On the streets of Philadelphia czyli dzwońce wolności

W grodzie Benjamina – Całowanie klamek – Bycza buła – New York, NewYork

Dojechaliśmy do Filadelfii po południu i zostaliśmy powitani przez wietrzystą pogodę, pylenie wszystkiego co może pylić, a także brud. Aż do końca naszej podróży Filadelfia będzie mieć status najbrudniejszego miasta jakie odwiedziliśmy. Może to tylko tymczasowa niedyspozycja, ale nigdzie indziej aż tak nie biło to po oczach. A skoro już to ustaliliśmy, przejdźmy się do naszych gospodarzy. W domku szeregowym, w zachodniej Filadelfii mieszkali razem Kamela (wnuczka polskich imigrantów), wybitnie introwertyczny muzyk Jeremy i jego dziewczyna Kennedy, lalkarka. Mieszkało się u nich bardzo dobrze, nie wchodziliśmy sobie zwykle w drogę. Raz oni coś ugotowali, raz my, Kamela kazała nam zużywać jej zapasy, których zawsze kupowała za dużo. Mieszkaliśmy w pokoju, w którym stała kuweta dla kotów, więc czworonogi musiały okazywać nam względy, bo inaczej nie mogłyby sikać w ulubionym piaseczku. Na kilka dni staliśmy się więc integralną częścią domostwa i mieliśmy komfortowe warunki do zwiedzania miasta. Niestety aura i kwestie losowe tym razem nam nie sprzyjały, więc nie zobacczyliśmy wiele. A jest tam co oglądać. Czym jest bowiem Filadelfia?


Chyba mój ulubiony ratusz miejski z tych widzianych w Stanach.

Tak jak Wirginia jest pierwszym amerykańskim stanem, tak Filadelfia, założona przez pierwszego gubernatora kolonii Pennsylvania, Williama Penna, jest administracyjną kolebką kraju. To tutaj zebrał się pierwszy Kongres Kontynentalny, to tutaj ratyfikowano Deklarację niepodległości i konstytucję, to w końcu tutaj ustanowiono pierwszą stolicę młodego kraju, do czasu aż nie powstanie miasto Waszyngton. Tutaj również żył i tworzył jeden z najznamienitszych obywateli w historii USA, wynalazca, polityk, dyplomata, filozof,  człowiek z bardzo pożądaną twarzą, znajdującą się na banknocie studolarowym – Benjamin Franklin. Chociaż urodził się i wychował w Bostonie, to właśnie w Filadelfii dokonał najważniejszych czynów, którymi zasłużył na miano "Pierwszego Amerykanina". W stolicy Pennsylvanii jest wszechobecny, będąc obok Independence Hall i Dzwonu Wolności, jej największym symbolem. W mieście można obejrzeć jego dom, urząd pocztowy, którego był kierownikiem, drukarnię, w której drukował swoją gazetę, a także grób. Oczywiście jeśli są otwarte…


Naczelnik Tadeusz stoi na przeciwko polskiej flagi przez czysty pzypadek, ale była to miła niespodzianka na 2 maja :).

A nie były! No niech nas. Ale po kolei. Niestety dzień zaczął się od ograniczenia czasowego, bo gospodarzom gdzieś zapodział się drugi klucz i dopóki nie dorobili następnego, trzeba było zgrać grafiki. Oznaczało to, że musimy wrócić do domu na 17 i nie mogliśmy zwiedzić tego dnia Independence Hall (tam ratyfikowano Deklarację niepodległości), bo ostatnie bilety (zresztą darmowe), były dostępne dopiero na 16. Na początek zresztą nadłożyliśmy drogi, by wdrapać się na słynne schody przed galerią sztuki i zatańczyć na nich niczym Rocky Balboa. Niestety nie zebrano jeszcze sprzętu po uroczystości draftu do ligi NFL,więc wstęp został zablokowany. Potem okazało się, że prawie wszystko związane z Benjaminem Franklinem, było zamknięte, więc poszliśmy na grób, żartując, że pewnie przenieśli go do Waszyngtonu. Nie do końca. Ale sam grób był akurat w renowacji. Cud, że udało się zobaczyć cokolwiek, w tym Dzwon Wolności oraz starą siedzibę gildii stolarzy, w której zebrał się pierwszy w historii Kongres Kontynentalny.


Dla Amerykanów to bardzo ważny symbol. Bił na wiwat 4 lipca 1776 roku i zyskał sobie status świętości. W dobie Wielkiego Kryzysu obwożono go po USA, by podnieś morale społeczeństwa, a dzieci pisały do dzwonu listy niczym do świętego Mikołaja.

Mimo iż nie zobaczyliśmy zbyt wiele, zgłodnieliśmy bardzo, a jak w Filadelfii jest się głodnym i nie jest się wegetarianinem, odpowiedź jest jedna – cheesesteak! Stworzona w latach 30' przez braci Olivieri kanapka z siekanym, zesmażonym na blasze stekiem wołowym i cebulą jest tutaj prawdziwym hitem. Przez lata wyewoluowała i można ją zamówić pod wieloma postaciami, ale najpopularniejszą jest długa bułka z wołowiną, cebulą i serem żółtym, najchętniej provolone. Zaszaleliśmy i poszliśmy do baru, mijając wcześniej wiele wózków z tańszymi wersjami. Niektórzy (w tym my), mogą powiedzieć że to marnowanie dobrego steku rib eye, ale inni niektórzy (w tym my) mogą odpowiedzieć, że to najlepszy sposób na takie marnotrastwo. Kanapka była pyszna.


Prawdziwa  uczta. Aż zrobiłem się głodny,. Chyba zjem rosół.

Nabraliśmy sił na pieszy powrót do domu, a następnego dnia zrobiliśmy sobie przerwę, która na złe nam wyszła, ponieważ w dniach kolejnych pogoda zupełnie się popsuła i więcej już Filadelfii nie zobaczyliśmy, wyjeżdżając do Nowego Jorku w strugach ulewnego deszczu. Kolejny niedosyt, ale co robić? Postanowiliśmy, że Nowemu Jorkowi nie odpuścimy i będziemy zwiedzać do upadłego. A warunki, przynajmniej na początku, mieliśmy do tego bardzo dobre. Jechaliśmy do "Dużego Jabłka" nie mając zapewnionych wszystkich noclegów, ale pierwsze trzy udało się zaklepać w pierwszorzędnej lokalizacji, na Manhattanie. Nasz gospodarz, Anders przyjechał tam na początku roku z Danii wraz ze swoim mężem i chociaż nie zdążyli się jeszcze dobrze urządzić, zdarza im się przyjmować couchsurferów. Szanowny małżonek był akurat w rozjazdach, ale Anders z radością i entuzjazmem (czasem może nawet zbyt wielkim, ale o tym później) zaopiekował się nami i włączył w nasze zwiedzanie. 


Benjammin Franklin z cheesesteakiem, czyli najbardziej filadelfijskie zdjęcie z możliwych. 

Nowy Jork…To moja druga wizyta w tym mieście, więc, żeby oddać mu pełną sprawiedliwość, przekazuję teraz klawiaturę Ani, bo ten pierwszy raz liczy się tutaj jeszcze bardziej niż gdziekolwiek indziej. 

Reżyser Woody Allen chyba najlepiej ujął temat twierdząc, że Nowy Jork to nie tyle miasto, co stan umysłu. Jest faktycznie coś niezywkłego w tej metropolii. Nieuchwytne znaki, że bez względu na to kim jesteś i skąd pochodzisz, gdzieś tu jest też miejsce dla ciebie i twoich marzeń. Spektakularne centrum miasta na Manhattanie robi wielkie wrażenie. Płaskie, więc wzrokiem sięgasz daleko. Wzdłuż szerokich i długich ulic ciągną się drapacze chmur, muzea, domy, świątynie wszelakich wyznań, a architektura jest tak urozmaicona, że szkoda przemieszczać się inaczej niż na piechotę.

Mieliśmy tym razem szczęście do pogody – deszcz zostawiliśmy w Filadelfii. Central Park krzyczał zielenią, słońce przyświecało, humory poprawiła nam gorąca kawa, ale jednocześnie wzrosła moja tęsknota za herbatą. Czyżby to Anglia już mnie wołała? Ah, z pewnością można w Nowym Jorku znaleźć również wspaniałą herbatę. Stolica kulinarna, stolica mody, stolica biznesu, stolica artystów z wielkim zielonym parkiem w samym centrum (chociaż moim zdaniem Łazienki nadal ładniejsze). Wspominaliśmy już o zmęczeniu materiału w tej podróży, ale Nowy Jork miał siłę, żeby nas poderwać, energię, żeby rozpędzić nas jeszcze i jeszcze raz. Prawda jest taka, że w tym mieście bardzo łatwo się zakochać. Tym, którym się to przytrafiło wcale się nie dziwię. Ruszyliśmy zatem w miasto. Może się nie zakochałam, ale napewno Nowy Jork, to dobry kumpel, którego chciałabym jeszcze kiedyś odwiedzić.

Tyle od Ani. Dodam jeszcze, że w miasto ruszyliśmy wspaniale wyspani i choć nie byliśmy jeszcze pewni gospodarza na ostatnie dwie noce, nastroje mieliśmy błękitne jak niebo nad nami.

Marek i Ania

Muzea, pomniki i bliny z serem, czyli Waszyngton D.C.

Resting w Reston – Muzeum lotnictwa KJM! – Waszyngton monumentalny – Waszyngton słowiański

Dotarliśmy tedy do Fairfax skąd odebrała nas pani Ewa, czyli koleżanka mojego Taty ze szkolnej ławy. Znamy się od lat i to właśnie u niej w, nomen omen, Reston mieliśmy odpocząć trochę przed ostatnim etapem naszej amerykańskiej podróży. W towarzystwie samej pani Ewy, uroczego zwierzyńca składającego się z czterech psów (Bill, Millie, Chubby i Angelo) oraz dwóch kotów (Isis i Ginger), a na ostatnie dwa dni dołączył do nas mąż pani Ewy, wracający z wielkanocnej wyprawy do Londynu, pan Etienne.


Ania i Ginger. Miłość.

Atmosfera rodzinna, warunki do regeneracji idealne, okolica zaciszna, a w domu naszych gospodarzy bardzo przytulnie. Głównym naszym zajęciem było więc pisanie, wstawianie zdjęć, wpisów, co jakiś czas przerywane krótkimi wyprawami, które dzięki pani Ewie mogliśmy odbyć po okolicy bliższej i dalszej. Zaczęliśmy od muzeum lotnictwa, w którym zgromadzono wiele autentycznych samolotów wojskowych, pasażerskich i jeszcze inszych. Nie, że modele. Czasem repliki zmontowane z poznajdywanych na całym świecie części, ale teoretycznie nadające się do latania. Dla każdego fana awioniki to miejsce jest niczym Eden. Tylko trochę bardziej zatłoczone. 


A jak będą chcieli, żeby zabrać ich do muzeum lotnictwa…

Kolejna wyprawa odbyła się już do Waszyngtonu, gdzie mogliśmy wysłuchać koncertu jazzmana Grega Hatzy z Baltimore. Zażyliśmy zatem trochę sztuki, a przy okazji zobaczyliśmy Waszyngton po zmroku. Oczywiście zdjęcia nocne kompletnie nie wyszły, ale podświetlone budynki i pomniki na the Mall, wyglądały bardzo pięknie, dając nam przedsmak naszej przyszłej wizyty w stolicy.


Nie przepadam za nadużywaniem organów w muzyce jazzowej, ale trzeba przyznać, że nieźle podawali.

Było trochę technologii, było trochę kultury, przyszedł więc czas na naturę. Pojechaliśmy do Great Falls, by przejść się po niewielkim, ale bardzo malowniczym parku narodowym nad brzegiem Potomacu. Na koniec trochę szermierki (a jakże!) – odwiedziliśmy Maryland i klub szermierczy, w którym pracuje dwóch polskich trenerów, a w którym trenowała kiedyś córka pani Ewy, Liwia. Wracając, zahaczyliśmy jeszcze o świątynię mormońską, znajdującą się w okolicy, a która ma bardzo…specyficzną bryłę. Sami zobaczcie:


Ta zielona poświata…

Dosyć niepokojący budynek. Spaliśmy jednak bardzo dobrze i następnego dnia wczesnym rankiem mogliśmy wyruszyć do Waszyngtonu. U naszych pierwszych gospodardzy – Nikołaja i Ashley, musieliśmy się zameldować przed dziewiątą, żeby zrzucić plecaki, a potem ruszyć na zwiedzanie. Komunikacja waszyngtońska prawie nas pokonała i dotarliśmy na ostatnią chwilę. Odsapnęliśmy kapkę i poszliśmy na miasto. Lepsze zapoznanie się z gospodarzami musiało trochę poczekać. 


Pana profesora fechmistrza zabraknąć w klubie nie mogło :).

Waszyngton. Miasto zaprojektowane po to, żeby być stolicą. W centrum roi się od budynków administracyjnych, muzeów, sądów. Wszystko w monumentalnym stylu, bez zbędnych ozdób. Budynki mówią ci : "Jesteś w stolicy wielkiego kraju, jesteś w stolicy wielkiego narodu." Trzeba przyznać, że robią wrażenie. Zwiedzanie zaczęliśmy od Muzeum Historii Amerykańskiej, bo akurat było pod ręką. Ekspozycja bardzo sprawnie zorganizowana, pokazująca historię społeczeństwa, historię wojen, historię przemysłu, transportu w sposób bardzo przystępny, interaktywny (słowo klucz!) i nie bardzo męczący. Wśród eksponatów znajdują się prawdziwe artefakty historii USA, jak kapelusz Abrahama Lincolna czy flaga z fortu McHenry w Baltimore. To ta z hymnu narodowego USA, "Star Sprangled Banner". W czasie wojny z Wielką Brytanią w 1812 roku, powiewała nad wspomnianym fortem, bombardowanym przez Royal Navy. Taką zobaczył ją Francis Scott Key, co zainspirowało go do napisania poematu. Pod słowa podłożono następnie popularną, brytyjską (sic!) melodię. Parędziesiąt lat później pieśń stała się hymnem US Navy, ale status hymnu narodowego uzyskała prawnie dopiero w 1931 roku.


Wśród artefaktów narodowych można również podziwiać rękawice Muhammada Alego

Gdy już poszwędaliśmy się dobre kilka godzin po wnętrzu, zapragnęliśmy złapać nieco świeżego powietrza i wyruszyliśmy obejrzeć pomniki. Memoriał Waszyngtona, Lincolna, Wojny Koreańskiej, Wojny Wietnamskiej, Drugiej Wojny Światowej.  Wszystkie robią wielkie wrażenie i skłaniają do refleksji. Może dlatego poczuliśmy się trochę bardziej zmęczeni niż powinniśmy, a do tego okazało się, że zaczyna nas chwytać jakaś infekcja. Zanim jednak porządnie schwyciła, my spotkaliśmy się z Nikołajem na obiad. Powiedział, że zna świetne miejsce z happy hours – za dwa dolary piwo, a do piwa dwa spore tacos. Nie można było przegapić takiej okazji.


Kapitol, obelisk Washingtona, sadzawka, w której ściskali się Forrest i Jenny, a za plecami siedzi niewidoczny na zdjęciu Abraham Lincoln.

Sam Nikołaj to raczej typ introwertyka, więc nie wiemy o nim wiele, poza tym, że to szczodry gospodarz. Rosjanin z Kaliningradu, któremu uprzykrzyło się życie nad pięknym bałtykiem, więc wyruszył na Florydę, potem do Teksasu, a obecnie rezyduje w Waszyngtonie wraz ze swoją żoną, Ashley, trochę bardziej rozgadaną dziewczyną z Luizjany. Niestety przyjechaliśmy do nich w tygodniu i nie mieliśmy wiele czasu by się integrować, a do tego jeden dzień przeleżeliśmy plackiem, bo przeziębienie rozłożyło nas na łopatki. Zanim do tego doszło odbyliśmy kolejną rundkę po muzeach (wszystkie muzea smithsoniańskie są darmowe), zaczynając od archiwów narodowych, gdzie mogliśmy zobaczyć oryginały delkaracji niepodległości i konstytucji. Zajęcia z paleografii miałem dawno temu i trudno było coś odczytać, więc nie musicie się zamartwiać, że nie mogliśmy tam zrobić zdjęć ;). Trochę fotek wyszło nam w National Gallery, gdzie mogliśmy podziwiać piękną sztukę z naszymi ulubionymi impresjonistami i realistami na czele. Na koniec wpadliśmy na chwilę do Muzeum Indian Amerykańskich i, powiedzmy sobie szczerze, porządnie się zawiedliśmy. Oczekiwania nie były wielkie, a do tego weszliśmy tam, żeby wytracić trochę czasu przed powrotem Nikołaja i Ashley do domu. Pamiętam, że w czasie poprzedniej mojej wizyty muzeum oceniłem jako przeciętne, ale teraz było jeszcze gorzej. Po prostu kiepskie. To wszystko co mam na ten temat do powiedzenia.


Niezła sztuka…

Wspomniana choroba skonsumowała nam następny dzień, a kolejnego czekała nas przeprowadzka do innej couchsurferki, więc chciał-nie chciał, musieliśmy się zwlec. Oczywiście potem znowu odpoczywaliśmy, żeby jak najszybciej zregenerować nadwątlone siły. Od Nikołaja i Ashley trafiliśmy do Sashy. Do Stanów przyjechała z Ukrainy, gdy miała cztery lata, więc zupełnie nie słychać po niej akcentu, ale bliny z białym serem zrobiła jak trzeba ;).


Pycha!

Pełna energii i bardzo wesoła, zdecydowanie przyczyniła się do poprawy naszego stanu zdrowia. W końcu, jak pisał Kornel Makuszyński, "Nie ma ponad śmiech lekarstwo". Nie wiemy jak w innych, ale w tym przypadku zadziałało. Zapiekanka ziemniaczana, którą Ania upichciła na kolację, też dołożyła swoje, a przy samej kolacji czekała nas niespodzianka, choć właściwie, nie powinna nas w ogóle dziwić biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia. Otóż Sasha przyprowadziła z randki Petera lub po prostu Piotrka. Polak wychowany w Stanach, ale urodzony jeszcze w Warszawie, na Mokotowie. Trafianie na Warszawiaków nigdy nas nie znudzi. Posiedzieliśmy, pojedliśmy, popiliśmy i naprawdę znakomicie się bawiliśmy. Jak tu nie zdrowieć?


Abraham Lincoln zgadza się z powyśzym akapitem.

W lepszych humorach i w lepszej kondycji wstaliśmy kolejnego ranka, bo udało nam się zarezerwować wizytę w Kapitolu, gdzie mogliśmy zwiedzić historyczną część amerykańskiego parlamentu. Zwiedzanie jest darmowe, ale terminy trzeba rezerwować z paromiesięcznym wyprzedzeniem, bo chętnych jest od metra (jak Bodzianowiczów). Wycieczka trwa godzinę, licząc z filmem wprowadzającym – nie jest szczególnie ekscytująca, ale też nie umiera się z nudów. Z Kapitolu wróciliśmy do domu spakować się, pożegnać z kochaną Sashą i podrałować na autobus do Filadelfii. Niestety przez dwa dni choroby nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy zobaczyć. Biały Dom, Memoriał Jeffersona, Memoriał FDR, Muzeum Historii Naturalnej, cmentarz Arlington i Pentagon zostawiliśmy więc za plecami. Nauczyliśmy się w drodze nie płakać nad rozlanymi atrakcjami turystycznymi, ale nie powiem, trochę żalu odczywaliśmy. Zwłaszcza, że pech nie opuszczał nas także w Filadelfii. Ale o tym już w następnym odcinku.


Jak się czujemy? Kapitolnie!

Marek

Bogata historia w Richmond, czyli u zarania dziejów USA

Ad fontes! – FL, filantropi ludziom – Niezłe jaja – Podwózka jakubowa

Richmond, Wirginia. Jeżeli gdzieś na ziemii amerykańskiej można wyznaczyć początek procesu, który doprowadził do powstania Stanów Zjednoczonych, to będzie to właśnie Wirginia. To tutaj, ponad czterysta lat temu założono pierwszą stałą, angielską kolonię na kontynencie amerykańskim – Jamestown. Również na terenie tego stanu rozegrała się bitwa pod Yorktown, która ostatecznie przeważyła szalę zwycięstwa w rewolucji amerykańskiej na stronę kolonistów. Z pierwszych czterech prezydentów kraju, trzech pochodziło z Wirginii. Waszyngton czyli ostrze rewolucji, Jefferson czyli pióro rewolucji (autor deklaracji niepodległości) oraz Maddison, który jest głównym autorem konstytucji amerykańskiej. Sami widzicie, że znaleźliśmy się więc w kolebce narodu.


Washington i spółka, czyli ojcowie założyciele pochodzący ze stanu Wirginia.

Po wegańskim śniadaniu wielkanocnym Mac i Lea zawieźli nas do centrum, przy okazji demonstrując bardzo typowy dla miejscowych zwyczaj, a mianowicie paradę wielkanocną. Parada polega na tym, że jakaś spora ulica jest zamykana i ludzie mogą sobie paradować w dowolnych kierunkach, każdy sobie lub w większych grupach. Przebrani, nie przebrani, wszystko jedno. Ludzie zakładają fikuśne kapelusze i spacerują między budkami z napitkami oraz żarciem. Trochę się to różni od parad w europejskim, a nawet jankeskim wydaniu i być może dlatego nie za bardzo przypadło nam do gustu. Cyknęliśmy kilka fotek i poszliśmy zwiedzać. 


Nie zabawiliśmy tam zbyt długo, bo nie chcieliśmy wchodzić tym wszystkim ludziom w paradę.

Na pierwszy ogień poszły Maymont Park i Maymont Mansion. Posiadłość Jamesa i Sallie Dooley, która po ich śmierci, zgodnie z ich wolą została przekształcona w park publiczny i muzeum. Syn irlandzkich imigrantów oraz córa starych, wirgińskich rodzin doszli do wielkiej fortuny między innymi dzięki inwestowaniu na rynku kolejowym, a gdy już się dorobili, nie gnieździli się na złocie jak jakieś smoki. Wspierali szkoły, szpitale, biblioteki i kościoły, a w spadku zostawili na cele charytatywne ponad milion dolarów. W latach dwudziestych była to sumka nie lada. 


Przynajmniej M4…

Dom zwiedziliśmy z bardzo sympatyczną przewodniczką z Anglii, która oprowadziła nas po przepysznych pokojach, salonach, łazienkach, opowiadając nie tylko historię rodu, ale także służby i wiele razy ukazując szersze spektrum historyczne. Trzeba przyznać, że dom prezentuje się imponująco, a jego wnętrze to uczta dla oczu. 


Voila! Sypialenka jak marzenie.

Po tym wszystkim przeszliśmy się trochę po ogrodzie rzymskim, ogrodzie japońskim, zobaczyliśmy miejscowe bizony (pierwszy raz w życiu widzieliśmy żywego bizona!), ale nie były zbyt rozmowne, więc wróciliśmy do centrum, zakupić zapasy tuńczyka i makaronu. Co prawda nasi gospodarze zabraniają swoim gościom przyrządzanie mięsa w swojej kuchni, ale zgodzili się, że ugotowanie makaronu, usmażenie czosnku, a potem dopiero dodanie do tego tuńczyka, nie będzie pogwałceniem ich zasad. Zwłaszcza, że humory mieli dobre, a zajadając każdy swoje, oglądaliśmy z nimi i jeszcze jedną koleżanką, wspomnianą w poprzednim artykule "Czekoladę". Smakowity wieczór :).


To oczywiście nie duży pokój naszych gospodarzy, tylko salon w Maymont Mansion. Herbaty?

Następny dzień rozpoczął się równie smakowicie, a to z okazji naszej szóstej rocznicy. Tak, tak, udało się aż tyle ze sobą wytrzymać. Mamy taki zwyczaj, że naprzemiennie (raz ja raz Ania) wybieramy na rocznicową kolację knajpkę, w której jeszcze nie byliśmy, najlepiej o konkretnym profilu kulinarnym. Do tej pory wychodziło nam to głównie fatalnie, bo co strzał to pudło. Wyjątkiem była nasza pierwsza rocznica i restauracja "Mały Belgrad" na Belgradzkiej, a tym razem, żeby przełamać złą tradycję, postanowiliśmy wybrać się na rocznicowe śniadanie. Klasyczne, amerykańskie, wielkie, bardzo kaloryczne, pozbawiające człowieka ochoty na lunch śniadanie. Naleśniki, bekon, jajecznica, kiełbasa (czyli dla nich zmielone mięso z przyprawami), smażone ziemniaki, coś na kształt kaszki manny i czarna lura, którą nazywają kawą, a której dolewają w nieograniczonych ilościach. Prawie udało nam się zjeść większość ;).


Cornerstones of American breakfast!

Słusznie wnioskujecie ze zdjęcia, że do muzeum historycznego raczej się dotoczyliśmy, niż doszliśmy. Samo muzeum ma skromną, ale dobrze zaprezentowaną ekspozycję, ale główną atrakcją był portier. Starszy pan, który był zachwycony, że ktoś wyraża więcej niż powierzchowne zainteresowanie jego rodzinnym krajem, i z którym pogawędziliśmy sobie o historii, a także o naszym wspólnym idolu literackim jakim okazał się Edgar Allan Poe. Jeden z moich ulubionych autorów amerykańskich kojarzony jest bardzo mocno z Baltimore, gdzie zmarł tajemniczą śmiercią, ale wychował się właśnie w Richmond, gdzie pochowana jest jego matka. Portier, dla ułatwienia nazwijmy go Richard, bo tak właśnie miał na imię, rozgadał się w pewnym momencie do tego stopnia, że zaproponował nam wieczorny objazd Richmond i wiele ciekawych opowieści. Podziękowaliśmy bardzo uprzejmie i wyjaśniliśmy, że przy naszym trybie zwiedzania do wieczora zupełnie opadniemy z sił. 


No to jak to było z tą kolonizacją Hameryk?

Z jednego muzeum przeszliśmy do drugiego. Otóż w muzeum sztuki, być może w związku z Wielkanocą, eksponowano jaja carskie. Nie, nie jesteśmy obrzydliwi. Chodzi oczywiście o tzw kolekcję Faberge. Wiele o nich słyszeliśmy, wiele widzieliśmy filmów, w których genialni przestępcy wykradają je z kolekcji i nie wiadomo dlaczego widz powinien im kibicować. W końcu przyszło nam zobaczyć te dzieła sztuki i kunsztu rzemieślniczego osobiście i zostaliśmy olśnieni.


Prawdziwe piękno i dzieło sztuki. A na pierwszym planie jajo Faberge autorstwa Michaiła Pierchina.

Historię pewnie znacie, ale gwoli przypomnienia… Car Aleksander III Romanow postanowił zrobić swojej żonie prezent wielkanocny i rozkazał wykonać złotnikom petersburskiej pracowni Petera Carla Faberge złote jajko. Efekt tak przypadł wszystkim do gustu, że zamawianie takich klejnotów stało się coroczną tradycją na carskim dworze. Spójrzcie no jeszcze raz.

Odchamieni już do reszty poszliśmy w stronę ścisłego centrum by zajrzeć do lobby "Jeffersona", najbardziej ekskluzywnego hotelu w stanach południowych, a potem udać się do stanowego kapitolu, zaprojektowanego przez samego Thomasa Jeffersona (był człowiekiem wielu talentów). Mogliśmy za darmo zwiedzić nowoczesną oraz historyczną część tego pięknego budynku. Skupiliśmy się na tej starszej, bo w nowej była akurat lekcja WOSu. Kapitol został wybudowany już po wojnie ze Zjednocznonym Królestwem, jako pierwszy ze wzniesionych już po wywalczeniu niepodległości. Stał się tym samym wzorem architektonicznym dla dalszych tego typu konstrukcji. Wielki, monumentalny, ale nie przesadnie ozdobny, jego odbicie rzeczywiście widać w wielu amerykańskich stolicach stanowych. 


Kapitalna sprawa

Niestrudzeni pognaliśmy jeszcze w dół, ku rzece, by przejść się nad kanałami miejskimi, których pomysłodawcą był George Washington, a potem przeszliśmy się do jednego z najsłynniejszych kościołów w USA. Otóż na skraju Rewolucji Amerykańskiej społeczeństwo nie było jednoznacznie przekonane, co do konieczności wojny z królem, a żarliwe dyskusje toczyły się na zgromadzeniach stanowych we wszystkich trzynastu koloniach. Ponoć na takim zgromadzeniu, w kościele św. Jana w Richmond, Patrick Henry, znany ze swych zdolności oratorskich, wygłosił płomienną mowę, którą zakończył słynnym "Give me liberty, or give me death!". Niestety kościół był już zamknięty, a inscenizacja słynnej przemowy odbywa się tylko w określonych dniach miesiąca. Za to miejscowy przewodnik, będący już po fajrancie, wskazał nam miejsce pochówki matki Edgara Allana Poe. Czyli jednak warto się nachodzić. 


Kościół św. Jana.

A jeśli o tym już mowa, to strasznie byliśmy umęczeni, więc postanowiliśmy wrócić do domu autobusem. Przy wrzucaniu drobnych do puszki w autobusie okazało się, że brakuje nam dziesięciu centów, ale kierowca kazał wsiadać, więc wsiedliśmy. Strasznie uczynni ci wszyscy richmondczycy, chociaż i tak nikt z nich nie jest w stanie pobić tego co wydarzyło się następnego dnia.


Obecnie grób jest już oznaczony, chociaż przez dekady nieliczni wiedzieli kto w nim leży.

Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, bo Mac obiecał, że zawiezie nas na dobre miejsce do rozpoczęcia autostopu. Pogoda była lekko deszczowa, ale dzielnie stanęliśmy na poboczu przy rampie wjazdowej na autostradę i rozpoczęliśmy łapanie okazji. Wydawać by się mogło, że na trasie Richmond-Waszyngton nie będzie z tym najmniejszego problemu, ale przyszło nam sporo poczekać, a do tego jakiś uczynny kierowca postanowił zapewnić nam towarzystwo w postaci policji. A jakże – ktoś doniósł, że dwójka autostopowiczów stoi na drodze. Na drodze! Pan policjant szybko zweryfikował, że to wierutna bzdura, pożyczył nam dobrego dnia i odjechał w siną dal. W końcu jednak nadjechał nasz rycerz na białym rumaku. Jacob, mechanik samochodowy z okolic Seattle, dwudziestotrzylatek, ojciec trojga, który przeniósł się do Wirginii za pracą. Jechał właśnie do hotelu niedaleko miejsca, w którym staliśmy i postanowił podrzucić nas kawałek.


Nasz bohater Jacob

Kiedy piszę kawałek, mam na myśli całą drogę. Serio. Gościu nie miał kompletnie nic do roboty tam, dokąd zmierzaliśmy, a przy tym umówione spotkanie, ale i tak najpierw zaoferował, że podrzuci nas do Fredericksburga, a potem, czemu nie, do Fairfax, czyli naszego miejsca docelowego. Dlaczego? Bo lubi pomagać ludziom i lubi przejażdżki samochodem. Proste. Chwała Jacobowi!

Marek

W szponach wampira, czyli jak zrobić 100 km w milion godzin

Z punktu C do punktu C – Fałszywa muza – Sprzedawca widelców – Wegańska Wielkanoc

Jako się rzekło droga z Charleston do Columbii była męcząca. Nie wyczerpała nas fizycznie, nie musieliśmy cierpieć w niepogodzie czy uciekać przed policją. Po prostu wyssała z nas dobry humor. Zaczęło się całkiem nieźle. Wsiedliśmy w autobus miejski i podjechaliśmy do całkiem niezłego miejsca przy wjeździe na autostradę. Do Columbii nie było daleko, więc liczyliśmy, że koło 16-17 będziemy na miejscu i tak napisaliśmy naszemu gospodarzowi, Danielowi. Po drobnej korekcie ustawienia przy drodze, kierowcy zatrzymywali się z podejrzaną regularnością – raz na dwadzieścia minut.  Niestety nikt nie jechał dalej niż kilkanaście kilometrów w naszą stronę, więc nie było sensu się ruszać. Miejsce wydawało się naprawdę bardzo dobre.


No co, nie zatrzymalibyście się? ;). Swoją drogą plecaki zyskały niedawno imiona – Gryzelda i Jeremi.

Słońce grzało, ale chmury przynosiły momenty wytchnienia, a ci, którzy się zatrzymywali, dodawali nam otuchy. W końcu po niecałych dwóch godzinach zatrzymała się Jennifer. Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy jak ma na imię ani w ogóle dokąd jedzie, ale od razu powiedziała, żebyśmy wsiadali. Powiedziałem jak najuprzejmiej mogłem, że właściwie to najpierw chcielibyśmy się dowiedzieć czy zmierza w naszą stronę i, że jedziemy do Columbii. Zamyśliła się chwilę i powiedziała, że to po drodze, więc możemy wsiadać. No to wsiedliśmy, przywitaliśmy się z jej pieskiem i ucieszeni, że suma sumarum łatwo poszło, nawiązaliśmy rozmowę.

Jennifer…Cóż, jest chyba prawdziwym wampirem energetycznym. Różnie to bywało w naszych kontaktach z kierowcami, czasami nie odzywaliśmy się przez dziesiątki kilometrów i wszystkim było z tym dobrze, ale ona należała do tych, którzy gardzą ciszą i wolą mówić cokolwiek. Zasypywała nas więc szczegółami z życia osobistego jej, jej córki, jej psa, opowiadała o tym co stan Karolina Południowa sadzi przy drogach i w ogóle jak się ma miejscowa fauna i flora. Są ludzie, którzy o takich rzeczach potrafiliby opowiadać ze swadą, ale Jennifer robiła to tak chaotycznie, tak skakała z tematu na temat, że trudno było się zainteresować czy choćby podjąć rozmowę. Bywały momenty kiedy myśleliśmy, że oto przed nami szansa, żeby wtrącić trzy grosze i porozmawiać o czymś przez dłuższy moment, ale po kilku zdaniach złożonych z naszej strony, Jennifer zmieniała temat. Zwykle na jej ulubiony park rozrywki w Karolinie Północnej – Carowinds.

Myślicie, że musiałem sprawdzić tę nazwę w internecie? Nieeeeee, będzie mi się śnić po nocach jeszcze przez najbliższy miesiąc. No dobrze, przesadzam z tym budowaniem obrazu nędzy i rozpaczy, ale nie powiedziałem jeszcze najważniejszego. Otóż jakiś czas po tym jak rozpoczęliśmy drogę do Columbii, Jennifer powiedziała nam, że po drodze będziemy musieli zatrzymać się na lunch, na który umówiła się ze swoim internetowym znajomym, z którym nigdy nie widziała się na żywo. Łoj. Nie byliśmy szczególnie entuzjastycznie nastawieni do świadkowania temu historycznemu momentowi, ale przecież okazalibyśmy się niewdzięcznikami, gdybyśmy zaczęli grymasić. Zwłaszcza, że Jennifer powiedziała, że stawia nam lunch, że jak dojedzie do Carowinds, to dostanie darmowe posiłki, bo jest stałym klientem, więc nie będzie stratna. Carowinds…


Restauracja do której zabrała nas Jennifer, była tą samą, do której zabrał nas swojego czasu Terry. W sensie, że z tej samej sieci restauracji. Klasyczna, południowa kuchnia.

Niestety miejscowość, w której się umówiła była nieco z drogi, a do tego Tobby, jej przyjaciel spóźnił się ponad dwie godziny. Byliśmy w stałym kontakcie z Danielem, więc mogliśmy mu napisać, że będziemy później niż nam się wydawało. Jennifer mogła więc opowiedzieć o swoim życiu miłosnym, które obecnie jest w idealnym stanie emocjonalnym, choć nie zawsze tak było. Kojarzycie książkę "Pamiętnik"? Na jej podstawie nakręcono wyciskacz łez o tym samym tytule. Zresztą ekranizacji powieści Nicholasa Sparksa jest więcej, ale nie o nie tutaj się rozchodzi. Jennifer poinformowała nas, że główna postać kobieca w powieści Sparksa "Dear John" została stworzona na obraz i podobieństwo…Jennifer. Miłosny trójkąt, ukochany na misji w Afganistanie, konkurent na miejscu. Co prawda  znaczyłoby to, że jest tylko kilka lat starsza od nas i w związku z tym łże jak najęta, ale nie będziemy się czepiać.


Apropos czepiania się, tutaj mamy jaszczurkę, która się czepiła. 

Tak czy siak, Tobby w końcu dojechał na wyznaczone miejsce, chociaż najpierw błądził pół godziny po parkingu bo nie mógł znaleźć knajpy. Milczkiem zjedliśmy lunch, bo nie chcieliśmy przeszkadzać w pierwszym spotkaniu i po jakimś czasie mogliśmy w końcu ruszyć w dalszą drogę. Jennifer żegnając się z Tobbym powiedziała, że może nie odpowiadać przez jakiś czas na wiadomości, bo jedzie do Carowinds, najlepszego parku rozrywki w Karolinach. Carowinds!


Moja pierwsza w życiu kanapka Reubena. Palce lizać!

Przepraszam, ale tak rzadko mamy okazję ponarzekać tu na blogu, że czasem trzeba. Oczywiście za podwózkę jesteśmy Jennifer wielce wdzięczni, ale wysiadaliśmy z jej samochodu wyczerpani. Zwłaszcza, że przez ostatnie dwadzieścia minut drogi musiałem co kilkanaście sekund utwierdzać ją, że jedziemy w dobrym kierunku i, że to nie jest ten zjazd, że jeszcze kilka dobrych mil i, że numer zjazdu to 148 B. Daniel był chyba nieco zaskoczony naszym wymizerowanym wyglądem, ale szybko usadził nas przy stole, podał pysznego kurczaka z ryżem i ugościł bardzo grzecznym, białym winem. Zmęczenie wyparowało raz dwa, a Daniel okazał się być wesołkiem i gawędziarzem (większość życia sprzedawał sztućce, więc musi mieć gadane) z bardzo strawnym poczuciem humoru. Rozczulił nas też bardzo, bo chciał nam postawić bilety do miejscowego zoo, ale zapewniliśmy go, że nie będziemy mieć czasu na zwiedzanie, bo czeka nas długa droga na piechotę do przystanku Megabus.


Ania pozostała przy kurczaku w panierce. Co prawda sama robi sto razy lepszego, ale ten też nadawał się do jedzenia.

Nad ranem, jak to bywa, zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z Danielem, który musiał iść do pracy. Zostawił nam klucz i powiedział, gdzie mamy go schować po zamknięciu drzwi. Mieliśmy więc jakieś dwie godziny na trawienie, a potem ruszyliśmy w drogę. Nic ciekawego przez kolejne 45 minut się nie wydarzyło, a i przejazd do Richmond odbył się bez wielkich sensacji, chociaż trwał prawie 9 godzin. Dojechaliśmy po zmroku, ale na szczęście nie powtórzyła się sytuacja z San Antonio, bo autobusy w Richmond chodzą do późna w nocy. Do domu Maca i Lei dotarliśmy pięć minut przed północą. Oni już spali, ale otworzyła nam ich mama/teściowa i wkrótce spaliśmy już smacznie. Śniło mi się Carowinds. Niech to szlag.


Wesoła gromadka w Columbii.

Niedzielę wielkanocną zaczęliśmy od poznania naszych gospodarzy, którzy należeli raczej do tych nie za bardzo integrujących się. Bardzo mili i gościnni, ale raczej żyjący w swoim świecie. Są weganami, a więc poczęstowali nas rodzajem tofu, które przypominało jajko, a także ziemniakami i sosem mięsnym, który zamiast mięsa zawierał skoncentrowany gluten. Dało się zjeść. Pogawędziliśmy dosłownie krótką chwilę, ustaliliśmy, że zabierzemy się z nimi do centrum i, jakimś cudem, udało się w nich wzbudzić instynkt społeczny. Mianowicie na playliście Maca zagościł utwór ze ścieżki dźwiękowej z filmu "Czekolada". Kiedy go rozpoznałem okazało się, że Leah w życiu go nie widziała, a Mac zapałał wielką potrzebą doedukowania żony kinematograficznie. Dzień zapowiadał się więc całkiem interesująco.

Marek

 

Król Karol i kolonia Karolina, czyli wizyta w Charleston

Musztarda po śniadaniu – Wsparcie wojskowe – Shawndała nam klucze – U źródeł wielkiej tragedii

Savannah, zgodnie z przewidywaniami, okazała się bardzo pięknym miastem, co przestało mnie już nawet zaskakiwać. Oczywiście miasta w Stanach mają również klasyczne blokowiska, ale starówki są obszerne i bardzo malownicze. Przyznaję, że architektura USA bardzo mi przypada do gustu. Jest w niej pewna doza spektakularności, która mówi: "Patrzcie, oto stać nas na wybudowanie takiego pięknego gmachu", ale z drugiej strony nie jest przesadzona czy paskudnie kiczowata.


Ulubiony dom Ani w Charleston

Takie są właśnie domy w kolejnym mieście, które odwiedziliśmy – Charleston. Widać, że ich właściciele są zamożni. Nie zamierzają tego ukrywać, ale również nie walą tym po oczach. Domy nie są przesadnie zdobne, czy na siłę robione na zabytkowe. Są czym są – dostanią i wygodną siedzibą. Niektóre starsze, niektóre młodsze, ale większość utrzymana w podobnej estetyce. Z pewnością dają poczucie, że to budynek, w którym w wygodzie i dostatku mogą mieszakać kolejne pokolenia. 


Kolejny ulubiony dom Ani w Charleston

Z resztą cała wizyta w Charleston bardzo nam się udała. Wiedząc, że to perełka architektury i miejsce bardzo historyczne postanowiliśmy przeznaczyć na nie aż trzy dni. Ale po kolei – najpierw czekał nas krótki autostop Svannah-Charleston. Odbył się doprawdy bezproblemowo. Stanęliśmy na wylocie z miasta i najpierw wziął nas do samochodu bardzo sympatyczny latynos, Denis, który akurat jechał do pracy, ale było mu po drodze. Zanim podrzucił nas do kolojnego dogodnego miejsca do łapania okazji upewnił się, że jedliśmy śniadanie i nie jesteśmy głodni. Następnie pojawił się kolejny bardzo sympatyczny latynos, Joe, który jechał akurat do pracy, ale było mu po drodze. I wiecie co? Zanim podrzucił nas do kolejnego dogodnego punktu do łapania okazji upewnił się, że jedliśmy śniadanie i nie jesteśmy głodni. Na nieszczęście jedliśmy już śniadanie ;). 


Ostatnia prosta – Ania łapie czwartą podwózkę.

Karolina Południowa przywitała nas bardzo przychylnie. Kolejna okazja, którą złapaliśmy była najszybciej złapaną w USA – czekaliśmy niewiele ponad pięć minut. Były wojskowy, a obecnie kierowca w Uberze akurat wracał do domu po kursie. Do tej pory jechaliśmy drogami lokalnymi, a ów bezimienny szeregowy wywiózł nas na autostradę międzystanową, na ostatnią prostą do Charleston. Tam z kolei podrzucił nas kolejny wojskowy, Robert, mechanik helikopterów wojskowych. Hiperaktywny typ i straszna gaduła, wyznał, że po prostu potrzebował towarzystwa. Miodzio. W związku z taką wspaniałą serią, dojechaliśmy do Charleston w porze lunchowej.


Rzeka Ashley

Właściwie to bardzo się cieszyliśmy, że tak szybko idzie, bo nasza gospodyni podpytywał dnia poprzedniego czy dalibyśmy radę zawitać trochę wcześniej niż się umówliśmy i wyczuliśmy, że bardzo jej na tym zależy. Nie, żeby jakoś naciskała, ale widać było, że wolałaby nas u siebie zakwaterować raczej wcześniej niż później. Zagadka tego pośpiechu wyjaśniła się już po spotkaniu. Shawnda jest równie urocza co roztrzepana. Coś jej się pomyliło z datami i planami i wyszło na to, że musi jeszcze dziś, najlepiej jak najszybciej wyjechać. I to na cały tydzień! Postanowiła jednak nie odwoływać naszej wizyty.


W okolicy, w której mieszkaliśmy takie ciasne, ale własne domki.

Dała nam klucze do swojego przytulnego mieszkanka, pokazała gdzie można zrobić pranie, zarządziła, że możemy się częstować wszystkim z lodówki, uściskała nas, przeprosiła i niestety, ku naszej rozpaczy – porzuciła. Przez tą, zdecydowanie za krótką godzinę, którą spedziliśmy razem powiedziała, że zanim postanowiła pozostawić mieszkanie obcym ludziom, sprawdziła nas dokładnie, dzwoniąc do naszego gospodarza z San Antonio – Tylera. Ten przynał, że nie tylko nie zdemolowaliśmy mu mieszkania, ale jeszcze posprzątaliśmy i zrobiliśmy śniadanie. Dzięki tym rekomendancjom mieliśmy dla siebie mieszkanie na całe 3 dni! Było to oczywiście bardzo wygodne, co nie zmienia faktu, że żałowaliśmy tak krótkiej znajomości z Shawndą.


Historyczna chwila – Ania po raz pierwszy będzie korzystać z pralni na monety.

Na pocieszenie zostaliśmy jednak wysłani przez Shawndę, do pubu, gdzie spotykają się miejscowi couchsurfingowcy i dostaliśmy po używanej książce. Południowy zwyczaj. Nie no, żartuję, akurat w pubie można było wymienić książkę na piwo. Wieczór spędziliśmy zatem przy darmowej zupie chmielowej i w sympatycznym gronie. Poznaliśmy przywódce całego ruchu CS w tym rejonie – Jamesa, który okazał się nie tylko dobrym kompanem, ale i pomocnym organizatorem. Za jego rekomendacją dołączyliśmy do grup internetowych, dzięki którym wzrosła nasza szansa na dobre kontakty ze społecznościami w Waszyngtonie, czy Nowym Jorku. Sweeet :D.


Hue hue hue. Żart sytuacyjny.

Następnego dnia wyruszyliśmy do miasta. Zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie. Super! Obejrzeliśmy wspomniane już piękne domy, a potem przeszliśmy do najbardziej historycznej części miasta. Założone w 1670 roku u zbiegu rzek Ashley i Cooper jako Charles Town (na cześć agielskiego króla, Karola II Stuarta) jest najstarszym miastem w Karolinie Południowej. Było pierwszą stolicą stanową, ale w związku z epidemiami żółtej febry i malarii, przeniesiono obrady parlamentu do Columbii, która pozostała stołecznym miastem po dziś dzień. W czasie amerykańskiej wojny o niepodległość Charleston zostało zdobyte przez Brytyjczyków i stanowiło jeden z ostatnich ich przyczułków na terenie kolonii. 78 lat później Karolina Południowa była pierwszym stanem, który ogłosił secesję z Unii. Oficjalny początek konfrontacji zbrojnej nastąpił właśnie w Charleston. Strzegący miasta od strony morza Fort Sumter poddał się wojskom konfederackim po wielogodzinnym bombardowaniu z brzegu i tak zaczęła się pierwsza, wielka wojna w historii USA. 


Pomnik upamiętniający konfederackich obrońców Charleston.

W telegraficznym skrócie i sporym uproszczeniu… Podstawą ekonomii stanów południowych było rolnictwo. Wielkie plantacje bawełny, tytoniu, sady owocowe etc. Zwycięzca wyborów prezydenckich w 1860 roku, Abraham Lincoln zapowiadał zniesienie niewolnictwa w kraju, co dla właścicieli ziemskich było nie do przyjęcia z powodów ideologicznych, ekonomicznych i prawnych. Wkrótce po wyborze Lincolna Karolina Południowa krzyknęła "pobite gary!" i wystąpiła z Unii. W ślad za nią podążyło najpierw kolejne sześć, a potem jeszcze cztery inne stany południowe. Rozpętana w ten sposób wojna domowa trwała cztery lata i pochłonęła życie prawie miliona Amerykanów, czyli więcej niż obydwie wojny światowe razem wzięte.

Staliśmy więc na nabrzeżu, patrząc na ten mały skrawek ziemii przy ujściu dwóch rzek do morza i trudno nam było nie zadumać się przez dłuższą chwilę. 


Na tej małej wysepce , prawie na środku zdjęcia mieści się Fort Sumter.

Ruszyliśmy jednak dalej, a Charleston jak piękne było, tak piękne pozostało. Czy to miejscowe French Quarters, czy ścisłe centrum, czy nawet trochę oddalone od niego dzielnice, gdzie budynki może nieco zaniedbane, ale bardzo malownicze i, tak jak Savannah, stworzone do spacerów. Umęczeni wycieczką i sporym gorącem, wróciliśmy do mieszkania Shawndy i kolejny dzień postanowiliśmy poświęcić relaksowi oraz sprawom organizacyjnym. Czekała nas droga autostopem do Columbii i jak się miało okazać, była to bardzo męcząca przeprawa.


Więcej Charleston pokażemy w galerii na Fb, a na koniec fotka z nowszej części miasta.

Ania i Marek trochę też 😉

Policjant i Pułaski, czyli autostopem przez Georgię

Przydrożni bandyci – Marines na ratunek – Wyspa Nadziejuchy – Miasto zielonych skwerów

Przyszło nam w końcu pożegnać się z Atlantą, ale nie było to koniec naszej przygody ze stanem Georgia. Tym razem postanowiliśmy jednak zmienić sposób przemieszczania się i do kolejnego celu naszej podróży, Savannah, jechaliśmy, po raz pierwszy w USA, autostopem. Odległość niezbyt duża, nasz ulubiony Megabus nie kursuje na tej trasie, a do tego wzywał nas zew przygody. Na początek musieliśmy się oczywiście wydostać z miasta, ale tu po raz wtóry w sukurs przyszła nam niezawodna Kathy. Wywiozła na autostradę i wysadziła na stacji benzynowej, nieopodal wybranego przez nas wcześniej miejsca. Odczuwała pewien dyskomfort na myśl o naszym autostopowaniu, ale do tego się już przyzwyczailiśmy. To naturalne, że ktoś kto nigdy tego nie próbował i w związku z tym nie orientował się w konkretnych realiach, może uznać to za pomysł…co najmniej trochę postrzelony. Stały fragment gry "Autostop tutaj, u nas? Na pewno macie problemy ze złapaniem okazji, bo ludzie nie chcą wam pomagać, co?". A gucio! Ludzie są dobrzy i chcą pomagać :).


No to jedziem na południe!

Fakt – w Stanach Zjednoczonych autostop nie jest tak popularny jak kiedyś, a na okazję trzeba czekać średnio trochę dłużej niż w innych krajach, które odwiedziliśmy, ale to nie znaczy, że jest gorzej. Jest po prostu inaczej. Do tego dochodzą jeszcze zróżnicowane przepisy stanowe, ale nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość. Stanęliśmy sobie przy rampie wjazdowej na autostradę międzystanową i zaczęliśmy łowić. Raz Ania, raz ja wyciągaliśmy kciuk i szczerzyliśmy się do kierowców aż w końcu…przyjechała policja. Prima aprillis już dawno za nami, ale na wszelki wypadek chcemy zaznaczyć, że historia nie jest zmyślona. Z radiowozu wysiadł wąsaty policjant, przywitał się i zapytał, czy wiemy, że autostopowanie jest tutaj nielegalnie. Uśmiechnęliśmy się promiennie i oświadczyliśmy, że w Georgii to jak najbardziej zgodne z prawem. Chwila ciszy.

Trzeba Wam wiedzieć, że policja w USA jest bardzo czujna, bardzo drażliwa, a do tego mają tygodniowe (a może miesięczne?) normy zatrzymań do wyrobienia. Dlatego grunt to się życzliwie uśmiechać, współpracować i wykazać, że nie jest się zagrożeniem dla społeczeństwa. Wtedy, nawet gdy robi się coś nielegalnego, ale nieszkodliwego, obejdzie się bez aresztowania. Oczywiście my nie robiliśmy niczego takiego i gdy sprawdziliśmy blef stróża prawa, przyznał, że odrobiliśmy pracę domową i poprosi nasze dokumenty do kontroli. Wziął, spisał, a na koniec poprosił o selfie. Oto i ono.


Na władzę nie poradzę!

Dwadzieścia minut później zatrzymała przy nas urocza para, która jechała właśnie na wakacje, na Florydę, ale mogli podrzucić nas na tak zwany rest stop niedaleko Macon. Może niezbyt daleko, ale lokalizacja bardzo dobra, tuż przed rozdrożem dwóch "międzystanówek". Iliyaas i Eloisa nigdy dotąd nie brali autostopowiczów, ale pomyśleli, że czas najwyższy spróbować. Mogli trafić gorzej. Bardzo sympatyczni, roześmiani, na szczęście bez licznego potomstwa (chyba czworo, a może i pięcioro), które pozostało w domu. Pogadaliśmy o podróżach i przekazaliśmy parę rad dla ich najstarszej córki, która bardzo chce jeździć po świecie. Chyba się im udaliśmy. Tak bardzo, że nawet się trochę zagadaliśmy i przejechaliśmy nasz rest stop, ale na szczęście byli tak dobrzy, że zawrócili i wysadzili nas tam gdzie trzeba. 


Nasze pierwsze autostopowe człowieki! 🙂

Na kolejną okazję też czekaliśmy ponad godzinę, ale warto było, oj warto! Większość ludzi jechała na Florydę, jednak w końcu trafił się Terry – emerytowany oficer US Marines. Za młodu zjeździł Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, podróżując właśnie autostopem, a teraz zawsze stara się pomóc podróżnej braci w potrzebie. Zresztą okazało się, że mamy trochę tematów do obgadania, bo Terry studiował historię i geografię. No i okazało się, że bardzo lubimy te same filmy i książki. Jechało się i rozmawiało tak dobrze, że Terry z rozpędu postawił nam obiad w przydrożnej restauracji i zaproponował, żebyśmy zostali u niego w czasie naszej wizyty w Savannah. Obiad był pyszny, ale musieliśmy odmówić gościny, bo mieliśmy już umówione miejsce na couchsurfingu.


Kluchy z kurczakiem w sosie, fasolka i puree – typowa kuchnia amerykańskiego południa.

Terry zdecydował się, że podwiezie nas już do samego końca (choć nie było mu po drodze), ale najpierw zajechaliśmy do niego, żeby sprawdzić w jakim stanie znajduje się domostwo. Otóż dzień wcześniej jego syn skończył 21 lat. Znaczy się – może już pić alkohol. Zgliszcz nie zastaliśmy, ale solenizant był nieco zmęczony. Nie na tyle jednak, by nie zaproponować nam napicia się amerykańskiej whiskey za jego zdrowie. Nie wypadało odmówić. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym Terry zawiózł nas na Isle of Hope, gdzie przekazał nas w ręce Nancy, naszej gospodyni. Nancy, pani po sześdziesiątce to wytrawna podróżniczka, którą na couchsurfing namówiły jej dzieci, również globtroterzy. Bardzo ciepła i gościnna osoba, a do tego bardzo ciekawska, więc już od progu musieliśmy (z przyjemnością rzecz jasna) odpowiadać na grad pytań. W końcu jednak poszliśmy spać, bo następnego dnia czekała na nas prawdziwa perełka, czyli Savannah.


Zdjęcie z naszym ulubionym marine Terrym i Tylerem…nie…Jamesem…też nie…No Terrym Juniorem. 

Savannah to najstarsze miasto i pierwsza stolica stanu Georgia, założona w 1733. Oznacza to, że była jedną ze stolic trzynastu kolonii brytyjskich, które wypowiadając posłuszeństwo królowi, a następnie wygrywając wojnę o niepodległość, utworzyła Stany Zjednoczone Ameryki. Polakom kojarzy się głównie z tym, że w czasie rewolucji amerykańskiej, śmiertelnie ranny został tutaj generał Kazimierz Pułaski. Obecnie miasto to ważne zagłębie przemysłowe, a także najważniejszy port atlantycki w Georgii. Przede wszystkim jest jednak bardzo uroczym miejscem, nisko zabudowanym, pełnym zielonych skwerów i pięknych, historycznych domów. Niestety Nancy mieszkała daleko od centrum miasta, ale podrzuciła nas na przystanek autobusowy.     


Słynna fontanna w słynnym Parku Forsytha i słynni podróżnicy. To ten gościu w czerwonym i jego dziewczyna.

Odwiedziliśmy Forsyth Park i wiele skwerów, na których stoją nie te pomniki co trzeba. Co to oznacza? Że nikt nie stoi na skwerze swojego imienia. Memoriał Pułaskiego stoi na Monterrey Square, Oglethorpe stoi na Chippewa, Mercer na Ellisie, Green na Johnsonie, a na placu orleańskim stoi fontanna ufundowana przez społeczność niemiecką. Może to taka zagrywka, ze strony władz miasta, żeby turyści zobaczyli je wszystkie, szukając jednego. Nam to absolutnie nie przeszkadzało, bo i tak chcieliśmy tam spędzić dużo czasu. Kilkugodzinny spacer był bardzo relaksujący i satysfakcjonujący, bo mogliśmy odnaleźć miejsca z dwóch, bardzo lubianych przez nas filmów. Niestety ławka z "Forresta Gumpa" była tylko rekwizytem i znajduje się obecnie w muzeum, ale miejsce, w którym tytułowy bohater opowiadał swoją historię, zlokalizowaliśmy bez problemu. Podeszliśmy także pod Mercer-Williams house, który był centralnym punktem w ekranizacji książki Johna Berendta "Północ w ogrodzie dobra i zła". Oczywiście w samej książce również, ale jej nie przeczytaliśmy. Bardzo lubimy za to filmową wersję Clinta Eastwooda, którą polecamy wszystkim, którym nie przeszkadza rozwleczona fabuła, a którzy w kinematografii cenią klimatyczny anturaż.


Mercer-Williams house. Coś strasznie dużo nas na tych zdjęciach ostatnio, nie sądzicie?

Wróciliśmy więc do Nancy bardzo z siebie i z Savannah zadowoleni. Nancy też była bardzo zadowolona, bo Ania zrobiła na obiad zapiekankę ziemniaczaną z polską kiełbasą, a dzień zakończyliśmy przechadzką po sąsiedztwie nie mniej uroczym niż miasto. Okolica leży tuż obok śródlądowego szlaku wodnego, prowadzącego z Florydy do Maine, więc mogliśmy przejść się nad wodą i pomóc nieco trawieniu. Pora roku na takie spacery jest idealna, bo w lecie nie da się tu ponoć żyć, a ludzie obstawiają czy szybciej wykończy ich wilgoć czy kohorty komarów. Cały powiat leży bowiem na bagnach, które tworzą bardzo malowniczy ekosystem, obfitujący w wiele gatunków flory i fauny. Natknęliśmy się na przykład na sowę. Ale jakaś taka zahukana była. Głupi żart. No nic. Nazajutrz musieliśmy wstać wcześnie rano, by Nancy mogła znowu podrzucić nas na autobus miejski, którym mieliśmy dojechać do pętli, znajdującej się niedaleko naszego punktu startowego. Autostop z Savannah do Charleston czas zacząć! 


Spacer po Isle of Hope przy pełni księżyca.

Marek

Alabama i Król, czyli z Mobile do Atlanty

Troskliwe Misie – Pieszy jest gorszego sortu – Wolność kocham i rozumiem – Piłka ręczna i zombie

Oczarowana Nowym Orleanem opuszczałam miasto z lekkim smuteczkiem. Chociaż przynać trzeba, że kolejne dni u Charlesa mogłyby poskutkować zwiększeniem ilości kilogramów do noszenia, czyli innymi słowy – nadmiarem ciała w okolicach pasa. No jakoś nie chcą nigdy te kilogramy iść w biust, nie rozumiem doprawdy dlaczego.

W każdym razie wydawało się, że teraz to już znowu wrócimy do wody i i marchewki, a przynajmnej do rozsądnych porcji pokarmu. Niestety ku naszej wielkiej radości kolejny gospodarz również postanowił karmić "biednych podróżników". W Mobile przygarnął nas bowiem bardzo gościnny i sympatyczny Michael. Gościł u niego jeszcze jeden couchsurfer, Serb Veljko, w którego towarzystwie również świetnie się bawiliśmy. 


Sweet home in Alabama, czyli dream team amerykańsko-polsko-serbski.

Michael od razu wyciągnął nas do knajpki podającej kraftowe piwo, również regionalne. Trzeba przynać, że bardzo smaczne. Obiadem też nakarmili. Aż nam było trochę głupio, bo co, tak, że nawet placków ziemniaczanych nie zrobimy? Ani bigosiku? Ale nie, Michael powiedział, że już on dobrze wie, że jak tak podróżujemy, to musimy być zmęczeni, więc chce, żebyśmy u niego po prostu odpoczęli. No jak każą, to co mamy robić?


Jest bateria.

Nie, nie, no bez przesady, nie leniliśmy się. Wyszliśmy zwiedzać Mobile, bo w końcu to nasz jedyny przystanek w Alabamie, chociaż początkowo miasto stanowiło stolicę francuskiej Luizjany w początkach XIX wieku. To właśnie wpływ francuski powoduje, że nazwę miasta wymawia się w nietypowy dla języka angielskiego sposób. Instynkt podpowiada, by mówić "Mobajl", tymaczasem prawidłowa wymowa to właśnie "Mołbil".


Zabudowa typowa dla amerykańskiego południa. Zieleń też bardzo dla niego typowa.

Jak wiele miejsc w południowej części Stanów Zjednoczonych, Mobile podlegało wpływom różnych kultur, narodowości i grup etnicznych, a także religii. Widać to wyraźnie w zabudowie miasta. Co ciekawe, to właśnie w Mobile odbywa się najstarsza w USA impreza z okazji Mardi Gras – ostatniego dnia karnawału. Charakterystyczne koraliki widzieliśmy więc również i tu. Nowy Orlean nie ma monopolu na dobrą zabawę.


Centrum nie jest tutaj duże, a na drodze do niego jest dosyć nastrojowo.

Chcieliśmy również odwiedzić USS Alabamę – pancernik z czasów II Wojny Światowej, obecnie zamieniony na muzeum. Niestety natknęliśmy się na kolejną przeszkodę typu "dyskryminacja pieszych". Bo w Ameryce to się jeździ samochodem – koniec, kropka. Przykładowo, by dostać się do USS Alabama nie wystarczy dobra wola i silne nogi, o nie! Przez most, który prowadzi na wybrzeże można przejechać jedynie samochodem. Autobusy nie kursują w te rejony.


Zresztą architektura w samym mieście też bardzo przyjemna dla oka.

Silnie zmotoryzowane społeczeństwo amerykańskie jest z pewnością wynikiem wielu czynników, z których na przód wysuwa się duża powierzchnia kraju. W niektórych miastach można skorzystać z komunikacji publicznej, ale ta również jest, w porównaniu np. z europejską, raczej niskiej jakości. Rowery miejskie to tutaj nowinka dla hipsterów, droższa niż bilet autobusowy. Sygnalizacja świetlna również faworyzuje zmotoryzowanych, a mieszkanie na przedmieściach bez samochodu to fanaberia, jeśli nie szaleństwo. Aglomeracje amerykańskie są bardzo rozległe, a dojazd z domu do centrum to czasem kilkadziesiąt kilometrów. Taki stan rzeczy jest źródłem wielu problemów, z których chyba jednym z ważniejszych jest znaczna ilość spalin samochodowych emitownych do środowiska. Z pewnością nie sprzyja również zachęcaniu społeczeństwa do ruchu fizycznego. W końcu nawet ten spacerek do autobusu, czy metra, to zawsze jakaś forma ruchu, co bardzo przydałoby się Amerykanom, którzy wciąż walczą z plagą otyłości. Plaga ta nie jest żadnym amerykańskim stereotypem – uderza w oczy na każdym kroku i, co najsmutniejsze, często dotyka osoby młode – kilku, czy kilkunastoletnie. 


Fauna w Mobile dobrze odżywiona

Pozbawieni możliwości dotarcia do USS Alabamy postanowiliśmy powrócić w gościnne progi, do czego zachęcała nas temperatura i wilgotność powietrza. Klimatyzacja w tych rejonach to na prawdę przydatna sprawa. Michael uraczył nas wspaniałym obiadem i zgotował rozrywkę w postaci wieczoru filmowego. Obejrzeliśmy film pt. "Opiekun" (ang. "The fundametals of caring") – bardzo polecam.


Meatloaf, tłuczone ziemniaki i słodka bułka. Bardzo południowa kuchnia.

Następnego dnia czekała nas kolejna wyprawa – tym razem do Atlanty – stolicy stanu Georgia. Ostatni nasi gospodarze podnieśli poprzeczkę tak wysoko, rozpuścili nas i tak rozbestwili, że kolejny, chociaż miły i uczynny wydawał się jakiś taki oziębły i w ogóle…no dobra, koleś był trochę dziwny. Niby nic nie robił złego, ale dziwny był i już (e tam, po prostu mówił bardzo powoli i bardzo długo, na bardzo nieistotne tematy – M.). W sumie dużo czasu razem nie spędziliśmy. Ruszyliśmy w miasto, gdzie odwiedziliśmy zrówno miejsce narodzin, jak i spoczynku Martina Lutera Kinga Jr. – doktora filozofii, pastora, działacza ruchu na rzecz równouprawnienia afroamerykanów, laureata pokojowej Nagrody Nobla…no i jeszcze by tu można sporo rzeczy napisać.


Miejsce spoczynku pastora Kinga i jego żony.

Najważniejsze chyba jest jednak to, że swoją postawą i propozycją pokojowej walki, rowiązywania konfliktów i problemów nie poprzez siłę, a poprzez dialog doktor King natchnął wielu ludzi i stanowi wzór dla przyszłych pokoleń. Szczególnie ważny przekaz, który zostaje w głowie po odwiedzeniu memoriału Kinga, to chyba ten, że hasła o wolności i równości nigdy nie przestają być aktualne. Praca nad tym, by zarówno prawo, jak i społeczeństwo nie dyskryminowały nikogo ze względu na kolor skóry, płeć, wyznanie, czy jakikolwiek inny tego typu czynnik jest procesem stałym.


Jeden z przełomowych momentów w historii praw obywatelskich w USA.

Poczucie, że walka już się zakończyła, jest w mojej osobistej opinii prawdziwą bolączką naszej rzeczywistości. Wielu wydaje się, że już "wywalczono", że "ustanowiono", "podpisano", że nasze pokolenie jest "spadkobiercą wolności", którą zdobyli dla nas inni. To złudzenie. W muzeum M.L.Kinga w Atlancie przy samym wejściu można przeczytać sentencję autorstwa Coretty Scott King, żony noblisty, również działaczki społecznej: "Wolności nie da się zdobyć raz na zawsze. Zasłużyć na nią i wywalczyć ją musi każde kolejne pokolenie. To jest coś, czego nie nauczyliśmy jeszcze młodych. Starszych z resztą też nie." Patrząc na świat w dniu dzisiejszym, trudno się nie zgodzić.

Jakoś nam dobrze było w tej Atlancie. Miasto w prawdzie nie jest bardzo ładnie zabudowane, ale bardzo zielone. Może trochę kojarzyło nam się w związku z tym z Warszawą, za którą już przecież tęsknimy…Przeszliśmy się po kilku ładnych skwerach, obejrzeliśmy znicz olimpijski z igrzysk w 1996 roku, rzuciliśmy okiem na kapitol stanowy. Następnego dnia czekało nas natomiast przemiłe spotkanie z dwiema piłkarkami ręcznymi – Kathy i Sarą. Poznaliśmy się jeszcze w Polsce, gdy dziewczyny przyjechały siedem lat temu, by grać dla AZS AWF Warszawa. Zjedliśmy razem lunch, a Kathy przygarnęła nas do swojego pokoju w hotelu. Następnego dnia leciała do rodziny w Massachusetts, więc wynajęła pokój w hotelu nieopodal lotniska, a, że był kilkuosobowy, to przez pół dnia mogliśmy się pławić w luksusach. Kochana dziewczyna. 


Kathy (prawe rozegranie), nasza dwójka i Sarah (obrotowa). Spotkanie po latach :).

Podczas lunchu poznaliśmy siostrę i przyszłego szwagra Kathy. Jak się okazało, pracuje on w branży filmowej, zajmuje się  scenografią i współpracuje przy największych produkcjach holwoodzkich. Rozmowa była więc bardzo ciekawa. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że Atlanta to osatatnio miejsce w którym kręci się znaczną ilość filmów i seriali. Jednym z czynników jest prawo podatkowe, korzystne dla tego typu przedsięwzięć. Wiedzieliśmy o tym, że pierwsze sezony jednego z naszych ulubionych seriali "The Walkig Dead", rozgrywają się właśnie w Atlancie i okolicach. Plakat promocyjny serialu pokazuje głównego bohatera wjeżdżającego do miasta na koniu po opustoszałej w wyniku zarazy autostradzie. Musieliśmy zatem koniecznie udać się właśnie w to miejsce, z którego zrobiono zdjęcie do plakatu. Nieco go przekłamali, ale ujęcie podobne, nie sądzicie? 🙂


Wersja nasza, trochę za bardzo na lewo.


Wersja filmowa. Trochę za bardzo na prawo 😉

Ania

Big Easy, czyli Nowy Orlean

Bagienne wyziewy – Karol Sybaryta – Kraby i cały ten jazz – Wielkie żarcie i mogiła  

Przed nami Luizjana – gorące, wilgotne powietrze, bagna, rzeki, niezwykła mieszanka kulturowa i etniczna, sławne na cały świat jedzenie i… co jeszcze? Kto wie. Jest coś tajemniczego i niezwykłego w tym upalnym, tropikalnym stanie. Rozległe bagna i rozłożyste drzewa porośnięte charakterystycznym mchem hiszpańskim, przywiezione na te tereny wraz z niewolnikami wierzenia voodoo, a co za tym idzie historie o zombie i duchach z pewnością się do tego przyczyniają. Krajobraz jest rzeczywiście bardzo filmowy i faktycznie, tereny te w wielu filmach grały ważne role.


Architektura urzekająca, a do tego bardzo ładnie wpasowuje się w miejscową florę.

Ale po kolei. Do Nowego Orleanu dojechaliśmy bladym świtem. Położone w delcie rzeki Missisipi miasto przywitało nas ciężkim, wilgotnym powietrzem. Z przystanku ruszyliśmy jednak żwawym krokiem do domu naszego gospodarza Charlesa, który sam zaproponował nam gościnę. Nie mieliśmy do Nowego Orleanu szczęścia i trudności ze znalezieniem lokum postanowiliśmy rozwiązać za pomocą tzw. public trip, czyli wrzuceniu informacji na ogólne forum couchsurfingu, że poszukujemy gościny w takich, a takich dniach, w takim, a takim miejscu. Sukces! Charles spostrzegł nasze ogłoszenie, stwierdził, że zarówno ja, jak i mój małżonek wyglądamy bardzo przyzwoicie i zaprosił nas do swojego domu w samym centrum nowoorleańskiej starówki!


To nie jest dom Charlesa, ale też fajny ;).

Poranek niedzielny w Nowym Orleanie – wielu osób na ulicach nie uświadczysz, a te, które widać ewidentnie spędziły poprzednią noc, a może i jeszcze kilka wcześniejszych na imprezowaniu. Do rzucenia się w wir zabawy Nowy Orlean jest wprost stworzony.


Za to na tym zdjęciu widzimy już naszego wspaniałego gospodarza, jego psinę i jego całkiem niezłych gości.

Zanim jednak przekonaliśmy się o tym fakcie gospodarz powitał nas wspaniałym omletem z pieczarkami i szpinakiem oraz aromatyczną herbata i kawą. Anioł! Trzeba przynać, że trafienie na Charlesa było balsamem na nasze dusze, żołądki i co tu dużo kryć, poprawiło stan naszego portfela. Trochę ponad piędziesięcioletni, mocno korpulenty Charles to nowoorleański sybaryta pełną gębą. Pracuje jako PR-owiec dla jednej z knajp serwujących tradycyjne dania tutejszej kuchni. Jedzenie to jego pasja; uwielbia jeść, pisać o jedzeniu, mówić o jedzeniu, karmić innych i słuchać jak wychwalają pod niebiosa jedzenie, które bądź im przyrządził, bądź podsunął. Skąd ja to znam? 😉


Takie tam śniadanko na powitanie…

Chwila odświeżającej drzemki i uczynny gospodarz wziął nas do samochodu, by objechać okolicę i pokazać nam co i gdzie warto zobaczyć. Podjechaliśmy następnie prosto do Louis Armstrong Park, gdzie akurat odbywał się festiwal krabowo-jazzowy (a to zaskoczenie 😉 ). Z resztą w Nowym Orleanie festwial jazzowy odbywa się właściwie codziennie, ten po prostu był w formie zorganizowanej. Miasto jest uważane za miejsce narodzin jazzu. Poszliśmy posłuchać. Trochę. Eh, ta moja niezdolność do artystycznych uniesień nad pewnymi rzeczami. Musze bowiem przynać, że nigdy, ale to nigdy jazz do mnie nie trafiał. Cóż czynić? Takie upośledzenie. Muzyka klasyczna potrafi sprawić, że się wzruszę do łez, rock, że będę szalała, hip-hop i R&B, że same biodra zaczną się ruszać, a jazz…no cóż, że albo zasnę, albo zacznę coś z nudów jeść. Nie chcę oczywiście w niczym uwłaczać jazzowi i jego słuchaczom, ale czy to się nie wydaje Wam znaczące, że miasto z którego pochodzi ten gatunek muzyczny to jednocześnie miasto sławne ze swojej kuchni? Taki ich biedaków zamulała ta muza, że ciągle wymyślali co by tu zjeść w trakcie jej słuchania! (Papiery rozwodowe w drodze! – M.)


Ania rehabilituje się za wypowiedź o jazzie, stając na baczność przy rzeźbie w Parku Armstronga.

No dobra, dobra, już przestaję (Ok, papiery rozwodowe nie są w drodze – M.). Zwłaszcza, że jest coś rzeczywiście wspaniałego w spacerowaniu po mieście, w którym na prawie każdym rogu gra inna orkiestra, czy solista. Gitary, trąbki, bębny, saksofony, flety…albo takie instrumenty, których nigdy na oczy nie widziałam i nie znam ich nazw, są tu wszędzie. Starówka Nowego Orleanu śpiewa i gra 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku. 


Pogoda jak widzicie nie najlepsza, ale nikogo to nie obchodzi.


Nieźle zasuwają. Filmiki opublikujemy razem z resztą, kiedy już dobijemy do jakiegoś większego portu.


Orkiestry szkolne mają gdzie się wprawiać.

Przespacerowaliśmy się po ulicach, między pięknymi, starymi domami. Byliśmy jednak trochę zmęczeni. Stan coraz częstszy, niestety. Prawda jest taka, że podróżujemy już ponad 7 miesięcy i zaczynamy odczuwać przejechane kilometry. Stany Zjedoczone to ostatni mocny akord w tej podróży. Cieszymy się, że możemy go zrealizować, ale trzeba zwalniać tempo od czasu do czasu. Przed nami jeszcze przecież tyle pięknych miejsc.


Dekoracje po Mardi Gras znikają tutaj niczym choinki po Świętach.

Na szczęście nasz gospodarz rozwiązał dylemat – chodzić, czy nie chodzić. Napisał, że wpada właśnie niedługo jego przyjaciel i przynosi ze sobą wielkie ilości jedzenia, które zostały jego restauracji po Mardi Gras – nowoorleańskim karnawale. Sławna na cały świat zabawa w ostatni dzień przed Wielkim Postem przyciąga olbrzymie ilości turystów. My przyjechaliśmy na szczęście już po wszelkich paradach i najazdach dzikich tłumów, ale podczas spaceru mogliśmy zobaczyć wszędzie na ulicach, drzwiach i balkonach pozostałości karnawałowe – charakterystyczne kolorowe koraliki. 


Ozdobdy karnawałowe wiszą wszędzie, nawet na drzewach.

W każdym razie jedzenie skusiło nas wielece. Zakupiliśmy zatem wino do obiadu i ruszyliśmy spowrotem w gościnne progi, gdzie Charles i jego kumpel Randy już upichcili wielki gar mięsa z warzywami i ziemniakami. Pyyyyychota. Objedliśmy się tak, że ledwo mogliśmy chodzić. Zalegliśmy więc na kanapie, a pies Charlesa – Ollie wybrał mnie łaskawie na osobę, która będzie go miała zaszczyt głaskać za uszami. Błogość.


Ania i Ollie. I kieliszek czerwonego.

Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Nowy Orlean zwany jest przecież Big Easy, trzeba się było dostosować. Śniadanie po wyżerce dnia poprzedniego nie przyszło nam nawet do głowy. Obiecaliśmy sobie jednak, że w Nowym Orleanie wybierzemy się do knajpy i spróbujemy tradycyjnego, miejscowego jedzenia. Kuchnia kreolska…Może kilka słów o co tu chodzi. Znaczenie słowa Kreol zmieniało się wiele razy przez wieki. Początkowo oznaczało urodzonych na południu Ameryki Północne lub w Ameryce Łacińskiej potomków białych osadników francuskich, hiszpańskich bądź portugalskich. Później nazwa rozciągnęła się na inne kolory skóry i zaczęła obejmować także potomków par mieszanych. W końcu przyjęło się nazywać w ten sposób mieszkańców niektórych regionów świata np. wysp karajbskich, Alaski, a także Luizjany. Kuchnia tutejsza, choć należy do sławnej kuchni kreolskiej jest w jej obrębie unikalna. Nowy Orlean natomiast to jej jeszcze miniejszy, jeszcze bardziej unikalny podtyp jeśli chodzi o przygotowanie jedzenia.


Sałatka z owoców morza. Dlaczego? Czytajcie dalej.

Jedno jest wspólne dla kuchni kreolskiej – to mieszanina smaków z różnych stron świata, czasem wielce zaskakująca. Podstawą posiłku jest zazwyczaj ryż, owoce morza i ryby oraz aromatyczne przyprawy. Charles zaproponował, że zabierze nas do restauracji Mother's, której promocją się zajmuje. Za jedynie cenę napiwku mogliśmy spróbować…no wsumie to wszystkiego mogliśmy spróbować. Szczęście nasze nie znało granic. Upiekliśmy aż trzy pieczenie na jednym ogniu: Charles mógł zrobić nam zdjęcia jak ze smakiem wsuwamy wszystkie cudowności przyrządzane przez kucharzy Mother's i wykorzystać je w promocji knajpy na fb. Kelnerki dostały napiwek. A my…Tego się nie da chyba opisać jak bardzo byliśmy szczęśliwi. Mimo to spróbować trzeba.


Ania trzyma suma, krewetki i ostrygi, a ja krem rakowy i jambalayę. Ślina usunięta cyfrowo.

Zatem najpierw na stół wjechało tradycyjne nowoorleańskie gumbo – potrawa na bazie mocno doprawionego bulionu. Jej zawartość może być różnoraka, a odmian gumbo jest pewnie tyle co i naszego bigosu. Tradycja Nowego Orleanu, jako jedyna zakłada możliwość łączenia w potrawie owoców morza i mięsa (często kiełbasy). W innych regionach łączenie tych dwóch smaków jest nie do pomyślenia. Jednak w Mother's, zgodnie z nowoorleńską tradycją bulion gotuje się na mięsie kraba, co trwa kilka dni, by aromat skorupiaka był silnie wyczuwalny. Następnie do bulionu dodawany jest zagęszczacz, co nadaje mu konsystęcję sosu, a potem albo kiełbasa, albo krewetki i ostrygi. Obydwu odmian spróbowaliśmy, obydwie są na prawdę pyszne.


Gumbo podano nam bez ryżu, żeby nas nie zapychać (bardzo śmieszne). Po lewej gumbo z ostrygami i krewetkami, a po prawej z kurczakiem i kiełbasą. 

Mother's słynie ze swojego gumbo. Kolejka do restauracji, która nas nie objęła, bo wchodziliśmy z Charlesem ciągnęła się przez pół ulicy. Mother's to też kuchnia z tradycją – powstała w 1938 roku i była biznesem rodzinnym państwa Landrych, których aż pięcioro dzieci służyło w korpusie US Marines. Knajpa stała się więc naturalnym miejscem spotkań marines, aż w końcu sława jej dotarła do wyższych szczebli i restaurację zaczęli odwiedzać najwyżsi oficerowie. Ich portrety zdobią jedną ze ścian. Druga poświęcona jest licznym gwiazdom kina, teatru i muzyki, które również chętnie w czasie odwiedzin Nowego Orleanu, właśnie tu się stołują.


Janice, czyli współsprawczyni naszego wielkiego szczęścia. To ona donosiła nam kąski na stół :).

Charles pokazywał nam kolejne zdjęcia i podtykał pod nos kolejne frykasy, które przynosiła bardzo sympatyczna kelnerka. Tak więc spróbowaliśmy kolejno smażonych w głębokim tłuszczu krewetek i ostryg, a także suma – najczęściej jadanej tu ryby. Jambalayę dopchnęliśmy pyszną kanapką z mięsem wołowym, popularną Po' Boy. Ledwo dysząc spróbowaliśmy potem sałatki z krewetkami i ostrygami, sałatki ziemniaczanej puree, dipu-sosu z mięsem raków, zielonej fasolki w sosie pomidorowym i…padło bardzo straszliwe pytanie czy mamy ochotę na deser. Nie mieliśmy. Mimo to dostaliśmy deser i pachniał tak pięknie, no tak pięknie, że po prostu nie dało się nie spróbować. Zjedliśmy więc po małej łyżce pudingu chlebowego. Nie było innego wyjścia! Smakował wspaniale! Aaaaaa!


Po' Boy debris. Wygląda niepozornie, ale smakuje wspaniale.


Do półmisku owoców morza należało nam się warzywo. Fasolka z pomidorami i czosnkiem. 


Puding chlebowy. Gwóźdź do naszej trumny, ale dla takich gwoździ warto zostać fakirem.

Po czymś takimi mogliśmy zrobić tylko jedno – poszliśmy na cmentarz. Serio, cmentatrze nowoorleańskie warte są zwiedzenia. Na najsławniejszym za nich – St. Luis No.1, gdzie zgodnie z legendą miejską spoczywa Królowa Voodoo wstęp jest płatny, ale i inne godne są obejrzenia, a za to darmowe. Spacer był nam bardzo potrzebny, więc wybraliśmy się na cmentarz Lafayette. Nagrobki w Nowym Orleanie są bogato zdobione, a ich cechą charakterystyczną jest dość znaczna wysokość. Położone w delcie Missisipi, poniżej poziomu morza miasto zagrożone było od początku istnienia powodziami. Trzeba więc było chować zmarłych wysoko, by zabezpieczyć zwłoki przed wymyciem z ziemi.


Po sowitym posiłku musieliśmy spocząć. 

Spacer się przydał, gdy dotoczyliśy się spowrotem do mieszkania naszego gospodarza byliśmy już na tyle głodni, by zmusić się do zrobienia kolacji, a konkretnie placków ziemniaczanych, które Charlesowi bardzo smakowały. Później złapaliśmy po dużym plastikowym kubku (można pić alkohol na ulicy, ale tylko z plastiku), wypełniliśmy je winem i ruszyliśmy na spacer nocą. Był to poniedziałek, żadne święto, żaden festyn, właściwie najgorszy czas na zabawę, bo w końcu post…Nowemu Orleanowi to jednak ani trochę nie przeszkadza. Bo po ulicach tego miasta po prostu się nie idzie. Nie wypada. Tam trzeba zatańczyć.


Charles zakochał się w tych plackach, a ja zakochałem się w cieście wiśniowym z lodami o smaku serka kremowego. Ania spasowała, a ja zapomniałem zrobić zdjęcie. 

Ania

Houston, mamy problem, czyli najbardziej oczywisty tytuł w historii.

Lekarzu wylecz się w Houston! – Nasza NASA – Bohaterowie dzieciństwa – Uśpiony gigant

W Houston pozwoliliśmy sobie na pewną ekstrawagancję, a mianowicie – wysłaliśmy wiadomość na couchsurfingu do Polaka. Zdecydowaliśmy, że skoro powód naszej wizyty w mieście jest jeden, odwiedziny w NASA, to nie musimy koniecznie zostawać z tubylcem, a ciekawym doświadczeniem będzie poznać doświadczenia i punkt widzenia przyjezdnego. Radek, chłopak z Wrocławia, absolwent SGH, przez kilka lat mieszkający w Minesocie, a obecnie wykładowca na University of Houston, zgodził się nas gościć i ugościł nas wspaniale. Najpierw odebrał ze stacji Megabus w centrum miasta, potem zaprosił na pizzę, podlaną teksańskim piwem, a następnego dnia podwiózł rano do NASA, by w sobotę, późnym wieczorem, dostarczyć nas na daleki przystanek autobusu jadącego do Nowego Orleanu. Malinowo!


Centrum Houston widziane z okna mega-autobusu.

Jako się rzekło, naszym priorytetem były odwiedziny w NASA. Samo Houston nie jest wielce turystyczne. Czwarte co do wielkości w całych Stanach Zjednoczonych i największe w Teksasie. Pamiętacie Samuela Houstona, który pogonił kota Santa Annie w bitwie pod San Jacinto? Wybrano go potem na prezydenta Republiki Teksasu, a po inkorporacji do USA, został gubernatorem stanu Teksas. To właśnie jego imieniem zostało nazwane miasto założone w 1836, tuż po zakończeniu wojny. Obecnie znane jest jako największe zagłębie medyczne na świecie, skupiające uczelnie, laboratoria badawcze, specjalistyczne kliniki. To stąd na świat wychodzą ratujące życie technologie. 


Mega-autobus widziany z centrum Houston.

Nas do tego miasta również ściągnął temat postępu technologicznego, jednak w w innej dziedzinie. Podróżnicy, pionierzy i ich przygody zawsze stanowiły dla nas wielką inspirację. Nowe technologie i przekraczanie kolejnych granic ludzkich możliwości rozpalało wyobraźnię. Zaczytywaliśmy się od dziecka książkami z gatunku sciece-fiction, fascynowaliśmy się momentami, gdy fikcja fikcją być przestawała. Z wypiekami na twarzy oglądaliśmy film "Apollo 13". Dla mnie astronauci programów "Merkury", "Gemini" i "Apollo" byli bohaterami dzieciństwa. Dokumenty o nich mogłem oglądać bez końca, a wymienienie załóg wszystkich kolejnych lotów przychodziło mi bez trudu. Nadszedł czas, by wszystko sobie odświeżyć i dowiedzieć się miliona nowych rzeczy. Byliśmy podekscytowani jakbyśmy sami mieli polecieć w kosmos. No dobrze, przesadzam, ale byliśmy naprawdę bardzo podekscytowani.


Piękna. Z taką to można i na księżyc. No i oczywiście replika lądownika lunarnego.

Oprócz centrum kontroli lotów w kompleksie imienia Lyndona B. Johnsona znajdują się obiekty treningowe, laboratoria naukowe i wiele innych. W czasach pierwszego programu kosmicznego lotów załogowych, czyli programu "Merkury", centrum kontroli lotów znajdowało się na Florydzie, ale przy kolejnym etapie podróży kosmicznych, pojawiło się zapotrzebowanie na większy i bardziej kompleksowy ośrodek. Wiceprezydent Johnson, teksańczyk, dołożył wszelkich starań by ze wszystkich miejsc branych pod uwagę, ostatecznie wybrane zostało Houston.


W filmie cytat zmieniono, żeby brzmiał jeszcze bardziej dramatycznie.

Tak się oczywiście stało, konstrukcję zakończono w 1963 roku i wszystkie loty kosmiczne NASA, począwszy od programu "Gemini" aż po wahadłowce, były nadzorowane właśnie stamtąd. Obecnie wszyscy niecierpliwie czekają na kolejny krok. Niecałe trzy lata temu doszło do pierwszego lotu próbnego poza niską orbitę okołoziemską statku kosmicznego "Orion". Na 2021 rok zaplanowana jest pierwsza misja załogowa. Rozpocznie ona nowy rozdział w dziejach podboju kosmosu, który ma zakończyć się pierwszym lądowaniem człowieka na Marsie. 


Jeśli lecieć na Marsa, to tylko ze wszelkimi wygodami. Tak wygląda toaleta na międzynarodowej stacji kosmicznej. 

Zejdźmy jednak na ziemię. W naszej podróży zwykliśmy skupiać się na darmowych lub bardzo tanich atrakcjach, ale prawda jest taka, że tak jak szarpnęliśmy się na armię z terrakoty, tak zdecydowaliśmy, że centrum NASA jest miejscem zbyt dla nas ważnym i doniosłym dla ludzkości, żeby je pominąć. Radek podrzucił nas na miejsce, tłumacząc, że ostatni couchsurferzy, którzy chcieli dojechać na własną rękę, czekali na autobus dwie godziny. Dotarliśmy więc niedługo po otwarciu i minęliśmy bardzo długą kolejkę ludzi, którzy bilety chcieli kupić w kasie, a także tych, którzy mieli je już wydrukowane, ale myśleli, że to kolejka do wejścia. Centrum z pozoru nie jest duże, ale jeśli chce się obejrzeć wszystkie filmy, przejechać się na wycieczkę do starego budynku kontroli lotów czy centrum treningowego astronautów, trzeba spędzić tam przynajmniej pięć godzin.


Ania i moduł dowodzenia z misji Apollo 17 – ostatniej, która zawitała na Księżycu.

Na zwiedzanie repliki promu "Independence", a także na objazdówki po atrakcjach oddalonych od budynku głównego najlepiej zaklepać bilety na określoną godzinę. Nic nie kosztują, a pozwalają ominąć kolejki złożone z trochę gorzej zorientowanych gości. Od takiej wycieczki zaczęliśmy nasze zwiedzanie. Zawieziono nas do starego budynku kontroli lotów i po schodach wprowadzono do sali, w której swojego czasu zasiadali wielcy tego świata, rodziny astronautów, przedstawiciele mediów – słowem wszyscy, którzy śledzili lot na żywo. Za szybą sala ze starymi monitorami, komputerami, wszystko jak w filmach. Miejsce, które znaliśmy dosyć dobrze, a które w końcu zobaczyliśmy na żywo. Uczucie naprawdę niesamowite.


Ci z tyłu to klienci VIP, którzy zapłacili więcej i mogli wejść do sali głównej. Za to my mamy ładniejsze okulary.

Nie mogliśmy jednak długo kontemplować, bo zabrano nas dalej, a ostatnim punktem ponad godzinnej wycieczki był hangar, w którym znajduje się rakieta Saturn V. To właśnie ten olbrzym wynosił astronautów programu Apollo w kosmos. Do dzisiaj pozostaje największą i najpotężniejszą (największy popęd siły) rakietą w historii lotów kosmicznych. I znowu – widzieliśy ją przecież wiele razy na ekranie, ale nawet rozczłonkowana i położona horyzontalnie robi tak wielkie wrażenie, że gdy weszliśmy do hangaru oboje stanęliśmy jak wryci i przez parę dobrych sekund nie wiedzieliśmy co powiedzieć. 


Saturn V…

Reszta ekspozycji przeznaczonej dla zwiedzających nie była oczywiście tak imponująca, ale nie codziennie można dotknąć skały z księżyca, czy zobaczyć wnętrze promu kosmicznego (nawet jeśli to tylko replika). Krótkometrażowe filmy pokazywane w dwóch salach kinowych, znajdujących się na terenie centrum, również zrobiły na nas duże wrażenie. W jednym z nich tematem przewodnim jest przyszłość lotów w kosmos i jakie technologie pozwolą nam dolecieć tam, gdzie jeszcze żaden statek załogowy nie doleciał. Nie myśli się o tym na codzień (chociaż może niektórzy z Was i owszem), ale kiedy jedna z astronautek opowiada, że kto wie – może będzie jej dane zetrzeć pył marsjański z łazika "Curiosity" już za dwadzieścia lat, aż ciarki człowieka przechodzą na samą myśl. Czasem wraca się do filmów z przed pięciu czy dziesięciu lat i widzi technologie, które wtedy uchodziły za sciece-fiction, a teraz są rzeczą zupełnie normalną – na porządku dziennym. Przyjemna jest myśl, że za niedługi czas będziemy ze wzruszeniem oglądać, jak pierwszy człowiek staje na Czerwonej Planecie. Ania powie wtedy: "A pamiętasz, co powiedziała ta astronautka w NASA?", a ja jej na to "Nie zmieniaj tematu. Przecież widzę, że wyżerasz ostatni ząbek czosnku ze spaghetti!".

Marek

W San Antonio bez ostróg, czyli Teksas a la mo

U zarania początków genezy – Teksańskie Westerplatte – Teksańska gościnność – W ogóle wszystko teksańskie

Może i Dallas jest teksańskie od zarania dziejów, ale jeśli chcemy szukać kolebki teksańskiej tożsamości, musimy zajrzeć do San Antonio. Drugie co do wielkości miasto w stanie, a siódme w całym USA, początki swoje bierze w kolonizacji hiszpańskiej. Jak to często w takich przypadkach bywało, zaczęło się od misji franciszkańskiej, San Antonio de Valero, zwanej później Alamo. Do niej jeszcze wrócimy. Miasto wyrosło na największe hiszpańskie, a później meksykańskie osiedle w Teksasie, czy też, jak to mówią po hiszpańsku, w Tejas.


"La Antorcha de la Amistad" czyli Znicz Przyjaźni. Dar rządu meksykańskiego dla San Antonio stoi w centrum miasta od 15 lat.

Po rewolucji w Meksyku i uzyskaniu niepodległości, rozpoczęły się w tym kraju silne spory wewnętrzne. Różne frakcje miały różne pomysły na urządzenie kraju i państwo zaczęła toczyć dobrze znana, postrewolucyjna choroba. Meksyk został zorganizowany administracyjnie na wzór USA, z położeniem nacisku na prawa stanowe, ale po jakimś czasie do głosu doszli ludzie, którzy mieli bardziej scentralizowane pomysły na zarządzanie krajem. 


River Walk w Stan Antonio dostarcza bardzo przyjemnych wrażeń estetycznych.

Na ich czele stał generał Antonio Lopez de Santa Anna. Wybrany na prezydenta w 1835 roku musiał uporać się z silną reakcją władz lokalnych, w tym tych teksańskich. Santa Anna objął osobistą komendę nad ekspedycją karną, przeciwko której Teksańczycy formowali w pośpiechu ochotniczą armię. Do niej zaś chętnie zgłaszali się mężczyźni ze Stanów Zjednoczonych. Hasła o walce z tyranią trafiały w tym przypadku na podatny grunt. W końcu zaledwie pół wieku temu wywalczyli własną niepodległość, a amerykańskie osadnictwo w Teksasie trwało w najlepsze od wielu lat.

Teksańczycy wyparli Meksykanów z San Antonio, a następnie ufortyfikowali misję Alamo i tam zastał ich generał Santa Anna. Dowódca obrony, William B. Travis z Karoliny Południowej, wysłał pośpiesznie gońców po posiłki zanim oblężenie się zaczęło i przez kolejne dwa tygodnie Teksańczycy (około dwustu ochotników) odpierali ataki armii meksykańskiej, ale w końcu obrona padła. Cztery dni po proklamowaniu Republiki Teksasu. 


Misja Alamo czyli symbol nie tylko miasta San Antonio, ale i całego Teksasu.

Obrońcy, którzy nie padli w walce zostali wymordowani po bitwie, a ich ciała spalono, nie pozwalając na pochówek. Wśród poległych znalazły się takie legendy amerykańskiego pogranicza jak traper David Crockett i James Bowie, którego noże, produkowane po dziś dzień są symbolami Dzikiego Zachodu. Wojna nie potrwała wiele dłużej. W czasie gdy Alamo dzielnie broniło się przed siłami Santa Anny, Samuel Houston, weteran walk z Brytyjczykami, były gubernator Tennessee stanął na czele teksańskiej armii, by trochę ponad miesiąc później,  w bitwie pod San Jacinto rozgromić Meksykanów. Sam Sam (huehue) stracił tylko dziewięciu żołnierzy. Santa Anna dostał się do niewoli i w zamian za swoje życie, uznał niepodległość Republiki Teksasu. W czasie bitwy okrzykiem bojowym Teksańczyków było "Pamiętajcie o Alamo!". 


Panowie zarzekali się, że oblężenie Alamo pamiętają jak dziś.

Niecałe dziesięć lat później Teksas został włączony do Stanów Zjednoczonych jako kolejny stan, co doprowadziło do wojny amerykańsko-meksykańskiej, o której wspominaliśmy już w naszych wpisach z Kalifornii. Prawie 170 lat później do San Antonio zawitali Malanowscy i wtedy dopiero się zaczęło… Zwiedzanie znaczy się. Autobus dojechał późno w nocy i nie było już transportu miejskiego, który mógłby nas zabrać do naszego gospodarza, Tylera. Zostaliśmy, po raz pierwszy w naszym życiu, skazani na Uber. Jako, że miała być to nasz premierowy kurs, przysługiwała nam zniżka, więc zapłacilibyśmy nawet mniej niż za autobus. Niestety Uber nie chciał zaakceptować mojej karty, ale Tyler nie tylko zamówił samochód za nas, ale kategorycznie odmówił przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy. Znajomość rozpoczęła się dobrze :).


Opis amputacji kończyn był bardzo fachowy, a narzędzia odpowiednio nie zdezynfekowane.

Tyler nie musiał iść rano do pracy, więc mogliśmy spokojnie sobie pospać, a przed południem pojechać do centrum. Pierwsze zetknięcie z miejską rzeczywistością nie było może najlepsze, bo na przystanku autobusowym rozkładał się uporczywie jakiś martwy zwierz, ale o mieście nie możemy powiedzieć złego słowa. Bardzo przyjemne wizualnie, z uroczym deptakiem nad kanałem River Walk, obfitującym w knajpki i oferującym rejsy płaskodenną łajbą.


Królowała tam głównie kuchnia meksykańska i tex-mex. No i oczywiście kapele grające meksykańską muzykę. 

Gdy tak spacerowaliśmy spokojnie po deptaku, zaczepił nas człowiek w wielkim kapeluszu i z wielkimi ubytkami w uzębieniu. Najwidoczniej zwrócił uwagę na naszą rozmowę, bo od razu zapytał skąd jesteśmy, przywitał nas w Teksasie i zaczął, cały czas potrząsając moją ręką, pytać, jak nam się podoba i czy nie uważamy, że jest tu zupełnie inaczej. Przedstawił nas, siedzącej nieopodal żonie, która nie wykazywała podobnego entuzjazmu, a gdy już się rozstaliśmy, słyszeliśmy jeszcze jego donośny głos z moncym akcentem, którym huczał do swojej żony "They caaame from Poooland!". Miło wprowadzić trochę ożywienia w dzień bliźniego, nawet mimochodem.


Katedra Świętego Ferdynanda

Nie był to zresztą pierwszy przypadek, gdy zostaliśmy przyjacielsko zaczepieni na ulicy. Już w Dallas, widząc nas maszerujących z plecakami, ludzie pytali się czy wiemy dokąd idziemy, czy może podwieźć, czy jesteśmy rodzeństwem, czy podoba nam się tutaj i czy już jedliśmy mięso. Zacne dusze. Wracając jednak do San Antonio – od River Walk, ulicą Crocketta, przeszliśmy do pępka miasta, czyli samego Alamo. Zwiedzać można za darmo, a wśród zabudowań czają się rekonstruktorzy, którzy opowiadają o tym jak wytwarza się kule muszkietowe, amputuje kończyny et cetera. Wyświetlane są też filmy dokumentalne, a oddzielny budynek poświęcony jest Jamesowi Bowiemu i jego słynnym nożom. Całość robi naprawdę dobre wrażenie i San Antonio odwiedzić jest warto choćby po to, by przyjrzeć się z bliska symbolowi Teksasu. 


Pomnik bohaterów obrony Alamo. Dwie wyróżnione postacie do William Travis i David Crockett.

Przespacerowaliśmy się jeszcze trochę po centrum, zrobiliśmy zakupy na obiad i wróciliśmy do kotów Tylera. Samego gospodarza nie było w domu, bo pracuje popołudniami, więc zjedliśmy w towarzystwie futrzaków, wypiliśmy za pamięć Travisów i Crockettów, a kiedy dołączył do nas Ty, pogawędziliśmy chwilę, obejrzeliśmy kilka odcinków South Parku i zasnęliśmy błogo na kanapie. Autobus do Houston mieliśmy dopiero koło południa, a Tyler zaoferował nam podwózkę, więc nie musieliśmy zrywać się bladym świtem. Spakowaliśmy się, zabraliśmy cieplejsze ciuchy do podręcznego, bo klimatyzacja w niektórych autobusach jest zabójcza, pożegnaliśmy koty i ruszyliśmy na stację. Stamtąd Megabus miał nas zawieźć do naszego ostatniego przystanku w Teksasie – Houston. I wiecie co? Zawiózł!
Tyler i jego futrzaki. Gospodarz z tych na luzie i "róbta co chceta, tylko mi dziury w ścianie nie wybijta".

Marek

Ania i Marek. Marek i Ania. Okoliczności życiowe sprzyjały nam tyle, że mogliśmy ciepnąć pracę w kąt i wyruszyć w świat. Kaukaz, azjatyckie stepy, Daleki Wschód, a potem Oceania. Taki plan :-). Z uwagi na limity bagażowe nie możemy zabrać w tę podróż wszystkich, których byśmy chcieli, dlatego postanowiliśmy prowadzić blog. Tutaj będziemy dzielić się doznaniami i postaramy się przybliżyć Wam to, co wydaje się tak dalekie. Jak nam to wyjdzie – sami nie wiemy, ale zapraszamy do lektury każdego, kto zechce nam towarzyszyć :-)