na plecach i to co w nim. I musisz to nosić! Większość sprzętu trzeba było dokupić. Shoppingu nie lubimy. Ja w galeriach handlowych dostaję czegoś, co można określić jako chorobę "wypuścić mnie!". Nie było jednak rady. Zabraliśmy mojego kochanego teścia – podróżnika i polarnika – w charakterze doradcy i ruszyliśmy na zakupy. Ostatecznie nie było tak źle. Plecaki, buty, spodnie, wybieraliśmy ze względu na praktyczne właściwości i dostępność cenową, a nie wdzięczny wygląd, więc było łatwiej. W przeciwieństwie do Taty, na Spitsbergen się nie wybieramy, a zatem konieczność posiadania śpiworów z komfortem do -30, ominęła nas. Muszę przyznać, że pomimo czytania rozlicznych blogów i stron o tej tematyce, nie zdawałam siebie sprawy, jak bardzo wyspecjalizował się biznes podróżniczy. Tylko czy to wszystko nam potrzebne? Nie porównuję oczywiście naszej eskapady do wypraw w Himalaje, czy na bieguny, bo to zupełnie inny level. Okazuje się jednak, że jeśli masz kasę, to można naprawdę zaszaleć: żywność, która przetrwa latami, worki na plecaki, cudowne koszulki z wełny merynosów (zabieramy po 7 szt., więc wyszło by 800 złotych na głowę), etc. Tylko, że my nie mamy do dyspozycji wygranej w lotto, a do tego targać później na plecach całe to obciążenie, wydaje się mocno chybionym pomysłem. Zwyciężył zdrowy rozsądek. Nie oszczędzaliśmy tylko na butach i skarpetkach, bo jak słusznie zauważył Tata – kiedy wysiądą nam nogi, to już będzie poważny problem.

Od początku zastanawialiśmy się też nad kwestiami zdrowotnymi. Ponad pół roku temu zaczęliśmy się szczepić. Opinie na ten temat wyszukałam różne. Jedni, że koniecznie, inni, że jeździli bez szczepionek i żyją. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie będziemy poddawać zdrowia pod test i zaszczepiliśmy się na najgroźniejsze choroby, z którymi możemy się zetknąć. Dobra rada – jeśli chcecie kiedyś jechać tam, gdzie zalecane są szczepienia, nie polegajcie na internetowych terminarzach. Jak tylko zacznie się planować podróż warto iść do lekarza medycyny podróży, bo może się zdarzyć, że szczepienie wymaga kilku dawek w odległości nawet 2 miesięcy. Wykupiliśmy też ubezpieczenie, więc jak nas złapie grypa (tfu-tfu) albo coś sobie skręcimy (tfu-tfu), to jakoś nas poskłądają.

Nachodziło nas sporo wątpliwości, ale ostatecznie trasę i czas wyjazdu zweryfikowała codzienność. Z różnych względów musieliśmy poczekać do połowy sierpnia, czyli pierwotny plan opóźnił się o ponad miesiąc. Stąd między innymi pierwszy skok samolotem do Gruzji i następnie szybkie przebicie się do Kirgistanu. Zima w Mongolii, choć z pewnością piękna, to nie jest coś, czego chcielibyśmy doświadczyć wink. Później już po ziemi, unikając lotów, unikając pośpiechu na tyle, na ile to tylko możliwe.

Ania

 

Palcem po mapie, czyli dlaczego warto marzyć na głos

Górska ścieżynka –  Wielkie marzenia – Zalążek planu – Stado pawianów

Wszystko zaczęło się na górskim szlaku, gdzieś pomiędzy Rusinową Polaną, a Polaną pod Wołoszynem. Nie byliśmy jeszcze beztroskim małżeństwem, ani trochę mniej beztroskim narzeczeństwem, lecz średnio zatroskaną o swoją przyszłość parą. W niepowtarzalnych okolicznościach przyrody, wczesnym tatrzańskim rankiem, rozmowa mogła brzmieć następująco:

– Chciałabym kiedyś pojechać w podróż! 
– Ja też 
– Ale taką daleką! 
– Ja też 
– Ale taką, że do przodu, a nie w tył! 
– Ja też 
– Tak jechać, jechać i poznawać ludzi, nowe miejsca, wielkie przestrzenie! 
– Ja też 
– Daleko jeszcze? 
– Ja też…Co? Nie.

na blog
Zdjęcie z Tatr Zachodnich, ale co tam

No i się zaczęło. Dokąd byśmy chcieli pojechać, czym, co zobaczyć, co zjeść, w jakim morzu się wykąpać, jakie pasma górskie przemierzyć. Takie jeżdżenie palcem po mapie, tylko bez mapy i z dwoma palcoma…dwyma palcy…dwami… W dwie osoby. Tak na początku łatwiej, bo można puścić wodze fantazji, zapomnieć o granicach swoich możliwości i pozwolić wyobraźni zrobić swoje. Niepoprawne marzycielstwo oboje mieliśmy we krwi od zarania dziejów, więc pomysł wielkiej podróży rozrósł się do absolutnie kapitalnych rozmiarów. Pół Europy, cała Azja, dwie Oceanie, trzy Ameryki, a wszystko zakończone wielkim piknikiem na Górze Stołowej: tylko my dwoje, miejscowe wino, zachód Słońca i stado pawianów. I wtedy…doszliśmy do głównego szlaku prowadzącego do Morskiego Oka, a jak wiadomo na asfalcie gorzej się myśli.

Kiedy siedliśmy w końcu na naszych ośmiu literach, zaczeliśmy się zastanawiać, co tak naprawdę jest realne. Wiadomo – nie można pojechać wszędzie i zobaczyć wszystkiego. Trzeba było wymyślić, dokąd najbardziej chcielibyśmy zawędrować, jaka trasa byłaby optymalna, która dałaby nam najwięcej radochy.
I tak krok po kroku zaczął się krystalizować plan finalny choć nie ostateczny. Oczywiście kwestie materialne, klimatyczne i terminowe również dały się nam we znaki, dlatego musieliśmy wykreślić z naszej listy kolejne kraje, a ostateczna trasa uformowała się następująco: Gruzja-Kirgistan-Kazachstan-Chiny-Mongolia-Chiny-Hong Kong-Tajwan-Japonia-Australia/Nowa Zelandia-Nowa Zelandia/Australia. 
No i z powrotem, do Warszawy, zapewne przez Londyn. Tak było wczoraj…

A dziś? Dwa plecaki, dobre buty, żeby nogi nie odpadły, trochę ubrań, apteczka, kosmetyczka, trochę elektroniki. To wszystko co mamy. Dziwne, ale i wyzwalające uczucie. Kilka lat przygotowań, oszczędzania, planowania. Ruszamy już za tydzień. Najpierw do Gruzji. Lecimy do Kutaisi przez Kijów. Potem łapiemy stopa i zasuwamy do Batumi. Nie powinno być z tym problemów, bo Gruzini, jak nas powszechnie informowano, są narodem przyjaznym, towarzyskim i maja słabość do Polaków. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie słyszeliśmy kilka, ale dość często pojawiał się w nich termin „Żubrówka” wink. Jak jest, przekonamy się już w krótce. Tymczasem wracamy do ostatnich przygotowań i pożegnań. To chyba najtrudniejsze. Przed wyjazdem spróbujemy jeszcze skrobnąć coś o tym, jak przygotowaliśmy się do naszej podróży. 

A&M